Oczywiście. Wytrzymał kilkanaście minut.
Gdyby nie żebro, zaśmiałaby się od razu.
Eksperyment zadziałał: na jakiś czas wyeliminowano z sali naprawianie, pytanie i funkcję, a na tym etapie dla Raphaela mogło to być naprawdę dużo. Sytuacja była wyjątkowo prosta do odczytania - pozostawał spokojny, dopóki robił coś, co znał dobrze. Sadie żartem mówiąca mu coś trochę bardziej osobistego, niż był przyzwyczajony, spowodowała błąd systemu operacyjnego i natychmiastowy powrót do ustawień fabrycznych: skupienia na problemie, który da się rozebrać na części, obejrzeć z każdej strony i naprawić.
Otrucie, w przeciwieństwie do relacji, było banalnie proste. Wyciągała z tego doświadczenia najważniejszą informację: Raphael Valencourt właśnie w tym miejscu dotarł do własnego limitu. A skoro wiadomo, gdzie istnieje limit, można sprawdzić czy da się go przesunąć.
Wieczór wypadku był tego kompletnym przeciwieństwem. Nierówno uszkodzoną taśmą - niektóre jej fragmenty pozostały nietknięte, inne zaś frustrowały poszarpanymi krawędziami i brakiem chronologii scen. Sadie potrafiła odtworzyć plan pomieszczenia z architektoniczną dokładnością, kolejność podnoszenia kieliszków z tacy przez kelnera i dane biograficzne mężczyzny z końca sali, który miał źle zapięty mankiet. A jednocześnie, co było dla niej bezprecedensowe, brutalne i niepojęte, nie potrafiła przywołać części danych.
Całe życie dokuczała jej bezlitosna szczegółowość. Umysł dźwigał ciężar bagażu, którego zdecydowana większość ludzi nie miała nigdy ani doświadczyć, ani prawidłowo sobie wyobrazić. Pamięć ejdetyczna była brzemieniem, ale i kluczem, który otwierał drzwi niedostępne dla innych. Z biegiem czasu nauczyła się wykorzystywać ją ku wzmocnieniu pozostałych cech, predyspozycji i umiejętności, na czym zbudowała reputację i pozycję w świecie zarówno prywatnym, jak i Aukcyjnym. Problem zaczynał się po godzinie dwudziestej drugiej siedemnastego sierpnia.
Maszyna uległa pierwszej poważnej awarii i jak nigdy wcześniej odmawiała dostępu do danych, wskazując na uszkodzony dysk. Dla Sadie Glass było to niemalże intelektualne kalectwo. Dotychczas nie wiedziała jak funkcjonują
normalni ludzie. Tacy niebędący w stanie w sekundę przytoczyć, kto w której minucie spotkania siedem lat wcześniej klęknął by zasznurować buty - i od którego zaczął. Teraz, gdy należało skonfrontować z nagłym brakiem własnej supermocy, była wręcz zażenowana nowymi realiami. Zniesmaczona byciem pozbawioną czegoś, czego dotychczas nikt nie mógł jej odebrać.
Patrzyła na Valencourta i nie mogła się oprzeć wrażeniu, że może dlatego był taki nieznośny i zgorzkniały - gdyby miała od tego dnia spędzić resztę życia zapamiętując jedynie wybiórcze informacje, tak jak on i reszta świata, też byłaby zimna, wredna i krzyczała na dzieci, które próbują grać w piłkę na kawałku trawnika.
Huh.
Dla przeciętnego człowieka pamięć selektywna nie była niczym dramatycznym. Dla Sadie Glass była katastrofą nieporównywalną z żadną tragedią, jakiej mogła za życia doświadczyć. Wypadek odebrał jej trzon kobiecego jestestwa; fundament bycia, czucia i myślenia w ciele, które miało określone możliwości i na których nauczyła się bezwarunkowo polegać.
Do teraz.
—
Papier i długopis, proszę — zwróciła się do niego niechętnie, lecz niechęć nie przeczyła pięciu gwiazdkom, co do których nadal była przekonana. Była zwiastunem filmu, którego nie za bardzo chciała oglądać posiadając odgórną świadomość, że brakuje mu najważniejszych, bo ostatnich scen. Decyzja, by nie zadawać żadnych pytań przed procesem odgruzowywania mentalnego śmietnika, była niezbędną. Sadie znała potęgę swojego intelektu. Znała też wyśmienicie pułapkę, do której ta prowadziła: umysł uzupełniający brakujące fragmenty tym, co uważał za
logiczne, i co mógłby jej podsuwać jako informacje równorzędne do faktycznych wspomnień. Nie mogła ryzykować zanieczyszczeniu własnej pamięci. Nie mogła poznać zawartości karty pacjenta, nie mogła pytać Valencourta o to, czego dowiedział się od Leifa. Wszystkie informacje przyniesione z zewnątrz zagrażały tym, które pozostały nienaruszone wewnątrz.
