A jeszcze zabawniejsze, że w tym wszystkim Anthony tłumaczył sobie (albo tłumaczył sobie będzie), że wcale nie chodziło o niego i o nią – o nich, tylko o nią i kropka; że to przejęcie wynikało jedynie z troski o
dobrą znajomą i partnerkę w zbrodni (ale nie ex-kochankę, co to – to nie!), a nie ze wścibstwa albo – jeszcze gorzej – rozżalenia czy zazdrości i że interesował się, bo chciał dla niej jak najlepiej. I… Cóż – to pewnie nie byłoby okłamywanie samego siebie (niewinne, perfidne, nijakie – obojętnie), gdyby nie to, że jednak po cichu okazywało się, że było jeszcze za wcześnie, żeby mógł utrzymywać z Love kontakt bez obaw o podtekst wynikający z ich wspólnej przeszłości. Relacje przepracowane naprawdę sumiennie
nie wracają: nie przypominają się w losowych rozmowach wspólnymi żartami i nie wracają do ich korzeni, nie każą myśleć skąd, kiedy i do kogo się wraca, ani nie wzbudza zaciekawienia krojem sukienki albo tym, co próbowała przykryć. Ta – przynajmniej w świadomości Anthonyego – powolutku, zdaje się, zaczynała swój wielki powrót; stety albo nie. A wszystko dlatego, że Bellore właśnie zobaczył Love w nowym, zupełnie innym świetle; w świetle, w którym największego wrażenia nie robiły już na nim jej długie nogi albo płaski brzuch.
Tymczasem jednak niebezpiecznie zrobiło się z bardziej prozaicznego powodu. To musiało być trochę więcej niż dwa lata, odkąd ostatni raz mówił do niej szeptem – odkąd z bliska przyglądał się jej twarzy i odkąd niemal oddychał zapachem jej perfum. Nic zatem dziwnego, że choć intencje miał czyste, a jego słowa brzmiały niewinnie, to że jego myśli coraz frywolniej błądziły po trasie wyścigu, do którego stanęło ich pewnie z tysiąc; dokładnie jak u Love. I tak – burdel, córki złych ojców i ten jeden koszykarz robili się coraz mniej znaczący, a jego zainteresowanie coraz mocniej skupiało się na jej smukłej szyi, garści piegów rozsypanych na nosie i policzkach, oczach i ich błysku, i tym charakterystycznym grymasie twarzy, którego – dokładnie tak jak kiedyś – wciąż nie potrafił rozszyfrować ze 100% skutecznością. I wreszcie – czy odbijając jego spojrzenie, miała podobne rozterki; czy gdyby popełnił grzech, który w żartach zarzucał Love i zdesperowany zabłagał o jej zainteresowanie, mógłby na nie liczyć.
Na całe szczęście tego wieczora Bóg pobłogosławił go pijaną córką.
–
To niech sobie z nim poradzi tak, żeby nie doniósł na mnie do gestapo – wybełkotała bez głębszego przemyślenia, zanim rzeczywistość wymierzyła jej solidnego liścia w policzek. –
Czej, tsoooo… – Brooke rzuciła niby pod nosem, ale jej półszept spokojnie dotarł do uszu „dorosłych”. –
Co ty tu robisz? Tato, co ona tu robi? – Pytała, gdy speszona odbierała butelkę z rąk Love.
–
Odwozimy panią redaktor do domu. To najmniej, co możemy zrobić, żeby się odwdzięczyć – Anthony bardzo wyraziście zaakcentował tę nieszczęsną „panią redaktor”, jednocześnie rzucając zainteresowanej przelotne spojrzenie. Umówmy się – jej wyjście z cienia zaskoczyło go wcale niemniej niż słowa córki. –
I jakie gestapo, do cholery? Mówisz o mamie? – Burknął pewnie chłodniej niż powinien, znów zaglądając we wsteczne lusterko. Brooke próbowała podciągnąć się do siadu, łapiąc za jeden z zagłówków tylnych siedzeń, ale miała za mało siły i już drugi albo trzeci raz osuwała się na swoje leżące miejsce. –
Myślałem, że jesteście besties… Czy coś tam… – Mruknął zafrapowany. Teraz jeszcze bardziej wstydził się swojego ojcostwa. Poznawał sytuację geopolityczną w domu tylko dlatego, że jego córka się nawaliła i skończyła w klubie, w którym… Wolałby, żeby się nie bawiła.
–
Byłyśmy, dopóki nie byłyśmy – Brooke westchnęła ciężko, ale to raczej nie było westchnięcie zbolałe albo rozżalone, tylko podirytowane – jakby liczba zadawanych przez Anthonyego pytań zaczynała ją męczyć. –
Nie mam teraz na to siły, ale po prostu jej nie mówmy, dobra? – Odpuściła wreszcie walkę z fotelem, a wypuszczając z dłoni butelkę, ostentacyjnie przycisnęła do głowy maskotkę, jakby chciała zatkać nią sobie uszy.
–
Hej, to nie ty decydujesz, kiedy kończymy rozmowę – Anthony gwałtownie odwrócił głowę do tyłu, ale wtedy Brooke głośno zachrapała i pozostało mu tylko machnąć ręką. –
A zresztą… – Westchnął. Zaciskając obie dłonie na kierownicy, skupił się na drodze i dopiero po kilku sekundach takiej podręcznikowej jazdy dotarło do niego, jak mocno biło mu serce. Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, bo grał swoją rolę i chciał być w niej jak najbardziej naturalny, ale adrenalina zaczynała odpuszczać i nagle okazało się, że faktycznie strasznie przeżył to bycie „prawie przyłapanym”. –
Niewykluczone, że miałem zawał – mruknął nieco zachrypnięty, siląc się na uśmiech. Nie pozwolił sobie jednak na spojrzenie w stronę Love – uznał, że będzie bezpieczniej, jeśli zacznie się zachowywać zmanierowany wręcz do przesady. –
Nadal uważasz, że nie jestem złym ojcem? – Dodał po chwili. Anthony prowadził trasą przez centrum miasta zamiast po autostradzie, więc pokonując kolejne przecznice, obserwowali nocne życie Toronto trochę jak na safari: z samochodu i z bezpiecznej odległości, ale jednak z bliska, dlatego z łatwością mogli wypatrzyć następne „Brooke” i czyhające na nie sępy. –
Pierwszy raz słyszę, że są pokłócone. I to tylko dlatego, że jest pijana – mruknął zgorzkniale, z niedowierzaniem kręcąc głową. –
”Gestapo”. Wymyśliłabyś to? Cholera. – Bellore ewidentnie próbował nabrać dystansu, ale efekt był chyba odwrotny do zamierzonego, bo wprost przeciwnie – po prostu się nakręcał. –
Myślisz, że powinienem jej powiedzieć? – Wrócił wreszcie spojrzeniem do Love, ale tylko przelotnie i najbezpieczniej jak się dało. Drugiego zawału mógłby nie przeżyć.
Love Roderick