35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Do pewnego stopnia nie spodziewał się odpowiedzi.
To znaczy - spodziewał się czegoś oględnego, wymijającego, co ludzie zwykli rzucać gdy problem istniał, ale był zbyt złożony by go sensownie wyjaśnić. Nie spodziewał się jakiejkolwiek chęci wytłumaczenia, może częściowo dlatego, że zwykle tego wytłumaczenia od ludzi nie oczekiwał. Zwykle dokonywał własnej oceny - żeby nie powiedzieć samosądu - i traktował każdą osobę w sposób adekwatny do jego interpretacji tego, jacy byli i z jakimi problemami mogli się zmagać.
Sam fakt tego, że spytał, był zaskoczeniem dla ich obojga.
Skłamałby mówiąc, że przeanalizował to wszystko pod wieloma kątami i miał przygotowane warianty tego, jak potoczy się to spotkanie w zależności od jej odpowiedzenia. Tak naprawdę nawet oferując, że może opuścić jej mieszkanie, bezczelnie kłamał - sprzeczność w jego klatce piersiowej odzywała się uściskiem i irytacją na myśl, że miałby to zrobić. Nie chciał tego robić. Chciał być obok, chciał r o z u m i e ć, chciał wiedzieć w i ę c e j.
Bo nie wiedział przecież na jej temat niemal nic.
Wiedział, że mieszkała w Stanach, że miała rodzinę, która kurczyła się gwałtownie. Że zajmowała się swoją siostrą, która była na jakimś obozie piłkarskim. Że nie pracowała w swoim zawodzie tylko chwytała się tego, co mogła - w tym występowania na scenie Rapture, na której w ogóle nie powinno jej być, ale czystym przypadkiem, a później czystym wpadnięciem w jego oko, zyskała dla siebie stałe miejsce, do którego zawsze mogła wrócić.
To nie tak, że ona wiedziała o nim więcej. W zasadzie gdyby spojrzeć na to racjonalnie, wiedziała o nim może jeszcze mniej, niż on wiedział o niej. Ale Monroe rzadko kiedy był racjonalny, a gdy w jego bezpośrednim otoczeniu pojawiała się Violet, te już skromne zasoby tej racjonalności, którą posiadał, jeszcze bardziej się uszczuplały.
Dlatego teraz tkwił w bezruchu. Nawet wtedy, gdy nie chcę, żebyś wychodził sprawiło, że coś przyjemnie ciepłego, miękkiego rozlało się po jego ciele. Nawet, gdy dostrzegł rujnowany przez nią rękaw bluzy, gdy jej sylwetka znów napięła się jak struna, jak wtedy, w loży wewnątrz klubu gdy Bennet grasował po drugiej stronie zasłony.
Tkwił w bezruchu jak przy przestraszonym zwierzęciu, które wreszcie postanowiło podejść do wyciągniętej w jego stronę ręki bojąc się, że jeśli się poruszy, strumień słów płynących z jej ust natychmiast się skończy.
Jego szczęka napięła się nieco gdy zdania rozpoczęte od znalezienia wymarzonej pracy zaczęły przekształcać się w coś innego. Historia trudnego menadżera ponad sobą prawdopodobnie mogłaby w wielu przypadkach dotyczyć jego samego w klubie gdy miał zły dzień. Nie wątpił, że uprzykrzało jej to życie.
Ale nie byłby w stanie uwierzyć, że to właśnie to sprawiło, że jej głos drżał a ręka nieustannie ciągnęła za luźny sznurek ubrania gdy musiała mu o tym opowiedzieć.
Złość pojawiła się w jego trzewiach. Z początku drobna iskierka, której odległe ciepło ledwo do niego docierało, niosąc jednak potencjał czegoś gorszego. Splótł dłonie ze sobą, byle tylko znaleźć dla nich jakieś zajęcie. Czerwień zdartych knykci, czerń wytatuowanego na wierzchu jednej z nich napisu, pozostawione przez lata pracy blizny. Były tak odmienne od jej gładkich, delikatnych kobiecych dłoni jak tylko mogły być.
Potrafił skupić na nich wzrok tylko na chwilę.
Po tym jego ciało przesunęło się nieco w kanapie - subtelnie, pokonując połowę dystansu, który ich dzielił, pod pozorem chwycenia kubka z kawą, który i tak odstawił od razu na blat. Usiedzenie w miejscu zaczęło być dla niego wymagające gdy złość powoli rozlewała się po jego trzewiach, a on pragnął trzymać ją w ryzach, ponieważ pragnął w i ę c e j.
Pragnął z r o z u m i e ć.
- Co zrobił? - wycedził, zmuszając się do spokoju, choć jego wzrok już dawno oderwał się od krawędzi jej bluzy, przeniósł w górę, na zmartwioną twarz i ten pusty wzrok, który widział już wcześniej.
Którego nie chciał widzieć na jej twarzy nigdy.

Violet Haze
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała, że zamilkła po jego pytaniu na zbyt długo, aby móc ostatecznie skapitulować i zasłonić się rzuceniem nic takiego od niechcenia. Czuła, że się przesunął, gdy rozkład ciężaru na meblu zachwiał się, ale nie zareagowała na to. Nie odsunęła się, nie przysunęła. Tylko pusto spoglądała gdzieś. Gdziekolwiek, ale nie na niego.
Odpowiedź, formalnie, była prosta. Sprowadzała się do dwóch, krótkich słów, często używanych w codzienności w ramach żartu czy z taką lekkością. Dla niej z kolei było to zbyt obciążające jej własną winą, aby mogła o tym w tak nieskomplikowany sposób powiedzieć
— Na początku? — Łatwiej było zacząć od początku. Łatwiej było jeszcze przez chwilę opowiadać o rzeczach, które dało się nazwać. Łatwiej było krążyć wokół tematu i kupować sobie czas, w którym być może znalazłaby w końcu odwagę, by to wszystko wypowiedzieć na głos. — Nic takiego, czego nie dałoby się wytłumaczyć. — Kącik ust drgnął jej w czymś, co nie miało nawet prawa uchodzić za uśmiech. — Wymagał coraz więcej i więcej, a ja byłam zamiast lepsza to coraz gorsza. Zostawał więc ze mną po godzinach, bo podobno tylko ja miałam problem ze zrozumieniem rzeczy, które wszyscy inni łapali od razu. Poprawiał mnie, pilnował i sprawdzał, czy robię wszystko tak, jak trzeba.
