Nie podobało jej się to.
Kurwa, jak jej się nie podobało, że
ona miała wyjechać, udać się jak najdalej od Toronto, kiedy u jego boku będzie Pati. Że to jej potrzebował, podczas gdy Pilar musiał się pozbyć. Bolało ją to. Zdecydowanie bardziej niż pokazywała, chociaż mógł niewielki odłamek tego ukłucia zobaczyć w tym, jak odwróciła od niego spojrzenie, jak przełknęła głośno ślinę i zagryzła policzek od środka. Zawsze chciała być jego siłą, motorem napędowym… kiedy stała się kulą u nogi?
Westchnęła ciężko, próbując odgonić czarne myśli i skupić się na tym
co tu i teraz. Nie było to proste, bo Pilar chociaż miała silny charakter, tak w środku głowy potrafiła się naprawdę nakręcać nad najmniejszymi rzeczami. Dopiero kiedy Noriega wspomniał o
Diego i temu, że Luna mógł to zrobić specjalnie.
—
Nie wiem — wzruszyła ramionami. —
To nie ja go spytałam o imię, więc nie wiem na ile z tego planował, a ile dostał przyparty do muru, żeby powiedzieć cokolwiek — mógł to być większy plan, a z drugiej strony mógł być też pierwszym, co mu przyszło do głowy. Chociaż im dłużej o tym myślała, tym teoria Madoxa nabierała sensu. W końcu po co miałby przytaczać akurat Diego? Człowieka, którego Madox planował wcisnąć na stołek? Mógł rzucić pierwszym, lepszym nieistniejącym imieniem, a jednak wybrał to.
Kurwa, aż nieprzyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż jej pleców. Jak to możliwe, że ten człowiek był zawsze trzy kroki przed nimi? Z drugiej strony, co się kurwa dziwić, jak Noriega chodził i wszystkim rozgadywał swój plan? Gówno nauczył się po sytuacji z Maddie. Ludzie wiecznie wbijali mu nóż w plecy, a on na okrągło ufał na nowo. Był nieostrożny, a to zaś kurewsko ją denerwowało. Do tego stopnia, że kiedy naskoczył na nią,
że miałą się nie wychylać, od razu zgromiła go wzrokiem.
—
A może by tak kurwa dla odmiany jakieś dzięki Pilar, że to załatwiłaś? — warknęła na niego. Jaja sobie robił. Miała wrażenie, że czego by nie zrobiła, to on miałby do niej problem. To doszukałby się powodu, żeby na nią naskoczyć i wytknąć jej, że była
nieuważna.
— Sam mnie tutaj zabrałeś, widziałeś, że rozmawiam z Luną, a i tak zostawiłeś mnie z nim samą, a teraz masz kurwa problem, że to jakkolwiek wykorzystałam? — nie rozumiała go. Nie rozumiała, jak jednocześnie chciał, żeby była częścią planu, mówił, że ją potrzebował, a potem o wszystko miał tylko pretensje. I znowu pieprzona Pati zawitała w jej głowie. Że pewnie gdyby to Patricia powiedziała mu, że załatwiła na Lunie lokalizator, to pewnie byłby wniebowzięty. Aż ją wzdrygnęło na samą myśl.
Może pokłóciliby się o to jeszcze chwile, jak i o burdel w Quebec, ale w głównej sali
p r a w i e doszło do morderstwa i to oni jak zwykle musieli się wszystkim zająć. Pilar momentalnie doskoczyła na scenę do senatora, gdy ten pomimo jasnego polecania, że ma
nie wyciągać, wyszarpał nóż z własnego biodra, a krew trysnęła jeszcze mocniej. Przejęła od Madoxa marynarkę i docisnęła do rany tak mocno, ile tylko miała siły w dłoniach. Krew wciąż sączyła się po jego ciele, a biała koszula, jaką miał na sobie w połowie zajęła się szkarłatem.
Ktoś z tyłu krzyknął, że
karetka już jedzie i będzie za kilka minut, natomiast inny gość oznajmił, że jest lekarzem. Przejął od Pilar ucisk, żeby zajrzeć pod ranę, a ona momentalnie wyprostowała się, rozglądając dookoła, próbując namierzyć swojego męża. Wiedziała, że ruszył po apteczkę, ale ona właśnie przyszła do nich w rękach jakiegoś innego kolesia.
Kurwa. Naprawdę znowu ją zostawił? Już miała się wyrwać od przodu, kiedy głośny szloch Margaret doszedł do jej uszu. Kobieta ledwo łapała powietrze, kompletnie się zapowietrzając. A Pilar…
—
Ej, spokojnie — oczywiście, że do niej doskoczyła. Przykucnęła tuż przed nią i nachyliła się bliżej, by sięgnąć do jej dłoni. —
Wyjdzie z tego. Karetka już jedzie — próbowała ją jakoś uspokoić, chociaż jej własne serce zaczynało bić coraz szybciej. Mieli się już nie rozdzielać z Noriegą, a on znowu sobie gdzieś poszedł. Aż chciałoby się wysunąć wnioski, że również dobrze mógłby sobie tu przyjść sam i wyszłoby na jedno. Nie była mu do niczego potrzebna.
