21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Art nie spojrzał na niego dłużej, niż było to konieczne. Nie było w tym okrucieństwa – po prostu przestał być dla niego interesujący, tak jak zabawkowy samochodzik przestaje interesować dziecko, gdy zabawa dobiega końca.
Sięgnął po szklankę, która stała na stoliku od dłuższego czasu. Alkohol był w niej ledwie nadwyrężony. Upił łyk, czując, jak chłodny trunek zwilża wyschnięte gardło. Chrapliwy oddech powoli się wyrównywał. Zamknął oczy na sekundę, pozwalając sobie na moment absolutnej ciszy.
Nie było w tym czułości. Nie szukał jej. Ktokolwiek oczekiwałby po nim czegoś więcej niż to, co właśnie się wydarzyło, prędzej czy później nauczyłby się, że taka nadzieja to strata czasu.
Odstawił szklankę, obracając głową w stronę okna loży, skąd kolorowe światła klubu wciąż migotały nad parkietem, obojętne na to, co działo się w tym jednym, zamkniętym pomieszczeniu. Poprawił się na kanapie, odzyskując tę znajomą, wyćwiczoną nonszalancję, jakby nic się nie wydarzyło – jakby był dokładnie tym samym człowiekiem, który wszedł tu godzinę temu. Może i tak było.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
nieszczegółowy opis gwałtu
Seks z chłopakiem był prostym zaspokojeniem potrzeb. Nie szukał w tym drugiego dna. Nie zastanawiał się dwa razy nad tym, co się wydarzyło. Nie przejmował się też ciekawskim otoczeniem, które na pewno widziało całą scenę i mogło o nim pomyśleć różne rzeczy. Miał potrzebę, obiekt, który mógł mu posłużyć do jej spełnienia, więc to wykorzystał. A że może powinien być bardziej moralny, brać pod uwagę inne osoby w pomieszczeniu – to nie miało znaczenia. Był u siebie. No, znaczy, nie do końca, ale była to jego prywatna loża, w której mógł – do czasu jej opuszczenia – robić, co tylko dusza zapragnęła.
Klub ten widział podobnych scen więcej, niż ktokolwiek mógłby zliczyć. Pewnie też sporo tych dużo mniej, jakby to określić, dobrowolnych. Znał osoby wynajmujące tutaj prywatne pomieszczenia. Często sprowadzane do nich dziewczyny były jego towarem, który im zaproponował w zamian za drobne korzyści dla niego. Nie były chętne na towarzystwo starych, brzydkich i obrzydliwych typów, którzy chcieli się zabawić. Krzyki i piski, które przebijały się z wyciszonych pokoi, nie były tymi pełnymi ekstazy i przyjemności. Były błaganiami, żeby koszmar, który trwał już za długo, w końcu się skończył. Sam nigdy nie brał w tym bezpośredniego udziału – jego rola kończyła się na podpisach pod umowami, na uściśniętych dłoniach w gabinetach z zaciągniętymi żaluzjami – ale doskonale wiedział, dokąd trafiały, kiedy przechodziły przez jego ręce. Nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Świat był brudny na wielu poziomach, a on dawno przestał się zastanawiać, na których dołożył coś od siebie.
W takiej sytuacji Quin nie mógł narzekać. Nie dość, że nie został do niczego przymuszony, to jeszcze przespał się z aktorem i piosenkarzem, który był postrzegany jako jeden z przystojniejszych w branży. Może i nie był delikatny, nie był uczuciowy, ale nigdy czegoś takiego chłopakowi nie obiecał. Nie traktował tego w żadnej innej kategorii niż prosty one-night stand.
Komplement przyjął z aprobatą. Może i nie był jakimś demonem seksu, ale na pewno nikt z jego wcześniejszych partnerów nie miał mu nic w tej dziedzinie do zarzucenia. Nie ograniczał się jednak i potrafił zaspokoić mniej standardowe potrzeby swoich kochanków. Hargreaves wyglądał na zdezolowanego, ale też szczęśliwego. To było najważniejsze w tym wszystkim, prawda?
– Powiedz mi coś, czego nie wiem – odparł z zadowolonym uśmieszkiem na twarzy. Nie planował się spieszyć z ubieraniem. Był zmęczony. Nie tylko aktem, ale i całym dosyć intensywnym dniem. Towarzystwo już jakiś czas temu przeniosło się w drugi kąt, dając mu więcej prywatności. Dopóki ich nie zawoła, raczej nikt im nie będzie przeszkadzać.
