ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Navarro próbowała go u t o p i ć.
Powinien był przewidzieć, że tak się to skończy.
Wystarczyło kilka minut jego nieuwagi oraz pieprzonego współczucia, na które w ogóle nie powinien sobie pozwolić. Wyciągnął ją z mieszkania, później z tonącego auta, a jeszcze kilka chwil temu siedział obok na pomoście i próbował przekonać Navarro, że nie zasługiwała na śmierć wyłącznie dlatego, że ktoś inny tak zdecydował, jakby naprawdę liczył, że którekolwiek z jego słów coś zmieni.
Zmieniły. Bo najwyraźniej uznała, że znacznie bardziej zasługiwał na nią on.
Pies policyjny przynajmniej pokazał zęby, zanim spróbował dobrać mu się do gardła; Navarro tylko chwili zaufania i przekonania, że nawet kiedy zacznie się szarpać, pierwszym odruchem Vissera nadal będzie utrzymanie jej ponad wodą. A najbardziej wkurwiające było jednak to, że miała rację. Nawet po tym, jak wyrwał jej ręce ze swojego karku, uderzył nią o wspornik i pozostawił pod pomostem, nadal obejrzał się przez ramię, sprawdzając, czy zdołała wypłynąć. Jak skończony idiota, który nie nauczył się niczego poza tym, że Bianca Navarro zawsze znajdowała jakiś nowy sposób, żeby wykorzystać miejsce, które sam dla niej zrobił.
Pierwszy pocisk zdarł korę z mijanego przez niego drzewa tuż ponad jego ramieniem, kolejny śmignął przez powietrze znacznie bliżej, zmuszając go do skręcenia w stronę, z której chwilę później dobiegło ujadanie psa.
Cały czas miał przekonanie, że potrzebowali go ż y w e g o.
Jako trup nie podałby nazwisk, tras ani miejsc, w których Sinaloa trzymała pieniądze; nie można było również wyciągnąć z niego informacji o ludziach, które potem przydałyby się w sądzie jako jedne z przesądzających dowodów. Brakującego elementu, który pomógłby posadzić wiele osób, na które polowano miesiącami czy latami, ale których nie udało się skazać ze względu na brak dostatecznych dowodów. Był bardzo ważną częścią kartelu, która mogłaby być dla federacji kluczem do rozwiązania sprawy – i z tym przeświadczeniem przemykał przez las.
Wypadł spomiędzy drzew na drogę, dostrzegając dwa radiowozy ustawione w poprzek przejazdu oraz ludzi zajmujących pozycje za otwartymi drzwiami. Kolejni wychodzili z lasu za jego plecami, z lewej strony handler ledwie utrzymywał wyrywającego się owczarka, a nad całością wisiał śmigłowiec, wzbijając z ziemi kurz i drobne liście. Mógł się poczuć jak jebana miss popularności; królowa tego balu. Normalnie celebryta.
— Ręce do góry!
Zaklął pod nosem po niderlandzku.
Powoli podniósł obie dłonie, aż młody funkcjonariusz trzymający kajdanki podszedł od tyłu, sięgnął po jego nadgarstek, a wtedy Visser wyrwał mu broń i w ciągu ułamka sekundy odwrócił sytuację. Zanim pozostali przesunęli palce na spusty, zacisnął ramię wokół szyi funkcjonariusza, obrócił go przed siebie i wyszarpnął broń z kabury. Lufę wbił pod szczękę schwytanego chłopaka, skutecznie zatrzymując zarówno szarpaninę zakładnika, jak i ludzi mierzących do nich zza radiowozów.
To był kiepski plan, ale kiepski plan był lepszy niż żaden. Jego droga ucieczki składała się z jednego policjanta, pistoletu i nadziei, że pozostali nie uznają informacji znajdujących się w głowie Robina za mniej wartościowe od życia kolegi. To niezbyt dużo, ale nadal więcej niż proponowane przez nich kajdanki.