— Potem położył mi rękę na plecach, gdy pochylaliśmy się nad analizą jednych z badań, później zarzucił dłoń na ramię. Coraz częściej i częściej. — Przełknęła ślinę. — Nie protestowałam — dodała po chwili. To zdanie zdawało się smakować najgorzej ze wszystkich, które do tej pory wypowiedziała. — Bardzo długo udawałam, że tego nie zauważam.
Poczuła znów ten znajomy, obrzydliwy ciężar. Wstyd nie potrzebował przecież logicznych argumentów. Nie obchodziło go, że czasami ludzie zamierali w strachu; że można było bać się konsekwencji; że przez miesiące ktoś metodycznie odbierał jej pewność, aż jej własne granice zaczynały wyglądać jak przesada. Niestety – wstyd potrafił jej zadać tylko jedno pytanie: dlaczego nic nie zrobiła
Spojrzenie zatrzymała gdzieś na własnych dłoniach. Aby policzyć linie biegnące przez wewnętrzną jej stronę; aby obejrzeć niesforny zadzior przy kciuku. Aby zrobić cokolwiek, byleby nie musieć odwracać spojrzenia na Monroe.
Myślała, że milczała dobrych kilka minut, może dłużej. W rzeczywistości czas nie rozciągnął się na dłużej niż ledwie parę długich sekund. Kompletnie zatraciła poczucie czasu, gdy tylko przekroczyła strefę, do której tak bardzo jej własny umysł nie chciał jej dopuścić przez długi czas.
I nawet teraz, kiedy nie usłuchała jego ostrzeżeń, wciąż zdawał się bić na alarm, tłukącym się w klatce piersiowej sercem.
— Potem pozwalał sobie na coraz więcej. I więcej. — Jej usta rozwarły się, ale nie przetoczyły żadnego kolejnego dźwięku. Żadnego słowa. Nic. Przełknęła nerwowo ślinę, nawet nie czując jak w nerwach zaczyna wykręcać własne palce. Nie czuła tego dyskomfortu, który powinien temu towarzyszyć. Zasadniczo – nie czuła nic, poza wewnętrznym ciężarem. Poza betonem, który zalał jej płuca. Mogła zawrócić. Mogła przestać, ale szkopuł w tym, że nie chciała. Bo chciała wytłumaczyć siebie. — Nie wiem, kiedy dokładnie przestałam mówić mu, żeby przestał. — Wypowiedziała to tak cicho, że nawet nie była pewna, czy padło to na głos. — Nie chodził o to, że zaczęłam tego chcieć, naprawdę — dodała natychmiast, zanim zdążył powiedzieć cokolwiek. Jakby właśnie broniła się przed oskarżeniem, które istniało wyłącznie w jej własnej głowie. Oskarżycielem była ona sama. — Po prostu to nigdy nie miało znaczenia, więc… przestałam. — Gorycz kolejnej winy zacisnęła jej gardło mocniej; na tyle, że wypowiedzenie kolejnych słów musiała na sobie boleśnie wymusić. — Po prostu, gdy z nim walczyłam, to się tylko przedłużało. Więc prościej było po prostu czekać, aż skończy i pozwoli mi odejść.
Czuła że pęka. Dopiero teraz poczuła ból w palcach wykręcanych jeden o drugi, ból po własnych paznokciach wbitych w skórę i puls tłukący się szaleńczo wysoko na szyi pod żuchwą. Dłonie miała zimne a nieprzyjemne gorąco ze wstydu wspinało się po karku, choć przecież w salonie nadal było tam tak samo chłodno, zbyt chłodno, jak parę minut temu.
Potrzebowała więc chwili, by połatać się. Na szybko, niedbale, zebrać się, bo przecież nie odczytała przed sobą jeszcze tej największej winy w całym akcie oskarżenia, który zdołała już skonstruować.
I swear to tell the truth, the whole truth, and nothing but the truth, your honor
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wściekłość miała swoje różne oblicza.
Zwykle była impulsem - nagłym przebłyskiem w ciele, którego umysł dojrzał w czymś wyraz bezczelności. Potrzebą wzięcia spraw we własne ręce podsycaną irytacją na fakt tego, że jeszcze nikt inny się tym nie zajął. Pragnieniem zamknięcia komuś ust bądź zmuszenia go, by odpowiedział, wynikającą z niecierpliwości.
Znał wszystkie oblicza wściekłości. Gdy się pojawiała, często była jednym bądź drugim, rzadko kiedy bywała paroma. Denerwowały go bardzo konkretne, bardzo proste rzeczy - niektórzy mogliby powiedzieć, że denerwowały go za bardzo i za szybko, zrzucając to na jego impulsywny charakter.
Ale wściekłość nie zawsze wyglądała w ten sposób. Czasem była f a l ą.
Kiełkującym gdzieś w jego wnętrzu żarem, chwytającym się coraz to kolejnych myśli lub słów jak opału. Żarem, który z każdą chwilą, każdym wypowiedzianym przez nią słowem rósł coraz mocniej, coraz trudniejszy do opanowania.
Najpierw pojawiał się w jego szczęce. Głowie zmrożonej w jednej pozycji, ustach zaciśniętych w linię. Później podróżował w dół, uwidaczniając pojedynczą żyłę na jego spiętej szyi, chwytając jego barki, prostując jego sylwetkę. Zsuwała się do ramion, dłoni poszukujących czegoś, na czym mogłyby się zacisnąć, formujących w znajome pięści, którym musiał siłą nakazać rozwinięcie się czując, jak kości w jego palcach przeskakują w stawach.