Fani zdecydowanie nie znali go z tej strony. Był wyjątkowo skuteczny w maskowaniu tej strony swojej osobowości. Na pewno część z nich domyślała się, że prywatnie nie był takim aniołkiem, jakiego zgrywał publicznie. Nikt nie był przecież tak idealny. Zresztą wiele osób kojarzyło, jak naprawdę wygląda branża idoli. Jak wiele mrocznych sekretów mogła skrywać. Sam przekonał się o tym na własnej skórze, gdy dopiero zaczynał. Wejście na szczyt nie było proste. Nie polegało tylko na pokazaniu talentu. Sława i popularność przychodziły łatwo, niemal bez wysiłku, ale zdobywanie nowych projektów, kontraktów czy marek, które chciałyby z nim współpracować, gdy był jeszcze malutki, nie było niczym prostym. Często musiał posuwać się do rzeczy, o których przed rozpoczęciem kariery nawet by nie pomyślał. Nigdy, nawet za ogromną sumę pieniędzy, by się na nie nie zdecydował. Gdy jednak chce się znaleźć na szczycie, trzeba poświęcić coś więcej niż tylko czas i energię. Czasem osiągnięcie sukcesu wymaga wyzbycia się moralności. Może to właśnie te trudne i stosunkowo niebezpieczne początki sprawiły, że jest dzisiaj prywatnie tą osobą, którą poznał tego wieczoru Quin. A może od zawsze taki był. Po trupach do celu?
Nie żałował żadnej z tych decyzji. Rzadko kiedy pozwalał sobie na luksus posiadania wątpliwości – to były emocje dla ludzi, którzy mieli czas na roztrząsanie przeszłości, a on zawsze patrzył tylko przed siebie, w stronę kolejnego kontraktu, kolejnego projektu, kolejnej rzeczy, którą trzeba było zdobyć, zanim ktoś inny zdążył zagarnąć mu ją sprzed nosa.
Gdy ten zaczął przymilać się do jego stopy, zabrał ją z podłogi i położył się wygodnie na kanapie na całej jej długości.
– Nie tak szybko. Na takie zabawy musisz sobie dodatkowo zasłużyć – przypomniał mu, spoglądając na niego karcąco. – Weź, doprowadź się do porządku. Ale nie zakładaj nic na siebie. Lubię cię oglądać tak bezbronnym.
Chłopak był dobrze zbudowany i bardzo przystojny. Ciężko było mu to odebrać. Choć nie miał ochoty na rundę drugą, wciąż chciał nacieszyć oczy. Miał w sobie to coś, co czasem trudno było nazwać wprost – może była to kombinacja młodzieńczej niewinności z fizyczną pewnością siebie, dziwaczny, ale skuteczny koktajl, który sprawiał, że Art przyglądał mu się dłużej, niż zamierzał.
– Moja prywatna łazienka jest po lewej stronie. Znajdziesz tam prysznic – łaskawie zaproponował. Co prawda kusiło go, by zmusić chłopaka do przejścia nago przez całą lożę i skorzystania z toalety znajdującej się tuż za jej drzwiami, ale znalazł w sobie trochę ukrytych pokładów miłosierdzia. – A jeśli postanowisz zaciągnąć mnie ze sobą, to musisz o to jakoś ładnie poprosić.
Co prawda, jemu też by się przydało umyć. Może i nie znajdował się w takim kiepskim stanie jak chłopak, ale trochę się spocił i czuł się już brudny. Nie zamierzał jednak umilać czasu Quinowi, jeśli ten na to nie zasłuży.
Sięgnął po telefon leżący na stoliku, odblokował ekran i przez chwilę przewijał powiadomienia, nie czytając ich jednak naprawdę uważnie. To był odruch, coś, co robił niemal automatycznie w każdej wolnej chwili – jakby brak bodźców z zewnątrz był czymś, czego nie potrafił znieść dłużej niż przez kilka minut. Kątem oka obserwował, jak Quincy próbuje się podnieść, chwiejnie, z tą samą rozanieloną, oszołomioną miną, która towarzyszyła mu przez całą resztę wieczoru.
