ODPOWIEDZ
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

outfit

Był skołowany.
Nie wiedział tylko czy od alkoholu pulsującego w jego żyłach, najpewniej zamiast krwi, czy od bałaganu, który pozostawiła mu w głowie pewna ciemnowłosa.

Miał nie pić. Miał zostać w domu i rozkoszować się ciszą i niezmąconym spokojem, jakiego nie zaznał od ponad miesiąca. Wreszcie miał szansę na chwilę zwolnić i złapać oddech. Ale kiedy w piątek wieczorem wrócił do pustego mieszkania, cisza i spokój okazały się dla niego zbyt uciążliwe, bo mimowolnie przywoływały obrazy z zeszłego weekendu w Misano. A Lucien teraz nie chciał zajmować nimi swoich myśli.
Próbował nie dopuszczać do siebie żalu, jaki czaił się gdzieś w głębinach jego świadomości. Miał wrażenie, że znów bezsensownie pozwolił sobie na nadzieję. Dała mu ją obietnica spotkania w Toronto, gdy oboje wrócą do miasta. I odezwał się do Zoi w tej sprawie, kiedy tylko zyskał ku temu okazję. Niestety, nie dostał żadnej odpowiedzi zwrotnej.
Milczenie z jej strony wydało mu się dziwne, więc następnego dnia po kolejnych wiadomościach bez odpowiedzi postanowił odwiedzić ją w jej mieszkaniu, licząc na to, że ją spotka. Jednak jedyną osobą, jaką zastał na miejscu, był jej współlokator, który napomknął tylko, że wyjechała. Wtedy po raz kolejny naszła Spencera myśl, że… chyba znowu jej się narzucał.
To Ellie namówiła go na imprezę. Organizowała domówkę w willi rodziców, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta. Zarzekał się, że przyjechał tam tylko i wyłącznie dla świętego spokoju, ale gdy wręczyła mu kubek z piwem, wahał się tylko chwilę, zanim pociągnął pierwszy łyk.

Chodź, chodź, łyk, łyk, shot, shot, cyk, cyk.

Po trzech takich kubkach i ośmiu szotach tequili stracił rachubę. Rzadko można było go spotkać w takim stanie, dlatego znajomi wcale go nie oszczędzali. Przyjemny szum w głowie w połączeniu z basem muzyki puszczanej z konsoli znanego dja skutecznie zagłuszał jego myśli. Dał się porwać zabawie i po prostu odpuścił.
Nawet nie zarejestrował momentu, w którym zgubił swoje towarzystwo i zaczął rozmawiać z jakąś dziewczyną. Wystarczyła chwila, a już po chwili wylądował z nią na parkiecie. Długonoga brunetka w skąpym stroju wiła się przy nim w tańcu. W pewnej chwili odwróciła się do niego tyłem i zaczęła się ocierać o niego swoim zgrabnym tyłkiem, przylegając do niego całym ciałem i pozwalając mu wędrować po niej dłońmi.
Krążący w jego organizmie alkohol mieszał mu w głowie, sprawiając, że wraz z każdą kolejną chwilą w towarzystwie Cath, Cory, Chloe, czy jak się przedstawiła, zaczął odczuwać coraz większą potrzebę bliskości. I już, już, odwrócił ją ku sobie, żeby sięgnąć jej ust, ale wystarczyło, że przesunął spojrzeniem po jej twarzy, od oczu, aż po usta i… wiedział, że nie tego szukał.
Zaraz więc wylądował z kolejnym kubkiem piwa na kanapie i wdał się w rozmowę o niczym z grupką innych dziewczyn, ale na propozycję tańca podziękował, grzecznie zachęcając je do dalszej zabawy, bez niego.
Gdy w końcu na chwilę został sam, opadł na sofę z ciężkim westchnięciem i sięgnął po telefon. Nie powinien już czekać na wiadomość, ale brak jakiegokolwiek odzewu ze strony Zoi wywoływał w nim ukłucie żalu. Przez chwilę bił się z myślami, zanim zajrzał na jej profil, łamiąc swoją dzisiejszą zasadę, żeby nie sprawdzać, co u niej. Nie miała żadnych relacji, ale to nie przeszkodziło mu w przejrzeniu po raz enty wstawionych przez nią postów z kurami, selfie, czy ostatniego photobombu z Włoch, na co mimowolnie uśmiechnął się kącikiem ust.
Powrócił na górę jej profilu i jego wzrok padł na okienko wiadomości. Przygryzł wargę z wahaniem, bo przecież najwyraźniej nie tego chciała. Mimo to impulsywnie wyświetlił okno.
To, co zobaczył w zamian, sprawiło, że jego serce nagle przyspieszyło swoje obroty. Wystrzelił znienacka tułowiem do przodu, opierając przedramiona o kolana i jeszcze raz przeczytał wiadomość.

Lucien, zgubiłam telefon.
Odezwij się do mnie XXXXXXXXX


Nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu, który momentalnie rozświetlił jego twarz. Wcale jej się nie narzucał. Chciała nadal mieć z nim kontakt.
Borze zielony, co za ulga!
Zanim przemyślał sprawę, już wybrał połączenie i przyłożył telefon do ucha, z rosnącym podekscytowaniem słuchając kolejnych sygnałów. Kiedy w słuchawce odezwał się nieco niewyraźny głos, był zbyt zaaferowany tym telefonem, żeby zastanowić się, czy to nie było dość podejrzane.
Dobry wieczór, słoneczko moje najpiękniejsze — zaczął głębokim głosem, uśmiechając się do siebie wybitnie radośnie. — Już myślałem, że postanowiłaś mnie zghostować. Ale miałaś dobry argument, więc wybaczę Ci — oznajmił spokojnie, zadowolony ze swojej wspaniałomyślności. — Tylko proszę, nie rób mi tego więcej, dobrze? — przechylił głowę znacząco, czego jednak nie mogła przez telefon zobaczyć, więc pozostało jej jedynie wydedukować to po tonie.
Naprawdę nie był pewien, ile jeszcze był w stanie znieść tego dziwnego zawieszenia, w jakim się znajdował w kwestii ich relacji. Chcąc nie chcąc, jej nagłe zniknięcie pozostawiło po sobie pustkę, której nie potrafił załatać. A teraz ogromnie mu ulżyło, że nie wszystko między nimi było stracone.
No, chyba, że po hektolitrach alkoholu, które tego wieczoru wypił, wygłupi się na tyle, że Zoya nie będzie chciała go znać. Ale czy taka możliwość w ogóle w tej chwili do niego docierała? Bynajmniej.
Niepostrzeżenie kątem oka zauważył uśmiechające się w jego kierunku miłe dla oka nieznajome.
Zoyaaa — westchnął przeciągle i oparł wolną dłoń o swój policzek. — Ratuj mnie. Jestem na celowniku chyba wszystkich panien na tej imprezie — jęknął żałośnie i wykrzywił swoją twarz zbolały, a natknąwszy się na spojrzenia tych kobiet, odwrócił głowę w zupełnie inną stronę.
I cholera, tam też inne zerkały na niego z zaciekawieniem. Ostatecznie przesunął więc dłoń z policzka na swoje czoło i wbił twarz w podłogę, próbując ustabilizować trochę wirujący świat. Piwo, które przed chwilą skończył, chyba zaczynało wchodzić w niego ze zdwojoną mocą.