Nagle te wszystkie, chaotyczne fragmenty układanki tworzącej oblicze Violet Haze zaczęły wpadać na swoje miejsce.
Wcześniej nie był w stanie ich poukładać. Ich krawędzie były postrzępione, a on usiłując dopasować je do siebie nie sądził, że nigdy nie będą w stanie pasować do siebie idealnie. Że w szczelinach pomiędzy nimi chowała się ta pustka, która teraz wzięła we władanie jej drżące ciało i pozbawione emocji spojrzenie, która wdarła się do jej gardła i wzmocniła na nim chwyt, aż jej usta rozchyliły się lecz żadne słowo nie wydostało na zewnątrz.
Iskierka irytacji przeradzała się w złość, od złości nie było daleko do wściekłości. Gdy jednak spoglądał na jej twarz, furia prowadziła go do innego miejsca, w innym czasie. Do ciemnej uliczki, w której obcy mężczyzna uderzył ją w twarz, złapał za ramię i szarpnięciem pociągnął do swojego samochodu.
A ona tylko patrzyła, z tą pustką, która w reakcji obronnej pojawiała się na miejscu, które zwykle zajmowała Haze.
Widział ten pusty wzrok, ten nieobecny wyraz i ten dziwny rodzaj pogodzenia ze swoim losem, gdy mówiła o mężczyźnie, z którym pracowała. O którym teraz miała czelność mówić z winą we własnym głosie, jakby to w jakikolwiek sposób była jej wina, jakby to, co jej zrobił, miało jakieś racjonalne podłoże schowane w j e j zachowaniu.
A teraz ten mężczyzna tkwił gdzieś, w jakiejś wielkiej firmie, w której to ona marzyła pracować - a z której zrezygnowała z niezidentyfikowaną emocją, której wcześniej nie rozumiał. Żył, o d d y c h a ł, awansował na szczeblach swojej kariery, zmieniał świat i zarabiał pieniądze - wszystko to, co należało się jej.
Osobie, której to odebrał, a która teraz tłumaczyła się ze swojej awersji do dotyku komuś innemu, w małej klitce robiącej za mieszkanie, z żałobą po ojcu i siostrą pod swoją opieką.
Powinien być dla niej wsparciem.
Powinien wytłumaczyć jej, że to nie była jej wina - jakby sama tego nie rozumiała, gdzieś w logice, która w chwilach takich jak ta nie miała żadnego znaczenia. Powinien wyciągnąć do niej dłoń i zaoferować, tak, by sama mogła ją chwycić, jak wtedy, w samochodzie. Powinien rozpakować jedzenie, które jej przyniósł, może wyciągnąć ją z mieszkania. Zabrać na wycieczkę górską albo kupić pieprzone krzyżówki, cokolwiek, co mogłoby sprawić, by poczuła choćby namiastkę komfortu, który nagle stał się tak trudny do osiągnięcia.
- Violet - rzucił zamiast tego. Furia przedarła się przez wszystkie, wzniesione przez niego bariery - tkwiła już nie tylko w jego mowie ciała, chowała się w ciemnych oczach i tkwiła na granicy słyszalności w głosie, drżącym od wściekłości. Pochylił się do przodu, wkraczając w jej przestrzeń, choć jego dłonie pozostały przyklejone do boku - zadarł głowę, jego twarz wtargnęła w ten losowy punkt, w którym utkwił jej wzrok. - Jak on się nazywa?

truth shall set you free
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeszcze chwilę wcześniej bardzo konsekwentnie unikała jego spojrzenia uciekając od tego, czego najbardziej, w tamtym momencie, obawiała się zobaczyć w nim. Rozczarowania. Zawodu. Może nawet czegoś, co mogłoby przypominać o d r a z ę. Dlatego wzrok uparcie trzymała niżej, na własnych dłoniach czy kawałku przestrzeni przed sobą.
Dopóki Vincent nie pochylił się w jej stronę i właściwie sam nie wszedł w jej pole widzenia, zmuszając ją do zobaczenia tego, przed czym próbowała uciekać.
Tyle że nie znalazła tam rozczarowania.
Znalazła coś znacznie gorszego.
Napiętą szczękę, zaostrzone rysy i spojrzenie, które jeszcze moment wcześniej należało do człowieka siedzącego po drugiej stronie kanapy z kawą, a teraz zrobiło się ostre, ciemne i niepokojąco znajome.
Nie: Vincent.
Duży, zły mężczyzna znajdujący się zdecydowanie zbyt blisko; wściekły, napięty i z niewiadomą dla niej intencją, która kazała mu znaleźć się w jej przestrzeni
Jej serce przyspieszyło gwałtownie, niemal przepchnęło przez gardło, a palce trzymające materiał bluzy zdrętwiały od siły, z jaką go ścisnęła.
Najgorszy był nie sama bezpośrednia bliskość, nie tembr jego głosu, który jeszcze kilkanaście minut temu potrafił ją rozpuścić, a teraz niemal wcisnął ją w róg sofy. Jego oczy. Jego spojrzenie, to wszystko co sobą zdradzało; niepohamowaną wściekłość. Furię, tak bliską krewną amoku, który znała.
Nie potrafiła od niego od razu uciec.
Zawiesiła się na tym spojrzeniu, chociaż niemal każda część niej domagała się czegoś zupełnie przeciwnego – schowania się; zmniejszenia; stania się możliwie najmniej zauważalną, najmniej kłopotliwą i najmniej zdolną sprowokować cokolwiek, co już zdążyło pojawić się na jego twarzy. Plecy wcisnęły się mocniej w oparcie, ramiona nieznacznie zeszły do środka, a kolana odruchowo ustawiły się bliżej siebie, jakby ciało samo próbowało zamknąć ją w możliwie najmniejszej przestrzeni. Jej własne ciało zaczynało układać ją do formy którą doskonale znało i która była najlepszym rozwiązaniem dla tej sytuacji. Szykowało ją.