Było w tym coś zabawnego, choć nie do końca potrafił nazwać dokładnie, co. Może fakt, że chłopak wciąż wydawał się nie do końca wierzyć w to, co się wydarzyło, podczas gdy dla aktora było to już praktycznie pozostawione w przeszłości, odłożone gdzieś na półkę razem z dziesiątkami innych podobnych wieczorów, które zlewały się w jedną, niewiele znaczącą masę wspomnień.
Odłożył telefon i przeciągnął się leniwie na kanapie, czując, jak mięśnie powoli się rozluźniają po wysiłku. Reflektory klubu wciąż migotały za oknem, rzucając na sufit loży kolorowe cienie.
– No i? – rzucił ponaglająco w stronę Quincy'ego, unosząc lekko brew, gdy ten wciąż stał w bezruchu, jakby zapomniał, po co w ogóle wstał z podłogi. – Prysznic się sam nie weźmie.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Quincy przez moment patrzył na stopę, która właśnie zniknęła mu sprzed twarzy. Nie poczuł się urażony. To było chyba najbardziej niepokojące. W normalnych okolicznościach powinien był przynajmniej zarejestrować upokorzenie, odłożyć je gdzieś na później, żeby móc obudzić się z nim następnego dnia i przez pół godziny analizować pod prysznicem wszystkie rzeczy, które należało zrobić inaczej. Teraz jednak słowa Arta dotarły do niego w zupełnie innej formie. Musisz sobie dodatkowo zasłużyć. Uśmiechnął się. Oczywiście! Oczywiście, że musi zasłużyć. To miało sens. Wszystko miało teraz sens, jeśli tylko odpowiednio długo się temu przyglądał.
Podniósł się z podłogi trochę za szybko i przez chwilę stał nieruchomo, czekając, aż ciało przypomni sobie zasady pionu. Serce nadal biło mu zdecydowanie zbyt szybko. Czuł puls w szyi, w skroniach, nawet w opuszkach palców. Muzyka dochodząca z klubu nie była już muzyką, tylko czymś fizycznym, ogromnym zwierzęciem oddychającym za ścianą. Bas wchodził przez podeszwy stóp i przesuwał się w górę kości piszczelowych. Światło natomiast zachowywało się odwrotnie. Spływało z góry i zatrzymywało na skórze. Czerwone. Fioletowe. I znowu czerwone. Quincy spojrzał na własne przedramię i przez sekundę naprawdę zainteresowało go, że za każdym razem wyglądało trochę inaczej. Dopiero ponaglający głos Arta przypomniał mu o łazience. Narkotyki wciąż brały nad nim górę.
- Idę. - Odpowiedział z przesadną powagą, jakby właśnie powierzono mu jakieś zadanie o znaczeniu państwowym. Zrobił dwa kroki, zatrzymał się i obejrzał przez ramię.
Lubię cię oglądać tak bezbronnym. To zdanie przykleiło mu się do mózgu. Nie „lubię cię”. (Oczywiście, że nie. Pf.) Quincy nie był aż tak głupi. Lubię cię oglądać. Ale chemia krążąca po jego krwiobiegu nie interesowała się gramatyką. Usunęła resztę zdania i pozostawiła dokładnie to, czego potrzebowała. Lubię cię. (Grunt to dobra interpretacja faktów).
Ruszył dalej. Drzwi po lewej znalazł dopiero za drugim razem, mimo że znajdowały się dokładnie tam, gdzie Art powiedział. Za pierwszym minął je i przez kilka sekund przyglądał się fragmentowi ściany, przekonany, że coś miał tutaj zrobić. Potem zauważył klamkę. Łazienka była absurdalnie spokojna. Po zamknięciu drzwi klub został po drugiej stronie jak źle wyciszone wspomnienie. Bas nadal istniał, ale już tylko jako regularne drżenie gdzieś w ścianach. Quincy oparł dłonie o umywalkę i spojrzał w lustro.
– O kurwa. – Roześmiał się. Wyglądał jak własny sobowtór, tylko wykonany przez kogoś, kto znał jego twarz z pamięci i pomylił kilka szczegółów. Włosy miał wilgotne przy skroniach, policzki zaczerwienione, usta spuchnięte, źrenice tak szerokie, że tęczówki prawie zniknęły. Przybliżył twarz do lustra. Jeszcze trochę. Jeszcze. I jeszcze odrobinę! Przez chwilę obserwował własne oko z odległości kilku centymetrów. Źrenica była czarna i doskonała. Pomyślał, że ludzkie ciało było właściwie dość obrzydliwe, jeśli oglądało się je wystarczająco długo. Wszystkie te otwory, błony, płyny, włosy wyrastające w miejscach, w których nikt ich specjalnie nie zamawiał. A jednocześnie ludzie potrafili poświęcić całe życie, żeby inne ciało pozwoliło im się dotknąć. Ta myśl wydała mu się niezwykle głęboka.
