—
Johny to nudziarz. Nie wie, co to dobra zabawa — zażartowała, choć prawda była taka, że o menadzeże Spencera miała połowiczne informację. Jednak zoya instynktownie obdarzała antypatią nazbyt poważnych ludzi, a ten właśnie na takiego jej wyglądał.
Tak naprawdę nie wiedziała, jakie
k a j d a n y nosił Lucien. Ona sama nawet po śmierci mamy, żyła dość frywolnie i robiła to, na co akurat miała ochotę. Owszem, życie w Huntsville było dalekie od całonocnych imprez. Większość klubów zamykała się około drugiej, a największe atrakcje kręciły się wokół festynów, ale jakoś nigdy nie narzekała na brak
nieodpowiedzialnej rozrywki. Również wylądowała pare razy na komisariacie, choć nie stricte pod wpływem alkoholu.
Poza tym dzieciństwo Zoyki upłynęło przede wszystkim na jeździe konnej i bieganiu po polach; pomiędzy obowiązkami na farmie a hasaniem po lesie. Z perspektywy czasu uważała, że to był
dobry czas.
S ł o ń c e, zadźwięczało Zoi w uszach i przez krótką chwilę znieruchomiała. Jak cudownie znowu było poczuć, że
c o ś ich łaczyło. Niemniej musiała prędko odgonić chmurę dziwnych mysli i
zabrać się za Luciena. Dosłownie.
—
Nie ma tu niczego, czego bym nie widziała — rzuciła ironicznie, jednocześnie rozbawiona jego żargonem.
Patrząc na całą sytuację, Zoya wcale nie uważała siebie za tą rozsądniejszą. Jej wcześniejsze decyzje były motywowane przede wszystkim strachem, a ewentualne wykorzystanie Luciena z czystej przyzwoitości nawet nie wchodziło w grę. Halo, ona była trzeźwa. I niezależnie od tego, jak bawił ją i urzekał (jeszcze) widok pijanego Luciena, musiała zaniechać wszelkich niecnych planów, które z pewnością przyszłyby jej do głowy, gdyby sama również wypiła.
Na moment speszyła się, kiedy mężczyzna z tej niewielkiej odległości nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Musiała mocniej go przytrzymać, bo najwyraźniej zakręciło mu się w głowie. Ale... pomimo że jego spojrzenie wydawało się zamglone, wciąż miało w sobie coś pociągającego. Nic dziwnego, że na chwilę Zoya spuściła wzrok, aby zerknąć na jego usta. Te z kolei najwyraźniej nie zamierzały współpracować, bo zaczęły protestować, dlatego przytknęła do nich palec.
—
Proszę cię zamilcz, Lucien, bo nie pomagasz — rzuciła błagalnym tonem.
Lucien jednak wydawał się niezłomny. Szybko się odsunął i w durny sposób spróbował udowodnić, że świetnie się trzymał. Oczywiście zdaniem Zoi jego stan był daleki zarówno od słowa
świetnie, jak i od jakiegokolwiek
trzymania się, więc na ten kompromitujący widok skrzyżowała ramiona i wymownie uniosła jedną brew.
Ostatecznie Zoi nie spodobało się, że Lucien chciał iść sam, ale posłusznie postanowiła po raz kolejny go nie obłapiać.
Gorszy od kierowcy samochodu GT3 był tylko pijany kierowca samochodu GT3, z którym dodatkowo można było się pokłócić, więc ustąpiła. Szybko jednak tego pożałowała, bo kiedy kierowała się w stronę samochodu, pomimo notorycznego oglądania się przez ramię na mężczzyznę i tak przeoczyła najważniejszy moment.
Ba, Lucien spektakularnie wyrżnął się na podjeździe, aż w pierwszej chwili Zoya zdusiła własny krzyk swoimi dłońmi dociśniętymi do ust. W drugiej już kucała obok biedaka i pomogła mu się podnieść.
—
Jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? — zapytała z pretensją, bo w tym momencie cały urok Luciena Spencera prysnął. Nie było jej już do śmiechu, gdy coraz dobitniej zdawała sobie sprawę z powagi problemu. Ba, zaczęła się martwić o to, jak niepostrzeżenie przetransportuje go już nie tyle do samochodu, co z samochodu do mieszkania, skoro, do cholery, wywracał się na prostej drodze! —
Chodźmy dalej — zawyrokowała i ostatecznie wpakowała
zwłoki do Mercedesa. Usadziła mężczyznę w miarę stabilnie, opuściła fotel, aby przypadkiem nie uderzył twarzą w kokpit, a następnie zapięła mu pas. —
Też inaczej to sobie wyobrażałam — mruknęła, ale na tyle cicho, że raczej nie mógł tego usłyszeć.
Ona natomiast wyraźnie usłyszała jego ostatnie słowa:
Ale cieszę się, że jesteś. Nawet nie wiesz, jak tęskniłem.