Nie do walki. Nie do ucieczki.
Do uległości.
Nie drażnić.
Nie o d m a w i a ć.
Nie wykonywać żadnego ruchu, który mógłby wydłużyć tę chwilę o kolejne minuty.
Przeczekać.
Zgodzić się.
Oddać w s z y s t k o, czego ktoś od niej oczekiwał, nawet jeśli każda część niej, najdrobniejszy atom jej ciała, krzyczał, że tego nie chce; zrobić absolutnie wszystko byle tylko szybciej dobiegło końca.
Byle duży, zły mężczyzna przestał być wściekły.
Byle odsunął się od niej i pozwolił jej znowu oddychać.
Pierwsza łza ześlizgnęła się po policzku tak nagle i niespodziewanie, że przez moment nawet jej nie poczuła. Dopiero chłodny ślad przy żuchwie zdradził jej, co się stało. Potem pojawiła się kolejna. I następna. Nie zaszlochała przy tym, ani nie drgnęła, nie wykonała nawet tego drobnego, odruchowego ruchu dłonią, którym mogłaby je otrzeć. Po prostu wypływały spod szerzej otwartych oczu jedna za drugą.
Nie płakała i nie chciała płakać. Nie szlochała, nie zawodziła, jedynie z własnym przerażeniem odnotowała, że kolejna kropla przetacza się po jej skórze, zostawiając palący żywym ogniem ślad za sobą. Łzy były złe; były bezużyteczne i w niczym nie pomagały, dlatego już dawno oduczyła się pozwalać ciału przełożyć żal czy strach w coś tak namacalnego.
Nie chciała podawać mu nazwiska mężczyzny, bo nie chciała musieć schodzić aż tak nisko w odmęty własnej, zamkniętej na kłódkę pamięci, aby wydobyć z niej to, jak się nazywał. W całej historii, którą przekazała Monroe był w jej wspomnieniach pozbawiony twarzy. Sprowadzony do kształtnej masy, która kojarzyła jej się z krzywdą, ale nie miała twarzy, ale imienia. Dzięki temu przebrnęła, choć wciąż okrężnie, przez wszystko, co zdołała ubrać w słowa.
Nazwisko nadawało mu kształt.
Przywracało głos, którego przez lata skutecznie pozbywała się z pamięci; zapach drogich perfum mieszający się z potem, ciężar dłoni na jej karku i sposób, w jaki wypowiadał jej imię, kiedy chciał, żeby przestała stawiać opór.
Ale nie mogła o d m ó w i ć. Opór tylko wszystko pogarszał. Opór nie był częścią uległości, która ją chroniła.
Nie rozpadła się – nie w ten całkowity sposób, który narzucała uległość. Nie w ten, w który oczekiwała że zrobi.
Bo nie wszystko jednak pasowało. Nie było dłoni na karku. Nie było palców zaciskających się na jej skórze ani ciężaru, który zmusiłby ją do pozostania dokładnie tam, gdzie ktoś chciał ją mieć. Krawędź świadomości rejestrowała to, być może odnotowała już dawno i trzymała się kurczowo tych startych kłykci i wytartego atramentu na skórze.
I chociaż ciało nie potrafiło jeszcze zrobić z tej informacji żadnego użytku, nie potrafiło zwolnić oddechu ani przestać drżeć, ten jeden szczegół uparcie nie pozwalał wspomnieniu domknąć się wokół niej całkowicie.
Nie potrafiła zrobić z tego jednego, bardzo istotnego, elementu ponownie Vincenta. Tego samego, któremu pozwalała być blisko, którego ciężar przyjęła na sobie, którego miękkość włosów niemal wkodowała we własną pamięć; tego samego którego tak bardzo próbowała wgrać we własne ciało jako wyjątek.
Nie potrafiła kiedy jego twarz wciąż nosiła na sobie ślady tej samej, znajomej wściekłości.
Ale kurczowo trzymała się elementu, być może złudnego, który jeszcze nie pozwolił jej całkowicie zapaść się w miejsce, w którym już była tyle razy, że powinna zacząć nazywać również swoim.
a̶̳̜͉͛͛͜ ̷̛̹̼͎̌͘m̵̠͙̟͇͍͇͇͈̊͊̏͛͗͝͝o̷̲͕͌̓̍͑̑̐̄n̵͈̯̮̑̽̑̈́s̷͉̔̌̅̈̍̒͌͘͠t̸̛̥̜͇̤͎̝͔̄̃̉͘ḛ̵͖̳̳͇̬͉̉̊͛́ͅr̶̘̯̹͓͈͎̰͎͉͊̂̕?̴̢̔́͊̕
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wściekłość była jak żywioł, przebijający się na drugą stronę tamy wraz z jej roztrzaskanymi fragmentami.
Nie potrafił jej schować, powstrzymać, zatrzymać. Nigdy nie posiadł tej umiejętności, potrafił jedynie oddalać to, co było nieuniknione. To właśnie ona pchała go w stronę nieracjonalnych decyzji, w pojedynki, których nie mógł wygrać i te, które mógł przypłacić własnym życiem. Ona skłaniała go do wyborów, których nie podjąłby w racjonalnych myślach. Ona była jego stałą, emocją, z którą zaznajomiony był najlepiej i odpowiedzią na wszystko zarazem.
Brała wszystko to, co zawiłe i skomplikowane i kompresowała do formy, którą potrafił zrozumieć.
Chwytała smutek, który targnął jego sercem gdy każe słowo przychodziło jej z trudem. Szok, spowodowany brutalnością, do której przecież powinien przywyknąć, a jednak w jego głowie nigdy nie mogła iść w parze z osobą, która siedziała teraz obok niego. Żal za życie, o którym marzyła, a którego została tak gwałtownie pozbawiona. Bezradność związaną z tym, że wydarzyło się to w przeszłości i nie miał żadnego wpływu na to, w jaki sposób ta się ukształtowała.
