Z tymi kwiatkami Matteo się nie spodziewał takiej odpowiedzi. Przez chwilę patrzył na Oscara z autentycznym zaciekawieniem, jakby właśnie dowiedział się czegoś ważnego o człowieku, którego znał od całych kilku minut. Właściwie nie widział w tym niczego dziwnego. Sam uważał, że kwiaty to całkiem przyjemny prezent, a już na pewno lepszy niż kolejna para skarpetek albo kubek z napisem, którego nikt nie rozumiał.
-
No właśnie! I wcale nie trzeba czekać na walentynki czy inne święta. Tak po prostu, bez okazji. Wyobraź sobie, że wracasz do domu, a tu ktoś czeka z bukietem. Od razu lepszy dzień. Chociaż, umówmy się, jeśli ktoś przyniesie mi róże, to będę miał problem z wyjaśnieniem proboszczowi, dlaczego dostałem romantyczny prezent. Jeszcze zacznie podejrzewać, że prowadzę jakieś podwójne życie.
Zaśmiał się pod nosem i ruszył dalej, przekonany, że przez najbliższe kilka minut uda im się już spokojnie dotrzeć na plebanię. Naiwność. Powinien był wiedzieć, że w towarzystwie Oscara nie można zakładać tak optymistycznych scenariuszy. Nie zdążył nawet dobrze pomyśleć o tym, co zostało na kolację, kiedy poczuł nagłe uderzenie w plecy. Zrobił pół kroku do przodu, odruchowo napinając ramiona, i obejrzał się przez ramię. Przez sekundę nie bardzo wiedział, co się wydarzyło, ale widok Oscara z puszkami w rękach i miną człowieka, który właśnie popełnił kolejną zbrodnię przeciwko ludzkości, szybko wszystko wyjaśnił.
-
Okej, wow. Ledwo się znamy, a ty już na mnie lecisz? - wypalił z rozbawieniem. -
Mogłeś chociaż zapytać, czy jestem wolny w sobotę. Albo zaprosić mnie na kawę. Takie wpadanie na plecy to jednak dość bezpośrednia metoda podrywu.
Roześmiał się, widząc jego zakłopotanie, i machnął ręką, żeby dać mu do zrozumienia, że nic się nie stało.
-
Spokojnie, nic mi nie jest. A z tymi plecami to nie przesadzaj, bo jeszcze zacznę chodzić z wypiętą klatą i opowiadać wszystkim, że mam świetną postawę. Wystarczy, że już jeden człowiek w tej katedrze uważa się za eksperta od wszystkiego. Nie potrzebujemy drugiego.
Puścił mu oczko i odwrócił się z powrotem, tym razem zwalniając odrobinę kroku. Nie chciał, żeby Oscar znów zaliczył bliskie spotkanie z jego kręgosłupem. Jeszcze trochę i faktycznie będzie musiał mu wystawić rachunek za usługi rehabilitacyjne. Oczywiście płatny w puszkach.
-
A proboszcz? Myślę, że mnie lubi. Przynajmniej tak długo, jak nie przynoszę mu kolejnych pomysłów, które wymagają dodatkowej roboty.
Matteo wzruszył ramionami, zerkając na Oscara.
-
Chociaż czasami mam wrażenie, że gdyby mógł, zamknąłby mnie w jakimś pokoju z Biblią i kazał siedzieć cicho, dopóki nie przestanę wymyślać nowych rzeczy. Ale wtedy musiałby znaleźć kogoś, kto robiłby całą resztę, więc chyba jeszcze trochę mnie toleruje.
Kiedy Oscar wspomniał o internetowych kłótniach, Matteo prychnął z rozbawieniem. Trafił w samo sedno.
-
Wiem! I właśnie dlatego nie powinienem tego robić. Człowiek siada sobie spokojnie, chce tylko sprawdzić, co ludzie napisali pod filmem, a po pięciu minutach już tłumaczy jakiemuś typowi, że nie, nie jestem opłacany przez Watykan, żeby promować spisek dotyczący kosmitów.
Pokręcił głową, jakby nadal nie mógł uwierzyć w niektóre komentarze, które zdarzało mu się czytać.
-
Najgorsze jest to, że czasami nawet nie chodzi o to, żeby kogoś przekonać. Oni chcą się kłócić. Możesz im przedstawić pięćdziesiąt argumentów, a oni i tak odpowiedzą, że masz się obudzić. I co ja mam wtedy zrobić? Obudzić się bardziej?
Zerknął na Oscara z szerokim uśmiechem, po czym przyłożył dłoń do piersi, udając śmiertelnie poważnego.
-
Ale dziękuję. Naprawdę. Właśnie usłyszałem od ciebie bardzo mądrą radę i zamierzam się jej trzymać. Przynajmniej przez następne dwadzieścia minut. Potem zobaczymy.