– Muszę to zapamiętać. – Nie zapamiętał. Odkręcił prysznic. Woda była za gorąca, ale zorientował się dopiero po kilku sekundach. Cofnął rękę i spojrzał na zaczerwienioną skórę ze zdziwieniem, jakby należała do kogoś innego. Przekręcił kurek w przeciwną stronę. Tym razem zrobiło się niemal lodowato.
– Jezusie z Nazaretu. – Ciekawe imię teraz wzywał. W końcu znalazł temperaturę gdzieś pomiędzy. Wszedł pod strumień. Przez moment nie był pewien, czy stoi pod prysznicem trzydzieści sekund, czy piętnaście minut. Oparł czoło o chłodne kafelki. Były idealnie chłodne. Ta różnica temperatur między gorącą wodą na plecach a ceramiką przy czole była nagle czymś tak przyjemnym, że uśmiechnął się z zamkniętymi oczami. Art był za ścianą. Ta świadomość powróciła niespodziewanie i natychmiast zajęła całe dostępne miejsce.
Art jest za ścianą! Nie na ekranie. Nie w telefonie. Nie w jednym z tych filmików, które Quincy oglądał czasami po trzy razy, udając przed samym sobą, że chodziło mu o piosenkę. Za ścianą. Może trzy metry stąd. Wyobraził sobie przez moment układ pomieszczeń: łazienkę, cienką granicę ściany, sofę, Arta leżącego po drugiej stronie. Ta odległość wydała mu się jednocześnie śmiesznie mała i niewyobrażalnie duża. Narkotyk ponownie wykonał swoją sztuczkę. Z trzech metrów zrobił metaforę. Quincy parsknął śmiechem.
– Przestań. —powiedział sam do siebie z cichym chichotem. Nie przestał. (Bo kto mu zabroni?) Umył twarz, potem włosy, chociaż chwilę później nie był już pewien, czy użył szamponu, więc zrobił to ponownie. Mydło pachniało czymś drogim i trudnym do określenia. Drewnem? Bergamotką? Hotelem? Powąchał je jeszcze raz, próbując rozstrzygnąć sprawę, ale zapach rozpadł się na tyle różnych rzeczy, że stracił zainteresowanie. Dopiero kiedy zakręcił wodę, cisza uderzyła go niemal fizycznie. Stał przez chwilę bez ruchu. Krople spływały mu po plecach. Jedna z nich przesuwała się bardzo powoli wzdłuż kręgosłupa i Quincy śledził jej drogę z absurdalnym skupieniem, aż zniknęła. Potem przypomniał sobie polecenie. “Nie zakładaj nic na siebie.” Uśmiechnął się znowu, patrząc w odbicie w lustrze. Lekko nawet przygryzł opuszek palca wskazującego, niemal flirtując z własnym odbiciem. Ręcznik znalazł złożony obok umywalki. Wytarł włosy, twarz, ramiona. Robił to niedokładnie, więc kiedy otworzył drzwi, nadal był mokry w kilku miejscach, a włosy sterczały mu bezładnie nad czołem. Stanął w przejściu. Przez moment tylko patrzył na Arta.
- Nie zaciągnąłem cię ze sobą. - oznajmił w końcu, jakby Art mógł tego nie zauważyć. Oparł się ramieniem o framugę.
- Chociaż chciałem. - Zastanowił się.
- Bardzo. - To ostatnie dodał już ciszej. Potem jego wzrok zatrzymał się na telefonie Arta i po raz pierwszy od kilku minut przez euforię przebiło się coś drobnego i nieprzyjemnego. Telefon oznaczał świat zewnętrzny. Wiadomości. Ludzi. Obowiązki. Samoloty. Hotele. Menedżerów. Następne miasta. Następnych chłopaków. Jutro. Quincy nie chciał jutra. Jutro było wyjątkowo źle zaprojektowaną koncepcją. Odepchnął się od framugi i wrócił do loży, znacznie ostrożniej niż wcześniej. Usiadł na podłodze obok kanapy i oparł plecy o jej bok. Nie próbował już dotykać Arta. Polecenia, nawet wypowiadane półżartem, nabierały teraz w jego głowie niemal religijnego znaczenia. Przechylił głowę do tyłu.