—
Tak bardzo się o niego b-boje — jęknęła kobieta, zaciskając palce na dłoni Pilar, przelotnie spoglądając w stronę sceny, gdzie senator wciąż leżał, wyjąc z bólu.
—
Margaret — Pilar zasłoniła jej ten widok własnym ciałem i złapała jej spojrzenie. —
Co tu się stało? — starała się brzmieć najbardziej spokojnie, jak tylko się dało, ale adrenalina w ciele już pracowała na najwyższych obrotach.
Panikowała. Chociaż na zewnątrz nic po niej nie było widać.
—
Ktoś rzucił w niego nożem — wydyszała na raty, ledwo będąc w stanie mówić.
—
Rzucił? — zdziwiła się, bo jak to kurwa rzucił? Po pierwsze kto normalny
r z u c a ł w ludzi nożem, a po drugie jakim cudem nikt tego nie widział? Aż rozejrzała się dookoła. Przecież teraz przy nim i dookoła było jakiś dwudziestu ochroniarzy, gdzie kurwa byli, kiedy ktoś zamachnął się na życie senatora? Jakim cudem nikt go nie pilnował ani nie złapał sprawcy? I gdzie kurwa w tym wszystkim był Luna? Aż poderwała się na równe nogi z myślą, że musi jak najszybciej znaleźć Madoxa.
Tylko gdzie szukać?
Skierowała się w stronę miejsca przy ścianie, gdzie oryginalnie leżała apteczka tuż obok gaśnicy i tam rozejrzała. Nic. Jedyne na co nadziało się jej ciemne spojrzenie to…
znajomy błękit. Oddech miała nierówny, a serce w piersi waliło jej jak oszalałe, kiedy podbiegła do Galena, cała umazana krwią senatora.
—
Pilar, nic ci nie jest? — spytał, nim ona zdążyła cokolwiek powiedzieć. Oczywiście, że się przejął. Nic kurwa nie ułatwiał. Widziała nawet troskę w jego oczach ,ale przecież nie miała czasu z nim dyskutować.
—
Co? Nic — mruknęła na szybko, machając na to ręką. —
Galen, widziałeś Madoxa? Wszędzie go szukam i…
—
Biegł wcześniej w tamtą stronę — wskazał patio. —
Za jakaś kobietą — dodała wymownie, patrząc na nią uważnie. I chociaż Pilar od razu chciała wyrwać się w tamtym kierunku, to jeszcze spojrzała na Wyatta i dookoła niego.
—
A gdzie Patricia?
—
W łazience — tyle zdążył jej powiedzieć, nim rzuciła się w stronę wielkich, szklanych drzwi. Długie szpilki odbijały się od posadzki, w tle już było słychać nadjeżdżającą karetkę, a ona tylko fiksowała się na tym, gdzie był jej mąż. Chociaż fakt, że Pati znowu się gdzieś ulotniła wcale nie spłynął po niej obojętnie. Wybiegła na drewniane deski i rozejrzała się. Kilka osób siedziało na fotelach, na których wcześniej oni z Luną, ale Noriegi nigdzie nie było… i dopiero spoglądając w stronę krzaków, przypomniała sobie, jak chciał się tam z nią
przejść. Ruszyła po schodkach na kamienną ścieżkę. Obcisła sukienka ograniczała jej ruchy do granic możliwości i ona naprawdę sama nie wiedziała, jakim cudem była w stanie w ogóle podbiec do przodu.
A potem stanęła jak wryta, widząc pałująca się między krzewami scenę.
Serce podeszło je udo samego gardła. Zacisnęło i prawie pękło. Widziała, jak Madox trzymał pod zakład jakąś kobietę, tuż obok niego pierdolony pająk kieruje mu prosto w głowę, a przed nimi Luna. Tyłem do niej. Teraz już miałą pewność, że to był on. Zimny dreszcz przeszedł po jej ciele. Momentalnie chciała się wyrwać do przodu z głośnym
zostawcie go kurwa na ustach. Rzucić na Lunę, wziąć i jego pod włos,
z a r y z y k o w a ć. Ale przecież obiecała mu, że tego nie zrobi. Nie do tego stopnia. Wtedy naprawdę postawiliby wszystko na jedną kartę, a w ich duecie to Pilar miałą być ta rozważna.
Zrobiła krok do przodu, łapiąc spojrzenie z kobietą. Jej ciemno-zielone przesunęły się po twarzy Pilar i chociaż stała daleko musiała przyznać, że były one… dziwnie podobne od tych Luny. Co najmniej jakby byli
rodziną. A zaraz potem na Madoxa i pierodlonego pająka, który nagle na sygnał szefa opuścił broń. Aż odetchnęła, chociaż to nie znaczyło, że serce nie waliło jej jak oszalałe. Dziewczyna znowu na nią spojrzała, na czerwoną sukienkę odznaczającą się na tle krzaków i Pani Noriega wiedziała już, że lada moment Luna też ja zauważy, ze straci element zaskoczenia, dlatego wyszła w przód.