Każda z tych rzeczy była skomplikowana. Wymagała siedzenia i przetrawienia jednej emocji po drugiej. Wymagała stoicyzmu, którego nigdy nie posiadał.
Złość była łatwa.
Wściekłość skupiona na tym jednym mężczyźnie, który doprowadził ją do takiego stanu. Tym, który ośmieli się podnieść na nią rękę, który łamał ją dzień po dniu aż nie została w niej żadna wola walki, która z jej doświadczenia była bezcelowa. Tym, który miał swoją twarz i swoje nazwisko, swoją posadę w upragnionej firmie i wolność, którą z pewnością cenił.
Myśl, że minęło tyle czasu od tamtego wydarzenia i czas ten spędził prowadząc swoje życie tak, jak robił to normalnie, rozpalała go od środka.
Ogień był wyniszczający. Wypalał wszystko inne, o czym zwykle pamiętał w jej obecności, tresurę, którą zdobył byle tylko móc trzymać ją blisko. Oślepiał go na moment, w którym przerażenie błysnęło w jej oczach, ciało zwinęło się jakby było zdolne do zajmowania mniej miejsca. Liczyło się tylko nazwisko, tylko twarz.
Osoba, która była za to odpowiedzialna. Osoba, która mogła przyjąć na siebie jego furię, której mógłby wymierzyć po stokroć tyle bólu, ile ta osoba wyrządziła j e j. Mężczyzna, który wciąż tkwił gdzieś, w Stanach Zjednoczonych, prowadząc swoje idealne życie pomimo tego, że to powinno się zakończyć w chwili, której podniósł na n i ą rękę, choć nawet nie była wtedy jego.
W zasadzie nadal nie była. Do tej skali urosła wyłącznie w jego głowie, w jego wyrywających się w jej stronę myślach i twarzy wciąż noszącej ślad jej palców. Nie byli parą, byli parą. Ludzi bądź obiektów znajdujących się obok siebie.
A znajdująca się obok niego Violet zamarła. Jej spojrzenie wydawało się znajome. Mowa ciała, cisza, która zapadła choć zadał jej pytanie.
Ludzie często patrzyli na niego w ten sposób.
I dopiero gdy dostrzegł błysk łez na jej twarzy, ta furia, z którą nieustannie się do niej zbliżał, wreszcie zwolniła. Nie była to pierwsza łza, może nawet nie druga. Może tkwili w tej torturze przez paręnaście sekund nim wreszcie dostrzegł, że jej reakcja nie była pokłosiem historii, którą opowiadała.
Że Haze się go b a ł a.
Jak z pomocą włącznika, wirujący pod jego skórą mrok wsunął się z powrotem do czeluści jego trzewi. Furia, która zawsze potrzebowała ujścia w głosie bądź gestach zmalała, chowając się z jego napiętego karku i szczęki, znikając ze spojrzenia. Wyrządził w swoim życiu krzywdę dużej ilości osób, może zbyt wielkiej, by każda z nich zdołała zapisać się w jego pamięci.
Ale myśl, że miałby wyrządzić krzywdę jej wydawała mu się niezrozumiała.
Złość powoli znikała z jego napiętych ramion i zaciśniętych palców. Jego ciało rozluźniło się, powietrze uleciało z płuc, które wcześniej trzymały je w formie zakładnika.
- Violet. - z jego głosu umykały resztki napięcia, od którego wcześniej zaczynał drżeć. Nie mężczyzna, którego nazwiska od niej wymagał odpowiadał za łzy na jej policzku. O n za nie odpowiadał. - Violet - ponowił cicho, miękko, w sposób, w jaki zwracał się tylko do niej.
I tym razem wiedząc, że się wzdrygnie - może nie odsunie, ale w strachu odliczy każdą upływającą sekundę - uniósł jedną z dłoni w jej stronę. Powoli sięgnął do jej policzka, ostrożnie ścierając kolejną łzę, która wytyczała na nim swój świetlisty szlak - jakby łagodność była w stanie zetrzeć ten obraz jego, który już musiał wypalić się w jej głowie.
Jakby miała sprawić, że ten obraz stałby się fałszywy, a ona kiedykolwiek potrafiłaby przywyknąć do jego dotyku.
- Jesteś bezpieczna. - ciche słowa opuszczały jego usta gdy, wbrew instynktowi i wewnętrznemu poradnikowi obsługi Violet Haze, gdy starł jedną łzę zamiast odsunąć się, sięgnął do drugiego policzka by zetrzeć następną. - Nie musisz mi niczego mówić.
I sięgając do tego uporczywego kosmyka włosów, który teraz lepił się do jej mokrych rzęs by przesunąć go za jej ucho, tym razem mówił szczerą prawdą.
Zamierzał znaleźć go sam.
Jego dłoń zatrzymała się gdzieś przy jej uchu, zamrożona w nagłej świadomości tego, że to, co było dla niego oczywiste, mogło nie być oczywiste dla niej.
- Nic ci nie zrobię.

monster for many, but never for you
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ton, który znała już wystarczająco dobrze, żeby odróżnić go od ostrego, napiętego głosu sprzed kilku sekund, ten do którego była p r z y z w y c z a j o n a, i który był jednym z powodów, dla których wykształtowała się w niej chciwość zatrzymał ją.
Przestała zapadać się coraz głębiej w kanapę.
Mając kolejny element, jednak wciąż nie potrafiła poskładać go z powrotem w znajomą wersję bezpieczeństwa, które od pewnego czasu było tożsame z samym Vincentem Monroe. Spięła się widocznie, kiedy jego dłoń ruszyła w stronę jej twarzy; jej oddech urwał się w gardle w momencie, w którym poczuła ciepło na wilgotnej skórze policzka. Płynące z samej obecności, a nie śladu, jaki zostawiało po sobie każde uderzenie, jakie w życiu otrzymała.