Warkot silnika pojawił się za radiowozami, zdecydowanie zbyt szybki jak na kolejny pojazd dołączający do blokady. Kilka luf odruchowo przesunęło się w stronę zakrętu, a sekundę później stary dodge uderzył bokiem w tył jednego z samochodów, obrócił go na drodze i wbił się pomiędzy Vissera a policjantów, zatrzymując się blisko tego pierwszego. Zdarzenie było tak nagłe i niespodziewane, że potrzebował chwili, aby połączyć kropki i zorientować się, że za kierownicą siedziała Navarro.
Jej widok nie wywołał wcale ulgi – wręcz przeciwnie. Odruchowo wcisnął lufę mocniej w żuchwę przejętego policjanta, samemu zaciskając zęby w nerwach. Nie ufał jej – wcale nie dlatego, że przez ponad tysiąc dni robiła go w chuja, a on jej na to pozwalał, bo zwyczajnie go przechytrzyła. Nie ufał jej, bo ostatnim razem, kiedy próbował to zrobić, skończyło się to jej dłońmi ciasno zaciśniętymi na jego karku i świadomie próbującymi wcisnąć go pod wodę, gdy jego oddech się kończył.
Samo oszustwo potrafił jeszcze zrozumieć. Dostała zadanie, zbudowała przykrywkę i wykonała swoją robotę lepiej, niż on zdołał ją przejrzeć; nie podobało mu się to, ale przegrana pozostawała przegraną i mógł winić wyłącznie siebie, że pozwolił jej podejść dostatecznie blisko. W jeziorze nie chodziło jednak o żadną operację, rozkaz ani dowody, tylko o tę jedną krótką chwilę, w której poczuł jej ramiona wokół własnego karku i zamiast natychmiast je z siebie zerwać, przytrzymał Navarro mocniej, przekonany, że próbowała się go złapać, bo go potrzebowała. A ona wykorzystała dokładnie ten odruch, żeby spróbować go z a b i ć.
A teraz nagle siedziała za kierownicą samochodu, który wtargnął jak na jego zbawienie, chociaż mogła odjechać w przeciwną stronę. Równie dobrze mogła próbować go wyciągnąć, jak potrzebować żywego z tego samego powodu, dla którego otaczający go policjanci nie celowali w miejsca, po których trafieniu nie zdołałby już nikomu opowiedzieć o kartelu; mogło to być częścią ich planu – skoro nagle dotarła do samochodu w stanie nienaruszonym. Mogło być absolutnie wszystkim, ale nie chęcią pomocy mu. Bo nawet on nie był tak absurdalnie niespójny, żeby dziesięć minut wcześniej chcieć ją zabić, a potem ratować.
A nie, moment… Był.
Pies szarpnął handlera o krok do przodu, a jeden z policjantów obszedł maskę Dodge’a. Opcji było mało. Żadna kusząca. Visser odepchnął zakładnika z całej siły prosto na najbliższych funkcjonariuszy, szarpnął drzwi samochodu i wpadł na siedzenie pasażera. Pierwsza kula uderzyła w karoserię obok jego dłoni, druga rozbiła tylną szybę i zasypała wnętrze drobnymi kawałkami szkła.
— Jedź, kurwa — warknął. — Zanim znowu pożałuję, że to ja cię nie utopiłem. — Wybił okno, nie tracąc czasu na jego opuszczanie i posłał kilka strzałów w zgromadzenie policjantów. — I przysięgam, że jak to kolejny twój pomysł agentki Navarro na wymierzenie mi sprawiedliwości to sam się zabije i urządzę ci takie paranormal activity, że się posrasz.
fool me once, drown me twice
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zamierzała po niego wracać.