-Wiesz, co jest pojebane? - zaczął, patrząc gdzieś w sufit. - Że jutro będę się zastanawiał, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło. - Milczał przez sekundę. Potem odwrócił głowę w stronę Arta. Na jego twarzy nadal tkwił ten rozanielony, trochę głupi uśmiech.
- Więc chyba powinieneś dać mi jakiś dowód. - niewinnie wzruszył ramionami.


Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Art wrócił do przeglądania telefonu w niezobowiązujący sposób, gdy Quincy zdecydował się jednak pójść do łazienki sam. Nie był urażony ani niezadowolony, że chłopak nie pociągnął go ze sobą – ale z pewnością stracił trochę w jego oczach. W końcu dawał mu tak świetną okazję, żeby mógł się z nim jeszcze pobawić pod prysznicem, a ten nie skorzystał. Jego strata. Po tylu miesiącach obsesyjnego śledzenia go po klubach, koncertach i zamkniętych wydarzeniach, po tej całej cierpliwości, jaką chłopak wykazał, żeby w końcu znaleźć się w tym pomieszczeniu, spodziewałby się od niego odrobiny więcej odwagi w tak prostej kwestii.
Odprowadził go jednak wzrokiem do drugiego pomieszczenia, zatrzymując spojrzenie na jego pośladkach nieco dłużej, niż powinien. Trudno mu było oderwać od nich wzrok.
Był już trochę zmęczony. Leniwie przeglądał media społecznościowe, kciukiem przewijając kolejne posty bez większego skupienia – zdjęcia z pokazów mody, komentarze fanów pod jego ostatnim zdjęciem, kilka memów, w których ktoś porównywał go do jakiegoś już zapomnianego influencera. Zerknął na kalendarz – jutro miał sesję zdjęciową o dziesiątej, potem spotkanie z producentem nowego teledysku, a wieczorem kolację z kimś z wytwórni, której wolałby uniknąć, gdyby tylko miał na to jakikolwiek wpływ. Przejrzał też wiadomości od agenta, upewniając się, że niczego nie pominął, że żadna odpowiedź nie czekała zbyt długo na jego uwagę – ten człowiek nie znosił, gdy odpisywał po kilku godzinach, a Art nie miał ochoty na kolejną wykładnię o braku profesjonalizmu. Nie brał dziś niczego mocniejszego, nie wypił za dużo alkoholu – był wystarczająco trzeźwy, żeby teraz trochę popracować, mimo że wciąż leżał nago na kanapie w prywatnej loży klubu. Nie przejmował się tym. Nie było tu nikogo, kto miałby prawo zwrócić mu na to uwagę, nikogo, kto ośmieliłby się, chociażby unieść brew z niezadowolenia z jego nieskrępowanego ekshibicjonizmu.
Leniwe spojrzenie powiodło za dźwiękiem otwieranych drzwi. Przechylił lekko głowę, widząc nagiego, ociekającego wodą chłopaka, który wyraźnie już się ogarnął. Nie wyglądał już na tak nieobecnego, jak wcześniej – oczy miał jaśniejsze, ruchy pewniejsze, choć wciąż gdzieś w tle majaczyła ta sama rozanielona postawa, którą zauważył u niego wcześniej.
– Zmarnowałeś jedyną w swoim rodzaju okazję, której już więcej nie otrzymasz – zapewnił go suchym, ale w miarę przyjaznym tonem. – Czujesz się już lepiej? Myślałem, że pod koniec mi tu zejdziesz.
Nie była to troska. Nie martwił się o chłopaka – po tym wszystkim, co ten zrobił, żeby się tu znaleźć, wątpił, żeby sobie pozwolił na coś tak wstydliwego, jak zasłabnięcie w cudzej łazience. Chciał się tylko upewnić, że ten nie narobi mu kłopotów. Był pewien, że dałby radę to ogarnąć i zatuszować – w końcu nikomu nic na siłę nie podał, każdy gram, każda tabletka, wszystko trafiło do Hargreavesa z jego własnej, entuzjastycznej zgody – ale nie chciał zawracać sobie tym głowy bardziej, niż było to konieczne. Nie dzisiaj. Nie po takim miłym przeżyciu.