Czuła jak przesuwają się po jej twarzy z nieznaną i niezrozumiałą delikatnością, zostawiając po sobie mrowiące na skórze wspomnienie ich wcześniejszej obecności. Nie bolało; nie pozwalało jej nawet zacisnąć szczęki w nerwowym wyczekiwaniu na to, co przyjdzie dalej.
Nawet wściekłość, jeszcze przed chwilą szpecąca jego znajome rysy, nagle stała się czymś tak bardzo odległym, że nieistotnym.
Własnymi dłońmi r e k o n s t r u o w a ł powoli, konsekwentnie jej własną, upiorną definicję bliskości.
Rozsypał całą konstrukcję przekonań zbudowanych na krzywdzie.
Ton jego g ł o s u, na który reagowała zupełnie inaczej; który potrafił ją uspokoić, rozbawić albo sprowokować do rzeczy, na jakie przy nikim innym by się nie zdobyła.
Ciepło d o t y k u pozostające na jej skórze jeszcze długo po tym, kiedy zabierał dłoń; szorstkość palców, które częściej nosiły na sobie ślady przemocy, niż posługiwały się niezrozumiałą delikatnością, z jaką teraz ścierał łzy z jej policzków.
Z a p a c h, którego poszczególnych składowych nigdy nie potrafiła nazwać, ale który rozpoznałaby bezbłędnie; przesiąkający przestrzeń, którą zajmował, aż jego obecność dawała się wyczuć jeszcze długo po tym, kiedy z niej zniknął.
Przenikliwe s p o j r z e n i e, które zatrzymywało się na niej dłużej i uważniej, niż na jakimkolwiek innym elemencie z otoczenia, pod którym czuła się nieznośnie widoczna, odarta z półprawd, wymówek i wszystkich bezpiecznych rzeczy, za jakimi zwykle próbowała się schować – a jednak jednocześnie wybrana spośród wszystkiego, na co mógł patrzeć.
Element po elemencie ona sama przebudowywała zupełnie inną definicję, może nawet niepotrzebną, bo dotyczącą czegoś dotąd nieistniejącego.
Definicję bezpieczeństwa.
Jego ostatnie słowa domknęły cicho ten proces. Zespoiły wszystko ze sobą.
Jej usta złożyły się do słowa wiem, które nie zdołały wybrzmieć, choćby szeptem. Wiedziała o tym; konsekwentnie jej to pokazywał od niemal samego początku. A mimo to i tak wciąż wzdrygała się przed jego ruchem, jak przed ruchem kogokolwiek innego.
Więc zabolało ją, głęboko w jej własnym rdzeniu, że musiał to powiedzieć.
— To wszystko moja wina — odezwała się, tonem cichym i zdartym od emocji i przedłużonego milczenia. Jej spojrzenie spadło, unikając znów Vincenta. — Wtedy — dodała, urywając. Wciąż została jej największa zbrodnia do pokazania mu. Największe przewinienie, które sprowadziło się do tej chwili. — Mogłam nie przyjść następnego dnia. Mogłam złożyć wypowiedzenie i po prostu już nigdy się tam nie pojawić. Za pierwszym razem nie wiedziałam, później już przecież tak. I nadal przychodziłam. — Czuła wstyd. Ten sam stary przyjaciel, który powitał ją przy początku tej opowieści, wyłonił się i pozdrowił znowu. Czuła się winna. Czuła się brudna. Obrzydliwa. — Bo tak bardzo zależało mi na tej pracy; na tym miejscu, które tam zajmowałam.
Ambicja, którą przez całe życie uważała za jedną z niewielu cech godnych jakiejkolwiek dumy, w odczytywanym przed nim akcie oskarżenia stała się najbardziej obciążającym dowodem. To przez nią każdego ranka wracała do miejsca, którego zdążyła zacząć się bać, pozwalając kolejnym dniom udowadniać, że własne granice znaczyły dla niej mniej niż wszystko to, co mogłaby stracić, odchodząc.
Nie potrzebowała więc jego nazwiska, aby wskazać w i n n e g o; swojego nigdy nie zdoła zapomnieć.
— Przecież cały czas miałam wybór.
guilty as charged
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafił być delikatny. Nie wiedział, co powinno się mówić w sytuacjach takich jak ta, ani tym bardziej w jaki sposób powinno się zachowywać. Wiedział tylko, że nigdy wcześniej nie pragnął zetrzeć czyichś łez tak, jak pragnął zetrzeć jej. Nigdy wcześniej nie zrobiłby wszystkiego, byle tylko móc zabrać odrobinę tego bólu, który krążył w jej żyłach i wypełniał jej umysł, i wziąć go na swoje barki.
Z trudem skupiał się na czymś innym niż złość.
Gdy znów oderwała wzrok od niego by utkwić go w jakimś punkcie, w którym byłoby jej wygodniej.
Gdy zaczęła desperacko tłumaczyć coś tak absurdalnego, jak j e j wina w tym wszystkim, której nie było, niezależnie od tego pod jakim mógł patrzeć na to kątem.
Gdy wyczuł jej wstyd, emanujący wokół niej niczym aura, którą dostrzec mógł wyłącznie ktoś, kto również, w jakimś stopniu, mógł go zaznać.
Wstyd, który cofał go do wnętrza warsztatu człowieka, który zaoferował mu dach nad głową i ciepły posiłek. Do ciężkiego klucza wciskanego w jego dłoń gdy ten sam człowiek zorientował się, że jest okradany. Do wyboru, który w żadnym stopniu wyborem nie był.
Dlatego furia znów zakradała się do jego umysłu, znów usiłowała skupić się na mężczyźnie, który sprawił, że myślała w ten sposób. Do tego, jakie mógł nosić nazwisko i jak wyglądała jego twarz. Do tego, czy był wysoki czy niski, czy pracował nadal w tamtej firmie, czy miał rodzinę, którą mógłby mu o d e b r a ć.