Nie była w stanie wytłumaczyć tego zdradzieckimi odruchami swojego spragnionego przetrwania ciała, ani też chwilową niepoczytalnością. Co prawda nie czuła się w pełni zmysłów odkąd w jej dłoni znów znalazła się odznaka - a może od trzej i pół roku - ale czuła się zdecydowanie pewniej zatrzaskując za sobą drzwi starego Dodge'a i, ironicznie, dzierżąc w dłoni broń.
Czuła, że była wolna. Mogła podejmować swoje decyzje. Mogła zostawić pieprzonego Robina Vissera dokładnie w sytuacji, do której go doprowadziła - otoczonego przez policję, zmuszonego do ugięcia kolan i bycia skutym po raz kolejny. Może znów trafiłby do tej samej sali przesłuchań, może ktoś znów obiłby mu ten nieprzyzwoicie przystojny ryj, gasząc ten przebiegły uśmieszek choćby na chwilę.
Ale z jakiegoś powodu ta myśl zwijała jej wnętrzności w supeł.
Nie rozumiała dlaczego jej dłonie szarpnęły kierownicą jeszcze nim umysł namyślił się co do kierunku, który powinna obrać. Może to przez ten dług, który względem niego miała - bo czy nie wrócił się po nią, nie uratował jej choć obiecał ją wcześniej zamordować? Czy to nie dzięki niemu żyła i oddychała, niezależnie od tego w jakie sposoby to osiągnął? A nawet, cholera, czy to nie dzięki temu, że odwrócił od niej uwagę policyjnych psów wszelkiej maści, zdołała dotrzeć do samochodu i wsiąść za jego kierownicę bez czyjegoś kolana wbijającego się w jej wciąż poranione plecy?
Dług był racjonalną odpowiedzią w ich nieracjonalnym świecie. Zaakceptowała go natychmiast, bez większego zawahania. Był wystarczający by schować skrytą gdzieś pod nim prawdę i złość, gdy pomyślała o jakimś agencie bądź agentce, których to kajdanki zacisnęłyby się na jego nadgarstku.
Może dług nie miał z tym nic wspólnego.
Może należał do niej tak, jak ona należała do niego.
- Nawet się kurwa nie odzywaj. - wściekłość wylała się z niej trzy, szaleńcze uderzenia serca po tym, gdy stary, wysłużony samochód wtargnął w środek spotkania, którego nigdy nie miał być częścią. Jej umysł i ciało zalane adrenaliną, działające odruchowo, ślepe na prawie wszystko wokół - na ustawiony wokół niego korowód, na mężczyznę, którego trzymał za kark, na psa ujadającego wściekle, gotowego się na nich rzucić.
Odetchnęła dopiero wtedy, gdy wsiadł - a zrobiła to wyłącznie po to, by mieć w sobie tlen na wypowiedzenie wszystkiego, co cisnęło się jej na usta.
- Myślisz, że ja o to wszystko, kurwa, prosiłam? - krzyknęła, szkło wdarło się do wnętrza samochodu wraz z hukiem wystrzałów, śledzących ich każdy ruch. Samochód szarpnął na zakręcie, pas - który, oczywiście, zapięła - wpiął się boleśnie w jej klatkę piersiową i stłuczone żebra. - Wjebałeś się ze mną do pieprzonego j e z i o r a! - pedał gazu pod jej butem niemal uderzył w podłogę gdy wymknęli się na prostą. Błysk czerwonych i niebieskich świateł odbijał się w lusterku gdy pierwsze samochody ruszyły za nimi. - Myślałam, że tam, do cholery, u m r ę! - lusterko, w które patrzyła przed sekundą zniekształciło się, wygięło pod wpływem pocisku, od którego jej ciało skuliło się w fotelu kierowcy, wzrok skrzętnie przeszukiwał jakiekolwiek drogi, które mogły oferować ucieczkę. - Wiedziałeś, że boję się tej pierdolonej wody!
Angielski był tak ułomnym językiem - p r a w d z i w e przekleństwa cisnęły jej się na język, lecz nigdy nie wybrzmiały w powietrzu. Wybrzmiał za to odgłos, który rozpoznałaby wszędzie, zawsze - nawet w tej wrzawie, w tym pieprzonym chaosie.