Zoykaaaa
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W półśnie nie rozpoznała od razu głosu Luciena. Jęknęła sennie do słuchawki, nijak nie reagując na to serdeczne powitanie, po czym przekręciła się z brzucha na plecy. Potem oderwała aparat od od ucha i zerknęła na ekran. Dochodziła pierwsza w nocy.
Lucien? — zgadła znienacka, usłyszawszy dalszą część wypowiedzi. Nagle poderwała się do siadu i choć w głosie Zoi nadal pobrzmiewała senność to była już całkiem przytomna. — Jesteś pijany? — zapytała gwałtownie. Nie dało się zignorować tych przeciąganych spółgłosek oraz wylewności z jaką mówił. W dodatku w tle słyszała głośną, choć przytłumioną muzykę idealną do jakiejś potupajki.
Mocno zdezorientowana wysunęła nogi spod kołdry i stanęła boso na podłodze. Właściwie nie spodziewała się, że się do niej odezwie. Kiedy wracała do domu z Cree, prawdopodobnie gdzieś po drodze wypadł jej telefon, więc odkąd napisała Lucienowi wiadomość, kilkukrotnie w ciągu dnia sprawdzała czy odczytał. Skoro jeszcze tego nie zrobił łudziła się, że m o ż e wpadła do spamu albo zginęła gdzieś pod lawiną innych powiadomień. Najpewniej powiadomień od fanów.
Z tego też względu Zoya napisała swój numer pod jego paroma zdjęciami, ale prawda była taka, że natychmiast zniknął on pod falą komentarzy z gratulacjami po ostatnim wyścigu. Niewiele mogła zrobić.
Miała wtedy wrażenie, że wszystko się na nią uwzięło i zgodnie z tym przeczuciem, niedługo po zgubieniu telefonu straciła również pracę. I to nie tak, że przez ten czas nie myślała o Lucienie. Ba, myślała o nim bardzo dużo. Nawet dwukrotnie spróbowała zastać go w apartamencie, jednak ostatecznie skończyły jej się możliwości, gdy okazało się, że była potrzebna na farmie.
Lucien, próbowałam się z tobą skontaktować. Naprawdę. Byłam nawet u ciebie w domu. Wrzuciłam ci też kartkę do skrzynki — powiedziała przejęta, jakby potrzebowała się usprawiedliwić, kiedy poprosił, aby więcej tego nie robiła.
Ale nie robiła czego? Nie milczała? Zoya nie miała pojęcia o tym, co przeżywał Lucien ani jak gorliwie na nią czekał. Nie wiedziała, że jego dzisiejszy wieczór był kwintesencją całego żalu i rozgoryczenia, które w sobie trzymał. W dodatku jej sąsiad wyjechał, więc nawet w porę nie dowiedziała się, że sama miała gościa. Mijali się.
W momencie, w którym tak przeciągnął jej imię, uniosła zdumiona brwi i przygryzła wewnętrzną stronę policzka. Brzmiał uroczo, choć zaczęła się niepokoić jego stanem. W dodatku nie wiedziała, gdzie był, co i z kim robił i chociaż, być może, nie powinno jej to interesować, to nie potrafiła powstrzymać narastającego zdenerwowania.
A potem drgnęła, słysząc, że miała go ratować, jednak już po chwili prychnęła odrobinę rozbawiona.
Och... Powinieneś się cieszyć, że masz takie powodzenie. Na pewno powinnam cię ratować? — pokusiła się o żart. Raczej nie potraktowała jego słów poważnie; raczej nie sądziła, aby rzeczywiście potrzebował pomocy skoro dotychczas musiał radzić sobie sam z potencjalnie nachalnymi damami. Mimo wszystko ciekawość zaczęła gryźć Zoyę od środka. Ciekawość i może nawet zazdrość, więc nerwowo przełknęła ślinę. — Jesteś na jakimś evencie? — To była pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy. Uznała, że pewnie brał udział w imprezie o biznesowym charakterze, jednak osobliwy stan, w jakim z nią rozmawiał, budził pewne wątpliwości. — Czy w klubie? Dużo właściwie wypiłeś?
To, że Lucien budził zainteresowanie, wcale nie było dziwne. Był atrakcyjny, a do tego popularny i obrzydliwie bogaty o czym prawdopodobnie wiedzieli wszyscy. Niemniej miała nadzieję, że nie znajdował się w żadnym miejscu otwarcie publicznym, w którym mógłby narobić rabanu. Po tym, jak się wypowiadał, Zoya oczami wyobraźni widziała, jak poruszał się niestabilnym krokiem, dlatego tym bardziej liczyła na to, że jeśli sam Lucien nie do końca panował nad sobą, to przynajmniej w pobliżu znajdował się jego menedżer albo ktoś z zespołu.
Drugą kwestią był fakt, że gdzieś z tyłu głowy Zoi przemknął ich incydent sprzed paru tygodni. Nie posądzała go o puszczalstwo, choć przecież otwarcie przyznał, że wdawał się w ons; nie posądzała go nawet o to, że ze względu na ich znajomość mógłby ewentualnie się powstrzymać, ale nie mogła ukryć przed samą sobą, że ten temat nagle nieproszenie rozproszył się w jej myślach.

Lucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucienowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby przed wykonaniem połączenia sprawdzić, która jest godzina i wziąć pod uwagę fakt, że nie była to najlepsza pora na tego typu telefony. Właściwie, na rozmowy telefoniczne po pijaku nigdy nie był odpowiedni moment, a już tym bardziej nie po to, żeby zbłaźnić się przed dziewczyną.
Żył więc w błogiej nieświadomości, że jego stan pozostawiał sporo do życzenia, i uśmiechał się głupio do siebie, niezmiernie ciesząc się, że mógł usłyszeć j e j głos. Na jej pytanie zastanowił się chwilę. Był pijany? Czuł się bardzo przyzwoicie.
Hmmm… możliwe — przyznał szczerze, potakując sobie głową, jakby nie był co do tego w stu procentach przekonany, ale istotnie brał taką możliwość pod uwagę. — Jeszcze nie wiem, co na to moje auto, którym przyjechałem, bo miało ze mną wrócić, ale coś mi nie wyszło po drodze — zmrużył oczy, po czym słysząc własne słowa, parsknął śmiechem. Nie wyszło po drodze? Dobre sobie.
Nawet jeszcze nie zastanawiał się, jak wróci, ale to już nie było takie istotne. Grunt, że czuł się d o b r z e, a nawet l e p i e j, odkąd zrozumiał, że milczenie ze strony Zoi było tylko kolejnym głupim nieporozumieniem, które dało się naprawić.
Rzadko przeglądał powiadomienia na instagramie. Było ich tak dużo, zarówno od fanów, jak i hejterów, że nie miał czasu odpisywać wszystkim, woląc pozostawić sobie czysty umysł i skupić się na tym, co było ważniejsze. Nie miał więc pojęcia, że Zoya mimo wszystko usilnie starała się z nim skontaktować.
Taaak? — zdziwił się mocno, windując brwi do góry. — Jaka szkoda! Musiała się gdzieś zawieruszyć w reszcie poczty. A jak wyglądała? — zapytał zmartwiony i na dowód tego westchnął ciężko.
Nie znikaj, to miał na myśli, wyrażając swoją prośbę. Sądząc po ich nieoczywistej relacji, w jakiej w danej chwili tkwili, to było nie na miejscu i na trzeźwo Lucien w życiu nie postawiłby jej przed takimi okolicznościami, ale alkohol rozwiązywał mu język. Dotychczas opanowany i kontrolujący zwykle swoje emocje, wraz z coraz mocniej pulsującą w jego żyłach mieszanką piwa i tequili, stawał się coraz bardziej swobodny w tym, co robił i mówił.
To wcale nie jest zabawne — zaoponował nadal żałosnym tonem. — A co, jak któraś mnie porwie do swojej jamy i już nie wypuści? Albo okaże się modliszką? Na to już żadna umowa nie pomoże — zauważył całkiem poważnie, choć kąciki jego ust na koniec uniosły się szerzej. Był świadomy głupot, które wygadywał, ale jakoś nie miał nic przeciwko temu, żeby się przed nią wygłupiać. Nie miał pojęcia, z czego to wynikało, niemniej w jej towarzystwie czuł się dziwnie bezpiecznie. — Nie wiem, nie liczyłem. I chyba wolę nie wiedzieć. Pewnie dowiem się jutro, jak wstanę. O ile w ogóle wrócę do domu. Albo w ogóle wstanę — ściągnął brwi, bo tu, na tej kanapie, robiło mu się zbyt wygodnie. Jednocześnie w pomieszczeniu w jego subiektywnej ocenie powietrze stawało się coraz gęstsze. — Duszno mi — mruknął w słuchawkę, po czym podniósł spojrzenie do góry i świat mu lekko zawirował. Niemniej czuł, że potrzebował dostępu do świeżego powietrza.
Wstał z sofy i lekko się zatoczył, zanim ruszył przez korytarz, obijając się o ludzi. W międzyczasie przez przypadek popchnął kogoś z butelką piwa, które z trzaskiem rozbiło się o podłogę, na co rzucił tylko krótkie sorry.
Z tego wszystkiego całkowicie zapomniał odpowiedzieć na jej pytanie: gdzie był?
Czemu, do cholery, wszyscy stają mi na drodze? — warknął zirytowany, wciąż trzymając słuchawkę przy uchu, ale w jego głosie słychać było też zmęczenie.
Musiał przedostać się na zewnątrz.