Niespokojnie przeliterowała to sobie w myślach, jednocześnie zawieszajac wzrok na jego twarzy. Poczuła gorąc; poczuła ciepło tak przyjemne, że mimowolnie wzdrygnęła się na samo wspomnienie, że mogo mu jej brakować. Zaraz jednak potrząsnęła głową i przywołała zdrowy rozsądek, który nakazywał zachować skupienie na czymś innym.
Ale też za nim tęskniła.
Siedząc już w fotelu kierowcy, Zoya z troską oraz, o zgrozo, narastającą irytacją, spojrzała na Luciena. Wyglądał na wykończonego, więc czym prędzej postanowiła zająć się jazdą. Problem w tym, że nie znała się na tak nowoczesnych samochodach, dlatego, klnąc siarczyście, zaczęła szukać miejsca, w które powinna wetknąć pilota. Kiedy w końcu jej się udało z podobnym zdenerwowaniem zaczęła rozglądać się za przyciskiem
startu. Ostatecznie skończyła na wyzywaniu automatycznej skrzyni biegów. I... szarpnęła dwukrotnie do tyłu, zanim udało jej się włączyć
drive, a następnie topornie ruszyła w stronę Downtown.
Przez całą drogę bardzo się stresowała. Miała maksymalnie przysunięty i podwyższony, fotel, ale nie zmieniło to komfortu jazdy. Kiedy jednak dotarli pod apartamentowiec Luciena i spróbowała go dobudzić, aby podał jej pilota do bramy, ten jedynie odwrócił głowę w stronę szyby i dalej spał jak kamień.
Musiała więc ponownie go obłapić. Sprawdziła każdą kieszeń; dosłowne każdy fragment swetra oraz spodni mężczyzny, ale nigdzie nie znalazła kluczy do mieszkania. Podobne poszukiwania przeprowadziła w samochodzie, zaglądając gorliwie do każdej możliwej skrytki, jednak... przedmiotu nadal brakowało.
Zoya uderzyła czołem w kierownicę i przeciągle jęknęła. Ten wieczór naprawdę nie mógł być bardziej tragiczny, a co gorsza nie miała żadnego planu awaryjnego.
—
Powinnam zostawić cię na krawżęniku! — warknęła, ale właśnie wtedy w jej umyśle znowu rozbrzzmiały się słowa Luciena, że
t ę s k n i ł, więc tylko westchnęła.
Nie mogła zabrać Spencera do siebie, gdzie jej współlokator najwyraźniej pieprzył jakąś dziewczynę, co dwukrotnie zwiększyło szansę, że rano któreś z nich rozpoznałoby Luciena. Nie mogła też zabrać go do hotelu, bo po pierwsze wiązało się to z podobnym ryzykiem, a po drugie nie miała pieniędzy. Mężczyzna najwyraźniej też ich nie miał, ponieważ podczas przeszukiwania jego kieszeni nie natknęła się nawet na portfel.
Wtedy, jakby nagle ją olśniło, pomyślała o Adeline! Ostatecznie zapał Zoi równie szybko jednak opadł, kiedy przypomniała sobie, że przyjaciółka była na jakiejś konferencji w Ottawie.
Kurwaaa.
Nie była pewna ile leżała tak z głową opartą o kierownicę, wpatrując się w Luciena. Na pewno minęło kilka minut, podczas których, próbując coś wymyślić, trzymała go za rękę. Znowu... czuła wiele niesprecyzowanych emocji, ale przede wszystkim chciała znaleźć dla niego jakieś
bezpieczne i
ciepłe miejsce.
W końcu jakoś przed drugą, wyprostowała się i ponownie odpaliła auto. Zoyka nie była szczególnie praktykująca, ale w momencie, w którym podjęła decyzję, odmówiła parę modlitw, po czym ruszyła w stronę Huntsville!
Po karkołomnej przeprawie najpierw przez ciemne drogi, a później przez jeszcze ciemniejsze bezdroża, po około trzech godzinach minęła znak z nazwą rodzinnego miasteczka. Przez cały ten czas Lucien spał jak zabity i tylko dwa czy trzy razy wymamrotał pod nosem jakąś
głupotkę.
Najcięższą częścią trasy okazała się wertepowa dróżka prowadząca na farmę. Prawdopodobnie wcześniej padało, bo dziury zdawały się Zoi jeszcze większe niż zwykle. Pomimo tego nie zwolniła i z ogromnym zaangażowaniem pokonała kolejne nierówności, aż w pewnym momencie przez nocną ciszę przedarło się głośne
trach!.
Zatrzymała gwałtownie auto, na co głowa Luciena powędrowała w stronę kokpitu, ale na szczęście przed uderzeniem ochroniły go pasy.