Odgłos pustego magazynka gdy nacisnął na spust.
- Nienawidzę cię - wycedziła wściekle, z furią, jednocześnie w ten abstrakcyjny sposób sięgając do broni, którą ukradła policjantowi i wręczając ją j e m u, ponieważ skończyła mu się a m u n i c j a, a jej magazynek był pełen. - Jesteś, kurwa, najgorszym, co mnie w życiu spotkało.
Pas wbijający się w jej ranny bok niemal odebrał jej zdolność mówienia gdy samochód znów szarpnął, prowadzony przez nią na leśną drogę. Nie znała tej okolicy. Mogła wyłącznie liczyć na to, że oni też jej nie znali.
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci grzać dupę w więzieniu gdy ja będę siedzieć i walczyć tu o życie, to jesteś w grubym, kurwa, błędzie - syknęła, zerkając w dół, w stronę, z której dobiegały ją stłumione odgłosy - urządzenie ukradzione policjantowi leżało gdzieś między jej nogami, zagubione w trakcie tego pościgu. - Na ziemi jest radio - dorzuciła z frustracją, gdy nierówna droga wymagała od niej pełnego skupienia.
Potrzebowali go by słyszeć, co planują następne.

now i'll be your ride and die
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Och, wybacz! — rzucił z teatralnie przejaskrawionym, jadowitym przejęciem. — Następnym razem zapytam cię uprzejmie czy wolisz wodę, czy żeby pies odgryzł ci pół twarzy — dorzucił, gdy następny pocisk przebił blachę bagażnika. — Żebyś przypadkiem, kurwa, nie czuła się terroryzowana przeze mnie.
To, co mówiła o jeziorze, nie pasowało do wersji, którą zdążył już sobie ułożyć, wypolerować i zamknąć w głowie jako kolejny powód, dla którego nigdy więcej nie powinien dawać jej niczego poza problemami. W jego wersji wykorzystała moment, wykorzystała jego odruch, wykorzystała jego ręce utrzymujące ją nad powierzchnią i świadomie spróbowała zamienić je w kotwicę, która pociągnęłaby na dno właśnie jego. W jej – a przynajmniej w tej wydzieranej teraz spomiędzy huku silnika i kolejnych wystrzałów – nie było żadnego planu, tylko strach tak prymitywny, że przestała rozpoznawać, czy zaciskała dłonie na ratunku, czy na czymś, co próbowało ją zabić.
Być może powinien był zauważyć różnicę. Rozszerzone źrenice, urywany oddech, ten kompletny brak Navarro w Navarro; tylko, że czasu było stanowczo mało jak na pogłębioną psychoanalizę.
Nienawidzę cię.
Spojrzał na broń wepchniętą w jego dłoń, potem na Navarro i uznał, że wybrała sobie wyjątkowo niepraktyczny sposób okazywania nienawiści. Wróciła po niego, wjechała skradzionym samochodem w środek policyjnej obławy, a teraz oddawała mu jedyny pistolet, w którym wciąż znajdowała się amunicja, chociaż wystarczyłoby przecież odjechać w przeciwną stronę albo pozwolić, żeby ponownie założyli mu kajdanki. Większość nienawidzących go ludzi zachowywała się pod tym względem znacznie bardziej konsekwentnie.
On też jej nienawidził. I obiecywał, że ją zabije. Po czym zrobił coś zgoła bardzo podobnego. Wychodziło na to, że oboje nie do końca rozumieli znaczenie rzucanych słów. Albo nie do końca zdawali sobie sprawę, jak w krew weszła im jego zasada. W jej przypadku było to zrozumiałe; ale w jego?