Zoyaaa
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Właściwie Zoya już była pewna, że Lucien był pijany. Nie potrzebowała nawet potwierdzenia, ale kiedy sam wyraził niepewność co do tego, czy rzeczywiście się n a p i e r d z i e l i ł czy nie, mimowolnie parsknęła rozbawiona.
Trochę żałowała, że nie mogła go zobaczyć; trochę zastanawiała się, jaki face to face po alkoholu. Owszem, pamiętała ich zbliżenie w alejce, jednak to nie było to samo. Wówczas niewiele rozmawiali, a podobno słowa pijanych są myślami trzeźwych, więc tym bardziej Zoyę ciekawiło, co miał jej do powiedzenia o tak późnej porze.
I czy w ogóle miał coś do powiedzenia, bo ona sama miała bardzo wiele. Począwszy od dziękuję, a skończywszy na pytaniu, które odkąd wróciła z Włoch planowała mu zadać.
Myślę, że twoje auto powinno zostać na parkingu, a ty powinieneś wrócić z kimś znajomym. Albo wezwać taksówkę, Lucien — stwierdziła bardzo szczerze i poważnie.
Wątpiła, aby będąc pod wpływem, wsiadł za kierownicę. Wątpiła też, aby zrobił to jako zawodowy kierowca, jednak postanowiła przypomnieć mu o zasadach, gdyby wraz z dalszym piciem jego neurony zamierzały przegrać walkę ze zdrowym rozsądkiem.
Słuchała dalej i coraz mocniej uświadamiała sobie, że Lucien nie był po prostu pijany. Był napruty w trzy dupy, a ona w tym momencie zaczęła się zastanawiać, co właściwie doprowadziło go do takiego stanu. Przecież zapowiadał, że rzadko sięgał po alkohol, a tymczasem...
Wstała z łóżka i wyszła z pokoju, aby w kuchni sięgnąć po butelkę wody z lodówki. Ustawiła telefon na głośnomówiący, choć wciąż na tyle cicho, aby nie obudzić albo ewentualnie nie przeszkodzić współlokatorowi, który jak podejrzewała, miał w swoim pokoju towarzystwo.
No była taka mała. Biała w błękitne linie i... — przerwała znienacka. Nerwowo upiła wodę, po czym oparła sie tyłkiem o blat i po prostu się zaśmiała. Co niby miało im dać opisywanie tej małej karteczki? Nie wiedziała, dlatego prędko odłożyła butelkę i znowu przyłożyła komórkę do ucha. — To już nieistotne — Znowu zrobiła krótka pauzę. — Cieszę się, że się odezwałeś, Lucien — dodała i chyba chciała zabrzmieć lekko, ale w jej głosie skryła się kolejna nuta zdenerwowania.
Temat jednak zboczył dalej i już po chwili Zoyę znów natchnął ten dziwny, frywolny humor. Aleee... rzeczywiście, żartowanie z domniemanego porwania i ewentualnych modliszkowych mutacji, o których Lucien wspomniał całkiem poważnie, nie było chyba najlepszym pomysłem. Pomimo tego nie mogła sobie przecież darować kolejnego rozbawionego prychnięcia, które szybko zdusiła zaciskając usta. Zaraz potem nabrała oddechu, aby choć w niewielkim stopniu udawać, że naprawdę rozumiała jego rozterki oraz obawy.
Myślę, że ten ktoś mógłby cię co najwyżej zagłaskać, Lucien. — Uśmiechnęła się, po czym, czując narastające zawstydzenie, wsunęła paznokieć między zęby. — Jesteś teraz całkiem uroczy, kiedy wygadujesz takie bzdury.
Zoya miała wrażenie, że pomimo tego, że wciąż powinni porozmawiać o sytuacji, która miała miejsce w Misano, obecnie ucinali sobie zupełnie swobodną pogawędkę. Fakt, Lucien był pod wpływem alkoholu, a ona dopiero co przebudziła się z głębokiego snu, ale było naprawdę m i ł o. Przede wszystkim miło było znowu go usłyszeć.
Nigdy wcześniej nie żartowali w taki sposób; nigdy wcześniej nie miała okazji poznać Luciena od tej bardziej wyzwolonej strony. Właściwie może to trochę egoistycznie, ale chciała ciągnąć to połączenie jak najdłużej.
Mhm — mruknęła, słysząc, że nie wiedział, ile wypił. Zoya wnioskowała, że musiało być tego całkiem sporo. Zaraz westchnęła, bo reszta wypowiedzi mężczyzny wcale jej się nie spodobała. Z ciężkim, trudnym do zrozumienia uczuciem spojrzała na sufit i spróbowała przetrawić to całe gadanie o powrocie do domu i wstawaniu. Nie do końca wzięła to na serio, jednak już po chwili drgnęła, kiedy wspomniał, że słabiej się poczuł.
Duszno ci? — powtórzyła frasobliwie i mimowolnie odbiła się biodrami od blatu. — Lucien?zawołała go zatroskana. W odpowiedzi usłyszała jedynie jakieś podejrzane szumy i szmery, a chwilę później w słuchawce rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Wtedy mocniej ścisnęła telefon i zaniepokojona zmarszczyła brwi, wpatrując się jednocześnie w jakiś martwy kąt kuchni. — Lucien! — powtórzyła i dalej nasłchiwała. Krótkie i obojętne sorry odbiło się w telefonie. — Odezwij sie do mnie, boo...

Bo co, Zoya?

Spencer rzeczywiście odezwał się w samą porę, jednak Zoya nie poczuła się ani trochę spokojniejsza. Z lekkiej rozmowy przeszli do momentu, w którym zupełnie nie wiedziała, co się z nim działo. Wydawał się zirytowany, a na domiar tego wybitnie zmęczony, chociaż raptem chwilę wcześniej emanował dziwną energią. Zdenerwowana pośpiesznie skierowała kroki w stronę swojej sypialni.
Jesteś w Toronto? — dopytała, zważywszy na to, że zignorował jej poprzednie pytanie o lokalizację. — Jesteś tam sam? — Całkiem intuicyjnie sięgnęła po legginsy i jedną ręką zaczęła wciągać je na nogi. Zaraz jednak przytrzymała telefon ramieniem, ab móc pomóc sobie drugą dłonią. — Słuchaj, Lucien, przyjadę do ciebie — zaproponowała.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Słowa pijanych myślami trzeźwych — w przypadku Luciena całkowicie się to sprawdzało. Zwłaszcza, gdy otoczenie, w jakim się bawił, ściągało z niego presję bycia zawsze odpowiedzialnym i idealnym. Od czasu do czasu potrzebował zaznać trochę tej swobody, której na co dzień mu brakowało.
Właśnie ta swoboda skłoniła go do telefonu w środku nocy i uzewnętrzniania się Zoi do słuchawki z własnych myśli, które zdecydowanie zbyt łatwo dawały się rozproszyć. Miał jej do powiedzenia równie dużo, choć w obecnej chwili głównie paplał bez sensu, jakby chciał przedłużyć ich rozmowę, jak tylko się dało. Po prostu chciał ją słyszeć.
Brzmi rozsądnie. Ech, w ogóle jesteś taaka rozsądna. Chyba znacznie bardziej, niż ja — przyznał poważnie, wierząc we własne słowa.
Patrząc na ich relację z jego perspektywy, to ona wyszła z propozycją bliższego poznania się dla dobra dziecka, nazwała go złym wyborem i próbowała zachować resztki przyzwoitości, w przeciwieństwie do niego, gdy na farmie miał ochotę dwukrotnie dobrać się do jej majtek. Później rozsądnie odcięła się od niego i dystansowała się nawet we Włoszech, podczas gdy on bezmyślnie biegał za nią po mieście, narzucił jej swoją pomoc i towarzystwo, wyciągnął Ade z komisariatu i jeszcze dał im wejściówki na wyścig. Nie powinien był liczyć na nic, a i tak był na tyle głupi, żeby zachowywać się tak, jak na dżentelmena przystało. Naiwnie.
Problem polegał na tym, że wzbudzała w nim irracjonalne emocje, które zaczynały odbierać mu rozum. Ilekroć pojawiała się w jego pobliżu, przestawał kierować się logiką, a zaczynał słuchać serca. A ono podczas ich telefonicznej rozmowy właśnie skakało fikołki.
Istotne! To pierwszy liścik miłosny, jaki otrzymałem od mojej największej fanki, licząc od ostatniego wyścigu — zauważył, starając się o poważny ton, ale nie potrafił pozbyć się nuty żartobliwości. Zaraz jednak, słysząc, że cieszyła się z jego telefonu, po jego klatce rozlało się błogie ciepło. — Ja też zdecydowanie nie mam czego żałować — uniósł wyżej brodę z dumą i uśmiechnął się szeroko. To było naprawdę miłe.
Tak, jak miło było usłyszeć jej parsknięcie, bo… udało mu się ją rozbawić! Najwyraźniej miał wiele powodów, żeby teraz cieszyć się swoim sukcesem, ale nie zamierzał na tym poprzestawać, gdy wspomniała o głaskaniu.
W sumie chyba mam coś z psa. Jestem lojalny, empatyczny, potrafię pocieszyć, kiedy trzeba i dbam o swoje terytorium. Nic, tylko mnie kochać — wzruszył beztrosko ramionami z mieszaniną lekkości i rozbawienia w głosie. Zupełnie nie obeszło go ani własne porównanie do zwierzęcia, ani słowo na K, którym tak ładnie siebie skwitował. Jego arogancja przebijała się nawet przez alkohol. Mimo wszystko po chwili skupił się na czymś zupełnie innym. — Tylko teraz? — ściągnął brwi, kiedy zdał sobie sprawę, że nazwała go uroczym. — Ha, czyli wystarczyło, żebym wypił, a już zmieniłaś zdanie i nagle stałem się uroczy — odkrył tajemną wiedzę, znów kiwając przy tym głową. — Wybacz, że dojście do tego zajęło mi tak długo. Gdybym wiedział wcześniej to widziałabyś mnie tylko w takim stanie. W zasadzie mogłem się tego domyślić po naszym pierwszym razie — skrzywił się trochę za swoją niedomyślność, bo rzeczywiście coś w tym było logicznego. Tylko tak zwrócił na siebie jej uwagę. — Dla c i e b i e tak uroczy mogę być z a w s z e — wyznał z pełnym przekonaniem, znów poszerzając kąciki swoich ust. Choćby miał chodzić wiecznie pijany i szybko wykończyć swoją wątrobę to obecnie uważał, że będzie to warte zachodu.
Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się być przy niej aż tak wylewnym, ale dla niego samego było to bardzo przyjemne uczucie. I również nie chciał, żeby się to kończyło, ale nagłe pogorszenie samopoczucia nie sprzyjało dłużej strojeniu sobie niewinnych żartów. Pewnie to dlatego, że zasiedział się w miejscu, a potrzebował ruchu, żeby poprawić sobie krążenie, więc ostatecznie wstał z miejsca i spróbował przedostać się na dwór. Ten manewr trochę utrudniały mu jego długie jak u bociana nogi, które nagle odnalazły problem w utrzymaniu równowagi. Skupiony na kolejnych krokach i walce z innymi imprezowiczami znajdującymi się na jego drodze, zaniepokojony głos Zoi słyszał jak przez mgłę, w ogóle nie rejestrując go w swojej świadomości.
Dopiero, jak wypadł przez drzwi na wolność, zatrzymał się w miejscu i odetchnął głębiej. Z tej strony przed willą na chodniku zaparkowane było mnóstwo aut, ale główna część imprezy znajdowała się w środku i z tyłu budynku. Tu przed nie było prawie nikogo.
Tak, będziesz miała znacznie bliżej odebrać mnie z komisariatu, jeśli tym razem to mnie zgarnie policja — zaśmiał się, odnosząc się do ich poprzedniego razu, we własnych słowach odnajdując kompletny absurd. Bo Zoya, mimo najszczerszych chęci, by go nie uratowała. Bezwiednie przeczesał dłonią włosy i zrozumiał, że jego nogi samoistnie zaczęły wykonywać w miejscu taniec. — Nie no, dużo jest tutaj osób. Jest Maggie, Henry, Chloe, Cassandra, no i Ellie, bo to w końcu jej dom. Ale chyba wszyscy świetnie się bawią przy basenie. Zgubiłem ich jakiś czas temu — wyliczył, na koniec beztrosko informując ciemnowłosą o aktualnej sytuacji, jednocześnie kierując się do marmurowej barierki, która miała mu pomóc utrzymać stabilność. Złapał za nią jedną ręką, mocno się o nią podpierając. W tym czasie Zoya wydała swoją propozycję, na którą aż zachłysnął się powietrzem. — Naprawdę? Zrobisz to dla mnie? — zapytał jednocześnie zaskoczony i wniebowzięty tym cudownym pomysłem. — I jak ja mogę ci czegokolwiek odmówić? — westchnął z błogim uśmiechem, przestępując z nogi na nogę. Pech chciał, że stopa omsknęła mu się na krawędź schodka, przez co w jednej chwili grunt osunął mu się pod nogami. — Kurwa mać! — zdążył krzyknąć, zanim runął ze schodów, wypuszczając telefon z rąk.
Przez chwilę leżał bez ruchu, próbując zorientować się, czy bardziej bolała go głowa, plecy czy tyłek, aż w końcu przeturlał się na bok i, opierając się ramieniem o schodek, z jękiem podniósł się do pozycji siedzącej. Jeszcze raz przeklął pod nosem, po czym znalazł telefon, na którym pojawiło się kilka dziwnych rys. Połączenie jednak nadal było aktywne.
Chyba teraz potrzebuję cię jeszcze bardziej — powiedział, przyłożywszy urządzenie do ucha, i mimowolnie stęknął pod wpływem rosnącego bólu z tyłu głowy. Mechanicznie dotknął się tam dłonią, ale zamiast rozmasować sobie guza, syknął z bólu. Cudownie, jeszcze tego mi brakowało, przemknęło mu przez myśl. — Jestem na High Point Road 7 — poinformował Zoyę ze zrezygnowaniem.
Co gorsza, nie miał już kompletnie siły wstać z miejsca.

