I w tym właśnie tkwił paradoks. Reece zazdrościł Ade prawdziwego pokrewieństwa z Thomasem, podczas gdy ona zazdrościła brunetowi skupienia na sobie całej uwagi ojca, jakby wcale się nie liczyła.
Może odrobinę przesadzała z tym całym użalaniem się nad sobą, bo poza firmą ojciec wcale nie był taki
najgorszy. Momentami zdarzały mu się jakieś przebłyski, w których wykazywał w miarę bezinteresowne zainteresowanie córką, ale męczyły ją jego patriarchalne poglądy. Chciała od życia więcej, tylko nie myślała jeszcze, w jaki
inny sposób poza pracą w Ironcrest mogłaby to osiągnąć. Kłótnia z Ree na ten temat przelewała czarę goryczy.
—
A dlaczego nie? Oprócz tamtego jednego razu przez poprzednie lata związku mogłam na niego liczyć bardziej, niż na Ciebie — rzuciła ostro, wzruszając przy tym we wzburzeniu ramionami. Nadal nie rozumiała powodów,
czemu tak bardzo był przeciwko Sully’emu, choć sama zdawała się ignorować, że pomimo wielu wspaniałych miesięcy razem wystarczył jeden poważny problem, żeby wszystko rozpadło się w drobny mak.
Była rozgoryczona faktem, że Reece niemal na każdym polu
nie chciał, żeby była szczęśliwa. Jakby w ogóle nie zasługiwała na wszystko, co najlepsze.
Tak bardzo dotykało ją każde z jego słów, że mimowolnie powieki raz po raz drżały jej z nadmiaru emocji, nad którymi również przestawała panować. Gniew i żal zakorzeniły się w niej tak mocno, że jej oczy, chcąc nie chcąc, zaczynały ją szczypać, co jeszcze starała się powstrzymywać. Nie miała zamiaru pokazać przed nim słabości i się popłakać.
—
O nie, nie, nie próbuj wzbudzać we mnie wyrzutów sumienia! — pogroziła mu palcem, wyraźnie się jeżąc. —
To t w o j a matka, ja już jedną mam — stwierdziła opryskliwie. Co prawda, jej mama bujała z głową w chmurach, ale w awaryjnych przypadkach Ade zawsze mogła się do niej odezwać. Mogła, ale rzadko kiedy
chciała, to była znacząca różnica. —
Poza tym kto ci pozwolił mnie krytykować? Jak nie wiesz, o co chodzi, to się, kurwa, zamknij! — wykrzyczała w końcu, a pod wpływem emocji jej oczy się zaszkliły.
Uwielbiała Marię, nieraz była dla niej większym wsparciem, niż jej biologiczna matka. Ale Adeline po rozwodzie i tak wybrała więzy krwi. Ostatecznym powodem do zaprzestania odwiedzania jej na farmie, w której starsza kobieta spędzała większość czasu, były problemy osobiste rudowłosej. Za wszelką cenę unikała wszystkiego, co wiązało się z tamtym traumatycznym wieczorem. Po prostu… nie mogła. Ale Ree nie musiał o tym wiedzieć.
Tak, jak o jej utracie dziecka. Jednak gdy tylko o tym wspomniał, z każdą sekundą niepewności coś powoli zaczęło się w niej sypać. Słuchała w milczeniu tego, jak mówił o jej nieszczęśliwym wypadku, a jego głos stał się spokojniejszy, niż jeszcze chwilę temu. Widziała też, że zmienił miejsce, chcąc stanąć przy niej bliżej i spięła się w pogotowiu, by odsunąć się w razie, gdyby postanowił zmniejszyć dystans. Jego instynkt samozachowawczy musiał zadziałać, bo na szczęście nie zrobił niczego wbrew niej.
Każda z informacji docierała do niej w zwolnionym tempie, ale jej umysł pracował bardzo intensywnie. Wiedział o ciąży. Oddał jej krew. Uratował ją podwójnie.
Przełknęła nerwowo ślinę. Nienawidziła robić z siebie ofiary. Była silna, czego dowiodła tuż po wypadku, nikomu nie wspominając ani o powodach rozstania z Sullym, ani o jej stracie, którą odsunęła od siebie w najdalsze zakamarki świadomości. Wystarczyło, że była trochę połamana i poobijana, co wymagało rehabilitacji i przerwy od pracy. Nie potrzebowała od nikogo współczucia.
Dlatego myśl o tym, że Reece wiedział o tym przez cały ten czas, wywołała w niej istne skołowanie. Nie chciała się przy nim rozsypać. Bała się tego, co się stanie, kiedy pokaże mu się od tej słabej strony. Musiała temu zapobiec.
—
I co?! — warknęła po chwili ciszy, a jej głos przeciął powietrze, niczym brzytwa. —
Pewnie mam ci teraz być wdzięczna, tak? — przekrzywiła głowę, patrząc na niego z zawziętością, po czym prychnęła lekceważąco. To było jedyne słuszne wytłumaczenie jego zachowania, którego postanowiła się trzymać. —
No i po cholerę to zrobiłeś?! Nie prosiłam cię o to! Wcale nie musiałeś zgrywać pieprzonego bohatera! — krzyknęła z irytacją, podchodząc pospiesznie bliżej, ale jedynie po torbę, którą zostawiła na blacie tuż obok niego. Miała Ree już serdecznie dość i nie zamierzała dłużej marnować na niego swojego czasu. —
Nie mam za co ci dziękować, bo wam wszystkim byłoby o wiele łatwiej, jakbym wykrwawiła się w tym lesie i w końcu przestała stanowić dla was problem! — wykrzyczała mu w twarz ze łzami w oczach, po czym zamaszyście zgarnęła torebkę i, ignorując odłamki szkła na podłodze, ruszyła w kierunku drzwi.
Gniew i ból paliły ją od środka i ściskały jej gardło, przez co z trudem łapała powietrze, ale wtedy poczuła zaciskającą się na jej nadgarstku dłoń. Zatrzymała się w miejscu i obrzuciła mężczyznę nienawistnym spojrzeniem.
—
Nie dotykaj mnie! — wrzasnęła i spróbowała się wyszarpnąć.
Reece Murray