Wściekłość była jak żywioł, przebijający się na drugą stronę tamy wraz z jej roztrzaskanymi fragmentami.
Nie potrafił jej schować, powstrzymać,
zatrzymać. Nigdy nie posiadł tej umiejętności, potrafił jedynie oddalać to, co było nieuniknione. To właśnie ona pchała go w stronę nieracjonalnych decyzji, w pojedynki, których nie mógł wygrać i te, które mógł przypłacić własnym życiem. Ona skłaniała go do wyborów, których nie podjąłby w racjonalnych myślach. Ona była jego
stałą, emocją, z którą zaznajomiony był najlepiej i odpowiedzią na wszystko zarazem.
Brała wszystko to, co zawiłe i skomplikowane i kompresowała do formy, którą potrafił zrozumieć.
Chwytała smutek, który targnął jego sercem gdy każe słowo przychodziło jej z trudem. Szok, spowodowany brutalnością, do której przecież powinien przywyknąć, a jednak w jego głowie nigdy nie mogła iść w parze z osobą, która siedziała teraz obok niego. Żal za życie, o którym marzyła, a którego została tak gwałtownie pozbawiona. Bezradność związaną z tym, że wydarzyło się to w przeszłości i nie miał żadnego wpływu na to, w jaki sposób ta się ukształtowała.
Każda z tych rzeczy była skomplikowana. Wymagała siedzenia i przetrawienia jednej emocji po drugiej. Wymagała stoicyzmu, którego nigdy nie posiadał.
Złość była łatwa.
Wściekłość skupiona na tym jednym mężczyźnie, który doprowadził ją do takiego stanu. Tym, który ośmieli się podnieść na nią rękę, który łamał ją dzień po dniu aż nie została w niej żadna wola walki, która z jej doświadczenia była bezcelowa. Tym, który miał swoją twarz i swoje nazwisko, swoją posadę w upragnionej firmie i wolność, którą z pewnością cenił.
Myśl, że minęło tyle czasu od tamtego wydarzenia i czas ten spędził prowadząc swoje życie tak, jak robił to normalnie, rozpalała go od środka.
Ogień był wyniszczający. Wypalał wszystko inne, o czym zwykle pamiętał w jej obecności,
tresurę, którą zdobył byle tylko móc trzymać ją blisko. Oślepiał go na moment, w którym przerażenie błysnęło w jej oczach, ciało zwinęło się jakby było zdolne do zajmowania mniej miejsca.
Liczyło się tylko nazwisko, tylko twarz.
Osoba, która była za to
odpowiedzialna. Osoba, która mogła przyjąć na siebie jego furię, której mógłby wymierzyć po stokroć tyle bólu, ile ta osoba wyrządziła j e j. Mężczyzna, który wciąż tkwił gdzieś, w Stanach Zjednoczonych, prowadząc swoje idealne życie pomimo tego, że to powinno się zakończyć w chwili, której podniósł na n i ą rękę, choć nawet nie była wtedy jego.
W zasadzie nadal nie była. Do tej skali urosła wyłącznie w jego głowie, w jego wyrywających się w jej stronę myślach i twarzy wciąż noszącej ślad jej palców. Nie byli
parą, byli parą. Ludzi bądź obiektów znajdujących się obok siebie.
A znajdująca się obok niego Violet zamarła. Jej spojrzenie wydawało się znajome. Mowa ciała, cisza, która zapadła choć zadał jej pytanie.
Ludzie często patrzyli na niego w ten sposób.
I dopiero gdy dostrzegł błysk łez na jej twarzy, ta furia, z którą nieustannie się do niej zbliżał, wreszcie zwolniła. Nie była to pierwsza łza, może nawet nie druga. Może tkwili w tej torturze przez paręnaście sekund nim wreszcie dostrzegł, że jej reakcja nie była pokłosiem historii, którą opowiadała.
Że Haze się go b a ł a.
Jak z pomocą włącznika, wirujący pod jego skórą mrok wsunął się z powrotem do czeluści jego trzewi. Furia, która zawsze potrzebowała ujścia w głosie bądź gestach zmalała, chowając się z jego napiętego karku i szczęki, znikając ze spojrzenia. Wyrządził w swoim życiu krzywdę dużej ilości osób, może zbyt wielkiej, by każda z nich zdołała zapisać się w jego pamięci.
Ale myśl, że miałby wyrządzić krzywdę
jej wydawała mu się niezrozumiała.
Złość powoli znikała z jego napiętych ramion i zaciśniętych palców. Jego ciało rozluźniło się, powietrze uleciało z płuc, które wcześniej trzymały je w formie zakładnika.
-
Violet. - z jego głosu umykały resztki napięcia, od którego wcześniej zaczynał drżeć. Nie mężczyzna, którego nazwiska od niej wymagał odpowiadał za łzy na jej policzku. O n za nie odpowiadał. -
Violet - ponowił cicho, miękko, w sposób, w jaki zwracał się tylko do niej.
I tym razem wiedząc, że się wzdrygnie - może nie odsunie, ale w strachu odliczy każdą upływającą sekundę - uniósł jedną z dłoni w jej stronę. Powoli sięgnął do jej policzka, ostrożnie ścierając kolejną łzę, która wytyczała na nim swój świetlisty szlak - jakby łagodność była w stanie zetrzeć ten obraz jego, który już musiał wypalić się w jej głowie.
Jakby miała sprawić, że ten obraz stałby się fałszywy, a ona kiedykolwiek potrafiłaby przywyknąć do jego dotyku.
-
Jesteś bezpieczna. - ciche słowa opuszczały jego usta gdy, wbrew instynktowi i wewnętrznemu
poradnikowi obsługi Violet Haze, gdy starł jedną łzę zamiast odsunąć się, sięgnął do drugiego policzka by zetrzeć następną. -
Nie musisz mi niczego mówić.
I sięgając do tego uporczywego kosmyka włosów, który teraz lepił się do jej mokrych rzęs by przesunąć go za jej ucho, tym razem mówił szczerą prawdą.
Zamierzał znaleźć go sam.
Jego dłoń zatrzymała się gdzieś przy jej uchu, zamrożona w nagłej świadomości tego, że to, co było dla niego oczywiste, mogło nie być oczywiste dla niej.
-
Nic ci nie zrobię.
monster for many, but never for you