—
Słyszałeś to? Myślisz, że potrąciłam zwierzę? — zapytała mimowolnie i nieprzzejęta stanem mężczyzny, popchnęła go znowu na fotel. —
Czuję sie, jakbym gadała do Willsona z Cast away — dodała niezadowolona, po czym obiegła twarz
truchła spojrzeniem. Miał intensywnie różowe policzki, przepocone, przyklejone do czoła włosy i wydawał się uśmiechać, co trochę rozmiękczało Zoyę.
W końcu wysiadła, aby sprawdzić samochód, ale widok przebitego przedniego koła zwalił ją z nóg. Nie mogła zrozumieć, jak tak obrzydliwie drogie i terenowe auto mogło wykrzaczyć się na wertepach! Na domiar złego kopnęła jeszcze felgę, która również wyglądała na uszkodzoną, po czym zrozpaczona - jak gdyby nigdy nic wsiadła - z powrotem do auta i ruszyła dalej.
Przez resztę trasy towarzyszyło im uporczywe pikanie niezapiętych pasów Zoi oraz dziwne dźwięki dochodzące z uszkodzonego koła. Na szczęście do pokonania zostało raptem kilkanaście metrów, więc kiedy ostatecznie zaparkowała przed domem, poczuła ogromną ulgę.
Nie zdążyła jeszcze zgasić silnika, kiedy na tarasie ujrzała sylwetę najstarszego brata, Zacharego. Uniósł dłoń, bo w pierwszej chwili poraziły go światła Mercedesa. W drugiej Zoya już je wyłączyła, a on namierzywszy wzrokiem siostrę, uniósł wysoko brwi. Spodziewała się, że już nie spał, bo miał iść oporządzić zwierzęta, o czym świadczył jego ubiór oraz kalosze.
—
Mam zwłoki do przeniesienia, pomożesz? — rzuciła na powitanie ni to żartobliwie, ni poważnie, kiedy wyszła na zewnątrz.
Zachary zamrugał, po czym przesunął wzrok z siostry na nieprzytomnego Luciena. Zaraz wychylił się w drzwiach do tyłu i zawołał:
—
Ron, Alex, Zoya przyjechała!
I jak na znak na taras wybiegło jeszcze dwóch, połowicznie roznegliżowanych mężczyzn. Ron stał w samych bokserkach
Emporio Banani z jointem w dłoni, zaś Alex w zniszczonych, roboczych spodniach i z kubkiem kawy.
—
To pomożecie? — rzuciła już bardziej błagalnie i skineła w stronę pasażera.
—
O co chodzi? Mamy go zakopać czy utopić? — zapytał bezmyślnie Ron, po czym wcale nieprzejęty wziął buszka. —
Co to w ogóle za fantastyczna furaaa? Łoo! — Mężczyzna zbiegł po drewnianych schodkach i zaczął obskakiwać auto dookoła. Nawet nie zauważył uszkodzonego koła, tylko z ogromnym zaangażowaniem dotykał tu i ówdzie, wydając przy tym jakieś durne dźwięki zachwytu.
—
Zach — zwróciła się do najstarszego, bo u najmłodszego najwyraźniej na próżno było szukać rozsądku. Ron właśnie wkładał palce do wydechu. —
Napił się — Zoya nagle uniosła dłonie, jakby chciała nakreślić ogrom problemu. —
Dobra, najebał się. Nie miałam dokąd go zabrać.
Bracia w dalszym ciągu wydawali się niewzruszeni, co właściwie Zoi nie powinno dziwić. Jeszcze kilka lat temu podobne sytuacje były przecież normą, więc może właśnie dlatego Alexander spokojnie pociągnął łyk kawy, a dopiero potem zszedł z tarasu i skierował się w stronę drzwi od strony pasażera.
On i Zachary wtaszczyli Luciena na piętro, a Ron kroczył tuż za nimi, nieustannie wspominając, że skądś kojarzy typa. Nieostrożnie, jakby był workiem ziemniaków, rzucili Spencera na łóżko w pokoju Zoi. Chyba dopiero wtedy uszło z niej całe powietrze.
—
Wyjaśnisz nam to? — zapytał Zach, który jako jedyny z braci został jeszcze w pokoju.
—
Mogę później? — zapytała wielce strudzona. Stała przy ramie łóżka. —
Ogarnę go i też idę się przespać.
—
W porządku — Zach jeszcze jeden raz dosyć sceptycznie spojrzał na Luciena. —
Wstań na obiad. Pokój Willa jest wolny — i wyszedł.
Zoya odprowadziła brata spojrzeniem. Doskonale zrozumiała aluzję i nawet nie zamierzała się z nim spierać. Zaraz potem rozmasowała ramiona, które właściwie przez całą jazdę pozostawały spięte, po czym rozebrała Luciena do bielizny i nakryła go kocem. Jego ubrania zabrała do pralni.
Lucien Spencer