—
Czy wy nie umiecie normalnie rozmawiać? — rzuciła spokojnie, z lekką pogardą dla sytuacji, przybierając na twarz maskę
niewzruszonej. Za nic nie odzwierciedlało tego jej roztrzęsione wnętrze, ale teraz już nie było wyjścia. Luna odwrócił się w jej kierunku, zresztą jak wszyscy, ale Pilar to na nim zawiesiła ciemne spojrzenie. Zajrzała mu głęboko w oczy, po raz pierwszy ze świadomością kim był i nie miała zamiaru za nic pokazać, że się bała. Zrobiła krok jeszcze w jego kierunku. —
Pierwsze podpalenie klubu, potem las, teraz to… — zaczęła wymieniać, machając ręką w powietrzu, by podkreślić scenkę, w której się znaleźli. Bo skoro wszystkie karty zostały już odkryte, to chyba nie było co się bawić w podchody. —
Nie możecie kurwa kulturalnie usiąść i porozmawiać o interesach? — pokręciła głową, patrząc na niego z politowaniem. Nie miała pojęcia, czy ta taktyka zadziała. Równie dobrze zaraz mogła zarobić ona kulkę prosto w łeb, ale z drugiej strony, pokazanie paniki czy złości tym bardziej nic by tu nie dało. Luna patrzył na nią
z a c i e k a w i o n y, a po chwili… się uśmiechnął. Szeroko.
—
Oczywiście, że możemy, Pilar — mruknął zadowolony, kładąc specjalny nacisk na jej imię, aż chłodny dreszcz zawędrował po jej plecach. —
Ale jak widzisz, twój mąż… jest mało skory do rozmowy i zamiast tego szarpie moją znajomą — oboje przenieśli spojrzenie na kobietę, która znowu się wierzgnęła. Wzrok miała wściekły i pewnie gdyby trzymał ją ktoś mniej obeznany, już dawno kopnęłaby mu w jaja albo go ugryzła. Noriega jednak wiedział jak odpowiednio
unieruchomić. —
Nie uważasz, że to niekulturalne? — spytał Luna, przekręcając głowę na bok i tym razem dając swoją uwagę Pilar. Grupa wariatów. Każdy tu w coś grał. Miała pełną świadomość, że tylko teraz Luna zgrywał takiego
przymilnego, ale skoro już wszedł z nią w tą gierkę, to nie mogła odpuścić.
—
Twój sługus, celujący do mojego męża też jak widzisz nie ułatwia sytuacji… — wtrąciła, wskazując ręką na pająka, który aż się obruszył, pewnie na to słowo
sługus, którego Pilar użyła w pełni intencjonalnie.
—
Ty pierdolona suk… — zaczął, ale wtedy Luna spojrzał na niego gniewnie.
—
Calma — wypowiedział spokojnie, na co pająk niby zareagował, ale Pilar widziała w jego oczach, jak wkurwiony był. Cóż, ona też musiała w sobie ukrywać wiele emocji, bo najchętniej wyrwałaby mu tą broń i rozkurwiła w drobny mak po tym, co ostatnio jej powiedział.
—
Niech odłoży broń na ziemie — zaproponowała, nie ściągając spojrzenia z Luny. —
I tak jej nie użyje — zaryzykowała stwierdzenie, brzmiąc wyjątkowo pewnie, co Luna oczywiście podłapał.
—
Ah tak? A skąd ta pewność?
—
Chcesz mi powiedzieć, że jak tu byliśmy wcześniej, to nie widziałeś kamer na filarach? — machnęła ręką w stronę patio. Faktycznie były tam wysokie filary z jakimiś elementami na górze, jednak Pilar nie miała pojęcia, czy to były kamery, ale przecież nikt w ich duecie nie mówił tutaj prawdy. Widziała jednak, że Luna się zastanowił. Że zamyślił się na moment, jakby faktycznie rozważał, czy mógł to przegapić. Skoro był człowiekiem
widmo nie mógł sobie pozwolić, by było go widać przy miejscu zborni. Nie działał tak. —
Niech odłoży broń — powtórzyła stanowczo.
—
A co z moją towarzyszką? — spytał, jakby naprawdę sobie tutaj negocjowali, nie zwracając uwagi na tych wszystkich ludzi przed nimi. Dopiero na te słowa Pilar spojrzała na Madoxa. W jego piękne, ciemne oczy, do których tak bardzo tęskniła. Serce w piersi aż się jej szarpnęło i naprawdę musiała się powstrzymać całą kurwa sobą, żeby zachować zimną krew i nie wyjść z roli
zimnej suki, jaką przyjęła.
—
Cariño… — powiedziała powoli, wymownie, tym samym
prosząc go, żeby puścił kobietę. Miała świadomość, że jemu mogło się to nie podobać, ale przecież i tak by tutaj sam nic nie ugrał. Przecież kurwa mieli udawać współprace z Luną, a nie skakać sobie do gardeł.
Jeszcze nie. No tylko pytanie co na to wszystko Madox.