ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

003
I'm so tough when I'm alone, and I make you feel so guilty
and I fantasize about a time you're a little fuckin' sorry

{outfit}


Grają z Chicago Fire na własny boisku, a to zawsze daje pewną przewagę. Mimo wszystko jest to jednak drużyna zajmująca obecnie trzecie miejsce w tabeli, gdy Toronto FC ze swoim jedenastym miejscem obecnie nie załapałoby się do playoffów ligi. Mimo wszystko Laurie nie nastawia się źle – nie zamierza dać się pokonać, jeszcze za nim mecz się rozpocznie. Skupia się na tym, na czym może – na rozgrzewce, na mowie motywacyjnej przed meczem, na wskazówkach trenera, na strategii, którą mają wcielić w życie. Na pewno nie na tym, na czym nie powinien – na Franklinie ubranym w koszulkę Toronto FC, znowu, choć ta różni się nieco od tej, którą założył po raz ostatni w dwa tysiące dwudziestym drugim roku. Teraz, gdy widzi go w drużynowych barwach, jego obecność w drużynie staje się bardziej rzeczywista. Tak, jakby do tego momentu był jedynie obserwatorem czy gościem.
– Nie ma opcji, żeby Chicago Fire wygrało na naszym boisku. Prawda? – krzyczy na chwilę przed wyjściem z szatni, starając się rozgrzać i nastroić drużynę. W odpowiedzi otrzymuje parę zdecydowanych okrzyków potwierdzających jego słowa.
– Nie będzie nas jakiś Polaczek ustawiał na naszym terenie! – wykrzykuje Niklas Dorsch, a reszta mu przyklaskuje i zgadza się z nim kolejnymi okrzykami. W takiej atmosferze nastawienia do poważnej walki z tak świetną drużyną jak Chicago Fire, wychodzą w końcu na boisko. Laurie patrzy na czerwono-białe tłumy na trybunach, wykrzykujące nazwę ich drużyny. Uśmiecha się do nich szeroko i macha. Uwielbia to. Czuje się cudownie, gdy słyszy wszystkie te okrzyki kibiców. W tym momencie wydaje mu się, że wszystko jest możliwe – nawet wygrana z cholernym Chicago Fire.

13’
W trzynastej minucie Maren Halle-Sellasie strzela pierwszego gola dla amerykańskiej drużyny. Laurie patrzy na to z dość dużej odległości, więc dopiero okrzyki kibiców Chicago Fire upewniają go w tym, że gol faktycznie padł. Wie, że nie wszystko jest stracone, ale pierwszy gol dla przeciwnej drużyny nieco osłabia morale.

38’
Jest remis, gdy Markus podaje mu piłkę. Przez chwilę walczy z Gutmanem i Elliottem o kawałek miejsca, przez które mógłby kopnąć piłkę w stronę bramki, ale są nieustępliwi. Podaje ją z powrotem do Markusa i zanim obrońcy Chicago Fire zdążą się zorientować w lokalizacji piłki, podbiega do Cimermancica, by z powrotem ją przejąć i wykorzystać chwilę, w której ma wystarczająco miejsca przed sobą. Kopie piłkę z całej siły w prawy róg bramki przeciwnie i trafia. Na stadionie wznoszą się okrzyki kibiców Toronto FC, koledzy z drużyny, którzy znajdują się w pobliżu podbiegają, klepią go po plecach i gratulują mu, a on mimowolnie spogląda w stronę ławki rezerwowych. Chce zobaczyć reakcję Franklina. Widzi jego uśmiechniętą twarz, a w oczach radość z powodu zdobytego punktu i całkowicie wbrew sobie – sam unosi lekko kącik ust do góry.

63’
Walka z Chicago Fire jest zawzięta. Pada już sześć goli, po trzy na drużynę. Przewaga żadnej z nich nie trwa długo, w końcu przeciwna drużyna wyrównuje wynik. To już kolejny nieudany strzał Lauriego, nie orientuje się nawet, ile ich już było. Jeśli wcześniej Fraser liczył na duet Lauriego i Frankiego teraz widzi, jak w rzeczywistości wygląda ich współpraca. Trudno jest mieć uczucie deja vu, grając z Franklinem, bo nigdy nie szło im tak źle, jak w tym meczu. Jest wściekły na Frasera, że zdecydował się wpuścić go na boisko, bo każda akcja z ich udziałem jest nieudana. Jest jeszcze za wcześnie, by pozwolić mu grać. Nie wie, czy kiedykolwiek się zgrają, ale aktualnie ich próby wyglądają dość żałośnie. Frank znów podaje mu piłkę, ale strzał jest nieudany, a zawodnicy Chicago Fire z łatwością przenoszą piłkę na drugi koniec boiska. Jeszcze się nie orientuje w aktualnej sytuacji, a cholerny Lewandowski strzela czwartego gola dla swojej drużyny.
Jeśli Fraser nie zdejmie Franklina, to na pewno przegrają.