Nie wiedziała, które są istotne. To miał wytypować jej przełożony. Wyłowić starannie z całej masy detali, które nie mają związku ze sprawą - bo gdyby to zadanie powierzono Sadie i fragmentarycznej pamięci, do prawdy nie doszliby może nigdy.
A przynajmniej nie wystarczająco szybko.
Gasiła więc konsekwentnie płomyk własnej ciekawości; proste, ludzkie pragnienie odpowiedzi o naturze własnego stanu. Nie miała teraz tego przywileju. Tylko coś do pisania, by wzdłuż kartki poziomo wypisać godziny wydarzenia, zaś pionowo stworzyć kolumny reprezentujące informacje i wydarzenia, których była całkowicie pewna. Przed wypadkiem taki proces nie wymagał notowania - po wypadku, gdy nie mogła obiecać ani sobie, ani jemu że nie zaśnie i nie zapomni, litery z trudem przenoszone na kartkę były ich najlepszą opcją.
—
Byłam na Aster House Private Patron’s Preview — nie było dla niej ważne jakie informacje przełożony już posiadał. Odtworzenie wieczoru z dokładnością potrzebną do ustalenia sprawców wymagał rozpoczęcia od samego początku. —
Spotkanie dotyczyło rozproszenia Bellamy Collection, jednej z najważniejszych prywatnych kolekcji europejskiego i amerykańskiego modernizmu pozostającej w rękach jednej rodziny. Oficjalnie preview, praktycznie rynek przed rynkiem. Sto, może sto pięćdziesiąt osób - dyrektorzy muzeów, kustosze, wybitni konserwatorzy, przedstawiciele domów aukcyjnych, fundacji, ubezpieczycieli, galerzyści, kolekcjonerzy…
W głównej sali wisiały obiekty, które później miano rozdzielić trzema drogami: część miała trafić do muzeów jako długoterminowe depozyty, część pozostać w rodzinie, a część zimą trafić na aukcje w Nowym Jorku i w Londynie. Kandinsky, Léger, Miró, Giacometti, kilkoro powojennych amerykanów. Publiczna licytacja miała odbyć się co najmniej za miesiąc, ale podczas wieczoru realnie ustalano najważniejsze: kto w ogóle będzie licytował, kto wycofa się przed katalogiem, komu muzeum pozwoli na anonimowy depozyt, kto wie o problemach konserwatorskich, których jeszcze nie wykazano w raportach.
Na zaproszeniu nie było Prowadzącej. Nie było
kochanki Valencourta.
Sadie Glass. Bez tytułu, bez zawodu, bo gospodarz doskonale wiedział, kim jest. Ludzie świata Aukcji stanowili bliski zeru podzbiór gości. Część wiedziała rzeczy, których nie miała nigdy ujawnić. Reszta znała blondynkę z jej dziennej kariery. Z galerii, doradzania kolekcjonerom, z wystaw i prywatnych sprzedaży, z rozwiązywania problemów. Z tego, że pamięta wszystko i łączy rzeczy których inni nie wiedzieli, że trzeba połączyć.
Nikt nie pytał o Raphaela. Pytano, czy rozmawiała już z rodziną Bellamy, co sądzi o raporcie Moreau i czy naprawdę uważa, że Amsterdam odpuści.
—
Eleanor zmarła, Arthur nie wie, czego chce, a dzieci wiedzą czego chcą aż za dobrze. Odwlekali decyzje o kolekcji przez dekady, a teraz każdy w rodzinie chce czegoś innego. Moje zaangażowanie dotyczy osiemnastu najważniejszych dzieł ze stu dwudziestu w kolekcji. Praktycznie każdy uczestnik jest skonfliktowany.
Jedni nalegali na rozwój nazwiska Bellamy jako marki filantropijnej i przekazanie najważniejszych prac muzeom. Drudzy wskazywali na potrzebę płynności, bo aktywa rodzinne poza sztuką przestały być tak zdrowe, jak trzydzieści lat wcześniej. Trzeci nie chcieli sprzedaży publicznej, uznawszy, iż rozbicie kolekcji na aukcjach zniszczyłoby dorobek Eleanor. W konflikt uwikłana była fundacja rodzinna, pięćdziesiąt kwestii podatkowych, wcześniejsze zobowiązania wobec licznych muzeów, istniejące depozyty, prawa pierwszeństwa, konserwacja, domy aukcyjne gotowe na sezon wart setki milionów… Wyprzedaż kolekcji była zatem procesem rozparcelowania gigantycznego systemu, i dlatego Sadie sprowadzono jako niezależną doradczynię zadań specjalnych, to znaczy - reorganizacji kolekcji.