Zaraz po tym, gdy odbierze mu jego pracę, wolność, zdolność chodzenia i formowania zdań, zdolność krzywdzenia i czucie w palcach, które dawno temu powinny być złamane.
Wypuścił powietrze z ust, zamiast na nim, skupiając się na niej.
Na chłodnej w dotyku skórze, z której ścierał wilgotne ślady. Gładkich włosach, którymi jeszcze wczoraj bawił się w stanie pozbawienia przytomności, a które teraz układał gdy wydostawały się zza jej ucha i uparcie lgnęły do jej mokrych policzków. Jego palce przesunęły się po tej ciemnej miękkości w łagodnym geście.
- To nie był żaden wybór - odrzucił, balansując między stanowczością a złością. Gdzieś w środku tego wszystkiego zapomniał, że w zasadzie nie powinien jej dotykać i jego dłoń zsunęła się niżej, ujmując lekko jej twarz, naprowadzając na własną. - To była twoja praca. Nie mogłaś pozwolić, żeby zabrał ci także to. A on to wykorzystał.
Jego kciuk przesunął się po kobiecym policzku, zgarniając po drodze kolejną, zabłąkaną łzę, która wydostała się z nieposłusznych, szklistych oczu. Schowana z tyłu jego myśli, osobista mapa twarzy Haze zaktualizowała się o sposób, w jaki drżała jej warga gdy płakała nawet, jeśli reszta twarzy pozostawała całkowicie zamrożona.
Widok ten bardzo mu się nie podobał.
- Nie waż się brać za to odpowiedzialności - westchnął, ostrzejsze słowa balansując cichszym głosem. Zerknął w dół, na jej dłonie uporczywie zaciskające się do bólu, zostawiające głębokie ślady wbitych w skórę paznokci. Sięgnął do jednej z nich, wplótł palce w jej, walcząc o nie z postrzępionym kawałkiem materiału bluzy, która zaczęła się od jej machinacji psuć. - Próbowałaś przetrwać. I przetrwałaś.
Jej dłoń była chłodna w dotyku. Uniósł ją lekko w górę, jego usta musnęły kobiece palce, w marnej próbie przekazania im innego doznania, na którym mogłyby się skupić. Innego niż niszczenie wszystkiego dookoła.
- To nie była twoja wina.

there's a price to be paid in blood
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sprzeciw pojawił się na końcu jej języka niemal natychmiast.
Był odruchem, rozpaczliwą potrzebą obronienia winy, którą dopiero co przed nim odsłoniła; niedopuszczenia do tego, aby jednym zdaniem przekreślił wszystkie dowody, jakie przez lata zbierała przeciwko samej sobie. Chciała zaprzeczyć. Powiedzieć mu, że nie rozumiał, że nie wiedział, ile razy świadomie wracała i jak wiele kolejnych okazji zmarnowała, zanim odeszła — a odeszła nie przez własną decyzję.
Mimo to argumenty, które jeszcze przed momentem wydawały się tak oczywiste, nie przeszły jej przez gardło.
Zatrzymało je jego nie waż się, stanowcze, może nawet odrobinę zbyt ostre, ale z jakiegoś powodu pozbawione wszystkiego, co jeszcze przed chwilą kazało jej zapadać się w kanapę.
Zatrzymało je również ciepło jego palców, które wślizgnęły się pomiędzy jej ściśniętą dłoń. Szorstka faktura niedawno pozdzieranych kłykci, po których przesunęła kciukiem.
Zatrzymały je jego wargi, przyciśnięte do niej niemal w identyczny sposób, którego nie potrafiła wyrzucić z pamięci od dnia, w którym zrobił to po raz pierwszy. To krótkie zetknięcie ze skórą i ciepło oddechu, który przesunął się pomiędzy palcami. Coś tak delikatnego, a jednocześnie zupełnie niepasującego do wytartego atramentu, zdartych kłykci i wszystkiego, do czego zwykle służyły dłonie Monroe.
Ale przez lata była przekonana, że przetrwanie powinno wyglądać inaczej. Powinno wymagać walki, sprzeciwu i znalezienia sposobu na ucieczkę. A ona tylko czekała. Nie robiła nic. Następnego dnia wstawała, ubierała się i wracała do pracy, udając przed wszystkimi, a przede wszystkim przed samą sobą, że jeszcze nic nie zostało nieodwracalnie zniszczone.
— Przestałam wychodzić z ludźmi, przestałam się bawić, przestałam robić cokolwiek, co kiedyś sprawiało mi radość — dodała po chwili, choć przy wszystkim, co powiedziała wcześniej, ten szczegół wydawał się niemal banalny. Jakby chodziło jedynie o kolejne rzeczy skreślane jedna po drugiej z życia, które jeszcze przez jakiś czas próbowała nazywać swoim. — Stałam się nudna. — Kącik jej ust drgnął nieznacznie. Czyli dokładnie taka, za jaką mnie masz. — Zamiast jakiegokolwiek wyrzutu była w tym jednak odrobina rozbawienia, nieco gorzkiego, które na krótką chwilę sprowadziło rozmowę z powrotem do czegoś należącego wyłącznie do nich. Do krzyżówek, książek i wszystkich tych drobnych przytyków, które w nią wymierzał.
Dywersja trwała jednak krótko.
Dywersja nawiązywała do ich przestrzeni, w której nie były tylko przekomarzanki. Raz pozwalała sobie przez moment zachowywać się tak, jakby wszystko było dobrze, żeby chwilę później cofnąć się zbyt daleko. Sprowadzało się do tego, co wyciągnął przed nią Monroe; i do tego, że przez długi czas próbował znaleźć winę po swojej stronie.
Tymczasem był pierwszym mężczyzną od bardzo dawna, przy którym nie chciała tego dystansu.
Nie był nieszkodliwy. Naiwnością byłoby przypisać podobne określenie człowiekowi, którego widziała zakrwawionego, uzbrojonego i zdolnego do przemocy z łatwością, z jaką inni ludzie sięgali po znacznie bardziej cywilizowane rozwiązania.