Cały manifest o tym, że ludzie tacy jak oni zawsze wybierali siebie, brzmiał świetnie tak długo, jak pozostawał teorią. Kiedy przyszło co do czego, on wrócił po Navarro, a Navarro po niego, chociaż oboje mieli podstawy, żeby pozwolić temu drugiemu zdechnąć i jeszcze kilka dodatkowych, aby dopilnować tego osobiście.
— Świetnie ci idzie to nienawidzenie — ocenił, unosząc otrzymaną broń. — Bardzo jesteś konsekwentna. — Podobnie jak i on.
Pełny magazynek nie rozwiązywał problemu, ale poprawiał sytuację na tyle, że kiedy kolejny radiowóz wysunął się zza zakrętu, dwa pociski rozbiły jego przednią szybę i zmusiły kierowcę do gwałtownego odbicia. Samochód zniknął w tumanie kurzu, syreny oddaliły się na moment, lecz łomot wirnika nadal wisiał bezpośrednio nad nimi, a cień śmigłowca przesuwał się po drodze szybciej niż dodge, czasami ginąc na koronach drzew, tylko po to, żeby pojawić się ponownie kilkanaście metrów dalej. Więc to nie radiowozy stanowiły największy problem. Mogli przestrzelić opony jednego, zepchnąć drugi z drogi, a przed trzecim skręcić pomiędzy drzewa, przed czwartym się nawet zesrać, ale śmigłowiec nie musiał ich nawet doganiać; wystarczyło, że krążył nad ich samochodem i mówił wszystkim pozostałym, gdzie powinni ustawić kolejną blokadę.
Strącenie policyjnego śmigłowca z pistoletu należało do pomysłów szczególnie głupich. Rzeczy awykonalnych wręcz, tym bardziej dla kogoś, kto strzelał dobrze, ale jednocześnie nie tak dobrze, aby zawsze trafiać cel z pięćdziesięciu metrów. Tutaj nawet nie było mowy o pięćdziesięciu, a zdecydowanie większym dystansie.
Szczerze nienawidził Kanady.
Problem jednak prędko rozwiązał się sam. Tunel, który według znaków miał mierzyć jakieś pół kilometra, był idealnym miejscem do zgubienia śmigłowca. Był również idealnym miejscem, żeby dać się zamknąć pomiędzy radiowozami nadciągającymi z obu stron i umrzeć od rykoszetu, zaczadzenia albo któregoś z innych zagrożeń, przed którymi ostrzegały kolorowe tablice ustawione przed wjazdem. Kanada naprawdę dbała o to, żeby człowiek wiedział, co dokładnie za chwilę go zabije.
Wpadli do tunelu, pozostawiając za sobą śmigłowiec. Obserwował przesuwające się oznaczenia, aż pomiędzy nimi pojawiły się zielone drzwi przejścia awaryjnego, za którymi musiała znajdować się druga nitka. Porzucą samochód, przejdą na drugą stronę i ukradną kolejny; właściwie robili się w tym całkiem dobrzy. Brzmiało prosto. Pewnie tak nie będzie.
— Hamuj, Navarro. To nasz silver lining na ten moment.
i would ride you till you die, how bout that
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdawała sobie sprawę ze swojej niekonsekwencji - choć może łaską byłoby, gdyby ktoś ją przed tym uchronił. Wzmacniało to wyłącznie jej irytację, którą czuła względem tego człowieka.
Człowieka, którego już dawno powinny dopaść szpony sprawiedliwości, a którym nie chciała go teraz oddawać. Bo to nie były j e j szpony.
- Wciąż mogę zmienić zdanie - warknęła defensywnie, między jednym zakrętem a drugim, gdy kolejne słowa wypowiedziane przez Vissera działały na nią drażniąco.
Mógłby uczynić jej ten honor i zwyczajnie się z a m k n ą ć.
Było jednak coś znajomego w tej absurdalnej sytuacji. Coś, co cofało ją z powrotem do okresu tysiąca i dwustu dni, w trakcie trwania których niejednokrotnie policja pojawiała się na horyzoncie w roli, w której była obecnie. Wtedy również tkwili po jednej stronie, a ona zaciskała usta licząc na to, że wystrzelony przez niego pocisk nie dotknie żadnego oficera.