Zoyaaa, ratuj!
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znowu się zaśmiała. Zadziwiające, jak łatwo Lucienowi przychodziło rozbawić Zoyę. Zwłaszcza że właściwie powinna być zła za to, że obudził ją w środku nocy po pijaku. Nie potrafiła się jednak gniewać, skoro w jej sercu rozlała się jakaś osobliwa radość. W końcu znów mogli ze sobą rozmawiać.
To żaden liścik miłosny, Lucien — poprawiła go chyba bardziej z odruchu niż z rzeczywistej potrzeby. Doskonale wiedziała, że w tym stanie nie miała szans go przegadać, więc nawet nie zaprzeczyła, kiedy nazwał ją swoją największą fanką. Czy nią była? Sądząc po grupce psychofanek na social mediach, mogła mieć całkiem sporą konkurencję, ale... podczas wyścigu w Misano kibicowała mu z całego serca. I darła się jak obłąkana, kiedy zajął pierwsze miejsce.
Potem uśmiechnęła się, kiedy wspomniał, że również niczego nie żałował. Minęło sporo czasu, odkąd mogła poczuć się przy nim tak swobodnie jak teraz.
Jesteś dziś bardzo wylewny — mruknęła ponownie rozbawiona. Wzmianka o psie wywołała w niej kolejną falę wesołości, natomiast ta o k o c h a n i u wzbudziła chwilowy niepokój.
Ta relacja była trudna do określenia. Zdecydowanie ciągnęło ich do siebie; zdecydowanie Zoya tęskniła za obecnością Luciena, jednak wciąż nie była w stanie zdefiniować tych wszystkich kotłujacych się emocji. Wątpiła też, aby on sam był już skłonny je sprecyzować.
C o ś się pomiedzy nimi działo, tylko to c o ś nadal nie posiadało nazwy.
Luucieeen... — Właściwie chciała mu przerwać, ale po raz kolejny zaprezentował jej swoją nową, niebywale czarującą naturę i aż musiała przycisnąć dłoń do ust, aby znowu przypadkiem się nie zaśmiać. Miał to być raczej pełen fascynacji dźwięk, jednak obawiała się, że Lucien mógłby opacznie go zrozumieć. Kiedy więc w końcu odsunęła rękę, jeszcze przez moment przygryzała wewnętrzną stronę policzka. — Och, gdyby interesowali mnie tylko nawaleni mężczyźni, to myślisz, że nawet będąc w ciąży, traciłabym na ciebie czas? — zażartowała.
Naprawdę zażartowała z ich fortunnie-niefortunnego okresu, który jeszcze niedawno uważała za totalną pomyłkę. Teraz jednak, kiedy zdążyła już trochę poukładać sobie w głowie, coraz łatwiej wracała myślami do tamtych dni.
Potaknęła głową i mocniej docisnęła telefon do ucha, kiedy wspomniał, że dla niej mógł być uroczy już zawsze. Zoya zzamilkła, nie bardzo wiedząc, jak powinna zareagować. Najchętniej wyznałaby, że była gotowa przyjąć go takim jaki był na co dzień, ale w ostatkiem ugryzła się w język.
Oboje nie byli jeszcze gotowi na takie deklaracje.

Nagły hałas po drugiej stronie aparatu przytłumił wszystko inne. Zoya zaniepokoiła się zarówno dobiegającym z telefonu harmidrem jak i ciszą ze strony Luciena. Miała wrażenie, że dopóki się nie odezwał, nie była w stanie zaczerpnąć poietrza. Stała sztywno w kuchni, a drugą ręką nerwowo ściskała ramiączko bluzki.
To nie jest zabawne, Lucien — zganiła go z nieprzyjemnym ściskiem w żołądku. Przede wszystkim pomyślała o karierze Spencera i o tym, jak bardzo obawiał się skandali. Nie wyobrażała go sobie beztrosko włóczącego się po mieście tak jak ona z Adą w Misano, ani tym bardziej zamkniętego w celi na komisariacie.
Z wypowiedzi Luciena wynikało, że brał udział w jakiejś prywatce. Na tę wiadomość nerwowo przełknęła ślinę, po czym wyszła z propozycją przzyjazdu. Z jednej strony nie sądziła, aby u Ellie mogła spotkać go jakakolwiek krzywda. Z drugiej jednak intuicja nie dawała jej spokoju. W końcu zaledwie chwilę wcześniej słyszała tłuczone szkło, a i była pewna, że stan przyjaciół Luciena był również mocno wątpliwy.
Ty byś to dla mnie zrobił — zauważyła i po tym, co wydarzyło się we Włoszech, naprawdę w to wierzyła. — Nie odmawiaj mi tylko... — Zoya zamierzała po raz kolejny poprosić o adres, ale wtedy jej słowa przecięło siarczyste przekleństwo. Aż odsunęła telefon od ucha, jednak prędko ponownie go do niego przyłożyła, bo po raz kolejny dobiegł ją jakiś hałas. — Lucien?
Przestraszyła się, w momencie w którym urządzenie ewidentnie łupnęło o ziemię. Przenosząc się do pokoju, energicznie zaczęła się ubierać, jednak z trudem mogła skupić się na czymkolwiek.
Lucien, do cholery! — krzyknęła, autentycznie zlękniona. Na moment zamarła, gdy w odpowiedzi usłyszała żałosne jęknięcie mężczyzny. Aż zatrzęsła się z nerwów. Podciągnęła legginsy, po czym złapała się za czoło i bez większego zatupała w miejscu. — Luc... — Znowu jej przerwał, ale tym razem na dźwięk jego głosu odetchnęła z ulgą. — Niedługo będę.

N i e d ł u g o zajęło Zoyi około trzydziestu minut. Kiedy taksówka zajechała pod potężną posesję od razu pomyślała, że pasowała ona zarówno do Ellie, jak i Luciena. Nie poświęciła temu jednak uwagi, bo jej oczom natychmiast rzucił się Spencer. Najwyraźniej w oczekiwaniu na ratunek, zaczął przysypiać wsparty o barierkę.
Westchnęła i ironicznie cmoknęła, zanim zdecydowała się wysiąść z auta i podejść bliżej. Podeszła ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i paroma wątpliwościami. Pomimo tego oplotła dłońmi biceps mężczyzny i delikatnie pociągnęła go ku górze, aby się ocknął.
Trochę to zajęło, ale... — I cholera, znowu jej przerwał, aż tym razem wzniosła brwi zdumiona, że miał w sobie aż tyle energii oraz nieposkromione pokłady entuzjazmu. Popatrzyła Lucienowi w oczy, te zmęczone i przekrwione, które spoglądały w jej stronę z podejrzaną gorliwością, po czym po prostu się zaśmiała i nawet klepnęła mężczyznę w klatkę piersiową.
Intensywnie zastanawiała się, co powinna zrobić i jak przetransportować Luciena w jakieś rozsądniejsze miejsce, jednak wszystkie pomysły, które przychodziły Zoi do głowy, wydawały się beznadziejne. Nie mogła przecież wejść na imprezę i położyć go gdzieś w pokoju. Najpewniej od razu (albo ona, albo on) wzbudziliby sensację. Skorzystanie z taksówki również wiązało się z ryzykiem, że ktoś mógłby go rozpoznać, więc...
...nagle ją olśniło. Wsunęła Lucienowi dłoń do tylnej kieszeni spodni, a potem do przedniej, aż w końcu wyjęła z jednej z nich kluczyk do Mercedesa. Widziała go przecież po drodze.
Zawiozę cię do domu — poinformowała, choć wizja prowadzenia obrzydliwie drogiego pojazdu napawała Zoyę szczerym przerażeniem.

Luuucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Zoya powinna być zła, że ją obudził w środku nocy. Co gorsza, Lucien też powinien być na siebie zły za to, że zawracał jej głowę o takiej porze. To było niewłaściwe pod wieloma względami. Ale w obecnej chwili myślał zupełnie innymi, mało rozsądnymi kategoriami.
Przekonam się, jak go znajdę — zapewnił, w duchu obiecując sobie, że rzeczywiście jak tylko wróci do domu to skrupulatnie przejrzy pocztę. Nie wątpił w to, że nie kłamała, ale i tak chciał się przekonać, jak wyglądała karteczka, która całkowicie odmieniłaby dzisiejszy wieczór.
Brakowało mu tego. Rozmów pozbawionych pretensji i nieporozumień, w trakcie których niemal przez cały czas gościł uśmiech. Nawet luźna rozmowa o niczym była lepsza, niż ta nagła cisza, która w ciągu ostatniego tygodnia znowu zaczynała podawać mu w zwątpienie całą ich relację. Brakowało mu j e j.
To dobrze, czy źle? Powinienem się zamknąć? Rozłączyć? — ściągnął brwi, nagle nieco zafrasowany.
Przez ułamek sekundy przez jego głowę przeszła mu myśl, czy właśnie dawała mu sygnał, że przesadzał w swojej bezpośredniości, ale zaraz uznał, że przecież nie robił nic złego. Jeszcze do niedawna oboje wzięli sobie za cel wzajemne poznanie się, a takiego jeszcze go nie znała. Chyba naprawdę nie miał przed nią nic do ukrycia.
Najwyżej wstydzić będzie się potem.
Nawaleni nie, ale nawaleni i uroczy? — zasugerował, uśmiechając się pod nosem i unosząc wyżej brew w sposób, któremu zwykle nie dało się odmówić. Teraz zamierzał podkreślać to słowo całkiem dumny z otrzymanego od niej awansu, nie zastanawiając się, czy w ogóle mówił logicznie, czy nie.
Oczywiście, że sobie żartował, kompletnie przy tym nie będąc świadomym, jaką jego słowa mogły mieć wagę albo jak mogły zostać przez Zoyę odebrane. Nawet to zawsze nie miało konkretnego kontekstu, bo w gruncie rzeczy nadal nie wiedział, na czym stali. Gdzieś z tyłu głowy wiedział, że mieli sobie do wyjaśnienia jeszcze trochę spraw, niemniej jedno nie ulegało wątpliwości — nadal chciał się przekonać, do czego ich to wszystko zaprowadzi.
A jak do tego dotrą? Liczył na ciekawą podróż przez tu i teraz.

Nie miał bladego pojęcia, jak jego zachowanie i incydent z butelką zaniepokoiło Zoyę, toteż starał się podtrzymać dobry humor mimo pewnych trudności w koncentracji wzroku i panowania nad własnymi odruchami.
Noo, pewnie rodzicom i Johny’emu wcale nie byłoby do śmiechu. Ale grunt to nie stracić prawa jazdy — uznał lekko, pogrążony we własnych myślach, nieszczególnie przejmując się jej upominającym tonem. Patrząc na sprawę ze swojej pijackiej perspektywy, w obecnej chwili niekoniecznie czuł się poruszony możliwością wylądowania na komisariacie. Jego znajomym zdarzało się to w ubiegłych latach, ale wszystko było kwestią pieniędzy. No i przede wszystkim ich konsekwencje kończyły się na reprymendzie od rodziców. Chciał czasem być, jak inni.
Miała rację. Zrobiłby to. Bez wahania przyjechałby po nią bez względu na to, czy by o to prosiła, czy próbowała go znowu spławić. Ale nie spodziewał się, że to działało w dwie strony. Dlatego był tym pomysłem tak mocno przejęty. Wolał przy tym żywić nadzieję, że robiła to z czystych pobudek, a nie w ramach odwdzięczenia się za pomoc we Włoszech. Jego serce momentalnie zmiękło, a uwaga została rozproszona tak mocno, że z łoskotem zjechał po schodach.

Gdy Zoya zapowiedziała się, że niedługo przyjedzie, nie pozostało mu nic innego, jak grzecznie na nią zaczekać. Najpierw oparł się łokciami o kolana, a następnie wsparł dłońmi swoją głowę i wlepił swój wzrok w otwartą bramę, starając się za wszelką cenę skupić na niej tęczówki i ustabilizować swój obraz. Minuty jednak upływały, a jego brało coraz większe zmęczenie, toteż w pewnym momencie pochylił głowę i oparł czoło o przedramię, po czym przymknął oczy z nadzieją, że może chociaż tak świat przestanie mu wirować.
Dźwięk otwieranych z rozmachem drzwi i śmiejących się dziewczyn wyrwał go z letargu, toteż poderwał głowę i szybko syknął pod wpływem nagłych zawrotów. Na pytanie jednej z blondynek, czy wszystko w porządku machnął niedbale ręką i krótko przytaknął, po czym oparł ciężko czoło o marmurową balustradę, czując, jak powoli odpływa.
Lekkie szarpnięcie ramieniem sprawiło, że otworzył oczy. Przed nim zamajaczyła mu sylwetka pochylającej się w jego stronę kobiety. Potrzebował kilku sekund, żeby złapać ostrość widzenia, ale kiedy tylko usłyszał znajomy głos, na jego twarzy momentalnie zagościł rozanielony uśmiech.
Słońce moje, jesteś! — wszedł jej w słowo i podniósł się do pozycji stojącej, trochę za szybko, jak na swoje możliwości, przez co zaraz wpadł na Zoyę, obejmując ją mocno ramionami. Mając w niej dodatkowe oparcie, udało mu się utrzymać ich w równowadze, ale ważniejsze było to, że miał ją przy sobie. Była tu!
Przez te kilka sekund tak zwyczajnie się do niej tulił. Oparł się czołem o jej ramię, a jego własny gorący oddech raz po raz bezwiednie przemykał po jej obojczyku i dekolcie. Chłonął bijące od niej ciepło, do tej pory nie zdając sobie sprawy, jak bardzo podczas siedzenia na zewnątrz zdążył się wychłodzić. Ale to też nie było dla niego tak istotne, jak jej obecność. Uśmiechnął się do siebie, gdy tylko poczuł jej dłonie wędrujące po jego kieszeniach.
Kolejna faza testów zapoznawczych rozpoczęta — mruknął z rozbawieniem, zasięgając żargonu używanego w pracy. Nie miał nic przeciwko przeszukaniu, choć domyślał się, że niestety wcale nie zmierzało to do niczego więcej. Zdążył już przecież przyznać, że Zoya była od niego znacznie rozsądniejsza.
Świadczył o tym brzęk kluczyków i następne jej słowa, na które wydał z siebie pomruk niezadowolenia.
Dopiero przyjechałaś — zaprotestował i uniósł głowę, żeby na nią spojrzeć. Ten zwykle prosty gest przyniósł mu jednak w tym momencie trochę większy problem, bo zakołysał się pod wpływem gwałtownego ruchu.
Sam nie był pewien, czego oczekiwał po spotkaniu z nią w takich okolicznościach, ale zaczynał rozumieć, że nie był w stanie spędzić z nią czasu na jego własnych warunkach. — Wcale nie jest ze mną tak źle. Zobacz. — Mimo wszystko uparcie próbował dowieść swego, więc odsunął się od niej o krok i, chwiejąc się na wietrze wzbił ręce w powietrze. Starał się wyglądać na pewnego siebie i nawet posłał jej uśmiech, ale jego niestabilne ciało i przekrwione oczy mówiły same za siebie. Czuł po sobie, że coś było nie tak.
Ostatecznie więc westchnął ciężko i przeczesał dłonią włosy.
Dobra, wygrałaś. Ale pójdę sam — zastrzegł, wyciągając przed siebie palec, po czym zamaszystym ruchem wskazał, żeby poszła przodem. Sam musiał spędzić kilka sekund, żeby zmusić się do ruszenia do przodu, co okazało się wcale nie tak łatwym zadaniem.
Mimo to dzielnie schował ręce do przednich kieszeni spodni, by po niespełna kilku krokach nieoczekiwanie zejść z trasy w bok i… potknąć się o murek fontanny na środku podjazdu. Tylko instynkt uratował go przed zaryciem twarzą w kostkę, gdy poleciał do przodu, ale kolana i dłonie, na które upadł, mocno go zaszczypały. Kolejny jęk i bluźnierstwo spłynęło z jego ust. W pierwszej chwili był zły na siebie za to, że nie potrafił kontrolować własnego ciała, ale kilka sekund zaśmiał się z siebie głośno, nie dowierzając własnej głupocie.
Następnego dnia na pewno nie będzie mu już do śmiechu.
Jestem taki głupi, Zoya — stwierdził, kręcąc głową z rozbawieniem, ale kiedy znalazła się tuż przy nim, dźwignął się na te swoje cholernie nieposłuszne nogi, tym samym pomagając jej pomóc mu wstać.
Nie był pewien, czy jego ramię, które znalazło się na jej ramionach, zarzucił jej sam, czy postanowiła go odholować, niemniej razem szło mu się już lepiej. Po chwili otworzyła też przed nim drzwi do jego własnego auta i wpakowała go na siedzenie pasażera. Dopiero siedząc stabilnie na fotelu, Lucien odetchnął z ulgą i oparł ciężko głowę na zagłówku.
Nie tak miało wyglądać to spotkanie — przyznał szczerze spod półprzymkniętych powiek, gdy nasunęła mu się refleksja na temat jego własnego stanu. I ogromnego zmęczenia, które zaczął odczuwać w momencie znalezienia się w bezpiecznym miejscu.

słońceee
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Johny to nudziarz. Nie wie, co to dobra zabawa — zażartowała, choć prawda była taka, że o menadzeże Spencera miała połowiczne informację. Jednak zoya instynktownie obdarzała antypatią nazbyt poważnych ludzi, a ten właśnie na takiego jej wyglądał.
Tak naprawdę nie wiedziała, jakie k a j d a n y nosił Lucien. Ona sama nawet po śmierci mamy, żyła dość frywolnie i robiła to, na co akurat miała ochotę. Owszem, życie w Huntsville było dalekie od całonocnych imprez. Większość klubów zamykała się około drugiej, a największe atrakcje kręciły się wokół festynów, ale jakoś nigdy nie narzekała na brak nieodpowiedzialnej rozrywki. Również wylądowała pare razy na komisariacie, choć nie stricte pod wpływem alkoholu.
Poza tym dzieciństwo Zoyki upłynęło przede wszystkim na jeździe konnej i bieganiu po polach; pomiędzy obowiązkami na farmie a hasaniem po lesie. Z perspektywy czasu uważała, że to był dobry czas.