90’+2
Doliczony czas. Laurie już godzi się z myślą, że przegrają z Chicago Fire. Jeśli tak będzie, to w porządku. Nie można o nich powiedzieć, że nie walczą o zwycięstwo. Walka jest zawzięta i ostra, żadna z drużyn nie ustępuje nawet na chwilę. Jeśli przegrają to w naprawdę dobrym stylu. Nie ma wstydu i większych powodów do plucia sobie w twarz. To naprawdę dobry mecz…
Myśli, że to już koniec, że nic więcej się nie wydarzy, ale wtedy Franklin zdobywa piłkę. Nawet nie patrzy w jego stronę, sprawnie nią obraca, unikając wykradnięcia jej przez obrońców, a w końcu, gdy znajduje sobie odpowiednie miejsce – strzela. Laurie odwraca się w kierunku bramki i widzi piłkę uderzającą o siatkę za bramką. Okrzyki kibiców są najgłośniejsze od początku meczu – remisują. Chicago Fire nie zdobędzie kolejnej przewagi. Nie zdążą.
Remis z tak dobrą drużyną powinien smakować jak wygrana. A jednak Lauriemu smakuje gorzko. Patrzy, jak wszyscy zawodnicy Toronto FC doskakują do Franklina, podnoszą go do góry, a kibice wykrzykują jego imię. Tylko Laurie stoi obok i niby się uśmiecha, ale jest niesamowicie wkurwiony.

Po meczu
W końcu schodzą z boiska, a Laurie może w końcu przestać na siłę wyciągać kąciki ust do góry. Wszyscy idą korytarzem prowadzącym do ich szatni, klepią Franklina po plecach, komplementują jego wspaniały strzał, a Laurie czuje tylko, jak narasta w nim złość.
– Hej, Franklin! – rzuca w jego stronę, zanim zdąży pomyśleć, co robi. Nie daje sobie chwili na ochłonięcie, nie stara się tego zignorować. Daje dojść złości do głowy i przechodzi do działania, nie myśląc o tym, jakie to może mieć konsekwencje. Podchodzi do Franklina, a cała reszta drużyna wciąż kieruje się do szatni. Nie zwracają na nich uwagi i w końcu całkiem znikają za drzwiami.
– Taki był twój plan? Podawać mi chujowe piłki, żeby ostatecznie wyjść na bohatera? – wyrzuca z siebie w złości, przyciskając go do ściany. Zdecydowanie powinien ochłonąć. Dotarłoby do niego, że to, co robi jest nie tylko zle, co bardzo ryzykowne. Dla niego, dla jego reputacji, dla dobra drużyny. Ale teraz nie jest kapitanem, tylko zranionym chłopakiem, którego Franklin swego czasu potraktował okropnie. Nie obchodzi więc go nic innego, tylko jego własna złość wycelowana w Cosgrove’a.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