I w ten sposób, którego nie potrafiła objąć swoim umysłem w tym momencie, teraz nadal to robiła.
Patrzyła w rozbitym lusterku na roztrzaskany obraz świata za nimi i upewniała się, że zjeżdżające samochody nie waliły w drzewa bądź nie rozwalały się w sposób zagrażający życiu. Nie miało to żadnego sensu.
Sama wręczyła mu broń.
Ale policja niczemu nie zawiniła. Byli tylko kolejnymi pionkami rzuconymi na tę szachownicę. Każdy oficer wylosował przysłowiową, krótką słomkę w chwili, w której stawił się do pracy i otrzymał polecenie przechwycenia dwójki zbiegów. Żaden z nich nie zasługiwał na śmierć.
Żaden poza tą jedną osobą, która wydawała rozkazy.
Pas znów boleśnie wpił się w jej ciało gdy jej but z impetem zderzył się z hamulcem. Samochód przetoczył się przez jeszcze paręnaście metrów, zostawiając za sobą zapach palonej gumy i dwa, czarne ślady nim wreszcie się zatrzymał.
- Nie zgubimy tego ogona - mruknęła w nagłym przepływie pesymizmu, chwytając za radio - jej jedyny oręż po tym, gdy pozbyła się broni. Odpięła przezornie zapięte pasy i zignorowała bolesne rwanie w jej boku gdy pośpiesznie wydostała się z samochodu na zewnątrz, do ciemnego i zbyt pustego tunelu.
Musieli czekać na nich po drugiej stronie.
Nie mieli, kurwa, czasu.
Podążyła za nim gdy skierował się do wyjścia, jaskrawo oznaczonego na wypadek awarii bądź tego tysiąca sposobów, na które można było w tym miejscu stracić życie. Pozwoliła mu prowadzić gdy dotarli an drugą stronę, a on, z bronią w dłoni, zatrzymał pierwszy, lepszy samochód toczący się w ich stronę.
- Ja prowadzę - warknęła natychmiast, ruszając na stronę kierowcy. Nie ufała mu, sama myśl o tym, jak poprzednie auto w jego rękach zderzyło się z taflą jeziora wywracała jej żołądek na drugą stronę i choć racjonalnie wiedziała, że wtedy nie było żadnej innej opcji, nie dopuszczała do siebie możliwości, że mogłoby się to powtórzyć.
Drgnęła, widząc przestraszoną kobietę w fotelu.
- Wyjdź - rzuciła z napięciem, na co kobieta zerknęła na broń w dłoni pakującego się do środka Vissera i natychmiast sięgnęła do zapięcia swojego pasa. W jej oczach błyszczał szok i pierwsze, zgromadzone w nich łzy. Nie znosiła tego widoku.
- Ale ja... - zaczęła, nieznośnie długo wydostając się z samochodu. Chwyciła ją za rękę. Pociągnęła na zewnątrz, nienawidząc się za to całym, pieprzonym sercem. - N-nie, zaczekajcie, moje...
Drobne dziecko wpatrywało się w nią swoimi wielkimi oczami z fotelika z tyłu. Nie mogło mieć więcej, jak pięciu lat. W małej dziewczynce próżno było szukać jakiegokolwiek zrozumienia tej sytuacji.
Navarro nienawidziła się w tej chwili jeszcze bardziej.
Zamiast wsiąść do samochodu, który i tak mieli porzucić chwilę później, szarpnęła za tylne drzwi i odchyliła je. W tak delikatny sposób, w jaki była tylko stanie, odpięła dziecko i wyjęła z wnętrza pojazdu do stojącej obok, spetryfikowanej matki.
- Przepraszam - mruknęła, dostrzegając czerwone smugi, jakie jej dłonie zostawiły na drobnym ubranku.