S ł o ń c e, zadźwięczało Zoi w uszach i przez krótką chwilę znieruchomiała. Jak cudownie znowu było poczuć, że c o ś ich łaczyło. Niemniej musiała prędko odgonić chmurę dziwnych mysli i zabrać się za Luciena. Dosłownie.
Nie ma tu niczego, czego bym nie widziała — rzuciła ironicznie, jednocześnie rozbawiona jego żargonem.
Patrząc na całą sytuację, Zoya wcale nie uważała siebie za tą rozsądniejszą. Jej wcześniejsze decyzje były motywowane przede wszystkim strachem, a ewentualne wykorzystanie Luciena z czystej przyzwoitości nawet nie wchodziło w grę. Halo, ona była trzeźwa. I niezależnie od tego, jak bawił ją i urzekał (jeszcze) widok pijanego Luciena, musiała zaniechać wszelkich niecnych planów, które z pewnością przyszłyby jej do głowy, gdyby sama również wypiła.
Na moment speszyła się, kiedy mężczyzna z tej niewielkiej odległości nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Musiała mocniej go przytrzymać, bo najwyraźniej zakręciło mu się w głowie. Ale... pomimo że jego spojrzenie wydawało się zamglone, wciąż miało w sobie coś pociągającego. Nic dziwnego, że na chwilę Zoya spuściła wzrok, aby zerknąć na jego usta. Te z kolei najwyraźniej nie zamierzały współpracować, bo zaczęły protestować, dlatego przytknęła do nich palec.
Proszę cię zamilcz, Lucien, bo nie pomagasz — rzuciła błagalnym tonem.
Lucien jednak wydawał się niezłomny. Szybko się odsunął i w durny sposób spróbował udowodnić, że świetnie się trzymał. Oczywiście zdaniem Zoi jego stan był daleki zarówno od słowa świetnie, jak i od jakiegokolwiek trzymania się, więc na ten kompromitujący widok skrzyżowała ramiona i wymownie uniosła jedną brew.
Ostatecznie Zoi nie spodobało się, że Lucien chciał iść sam, ale posłusznie postanowiła po raz kolejny go nie obłapiać.
Gorszy od kierowcy samochodu GT3 był tylko pijany kierowca samochodu GT3, z którym dodatkowo można było się pokłócić, więc ustąpiła. Szybko jednak tego pożałowała, bo kiedy kierowała się w stronę samochodu, pomimo notorycznego oglądania się przez ramię na mężczzyznę i tak przeoczyła najważniejszy moment.
Ba, Lucien spektakularnie wyrżnął się na podjeździe, aż w pierwszej chwili Zoya zdusiła własny krzyk swoimi dłońmi dociśniętymi do ust. W drugiej już kucała obok biedaka i pomogła mu się podnieść.
Jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? — zapytała z pretensją, bo w tym momencie cały urok Luciena Spencera prysnął. Nie było jej już do śmiechu, gdy coraz dobitniej zdawała sobie sprawę z powagi problemu. Ba, zaczęła się martwić o to, jak niepostrzeżenie przetransportuje go już nie tyle do samochodu, co z samochodu do mieszkania, skoro, do cholery, wywracał się na prostej drodze! — Chodźmy dalej — zawyrokowała i ostatecznie wpakowała zwłoki do Mercedesa. Usadziła mężczyznę w miarę stabilnie, opuściła fotel, aby przypadkiem nie uderzył twarzą w kokpit, a następnie zapięła mu pas. — Też inaczej to sobie wyobrażałam — mruknęła, ale na tyle cicho, że raczej nie mógł tego usłyszeć.
Ona natomiast wyraźnie usłyszała jego ostatnie słowa: Ale cieszę się, że jesteś. Nawet nie wiesz, jak tęskniłem.
Niespokojnie przeliterowała to sobie w myślach, jednocześnie zawieszajac wzrok na jego twarzy. Poczuła gorąc; poczuła ciepło tak przyjemne, że mimowolnie wzdrygnęła się na samo wspomnienie, że mogo mu jej brakować. Zaraz jednak potrząsnęła głową i przywołała zdrowy rozsądek, który nakazywał zachować skupienie na czymś innym.

Ale też za nim tęskniła.

Siedząc już w fotelu kierowcy, Zoya z troską oraz, o zgrozo, narastającą irytacją, spojrzała na Luciena. Wyglądał na wykończonego, więc czym prędzej postanowiła zająć się jazdą. Problem w tym, że nie znała się na tak nowoczesnych samochodach, dlatego, klnąc siarczyście, zaczęła szukać miejsca, w które powinna wetknąć pilota. Kiedy w końcu jej się udało z podobnym zdenerwowaniem zaczęła rozglądać się za przyciskiem startu. Ostatecznie skończyła na wyzywaniu automatycznej skrzyni biegów. I... szarpnęła dwukrotnie do tyłu, zanim udało jej się włączyć drive, a następnie topornie ruszyła w stronę Downtown.
Przez całą drogę bardzo się stresowała. Miała maksymalnie przysunięty i podwyższony, fotel, ale nie zmieniło to komfortu jazdy. Kiedy jednak dotarli pod apartamentowiec Luciena i spróbowała go dobudzić, aby podał jej pilota do bramy, ten jedynie odwrócił głowę w stronę szyby i dalej spał jak kamień.
Musiała więc ponownie go obłapić. Sprawdziła każdą kieszeń; dosłowne każdy fragment swetra oraz spodni mężczyzny, ale nigdzie nie znalazła kluczy do mieszkania. Podobne poszukiwania przeprowadziła w samochodzie, zaglądając gorliwie do każdej możliwej skrytki, jednak... przedmiotu nadal brakowało.
Zoya uderzyła czołem w kierownicę i przeciągle jęknęła. Ten wieczór naprawdę nie mógł być bardziej tragiczny, a co gorsza nie miała żadnego planu awaryjnego.
Powinnam zostawić cię na krawżęniku! — warknęła, ale właśnie wtedy w jej umyśle znowu rozbrzzmiały się słowa Luciena, że t ę s k n i ł, więc tylko westchnęła.
Nie mogła zabrać Spencera do siebie, gdzie jej współlokator najwyraźniej pieprzył jakąś dziewczynę, co dwukrotnie zwiększyło szansę, że rano któreś z nich rozpoznałoby Luciena. Nie mogła też zabrać go do hotelu, bo po pierwsze wiązało się to z podobnym ryzykiem, a po drugie nie miała pieniędzy. Mężczyzna najwyraźniej też ich nie miał, ponieważ podczas przeszukiwania jego kieszeni nie natknęła się nawet na portfel.
Wtedy, jakby nagle ją olśniło, pomyślała o Adeline! Ostatecznie zapał Zoi równie szybko jednak opadł, kiedy przypomniała sobie, że przyjaciółka była na jakiejś konferencji w Ottawie.
Kurwaaa.
Nie była pewna ile leżała tak z głową opartą o kierownicę, wpatrując się w Luciena. Na pewno minęło kilka minut, podczas których, próbując coś wymyślić, trzymała go za rękę. Znowu... czuła wiele niesprecyzowanych emocji, ale przede wszystkim chciała znaleźć dla niego jakieś bezpieczne i ciepłe miejsce.
W końcu jakoś przed drugą, wyprostowała się i ponownie odpaliła auto. Zoyka nie była szczególnie praktykująca, ale w momencie, w którym podjęła decyzję, odmówiła parę modlitw, po czym ruszyła w stronę Huntsville!