Uśmiechnął się na kolejne słowa chłopaka. Nie dawał wiary jego zapewnieniom, że nie będzie pamiętał – a na pewno nie, że zapomni już następnego dnia. Ludzie tacy jak Quincy nie zapominali. Budowali z takich wieczorów wspomnienia tak silnie w nich zakorzenione, że prędzej puści w niepamięć datę własnych urodzin.
– Jesteś tego pewien? – zapytał raz jeszcze, retorycznie, niechętnie wstając z kanapy. – Coś ci na pewno będzie przypominać o tym wieczorze.
Podszedł do niego niepospiesznie i zlustrował go wzrokiem, od mokrych jeszcze włosów, przez ramiona, w dół. Podobał mu się ten widok, ale to nie było teraz najważniejsze. Strzelił go palcem w czoło.
– Pierwsze to ból głowy. Wiem, że brałeś coś przed tym, jak tu wpadłeś. Do tego alkohol, a później to, co wziąłeś ode mnie, przy okazji tamtego pocałunku – jego ręka powędrowała od czoła w stronę policzka, po którym przejechał paznokciem, następnie krótka pauza na jego spierzchniętych ustach, później przez ramię, biodro, na którym zatrzymał się na chwilę dłużej, by w końcu dać mu klapsa w pośladek. – A tego to już na pewno nie zapomnisz.
Nie planował dawać mu żadnych innych dowodów. Miał już ich pod dostatkiem – ślad zębów na wardze. Siniak, który zapewne pojawi się gdzieś na biodrze do rana. Wspomnienie, które i tak zdążyło się już wypalić w tej rozgorączkowanej głowie na długo, zanim on sam zdążył cokolwiek zrobić. Zresztą niczego mu nie obiecał. Nie musiał spełniać jego próśb. Bawiło go jednak, że chłopak stał się nagle trochę bardziej wymagający, jakby ta jedna noc dała mu prawo do stawiania warunków, jakby zapomniał, kim tak naprawdę był dla aktora.
Wyminął go ostentacyjnie i wszedł do łazienki.
Odkręcił wodę. Umył twarz i ręce, uważając, żeby nie zmoczyć włosów – nie miał ochoty jechać do domu z mokrą głową w chłodną wrześniową noc. Jutrzejsza sesja i tak wymagała odpowiedniej fryzury, o którą ktoś inny będzie musiał się zatroszczyć z samego rana. Później naniósł trochę pięknie pachnącego żelu na dłonie i obmył resztę ciała. Wytarł się dokładnie ręcznikiem leżącym na brzegu wanny i sięgnął po ubrania zostawione specjalnie na taką okazję w niewielkiej szafce obok umywalki – zawsze trzymał tu zapasowy komplet na wypadek podobnych do tego wieczorów. Nic wyszukanego – czarne skarpetki, brązowe spodnie, biała koszula, której nie zapiął do końca, zostawiając kilka górnych guzików luzem, odsłaniając fragment obojczyka.
Wyszedł z pomieszczenia, niemal całkowicie ignorując chłopaka. Wrócił w stronę stolika i kanapy, ale nie usiadł – ze starego stroju zabrał tylko buty, wsuwając stopy sprawnym, wyćwiczonym ruchem, tym samym, którym robił to setki razy w garderobach, hotelowych pokojach, cudzych mieszkaniach, gdy gdzieś się spieszył.
– Nawet dobrze się bawiłem. Możemy to kiedyś powtórzyć – rzucił jakby na odchodne, nie odwracając się nawet, żeby sprawdzić reakcję.
Tak naprawdę nie planował ponownie kontaktować się z Quinem. W tym samym czasie nie zabronił mu tego w drugą stronę. Świat był pełen ludzi gotowych zrobić pierwszy krok, jeśli tylko zostawiło się im choć cień takiej możliwości – a Quincy, ze swoją wielomiesięczną kampanią uporu, z pewnością do nich należał.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Quincy skrzywił się lekko, kiedy Art strzelił go palcem w czoło, ale zaraz potem się uśmiechnął. Spodobało mu się to. Właściwie uśmiechał się już niemal bez przerwy. Musiał wyglądać idiotycznie. Gdyby zobaczył teraz kogoś innego z podobnym wyrazem twarzy, prawdopodobnie uznałby go za idiotę. W przypadku samego siebie był jednak gotów zrobić wyjątek.