Nawet nie spostrzegła, czy faktycznie oddał jej miejsce kierowcy czy czekał już przy kierownicy, wykorzystując jej moment słabości by przejąć inicjatywę. Zacisnęła usta w wąską linię i wsunęła się na wolny fotel z przodu, ruszając z miejsca bądź w ciszy czekając, aż zrobi to on.
Ja pierdolę.

Robin Visser
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W przeciwieństwie do swojej przesympatycznej partnerki w biedzie, grabież samochodu nie wywoływała w nim właściwie żadnych emocji. W jego świecie było to przewinienie tak marne, że w zasadzie żadne i w niektórych kręgach nie uznawano go nawet za osiągnięcie warte wspomnienia; potrzebowali pojazdu, żeby się przemieścić, nie mieli zbyt wiele czasu na wybrzydzanie ani prowadzenie selekcji, komu należałoby ukraść samochód, a kogo z niewiadomych powodów puścić dalej.
Kobieta miała po prostu pecha.
Podwójnego, kiedy okazało się, że pośrodku lasu zostanie z małym dzieckiem.
Nie był to jego problem. Gdyby miał pochylać się nad każdą smutną ofiarą, którą spotkał na swojej drodze, nad każdą osobą, jaką poświęcił dla własnego celu, skrzywdził albo pozostawił z konsekwencjami swoich decyzji, dawno temu skończyłby na sznurze zawieszonym gdzieś na poddaszu, bo wyrzuty sumienia zwyczajnie nie pozwoliłyby mu żyć ze wszystkim, co zrobił.
Takie było życie.
Tak jak próbował wtłuc Biance do głowy jeszcze na pomoście, zanim w ramach podziękowania spróbowała go utopić, przede wszystkim miało chodzić o siebie samego.
I tak zachował się wystarczająco uprzejmie, skoro nie zabił ani kobiety, ani dziecka; głównie dlatego, że chociaż oboje byłi świadkami, to nie takimi, których nagłe zniknięcie zmieniłoby szczególnie wiele w trakcie pościgu. Kierunki, w których mogli odjechać, były dwa, a wskazanie policji właściwego nie ułatwiłoby jej pracy na tyle, żeby opłacało się brudzić wnętrze samochodu i dokładać do dzisiejszych problemów dwa zupełnie niepotrzebne trupy.
Wcisnął się do pojazdu od strony kierowcy i pospieszył Navarro niecierpliwym burknięciem, wciskając pedał gazu, zanim zdążyła całkowicie zatrzasnąć za sobą drzwi. Samochód wyrwał do przodu, opony zapiszczały na asfalcie, a w lusterku kobieta przyciągnęła dziecko mocniej do piersi, odruchowo zasłaniając mu głowę ramieniem.
Nie miał czym się przejmować, a przynajmniej ten jakże przykry obrazek nie znajdował się szczególnie wysoko na liście jego obecnych zmartwień, wyprzedzony przez radiowozy, śmigłowiec, pozostałą w magazynku amunicję, ból rozchodzący się pod żebrami oraz siedzącą obok agentkę federalną, która z jakiegoś powodu znacznie gorzej znosiła odebranie komuś samochodu niż wręczenie jemu naładowanej broni.
Navarro miała bardzo wybiórcze sumienie.
— Nie maż się — rzucił, zerkając na jej twarz. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zorientował się, że wydarzenie sprzed chwili nie rozminęło się z jej poczuciem winy równie bezboleśnie, jak z jego. — Zaraz niebiescy ich zgarną.
Dla niego właśnie to pozostawało problematyczne, bo przypominało, jak niewiele przewagi zyskali. Kobieta opowie o broni, poda markę, kolor i tablice rejestracyjne samochodu, być może dorzuci też wyjątkowo szczegółowy opis dwójki przemoczonych, zakrwawionych ludzi, których zdecydowanie nie dało się pomylić z parą zagubionych turystów, a później wystarczy kilka słów przekazanych przez radio, żeby ich nowy środek transportu stał się równie użyteczny, co dodge porzucony w drugiej nitce tunelu.