Po karkołomnej przeprawie najpierw przez ciemne drogi, a później przez jeszcze ciemniejsze bezdroża, po około trzech godzinach minęła znak z nazwą rodzinnego miasteczka. Przez cały ten czas Lucien spał jak zabity i tylko dwa czy trzy razy wymamrotał pod nosem jakąś głupotkę.
Najcięższą częścią trasy okazała się wertepowa dróżka prowadząca na farmę. Prawdopodobnie wcześniej padało, bo dziury zdawały się Zoi jeszcze większe niż zwykle. Pomimo tego nie zwolniła i z ogromnym zaangażowaniem pokonała kolejne nierówności, aż w pewnym momencie przez nocną ciszę przedarło się głośne trach!.
Zatrzymała gwałtownie auto, na co głowa Luciena powędrowała w stronę kokpitu, ale na szczęście przed uderzeniem ochroniły go pasy.
Słyszałeś to? Myślisz, że potrąciłam zwierzę? — zapytała mimowolnie i nieprzzejęta stanem mężczyzny, popchnęła go znowu na fotel. — Czuję sie, jakbym gadała do Willsona z Cast away — dodała niezadowolona, po czym obiegła twarz truchła spojrzeniem. Miał intensywnie różowe policzki, przepocone, przyklejone do czoła włosy i wydawał się uśmiechać, co trochę rozmiękczało Zoyę.
W końcu wysiadła, aby sprawdzić samochód, ale widok przebitego przedniego koła zwalił ją z nóg. Nie mogła zrozumieć, jak tak obrzydliwie drogie i terenowe auto mogło wykrzaczyć się na wertepach! Na domiar złego kopnęła jeszcze felgę, która również wyglądała na uszkodzoną, po czym zrozpaczona - jak gdyby nigdy nic wsiadła - z powrotem do auta i ruszyła dalej.
Przez resztę trasy towarzyszyło im uporczywe pikanie niezapiętych pasów Zoi oraz dziwne dźwięki dochodzące z uszkodzonego koła. Na szczęście do pokonania zostało raptem kilkanaście metrów, więc kiedy ostatecznie zaparkowała przed domem, poczuła ogromną ulgę.
Nie zdążyła jeszcze zgasić silnika, kiedy na tarasie ujrzała sylwetę najstarszego brata, Zacharego. Uniósł dłoń, bo w pierwszej chwili poraziły go światła Mercedesa. W drugiej Zoya już je wyłączyła, a on namierzywszy wzrokiem siostrę, uniósł wysoko brwi. Spodziewała się, że już nie spał, bo miał iść oporządzić zwierzęta, o czym świadczył jego ubiór oraz kalosze.
Mam zwłoki do przeniesienia, pomożesz? — rzuciła na powitanie ni to żartobliwie, ni poważnie, kiedy wyszła na zewnątrz.
Zachary zamrugał, po czym przesunął wzrok z siostry na nieprzytomnego Luciena. Zaraz wychylił się w drzwiach do tyłu i zawołał:
Ron, Alex, Zoya przyjechała!
I jak na znak na taras wybiegło jeszcze dwóch, połowicznie roznegliżowanych mężczyzn. Ron stał w samych bokserkach Emporio Banani z jointem w dłoni, zaś Alex w zniszczonych, roboczych spodniach i z kubkiem kawy.
To pomożecie? — rzuciła już bardziej błagalnie i skineła w stronę pasażera.
O co chodzi? Mamy go zakopać czy utopić? — zapytał bezmyślnie Ron, po czym wcale nieprzejęty wziął buszka. — Co to w ogóle za fantastyczna furaaa? Łoo! — Mężczyzna zbiegł po drewnianych schodkach i zaczął obskakiwać auto dookoła. Nawet nie zauważył uszkodzonego koła, tylko z ogromnym zaangażowaniem dotykał tu i ówdzie, wydając przy tym jakieś durne dźwięki zachwytu.
Zach — zwróciła się do najstarszego, bo u najmłodszego najwyraźniej na próżno było szukać rozsądku. Ron właśnie wkładał palce do wydechu. — Napił się — Zoya nagle uniosła dłonie, jakby chciała nakreślić ogrom problemu. — Dobra, najebał się. Nie miałam dokąd go zabrać.
Bracia w dalszym ciągu wydawali się niewzruszeni, co właściwie Zoi nie powinno dziwić. Jeszcze kilka lat temu podobne sytuacje były przecież normą, więc może właśnie dlatego Alexander spokojnie pociągnął łyk kawy, a dopiero potem zszedł z tarasu i skierował się w stronę drzwi od strony pasażera.
On i Zachary wtaszczyli Luciena na piętro, a Ron kroczył tuż za nimi, nieustannie wspominając, że skądś kojarzy typa. Nieostrożnie, jakby był workiem ziemniaków, rzucili Spencera na łóżko w pokoju Zoi. Chyba dopiero wtedy uszło z niej całe powietrze.
Wyjaśnisz nam to? — zapytał Zach, który jako jedyny z braci został jeszcze w pokoju.
Mogę później? — zapytała wielce strudzona. Stała przy ramie łóżka. — Ogarnę go i też idę się przespać.
W porządku — Zach jeszcze jeden raz dosyć sceptycznie spojrzał na Luciena. — Wstań na obiad. Pokój Willa jest wolny — i wyszedł.
Zoya odprowadziła brata spojrzeniem. Doskonale zrozumiała aluzję i nawet nie zamierzała się z nim spierać. Zaraz potem rozmasowała ramiona, które właściwie przez całą jazdę pozostawały spięte, po czym rozebrała Luciena do bielizny i nakryła go kocem. Jego ubrania zabrała do pralni.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przez jego podświadomość przedarł się dziwny, przeciągły dźwięk. Ściągnął brwi i odruchowo, wciąż z zamkniętymi oczami, przekręcił się na bok, zupełnie to ignorując. Gdy jednak po chwili ten odgłos ponownie, o wiele wyraźniej, zadźwięczał mu w uszach, jego umysł powoli zaczął powracać do pełnej przytomności. Pierwszy impuls neuronów podsunął mu nieoczekiwaną myśl - czy to był koń?
Otworzył oczy, lecz pod wpływem jasnego światła, które go poraziło, zaraz zamknął je z powrotem, lekko się przy tym krzywiąc. Kilka sekund później przekonał samego siebie do kolejnej próby, tym razem ostrożnie uchylając powieki, by następnie na widok nieznajomego otoczenia otworzyć je szerzej i gwałtownie przekręcić się z powrotem na plecy.
Ten zabieg przyniósł mu okropny ból, którego nie potrafił konkretnie zlokalizować, bo wydawało mu się, że bolało go dosłownie wszystko. Jęknął więc przeraźliwie, na chwilę wstrzymując oddech, po czym z wolna wypuścił powietrze.
Zaraz zamrugał intensywnie, próbując szybko dojść do siebie, i podniósł się na łokciach do pozycji półleżącej, by, ze zmrużonymi oczami, które nadal walczyły z rażącym światłem, rozejrzeć się po wnętrzu. Niewielki, jasny pokój na poddaszu wyglądał na zadbany i przytulny, ale trochę nadszarpnięty przez upływ czasu. Sama kolorystyka, dodatki w postaci pastelowych poduch we wnęce okiennej, perfumy oraz kilka ozdobników na komodzie nakazały mu przypuszczać, że sypialnia należała do kobiety.
Sielsko, anielsko.
Przez jego myśl przemknęło niepokojące pytanie — gdzie ja, u licha, jestem?
Mimowolnie zaczęły napływać do niego kadry wspomnień minionej nocy. Posiadłość Ellie, impreza, piwa i tequila, tańce pod konsolą, brunetki, blondynki, kolejne shoty, instagram Zoi, telefon, schody… i ona.
To, co się wydarzyło, zdawało się być zupełnie nierealne. Nie miał nawet pewności, czy to rzeczywiście była Zoya, czy tylko umysł płatał mu figle i podsuwał mu obrazy, które c h c i a ł zobaczyć. Najgorsze było to, że nic więcej nie pamiętał.
Ściągnął z siebie koc i ostrożnie opuścił nogi na podłogę, czując narastający ból gdzieś z tyłu głowy, w okolicach kości ogonowej, a także delikatnie pieczenie na dłoniach. Automatycznie podniósł rękę i przeczesał włosy, po czym syknął, wyczuwając sporego guza. Następnie wyciągnął przed siebie dłonie i zobaczył na nich otarcia i w myślach zaklął.
Co to się odpierdoliło?
Co więcej, dopiero teraz dostrzegł jedną ważną rzecz — był w samych bokserkach. Rozejrzał się jeszcze raz nerwowo po pokoju i zrozumiał, że jego ubrań nigdzie nie było.
Kurwa.
Bezwiednie przesunął wzrokiem po swoich nagich udach, aż jego wzrok zatrzymał się na szafce nocnej i poznał znajomą rzecz — telefon. Kiedy wziął go do ręki, zobaczył na szybie pęknięcia, ale najbardziej zirytował go fakt, że ewidentnie się rozładował.
Jakby tego wszystkiego było mało.
Podniósł się z miejsca i przystanął na chwilę z przymkniętymi na moment oczami, potrzebując chwili na złapanie oddechu i koncentracji dla wciąż lekko skołowanej głowy. Gdy to ustało, przeszedł się po sypialni i wypatrzył na półkach ramki ze zdjęciami, w których główną rolę grała nieco młodsza wersja znajomej twarzy z gromadą chłopaków, w todze z dnia ukończenia szkoły, czy z koniem. Była wyraźnie szczęśliwa, beztroska i taka, jak zawsze.
Na potwierdzenie tego, gdzie się znajdował, wyjrzał przez okno. Widząc rozpościerające się przed domem pastwisko z końmi i znajomą stajnię, nie miał już wątpliwości. Był w Huntsville. Sznur prania i wiszące tam części jego garderoby tylko dopełniały obrazek, choć za nic nie tłumaczyło to, co się właściwie stało.
Po chwili jego wzrok padł na stojącego na podjeździe turkusowego Mercedesa, który w obecnej chwili nie przypominał siebie — ochlapany błotem aż po szyby, wyglądał bardzo żałośnie. Ale to, co przykuło jego uwagę w następnej sekundzie, aż zakuło go w klatkę. Jedno z kół było w opłakanym stanie.
Głośno wypuścił powietrze. To nic takiego, powtarzał sobie w myślach, próbując złożyć w całość wydarzenia sprzed kilku, czy kilkunastu ostatnich godzin, bo… nawet nie wiedział, która właściwie była godzina.
Zrezygnowany, i nadal obolały, skierował się do niewielkiej łazienki, żeby przemyć twarz, przepłukać gardło i jakoś się ocucić. Gdy w końcu wyszedł, jego wzrok momentalnie padł na ciemnowłosą postać, która przysiadła we wnęce przy oknie. Z łomoczącym z nagła sercem przystanął w progu drzwi.
Hej — odezwał się zachrypniętym głosem, trochę niepewnie, chcąc wyczuć jej nastrój, po czym odchrząknął. — To jak bardzo nabroiłem? — zapytał, patrząc na nią ostrożnie, z widocznym skrępowaniem. — Ja… przepraszam Cię za kłopot. Niepotrzebnie do Ciebie zadzwoniłem — skrzywił się po chwili, czując rosnące wyrzuty sumienia.
Było mu głupio za siebie i swoje zachowanie, które pamiętał jak przez mgłę. W tym wszystkim najbardziej przerażało go to, że nie wiedział, kiedy urwał mu się film i jak bardzo powinien się za siebie wstydzić.
Cokolwiek się działo, żałował, że potoczyło się to w ten sposób. Zupełnie inaczej wyobrażał sobie ich ponowne spotkanie, a już na pewno nie w momencie, kiedy był nawalony w trzy dupy.