Wiedziała, kim był.
Wiedziała, do czego był zdolny.
Tylko żadnej z tych rzeczy nigdy nie potrafiła połączyć z krzywdą, którą mógłby wyrządzić jej.
I dopiero teraz, kiedy siedział przed nią ze swoimi palcami wciąż splecionymi z jej własnymi, dotarło do niej, ile razy kazała mu zastanawiać się nad czymś, co nigdy nie miało z nim nic wspólnego.
— Przepraszam — powiedziała cicho, nie próbując już uciekać spojrzeniem. Została przy jego oczach dłużej, niż zwykle sobie na to pozwalała, śledząc te najdrobniejsze zmiany, które zawsze pojawiały się tam odrobinę wcześniej niż na reszcie twarzy. — Za każdy jeden raz, kiedy pomyślałeś, że to przez ciebie.
i plead guilty
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szczerość za szczerość.
Haze zaoferowała mu dużo więcej niż to, czego oczekiwał. Odsłoniła przed nim rozwiązanie do tej łamigłówki, która zaprzątała mu umysł od samego początku ich znajomości, nawet jeśli kosztem tego było zaglądnięcie w tę szufladę, do której pakowało się wszystkie rzeczy warte zapomnienia. Rozdrapała rany, którym może udało się choćby pobieżnie zabliźnić, choć jej ciało zamarzło w jakiejś wersji rigor vitae, nie pozwalając jej choćby drgnąć.
Powinien zaoferować jej to samo.
Powinien odsłonić choćby część grzechów, które popełnił w swoim życiu, uchylić drzwi szafy, która nie domykała się od schowanych w nim trupów. Powinien pozwolić jej dostrzec tę krew, której nie dało się zmyć z jego rąk i kazać z r o z u m i e ć to, jakim człowiekiem był, choć zdawała się widzieć w nim dobro.
Powinien pojąć, że może ten sam mechanizm, przez który tkwiła tak długo przy zupełnie innym rodzaju potwora jednocześnie sprawiał, że przymykała oko na to, kim był o n.
Tak byłoby sprawiedliwie. Wyłożyć wszystkie karty na stół.
Haze była delikatnym stworzeniem. Łamigłówka, którą stanowiła, była stworzona z roztrzaskanych elementów, które czas i dystans zdołał posklejać, lecz nigdy nie odtworzył jej całości do kupy. Wciąż tkwiły tam pęknięcia - niektóre głębokie i niestabilne, inne płytkie, lecz zdolne do stworzenia całej pajęczyny zniszczenia.
Nie potrzebowała kogoś takiego jak on w swoim życiu.
Kogoś, kto zamiast pomóc jej zaleczyć rany potrafił wyłącznie otwierać je na nogo. Kogoś, kto nie oferował jej spokoju i ciszy, których pragnęła, zamiast tego wprowadzając do jej codzienności chaos i destrukcję.
Kogoś, dla kogo nie musiała nacisnąć na spust gdy obcy mężczyźni wyszarpywali ją z jej auta, traumatyzując ją na nowo.
Przemoc, brutalność i gwałtowność zdawały się tymi trzema komponentami jego życia, które były nieodłączne. Wiedział, że jeśli będzie trzymał się blisko niej, prędzej czy później przedostaną się do jej codzienności, jak plaga rozlewając na wszystkich ludzi, którzy znajdowali się zbyt blisko jej źródła. Niesprawiedliwym było okłamywanie jej, że było inaczej.
Szkoda tylko, że jego czwartym komponentem był egoizm.
- Da się naprawić - odrzucił zaczepnie, ignorując to ukłucie, które pojawiło się w jego klatce piersiowej gdy zdał sobie sprawę z tego, że to, co jej wytykał, nie było bezpośrednio jej winą. - O ile uczeń jest skłonny do nauki.
Westchnął na dźwięk kolejnego, mylnego założenia z jej strony.
Nie potrzebował przeprosin. Nie była mu nic winna, a jego skonfundowanie jej zachowaniem nie tworzyło faktycznego dyskomfortu, za który mógłby mieć o to do niej żal. Może nawet dołożyło cegiełkę do sposobu, w jaki jego umysł zafiksował się na jej punkcie do stopnia, do którego, również, nie zamierzał się przyznawać.
Ten dzień był przeznaczony na j e j szczerość.
- Myślę, że moje urażone ego jest w stanie to przeżyć - odrzucił teatralnie, jego plecy, wciąż pochylone nad siedzącą obok kobietą, wreszcie zaczęły się prostować. - Odrobina skromności dobrze mi zrobi. Tak słyszałem.
Sięgnął do papierowej torby, która odkąd spoczęła na blacie stolika tak pozostała nietknięta. Wolną dłonią wyciągnął ze środka jedno z pudełek z zamówionym przez niego śniadaniem, po które, swoją drogą, pojechał osobiście. Dla niego był to ekwiwalent ugotowania, szczególnie, że na jej w y p i z d o w i e nie było zbyt wielu lokali o sensownej renomie, dlatego też jechał specjalnie w inny zakamarek miasta.
- Jedz - zalecił, stawiając przed nią pudło z ładnym symbolem francuskiej kawiarni, w której podobno serwowano najlepsze śniadania w Downtown. - Tylko nie każ mi mówić na głos, jak to się nazywa.
Innego rodzaju dywersja - taka, która odsunęłaby kiełkujące w nim poczucie winy związane z jego własną nieszczerością. Taka, która ukrywała fakt tego, że jakaś część jego umysłu nieustannie obracała w głowie fakty, które znał na temat jej firmy i dziedziny, w której pracowała, by dostać się do nazwiska osoby, o której mu powiedziała.
Ale też taka, która miała coś zaradzić na jej spuchnięte oczy i bladą twarz, jakby samo jedzenie mogło stać się siłą napędową, która rozpocznie procesy autonaprawcze.

i can't be your safe space, but i'm too rapacious to let go
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”