Porzucona kobieta przestała go obchodzić, gdy tylko zniknęła w lusterku.
Radio zatrzeszczało w dłoni Navarro, zanim zdążyła mu odpowiedzieć. Najpierw odnaleziono samochód, później otwarte przejście awaryjne, a w końcu ktoś zorientował się, że mogli przedostać się na drugą stronę i wyjechać innym pojazdem.
Byli szybcy.
— Zapnij pas — rzucił, nie odrywając wzroku od drogi. Kącik jego ust drgnął w krótkiej zapowiedzi uśmiechu. — Wypadki chodzą po ludziach.
Skręcił w pierwszą boczną drogę, osłoniętą drzewami na tyle, aby z góry nie dało się od razu rozpoznać, który z mijanych samochodów nagle zniknął z głównej trasy. Dopiero wtedy komunikat z radia poinformował o odnalezieniu kobiety z dzieckiem, a kilka sekund później padł początek opisu skradzionego pojazdu. Szybciej, niż zakładał.
Później wszystko stało się raczej powtarzalne. Zatrzymywali kolejny samochód, Visser wyciągał właściciela zza kierownicy, a następnie, zamiast zostawiać go przy drodze razem z pojazdem, którego musieli się pozbyć, wciskał mu kluczyki i przy pomocy lufy przekonywał, żeby jechał nim dalej. Zyskiwali w ten sposób nie tylko inne tablice i samochód, którego opisu policja jeszcze nie znała, ale też poprzedni, nadal poruszający się po drodze i przez jakiś czas ciągnący pościg w zupełnie niewłaściwą stronę. Później powtarzali cały schemat, raz, drugi, w końcu trzeci, za każdym razem pozostawiając za sobą coraz bardziej skomplikowany burdel złożony z przerażonych Kanadyjczyków, cudzych pojazdów i policyjnych komunikatów, które wyraźnie zaczynały za nimi nie nadążać. Dopiero kiedy kolejny węzeł wyprowadził ich na drogę ekspresową prowadzącą poza Toronto, a skradziony samochód wtopił się pomiędzy ciężarówki, rodzinne minivany i setki innych pojazdów zmierzających w tym samym kierunku, Visser pozwolił sobie wypuścić z płuc oddech, który wstrzymywał od dłuższej chwili.
Dopiero wtedy spojrzał na Navarro dłużej niż przez krótką chwilę potrzebną, żeby upewnić się, że nadal siedziała obok i nie zamierzała zrobić czegoś wyjątkowo głupiego. Próbował odczytać coś z napięcia tkwiącego w jej szczęce, z przygarbionych ramion i spojrzenia uciekającego raz ku drodze, raz do trzymanego przez nią radia, ale po trzech i pół roku znajomości oraz ostatnich kilkunastu godzinach nadal nie potrafił stwierdzić, czy widział Biancę Navarro, kobietę, którą znał wcześniej, czy może jeszcze kogoś innego, kto za chwilę postanowi ponownie udowodnić mu, jak niewiele tak naprawdę o niej wiedział. Mogła układać kolejny plan, rozpamiętywać porzucone przy drodze dziecko albo zastanawiać się, w którym momencie należałoby przystawić mu broń do głowy i wrócić do roli agentki. Każda z tych wersji wydawała się równie prawdopodobna.
— Musimy spierdalać z Kanady — odezwał się w końcu, przenosząc wzrok z powrotem na drogę. Musimy. — Przez Detroit nie przejedziemy bo będą pilnować granicy przede wszystkim tam. — Zacisnął palce na kierownicy, obserwując znaki pojawiające się ponad jezdnią. — Na razie musimy dostać się do Winnipeg. I zorganizować mi telefon.
Our paper faces flood the streets
stop the bleeding
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”