Dom aukcyjny zarobi, jeśli dzieło pójdzie na aukcję. Handlarze zarobią, jeśli doprowadzą do sprzedaży prywatnej. Muzea będą walczyć o darowizny. Prawnicy szukali luk i minimalizacji ryzyka. Biuro księgowe szukało rentowności i pieniędzy. Spadkobiercy patrzyli prawie wyłącznie na emocje.
Sadie była odpowiedzialna za strategię i rozwiązanie kilku konkretnych impasów, a wieczór był dla niej miejscem do zebrania znaczącego materiału decyzyjnego: kto chciał czego? Które muzeum będzie negocjowało? Który kolekcjoner deklarował brak zainteresowania, a trzy razy wracał do tej samej sali? Kto chciał licytacji, kto szukał anonimowości? Przez godziny Sadie Glass była w swoim żywiole.
—
Rodzina nie chciała wypożyczyć MoMA Miró z lat 30, tym zajmowałam się na początku. Muzeum uważa, że problemem był koszt i bezpieczeństwo, ale dziesięć miesięcy temu jedno z dzieci powiedziało, że Arthur nienawidzi gdy obraz opisywany jest jako „ważny przykład okresu wojennego”, bo dla jego żony prywatnie wiązał się z czymś zupełnie innym. Muzeum próbowało negocjować logistykę, Bellamy odmawiał zgody na narrację, więc negocjacje stały. Rozmawiałam z kustoszem, prawnikiem, córką Arthura, ubezpieczycielem…
Kartkę uzupełniały kolejne hasła-klucze. Sekwencja ruchów, decyzji i interakcji, nazwiska osób, mapa procesu, który w ciągu godziny uzasadniał rodzinie dlaczego wysokie honorarium Sadie Glass szybko się zwracało.
—
Potem był Giacometti — zamilkła na dłużej, próbując odpowiednio skatalogować chronologię. —
Ma kilkunastoletnią lukę w dokumentacji, a stan dzieła nie zgadza się z raportem, który widziałam parę lat temu. Pytałam konserwatora o zdjęcia, pracownika galerii o transport z Genewy w 2009. Pojawiło się kilka wątków do weryfikacji.
Pozostawała w ruchu. Kilkanaście minut rozmawiała z kustoszem, po to by zaraz przejść przez dwie sale i zatrzymać kogoś ledwie na pół zdania. Zbierała odpowiedzi, łączyła informacje z innymi, czasem proszono ją o opinię, radę lub uwagę. Jej przewaga leżała w szybkości syntezy. Jeden uczestnik wiedział wszystko o artyście, drugi o rynku, prawnik znał ograniczenia, rodzina własne interesy, a muzeum potrzeby wystaw, a Sadie słyszała wszystkich i informowała, że problemem nie jest to, co wszyscy usilnie próbują naprawić.
Praca była pasją, ale nie kosztowała przy tym mniej wysiłku. Gdy dłoń dotarła do kwadransa po godzinie dwudziestej, Sadie przypominała sobie uczucie zmęczenia.
Wtedy w jej przestrzeni zawitał Max Kennedy.
Miał wiedzę, nazwisko i pieniądze, ale nigdy nie uczestniczył w Aukcji. Zawsze rozmawiał z Sadie trochę inaczej, niż pozostałe rodziny aukcyjne. Wiedział, kim jest Prowadząca, ale nigdy nie traktował jej jak Prowadzącej. Zauważył moment, w którym kończyła dwudziestominutową rozmowę o dokumentacji firmy transportowej i lekko zapytał, czy
słyszała o Mondrianie?
Wspomnienie przywołało na usta pacjentki ledwie zauważalny uśmiech.
—
Podszedł do mnie Kennedy Jr. Rozmawialiśmy przez piętnaście minut. Głównie o Mondrianie — tym razem jednak nie podawała szczegółów, ponieważ krótka interakcja nie była pracą. Była przerwą w pracy, momentem prywatnym, który nie miał żadnego znaczenia dla sprawy, którą badał jej przełożony. Mondrian nie dotyczył Sadie zawodowo i nie dotyczył Valencourta w żadnej kategorii.
—
Chwilę przed dziewiątą gości zaproszono do zajęcia miejsc przy formalnej kolacji, wróciłam do Bellamych. Dania zaczęto serwować w ciągu kilku minut. Nie byłam zainteresowana.
