Helena "Mayhem" Murray
Wiek: 27
Stopień: Petty Officer Second Class (PO2/E-5)
Formacja: U.S. Navy Explosive Ordnance Disposal (EOD)/Naval Special Warfare Support
Obecne stanowisko: EOD Team Lead (przydzielona do plutonu SEAL)
Poprzednie stanowisko: EOD Technician (w składzie mobilnego pododdziału EOD MU)
Status: Nadal aktywna operacyjnie
I, Helena Murray, do solemnly swear that I will support and defend the Constitution of the United States against all enemies, foreign and domestic; that I will bear true faith and allegiance to the same; and that I will obey the orders of the President of the United States and the orders of the officers appointed over me, according to regulations and the Uniform Code of Military Justice. So help me God.
Helena Murray nie wierzy w Boga, ale wierzy w s ł u ż b ę.
Przysięga jest dla niej zawsze zobowiązująca. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać przez to, jak często odzywa się nieproszona, Mayhem nie rzuca słów na wiatr.
Czasami zastanawia się, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby podeszła do przysięgi podobnie do ojca, który tę policyjną traktował jedynie bajeczkę, którą karmił oboje swoich dzieci. Zastanawia się, co by robiła, gdyby zawahała się przez odkrywanie, jak niewiele ta fantazja, która wyznaczała cel jej życia, miała wspólnego z rzeczywistością – bo im dalej w las, tym częściej dostrzegała, że ludzi z podejściem jej ojca jest znacznie więcej, niż myślała. Albo wtedy, gdy w imię służby zginęła jedyna osoba, która sprawiała, że jeszcze trochę w tę fantazję wierzyła.
I niezmiennie nie potrafi wyobrazić sobie innego życia.
Jest wyczerpana.
Marzy o gorącym prysznicu, w którym mogłaby wymyć pył z oczu i włosów. Na tym etapie ma wrażenie, że wniknął głęboko w pory jej skóry i scalił z ciałem; jej oddech świszczy od wdychania go.
Marzy o chwili samotności. Wszyscy zebrani w sali odpraw doskonale zdają sobie sprawę, że czekają tak długo
przez nią. Niektórzy patrzą na nią z wyrzutem, inni z pewną dozą uznania, ale na większości twarzy maluje się po prostu zmęczenie i niezadowolenie. Młodsi technicy z zespołu rzucają w jej stronę zaniepokojone spojrzenia, bo wiedzą, co u
Mayhem może zapowiadać zaciśnięta mocno szczęka i wzrok wbity w przestrzeń.
W grupie brakuje Dave'a Vance'a – Freshiego – który po porannej akcji wciąż jest w strefie medycznej.
Na szczęście.
Jest wyczerpana, ale nie może tego okazać. Być może Freshie wrócił do bazy żywy dzięki jej interwencji, ale podważenie bezpośredniego rozkazu przełożonego nie może przecież obejść się bez reperkusji. Byłaby w stanie bez słowa sprzeciwu przyjąć konsekwencje tej decyzji – szczególnie że nie żałowała jej
ani trochę. Ale trzymanie całego plutonu tylko po to, by jej kara za niesubordynację miała widownię?
Coś takiego było bardzo w stylu pierdolonego Sullivana.
Ten
wreszcie wchodzi do sali. Uwaga wszystkich skupia się na nim, a szmery rozmów natychmiast cichną. Murray też podnosi wzrok. Jej twarz nie wyraża żadnych emocji, ale gdy patrzy na Reya, w jej oczach zawsze czai się gniew i niechęć, których nie może wyrazić otwarcie.
Ma szczerą nadzieję, że Sullivan wie, że gdyby mogła, splunęłaby mu pod buty.
Nie może, więc po prostu śledzi spojrzeniem jego ruchy, cierpliwie czekając na całe to przedstawienie.
W końcu ich spojrzenia się krzyżują. Polecenie, choć wypowiedziane normalnym tonem, grzmi w pełnej napięcia ciszy, jaka zapadła w sali. Wszystkie twarze odwracają się na nią. A ona?
Nie ociąga się, ale i nie spieszy. Rozplata skrzyżowane na piersi ręce, podnosi się. Chyba wszyscy słyszą świst, z jakim nabiera głębokiego oddechu. Podeszwy ciężkich butów wybrzmiewają jak tykanie odliczające czas do potencjalnej eksplozji. Kolejny świst – wydech. Nie przerywa kontaktu wzrokowego z Sullivanem – cichy bunt, który już powinien dać mu do zrozumienia, że
nie ma zamiaru się kajać, nawet jeśli zrobi z niej widowisko dla całego plutonu.
Może nawet jeszcze pożałuje, że wybrał taki sposób na ukaranie jej. W końcu wszyscy lubią Freshiego.
Dociera do miejsca, w którym stoi Sullivan i odwraca się przodem do grupy. Sytuuje się tak, jakby razem z nim prowadziła to spotkanie, a nie jakby miały na nią spłynąć reperkusje
posiadania własnego zdania.
—
Opuściłam swoje stanowisko — mówi rzeczowo. Patrzy na grupę, nie ucieka wzrokiem – widać gołym okiem, że nie ma w niej żadnej skruchy. I zamiast na tym poprzestać, kontynuuje: —
Zauważyłam, że miny oddzielające mnie od Freshiego to prosty system naciskowy i mogę szybko go rozbroić. Uświadomiłam sobie, że byłam w idealnej pozycji do tego, by zareagować, a zawahanie z mojej strony najprawdopodobniej doprowadziłoby do tego, że Freshie zostałby wzięty do niewoli — wszyscy zebrani wiedzieli, co by to tutaj oznaczało —
więc zareagowałam instynktownie. — Tłumaczy formalnym tonem, ale jej wypowiedź to świadoma gra na emocjach. Zupełnie szczera, ale i wykalkulowana.
Spojrzenie, które kieruje na Sullivana, z głębi sali wygląda trochę tak, jakby
oddawała mu głos – z pełnym szacunkiem, ale j e d n a k; z bliska widać w nim wyzwanie. I jej g n i e w.
Oboje wiedzą, że
Billy zrobiłby to samo.
Oboje wiedzą też, że zginął w podobnej sytuacji.
Percival Gardner