Zoya
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zoya nie widziała procesu, podczas którego Lucien wracał do przytomności, a jego pijackie alter ego odchodziło w zapomnienie. Nie była świadkiem dezorientacji malującej się na twarzy mężczyzny, kiedy obudził się w zupełnie obcym miejscu, ani momentu, w którym zaczął badać własne ciało i odkrywał kolejne obrażenia. Nie widziała też, jak powoli rozejrzał się po jej sypialni i dostrzegł kilka znaczących fotografii. Ani, jaki był zafrasowany na widok brudnego oraz uszkodzonego Mercedesa.
Pokój Zoi, podobnie jak reszta domu, zatrzymał się w czasie. Bez remontu i nowych aranżacji wyglądał dokładnie tak, jak w liceum. To był najlepszy okres jej życia.
Nie mogła spać. W sypialni Williama panował zaduch, więc ostatecznie zerwała się z łóżka około dziesiątej. Bracia już wtedy siedzieli w kuchni. Zach przygotowywał potrawkę na obiad, a Ron i Alex gawędzili przy stole.
Kiedy weszła do pomieszczenia, obaj zamilkli. W końcu Alex wstał i mocno ją przytulił, oznajmiając, że fajnie, że przyjechała. Ron był znacznie mniej wylewny. Odpalił papierosa, którego zresztą od razu zabrał mu Zach, i od razu zapytał o ciało na piętrze.
Zoya określiła Luciena mianem przyjaciela, choć to słowo nijak pasowało do ich relacji. Opowiedziała, że poznali się dwa miesiące temu, ale pominęła zarówno ciążę, jak i cały proces budowania znajomości. Wspomniała, że był już w Huntsville i pomógł jej w obowiązkach, co Ronald skomentował stwierdzeniem, że wiedział, że ktoś jej pomagał, bo ojciec mówił, że to niemożliwe, aby sama ogarnęła wszystkie porządki w ciągu jednego dnia.
Później Zoya przeszła do tego, że ich kontakt się urwał i odnowił we Włoszech. Wtedy opowiedziała już ze szczegółami o wszystkim, co odwaliła Adeline. Oczywiscie wybryki przyjaciółki spotkały się z ogromnym aplauzem Rona i Alexa, aż Zachary musiał ich zdzielić szmatą, co wywołało falę śmiechu całej czwórki.
Wczoraj zadzwonił, czy mogę go odebrać i okazało się, że zgubił klucze do mieszkania.
Przynajmniej mamy dodatkowe ręce do roboty — rzucił Zach, jednak było widać, że w rzeczywistości sceptycznie podchodził do całej znajomości Luciena i Zoi. W dodatku nie powiedziała jeszcze, że był kierowcą GT3 i że na pewno go kojarzyli. — Dzięki temu, że ojciec wyjechał na turnus rehabilitacyjny, możemy zająć się naprawami. Normalnie mamy zakaz ruszania czegokolwiek.
A wszystko się sypie. Z Ronaldem będziemy naprawiać dach w kurniku
Potaknęła. Potem jeszcze rozmawiali na mniej istotne tematy. Ronald kilkukrotnie próbował dowiedzieć się, czy ich gość był jakimś gangsterem i czy istniała szansa, że da mu się przejechać autem. Wtedy Alex przypomniał, że samochód miał przebitą oponę, ale Ronowi to nie przeszkadzało. Stwierdził, że to niesprawiedliwe, że tylko Zoya się nim karnęła. Następnie jakoś przeszli do minionego wyścigu. Znowu zazdrośnik Ronald Weasley wyraził zachwyt, że udało jej się być na padoku i trochę z fascynacją postękał nad umiejętnościami Luciena Spencera. Wtedy przygryzła oba policzki i ułożyła usta w dziób, po czym przekierowała wzrok na bok. Alex natomiast z podejrzliwą dezaprobatą spojrzał na brata.

❤❤❤SECIK, ale bez oksów i standardowo boso!

Równo w południe ostrożnie weszła do pokoju. Zauważywszy, że Lucien był w łazience, odłożyła wiklinową tacę na komodę, a ubrania na ,,kanapę”, i wygodnie usadowiła się pod oknem. Gdy tylko mężczyzna pojawił się w progu, natychmiast nawiązała z nim kontakt wzrokowy, po czym niespokojnie podniosła się z miejsca.
Wzrok Zoi mimowolnie zsunął się z twarzy Luciena na szyję, ramiona i nagi tors. Dalej na bokserki, aż zatrzymał się na nogach. Westchnęła, widząc zdarte kolana i prędko wróciła spojrzeniem do jego jasnych oczu.
Hej — odpowiedziała w końcu. Myślała, że rozmowa z nim przyjdzie jej łatwiej, ale gdzieś intuicyjnie zaczęła się stresować i sama nie wiedziała dlaczego. Może wynikało to z faktu, że bez pytania przywiozła go na ranczo, a może przez jego wyznanie. Bo... t ę s k n i ł.
Och... — ponownie westchnęła i splotła ręce za plecami, po czym zbliżyła się tak, że dzielił ich już niecały metr. Zoya nie chciała dać po sobie poznać, że próbowała rozładować narastające w niej napięcie. Uniosła więc głowę i cmoknęła ironicznie. — Cóż... obudziłeś mnie w środku nocy, powiedziałeś, że jesteś na celowniku wszystkich panien na imprezie, wspominałeś też o jakiejś jamie i modliszkach, ale nie bardzo zrozumiałam — zaśmiała się krótko. — Poza tym zasugerowałeś, że podobają mi się nawaleni mężczyźni i ogólnie ledwo trzymałeś się na nogach. Ostatecznie uparłeś się, że chcesz iść sam do samochodu, więc domyśl się, jak to się skończyło — dodała, przy czym wymownie zerknęła na Luciena zdarte kolana i dłonie, aby dać mu wskazówkę.
Słysząc jego przeprosiny, zabrała dłonie z pleców i skrzyżowała ramiona, przy czym dwukrotnie potaknęła głową. Nie uważała, aby niepotrzebnie po nią zadzwonił. Zważywszy na jej zagubiony telefon, cieszyła się, że w ogóle się odezwał. Musiała jednak przyznać, że najadła się stresu w nocy podczas jazdy.
Jeszcze sprawa tego cholernego koła...
Nie przepraszaj — powiedziała spokojnie, po czym cofnęła się do komody i sięgnęła po szklankę z wiklinowej tacy. Obok znajdowały się jeszcze dwa tosty. Zaraz wrzuciła do wody aspirynę i wróciła do mężczyzny. — Ostatnio to ty widziałeś, jak się kompromitowałam, więc można powiedzieć, że jesteśmy kwita — dodała z delikatnym uśmiechem, a następnie wręczyła mu napój. — Dopiero świętowałeś zwycięstwo w Misano. Dlaczego tak się upiłeś? To chyba nie w twoim stylu — zapytała i popatrzyła na Luciena odrobinę uważniej.
Wtedy też przypomniała sobie o ubraniach. Odwróciła się więc ponownie w stronę wnęki i zabrała stamtąd złożoną, białą bluzkę Nike oraz spodenki. Potem demonstracyjnie uniosła je do góry i znowu stanęła przed mężczyzną.
Proszę. Alex... — urwała nagle, bo przecież nie wiedział, kim był Alex. — To znaczy mój średni brat zgodził się ci je pożyczyć. Ron też tu jest, więc nie wspominaj proszę, że ostatnio dałam ci jego ubrania — dodała, jednocześnie z uśmiechem marszcząc nos. Po chwili zsunęła wzrok na jego usta, a następnie zatrzymała się na odsłoniętym torsie. Dopiero gdy uświadomiła sobie, że przygląda mu się niestosownie długo, prędko odwróciła twarz w stronę okna.
To była dla nich zupełnie nowa sytuacja. Poznawali się od zupełnie innej strony, a najbardziej absurdalny wydawał się fakt, że tym razem role się odwróciły. To wiecznie ułożony i opanowany Lucien chyba czuł się zażenowany własnym zachowaniem. Kiedy o tym myślała, pomijając kilka mniej komfortowych kwestii, wciąż uważała go za uroczego.
Musieli jednak porozmawiać.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”