Dopiero wzmianka o sałatce ziemniaczanej sprawiła, że Matteo wyraźnie spoważniał, choć nie na tyle, żeby zniknął mu z twarzy uśmiech. Przeterminowana? Przez moment miał ochotę zapytać, jak bardzo przeterminowana i czy Oscar przypadkiem nie skończył później z bólem brzucha, ale powstrzymał się. Nie chciał, żeby zwykła rozmowa nagle zmieniła się w serię pytań, na które chłopak wcale nie miał ochoty odpowiadać. Zamiast tego skrzywił się teatralnie.
-
Sałatka ziemniaczana? To akurat brzmi dobrze. Ale ta przeterminowana część już trochę mniej. Nie mówię, że jedzenie automatycznie staje się trucizną następnego dnia po upływie terminu, ale jednak wolałbym, żebyś nie musiał ryzykować życiem dla porcji ziemniaków. Mamy tutaj zdecydowanie lepsze perspektywy kulinarne.
Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie zostawił temat. Oscar sam opowiedział o sałatce, więc Matteo przyjął to jako zwykłą anegdotę. Nie zamierzał wyciągać z niej żadnych wniosków na temat jego sytuacji. Jeszcze nie. W końcu nie każdy, kto jadł coś przeterminowanego, potrzebował natychmiastowej interwencji księdza, lekarza i trzech pracowników opieki społecznej. Czasami ludzie po prostu mieli kiepski dzień i kiepską sałatkę.
Gdy dotarli do pomieszczenia przy plebanii, Matteo przepuścił Oscara przodem i dopiero wtedy zauważył, że wzmianka o piwnicy chyba nie była najlepszym pomysłem. Nie umknęło mu to krótkie spięcie, które przemknęło przez sylwetkę chłopaka, ani jego mina, kiedy wspomniał, że wolałby być zamknięty w szafie. Nie znał przyczyny i nie zamierzał zgadywać. Mógł jedynie uznać, że temat najwyraźniej nie należał do ulubionych.
-
Dobra, zanotowane. Piwnice odpadają, szafy też raczej nie będą częścią naszej dzisiejszej oferty noclegowej - rzucił lżej, starając się nie robić z tego wielkiej sprawy. -
Mamy za to krzesła, stół i całkiem przyzwoite jedzenie. Na początek chyba wystarczy.
Na jego podziękowanie odpowiedział krótkim skinieniem głowy. Nie potrzebował wielkich słów ani zapewnień, że Oscar kiedyś mu się odwdzięczy. Właściwie nie bardzo rozumiał, dlaczego chłopak w ogóle o tym wspomniał.
-
Ej, spokojnie. Nie musisz niczego odpracowywać. To nie jest hotel, w którym zaraz dostaniesz rachunek za kolację, a potem jeszcze opłatę za korzystanie z krzesła.
Uśmiechnął się i odsunął jedno z krzeseł przy stole.
-
Serio, Oscar. Zaprosiłem cię na jedzenie, bo pomyślałem, że może masz ochotę coś zjeść. Nie ma w tym żadnego haczyka. Nie musisz mi niczego obiecywać ani udowadniać, że zasługujesz na talerz.
Dopiero po chwili dotarło do niego, jak poważnie zabrzmiała ostatnia część wypowiedzi, więc odchrząknął i wrócił do swojego zwykłego tonu.
-
Poza tym, gdybym miał pobierać opłaty za każdą osobę, którą nakarmię, musiałbym prowadzić księgowość. A ja ledwo ogarniam własne rachunki. Wyobrażasz sobie? „Dwie kanapki, jedna zupa, trzy minuty rozmowy o sensie życia - razem czterdzieści dolarów”. Proboszcz dostałby zawału, a ja musiałbym szukać nowej pracy.
Wskazał na krzesło jeszcze raz, tym razem z nieco bardziej zachęcającym uśmiechem.
-
Siadaj, zanim znowu wpadniesz na mnie i będę musiał doliczyć konsultację ortopedyczną. Zaraz sprawdzę, co zostało do jedzenia. I obiecuję, że jeśli znajdę sałatkę ziemniaczaną, to najpierw sprawdzę datę. Nie chcemy przecież, żebyś pomyślał, że tutejsza kuchnia to jakaś sekta, która próbuje cię otruć.
Matteo ruszył w stronę kuchni, ale zatrzymał się jeszcze w przejściu i odwrócił głowę w stronę Oscara.
-
A tak na poważnie, możesz tu spokojnie posiedzieć. Nie musisz się spieszyć ani wymyślać powodów, dla których powinieneś już iść. Dzisiaj nikt cię stąd nie wyrzuca. Najpierw zjemy, a potem zobaczymy, co dalej. Pasuje?
Oscar Malone