Temat i detal, z jakim musiała go przedstawić, były dla niej upokarzające. Znała opinię Valencourta i to wystarczyło - nawet, jeśli słuchał i niczego nie mówił, konieczność przyznania się do zachowania które potępiał, przypominała jej rytuał znęcania się nad dzieciakiem w wieku szkolnym. Jak idiotyczne:
powiedz ojcu co zrobiłaś. Oboje wiedzieli, co zrobiła.
A raczej: czego
nie robiła.
—
Przekroiłam rybę trzy razy, przesunęłam dwie oliwki na lewą stronę talerza, domykałam pierwszą wersję warunków Miró, o których obie strony były gotowe rozmawiać. Wypiłam najwyżej łyk wina. Spróbowałam czegoś zielonego, co miało być szparagiem, ale… — wystarczyło wspomnienie, by poczuła na języku obrzydliwą teksturę rozgotowanego warzywa w tłustej i ciężkiej powłoce. Organizm reagował natychmiastowym buntem i preferowała uzasadnienie odruchu podanymi jej lekami i narkozą. —
Sos był gęsty, maślany, niezjadliwy. Zrobiło mi się słabo, czułam ciężki zapach obiadu lepiący do ciała, do włosów, było mi mdło, gorąco i duszno. Wstałam, niedaleko był taras, chciałam świeżego powietrza i chwili spokoju.
Kolejne notatki uzupełniły puste miejsca na stronie. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy powiedzieć prawdę, czy nie - jej wzrok uważnie lustrował Raphaela jako kogoś, kto nie był zdolny do prawidłowego zinterpretowania faktu który mogła przedstawić. Oceniała zatem ruch jako zbędnie ryzykowny, a decyzja sprowadzała do własnej moralności - tego, czy uważała, że ta informacja należała mu się, ponieważ był jej częścią.
Westchnęła.
—
W korytarzu było kilkanaście osób. Uśmiechnęłam się do Leifa, który stał po drugiej stronie. Chciałam do ciebie zadzwonić, sięgnęłam do torebki. Drzwi na taras były po lewej, usłyszałam swoje imię z prawej i na chwilę zatrzymałam. Jakaś eskortka chwiała się na szpilkach jakby pożyczyła je od starszej siostry, zrobiłam jej więcej miejsca w przejściu, ale to jej nie wystarczyło. Akurat szukałam twojego numeru — nie była pewna, czy to cekiny jej sukienki, paznokieć który bardziej przypominał szpon jastrzębia niż zakończenie ludzkiej dłoni czy jakaś sprzączka; pamiętała swoje oburzenie brakiem klasy, po którym błyskawicznie zaatakowało ją poczucie winy. Jej zmęczenie nie usprawiedliwiało braku wyrozumiałości. —
Wtedy podszedł do mnie Arthur. Martwił się, że coś się stało, kiedy nie wróciłam do stołu. Przez chwilę nie mogłam sobie przypomnieć nazwiska jednego archiwisty, Bellamy zażartował, ktoś złapał mnie za łokieć, żeby zwrócić uwagę. Odwróciłam się wolniej, niż planowałam. Pomyślałam o winie, potem o zmęczeniu, potem wydawało mi się, że coś jest nie tak z moim obcasem, bo inaczej czułam krok zrobiony w stronę wyjścia.
W tym punkcie wszystko zaczynało się psuć. Twarz Leifa w oddali, czyjaś czerwona suknia, własna dłoń na zimnej ścianie, głos Arthura, światło odbite w kieliszkach.
Kelner miał ich na tacy tylko siedem, choć przeznaczono ją do symetrycznego eksponowania ośmiu.
Film stawał serią rozsypanych fotografii i to było dla Sadie Glass prawdziwą grozą.
—
Mężczyzna stojący kilka metrów dalej miał zegarek ustawiony cztery minuty do przodu, a kobieta obok niego odprysk czerwonego lakieru na lewym kciuku. Ktoś powiedział „nie przed październikiem”… Czułam się absurdalnie ciężka, ale to musiało dotyczyć szparaga, światło wydało mi się jaśniejsze, niż przedtem. Chciałam chwycić klamkę, ale ruch dłoni nie był precyzyjny, wymagał większej koncentracji. Leif zaczął się zbliżać, chyba o coś pytał, ale nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi.
22:11 - korytarz, Arthur, telefon.
22…?
Skreśliła godzinę. Napisała ją jeszcze raz. Długopis zawisł nad kartką w zawahaniu.
W którymś momencie Leif chwycił jej ramię. Tak mocno, by odruchowo syknęła na niego w proteście, którego nie uszanował. Lakier, kieliszki, październik, ból ramienia.
Niejasny moment awarii.
raphael valencourt