– Czuję się świetnie. – odpowiedział, choć pytanie padło już chwilę wcześniej i odpowiedź zdążyła się trochę przeterminować. Ból głowy. Alkohol. To, co brał wcześniej. To, co Art dał mu podczas pocałunku. Quincy słuchał wyliczenia z uwagą człowieka, któremu właśnie przedstawiano szczegółową dokumentację jego własnego upadku, i z jakiegoś powodu był z niej zadowolony. Nawet bardzo. Gdy paznokieć przesunął się po jego policzku, przestał na moment oddychać. Potem usta. Ramię. Biodro. Każdy dotyk zapisywał osobno. Oznaczał na mapie, ze szczegółowymi danymi. Jakby ciało było mapą, na której ktoś zaznaczał miejsca warte późniejszego odwiedzenia. Klaps wyrwał z niego krótkie parsknięcie. Obejrzał się przez ramię, bardziej zaskoczony niż oburzony, po czym ponownie spojrzał na Arta. Nie powiedział nic. Nagle rzeczywiście pomyślał o poranku. O łazience we własnym mieszkaniu. O świetle, które będzie zbyt jasne. O bólu głowy, który najwyraźniej już został mu przepowiedziany. O tym, że stanie przed lustrem i zacznie szukać. Śladu na wardze. Siniaka. Czegokolwiek. Dowodu. Relikwii.
Może właśnie o to mu chodziło. Nie o zdjęcie ani wiadomość, nie o coś rozsądnego, co dałoby się później pokazać komuś na ekranie. Chciał mieć na sobie coś, co przez kilka dni będzie zmieniało kolor. Fiolet, granat, brudna żółć. Małe prywatne kalendarium rozpadu.
Patrzył za Artem, kiedy ten go wyminął. Oczywiście patrzył. Właściwie nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby robić w tej chwili cokolwiek innego. Drzwi łazienki zamknęły się i Quincy został sam.
Przez kilka sekund stał dokładnie w tym samym miejscu. Potem usiadł na kanapie. Nie obok miejsca, na którym wcześniej leżał Art. Dokładnie na nim. (Że niby przypadkiem?) Zrobił to bez zastanowienia i dopiero po chwili zorientował się, co właściwie zrobił. Przesunął dłonią po obiciu. Materiał był jeszcze trochę ciepły albo tylko mu się tak wydawało. Nie miało znaczenia. Wystarczyło, że istniała możliwość, a jego mózg natychmiast uznał ją za fakt.
Art leżał tutaj. Jeszcze kilka minut temu. Nago. (Tutaj pewnie poczuł szybsze bicie serca. O ile można to nazwać sercem!) Z nim. Quincy przymknął oczy i oparł głowę o kanapę. Istniały wydarzenia, które w trakcie trwania były zbyt duże, żeby człowiek potrafił je właściwie przeżyć. Dopiero później mózg próbował upchnąć je w pamięci, przycinał krawędzie, usuwał zbędne szczegóły, wymyślał początek i koniec. Być może dlatego wspomnienia tak często przypominały historie opowiadane przez kogoś innego. Rzeczywistość nie miała przecież fabuły. To ludzie rozpaczliwie ją jej dopisywali. Quincy już dopisywał.
Podniósł głowę dopiero na dźwięk kroków i przez moment patrzył na niego niemal zdezorientowany. Ubrany wyglądał inaczej. To było wręcz nieprzyzwoite. Biała koszula, brązowe spodnie, buty. Zaledwie kilka warstw materiału, a już należał z powrotem do tamtego świata. Tego z ekranów, zdjęć, samochodów pod tylnymi wejściami hoteli i ludzi, którzy wiedzieli, gdzie ma być jutro o dziesiątej. Quincy obserwował każdy ruch. Jak wkłada buty. (I znów, serce! Tylko to trochę niżej, między nogami). Jak sięga po rzeczy. Jak poprawia koszulę. Próbował zapamiętać nawet sposób, w jaki materiał układał się na jego plecach, chociaż jakaś bardziej rozsądna część umysłu próbowała mu powiedzieć, że widział Arta w koszuli już jakieś tysiąc razy.