3

i don't want to fight you
and i don't wanna sleep in the dirt


{outfit}

Kiedy w pięćdziesiątej czwartej minucie trener ściąga z boiska Theo Corbeanu i rozkazuje Frankowi wejść na jego miejsce, powietrze wiszące nad BMO Field zastyga w formie zbitej, gęstej masy. Fraser robi coś, czego nie spodziewał się nikt (nawet Franklin; o czym świadczy jego zakłopotane spojrzenie i to, jak powoli podnosi się z ławki); coś, za co na pewno zostanie skrytykowany na wszystkich kontach sportowych, niezależnie od tego, czy wysłanie na boisko w gruncie rzeczy nowego gracza Toronto FC przełoży się na sukces całego klubu, czy mu zaszkodzi. Naturalnie więc Frank dołącza do rozrzuconych na całej połowie boiska członków swojej drużyny na miękkich nogach. Gdyby miał wybór, wolałby trzymać się planu, który uzgodnił z Fraserem (i który zakładał, że w tym sezonie skupi się na obserwacji drużyny i treningach, a do prawdziwych meczy zaczną wystawiać go najprędzej od lutego), ale nastrój trenera po samobójczym strzale Zimmermana jest tak podły, że Cosgrove nawet nie próbuje z nim dyskutować.
Podekscytowane krzyki dobiegające ze strony kibiców dodają mu otuchy na całe dwie minuty. Później wszystko zaczyna się sypać. Dopiero w bezpośredniej grze przeciwko Chicago Franklin zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele zmienia kolor jego stroju. To, co dzieje się na boisku w niczym nie przypomina jego meczów w Gent. Toronto jest chaotyczne. Niechlujne. Polega na szczęściu i na Lauriem, i chociaż jego trzy gole ratują cały ten dzień od miana porażki, Frankie potrzebuje tylko pięciu minut, aby do gardła podeszło mu rozgoryczenie. Siedmiu, by zacząć zastanawiać się nad tym, czy Laurie celowo unika przekazywanych mu przez niego piłek, czy po prostu to nie jego dzień. Dziewięciu, aby Lewandowski zdobył dla Chicago czwartego gola.
Są w dupie.
Frank wyciera pot z czoła. Sekunda na oddech i znów puszcza się biegiem za piłką. Dopiero po trzynastu minutach po raz pierwszy udaje mu się dobrze podać ją do Lauriego; mimo to, cały ich wysiłek włożony w przynajmniej pozorne dopasowanie się w grze spełza na niczym, bo Brady bezproblemowo blokuje gola. Na tym etapie frustracja zawodników Toronto dosięga zenitu. Zmieniają formację na czysto defensywną, co spotyka się z rozczarowanym buczeniem kibiców. Próbują swojego szczęścia jeszcze dwa razy – bezskutecznie.
Dostają szansę dopiero w doliczonej drugiej minucie. Biegnący w stronę bramki przeciwnika Sallói robi podanie do Franklina, a on czysto je przyjmuje. Przez parę sekund prowadzi piłkę przy nodze. Rozgląda się. Szuka wolnego zawodnika, próbuje znaleźć podanie, ale obrona nie daje mu zbyt wielu możliwości. Każdy kolejny krok przybliża go do pola karnego; sprawia, że odczuwana w środku presja narasta, stając się nieznośna.
Nie ma czasu myśleć. Adrenalina każe mu podjąć decyzję tu i teraz, więc zamiast po raz kolejny spróbować odnaleźć wolne miejsce na podanie, Frank postanawia zaryzykować. Z tej odległości i z tego kąta to niemal szaleństwo, a mimo to bierze zamach i uderza. Z całej siły.
Piłka szybuje wysoko. Nabiera prędkości, zmierza prosto w stronę bramki. Bramkarz rzuca się do interwencji, ale nawet gdyby wybrał właściwy kierunek, nie miałby najmniejszych szans jej dosięgnąć. Piłka wpada pod poprzeczkę, trochę poza jego zasięgiem.
GOL.
Franklin chyba w to nie wierzy. Wrzaski kibiców i entuzjastyczny dotyk kolegów z drużyny nagle rozbudzają w nim jakąś nadzieję.
Może Laurie nie miał racji. Może powrót do Toronto wcale nie jest samobójstwem jego kariery.
Kiedy po meczu, wciąż rozgrzany, z trudem łapiąc oddech, wraca do szatni, jego głowa po raz pierwszy od dawna jest na miejscu. Tu, na ich boisku, po swoim pierwszym golu w nowej-starej drużynie, wśród graczy, którym przyświeca ten sam cel.
Cóż, przynajmniej w większości.
Gdy słyszy swoje imię padające z ust Lauriego, zatrzymuje się zupełnie automatycznie. W przeszłości reagował na każde jego zawołanie. Tym razem robi to jeszcze szybciej niż kiedyś, pchany przez naiwną myśl, że Matheson chce powiedzieć do niego coś, co wykracza poza właśnie zakończony mecz.
Myli się.
Kiedy Laurie pcha go w kierunku ściany, całe jego ciało bucha wściekłością. Frank nie do końca rozumie dlaczego. To właśnie powód, dla którego jego pierwsza reakcja jest dość idiotyczna.
Co?
Laurence przecież nie może być aż tak głupi. Nie może naprawdę wierzyć w to, że Franklin gra tak, aby mecze kręciły się wokół niego. Ich dwójka nie jest już przyjaciółmi, ale obaj wciąż pozostają piłkarzami. Wiedzą więc, jak to działa i wiedzą, czego się na boisku nie robi.
Przez chwilę Frank po prostu na niego patrzy. Oszołomiony, ale i cierpliwy; czekając aż Laurie się zreflektuje. Jak tylko jednak czuje na swojej twarzy jego wściekły oddech, dostrzega w jasnobrązowych oczach anormalnie gorącą złość i zdaje sobie sprawę z siły przytrzymujących go pod ścianą rąk, pojmuje, że Laurie nie żartuje.
To całkowicie zmienia postać rzeczy.
Co ty pierdolisz? – Unosi dłonie, żeby oderwać od siebie ręce Mathesona, ale on jest zbyt uparty. Przepychanka wisi w powietrzu. Franklin rozgląda się po korytarzu. Jest pusty. Trudno powiedzieć na jak długo. – Spakuj sobie te swoje urojenia z powrotem do głowy i weź się w garść. – Odwraca twarz do Lauriego i znów próbuje go od siebie odepchnąć. Na razie nie używa do tego maksimum swojej siły. Wciąż wierzy, że gniew Mathesona zaraz zniknie.
Zawsze taki był. Szybko się zapalał, ale równocześnie szybko szedł po rozum do głowy. Tym razem też na pewno tak będzie.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
ODPOWIEDZ

Wróć do „BMO Field”