Ale nigdy po czymś takim. I wtedy padło: “Możemy to kiedyś powtórzyć.” Quincy znieruchomiał. Reszta zdania właściwie przestała istnieć. Nie „nawet dobrze się bawiłem”. To było oczywiście ważne. Bardzo ważne. Prawdopodobnie będzie analizował intonację tego „nawet” jutro rano, może również pojutrze, a przy szczególnie złym obrocie spraw jeszcze w przyszłym tygodniu. Ale nie teraz. Teraz istniało tylko: Możemy to kiedyś powtórzyć.
Możemy.
Kiedyś.
Powtórzyć.
Trzy słowa. Quincy natychmiast zrobił z nich przyszłość.
– Mhm. – odpowiedział tylko, bo nagle wydało mu się, że każde dodatkowe słowo mogłoby coś zepsuć. Nie zapytał kiedy. Nie poprosił o numer. Nie próbował go zatrzymać. To kosztowało go więcej samokontroli, niż Art kiedykolwiek miał się dowiedzieć. Patrzył, jak wychodzi. Jeszcze przez chwilę słyszał jego kroki, potem drzwi, a później wszystko pochłonął klub. Bas. Głosy. Jakiś śmiech na korytarzu. I tyle. Quincy został sam.
Siedział nieruchomo może minutę. Może pięć. Czas znowu zachowywał się podejrzanie. Spojrzał na drzwi, jakby Art mógł jeszcze wrócić, bo czegoś zapomniał. Telefonu. Kluczy. Jego.
Nie wrócił.

– Możemy to kiedyś powtórzyć. – powiedział Quincy na głos. Chciał sprawdzić, jak brzmi to zdanie wypowiedziane jego własnym głosem. Brzmiało jeszcze lepiej. Zaśmiał się cicho i przetarł twarz obiema dłońmi. Serce znowu przyspieszyło, choć przecież nic się już nie działo. To było najgorsze. A może najlepsze. Art wyszedł, a jego obecność wcale się przez to nie zmniejszyła. Przeciwnie. Jakby dopiero teraz, kiedy zniknął z pomieszczenia, mógł naprawdę rozrosnąć się w głowie Quincy’ego bez żadnych ograniczeń.
Dopiero po kolejnych kilku minutach zmusił się do wstania. Pozbierał ubrania z podłogi. Bieliznę znalazł pod stolikiem, koszulę dalej, niż pamiętał, spodnie zmięte przy kanapie. Ubierał się powoli, z roztargnieniem. Raz włożył nogę w niewłaściwą nogawkę i przez kilka sekund próbował zrozumieć, dlaczego spodnie nagle przestały działać. Parsknął śmiechem. Telefon miał kilka powiadomień. Nie otworzył żadnego. Pierwszą rzeczą, którą zrobił, było wpisanie imienia Arta w wyszukiwarkę Instagrama. Dopiero gdy zobaczył znajomy profil, poczuł się idiotycznie. Jakby musiał sprawdzić, czy Art nadal istnieje.
Quincy patrzył przez chwilę na jego zdjęcie profilowe. Jeszcze godzinę temu ta twarz należała do tej samej kategorii rzeczy co okładki płyt, plakaty i ekrany. Można było na nią patrzeć, ale istniała po drugiej stronie czegoś. Teraz wiedział, jak wygląda z odległości kilku centymetrów. To zmieniało wszystko. A przynajmniej jemu tak się wydawało.
Wyszedł z loży dopiero wtedy, kiedy był już pewien, że Art nie wróci. Na korytarzu klub uderzył go z pełną siłą: muzyką, światłem, zapachem alkoholu i perfum, ludźmi przesuwającymi się obok jak źle wyrenderowane tło. Jeszcze niedawno chciał być dokładnie tutaj. Teraz wszyscy wydawali mu się niepotrzebni. Przeciskał się przez tłum, czując się absurdalnie od niego oddzielony. Minął jakąś dziewczynę poprawiającą szminkę w ekranie telefonu. Dwóch chłopaków kłócących się przy barze. Kogoś, kto próbował zrobić sobie zdjęcie. Ochroniarza przy schodach.
Oni nie wiedzą. Nie wiedzieli, gdzie był przez ostatnie godziny. Nie wiedzieli, kto go dotykał. Nie wiedzieli, że Art powiedział możemy to kiedyś powtórzyć. Ta tajemnica sprawiała, że Quincy czuł się nagle wybrany. I właśnie to było najbardziej niebezpieczne.


zt x2

Arthit Rattanakosin
Kwiatkowski
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”