Cichy, perlisty śmiech rozniósł się między nimi, gdy Josephine wróciła z antraktu i zajęła miejsce obok niego, a Raphael uniósł wzrok dopiero wtedy, kiedy usłyszał charakterystyczny szelest materiału przesuwającego się po fotelu. Spojrzenie odnalazło ją bez problemu, gdy płynna sylwetka znów zjawiła się w loży, odciągając jego uwagę od kobiety po drugiej stronie teatru. Przez kilka sekund obserwował Josephine bez słowa, pozwalając sobie na ten rodzaj milczącej oceny, którego nigdy nie należało mylić z zachwytem. Zachwyt był zbyt prosty. On raczej zapamiętywał szczegóły. Sposób, w jaki poprawiła suknię pod kolanami. Krótkie przesunięcie dłoni po włosach. Lekko zaróżowioną twarz, której nie zdążyła jeszcze odzyskać odrętwiałej elegancji obowiązującej przed publicznością. I ten cień rozbawienia, który pozostał przy kąciku jej ust. Zresztą nie tylko Kennedy zajęła aktualnie umysł mężczyzny. W wejściu stał starszy mężczyzna i jego żona, najwidoczniej odprowadzający młodą dziedziczkę do loży. Valencourt rozpoznał ich niemal natychmiast, choć nie potrzebował nazwiska, aby wiedzieć, z jakiego rodzaju świata pochodzili. Wiek, ubranie, sposób poruszania się i przede wszystkim ostrożność, z jaką zatrzymali się przy wejściu, mówiły wystarczająco wiele. Gdy wyłapali jego wzrok, oboje wykonali ledwie zauważalny ruch głową, oddając mu należny szacunek, po czym odeszli dalej, wyszukując zapewne własnych siedzisk w dalszej części teatru. Raphael patrzył za nimi przez moment. Nie dlatego, że byli interesujący. Byli jedynie kolejnym przypomnieniem, że nawet tutaj, w miejscu, które większość ludzi przychodziła odwiedzać dla muzyki i piękna, hierarchia nie znikała. Zmieniała tylko kostium. W teatrze wszyscy siedzieli w ciemności, ale nie wszyscy znajdowali się na tej samej wysokości.
-
Kto to był? - pytanie wybrzmiało w typowy dla niego, leniwy wręcz sposób, gdy spojrzenie dopiero na sam koniec spoczęło na damskim profilu. Delikatnym, nieprzesadnie wyolbrzymionym, z żuchwą jednak o zarysie bardziej zdecydowanym, niemal ostrzejszym, niż wymagałby stereotyp kobiecego piękna. Raphael lubił tę cechę. Nie przyznałby tego na głos, bo nie miał potrzeby rozdawania komplementów jak jałmużny, ale właśnie dzięki takim szczegółom twarz Josephine nie rozpływała się w banalnej atrakcyjności. Miała charakter. Wszystko, co posiadało pieniądze, było chciane — tak przynajmniej wyglądał świat ludzi, w którym dorastał. Pożądanie bardzo często zaczynało się przecież nie od człowieka, lecz od tego, co człowiek reprezentował. Nazwisko, majątek, koneksje, dostęp, bezpieczeństwo. Dopiero później pojawiało się ciało. Dopiero później twarz. A czasami jedno i drugie było jedynie dekoracją dla właściwego interesu. Josephine miała jednak tę osobliwą przewagę, że nawet pozbawiona nazwiska Kennedy prawdopodobnie potrafiłaby przyciągać uwagę. Nie ciałem, lecz swoim umysłem. Raphael nie był pewien, czy sama była tego świadoma, czy też świadomość ta została w niej wyćwiczona przez lata życia wśród ludzi, którzy obserwowali każdy jej ruch.
-
Nie udawaj zainteresowanego.
Josephine ucięła dalsze spekulacje, nie obdarzając go nawet jednym spojrzeniem. Nie wtedy, kiedy jej uwaga skupiona była już w całości na scenie, na której za kilkadziesiąt sekund miał znów pojawić się cały zastęp baletmistrzów. Twarz wciąż jednak wybrzmiewała zadowoleniem z minionej interakcji, co — pomimo okazywanego chłodu wobec Valencourta — działało na jego korzyść. Raphael pozwolił sobie na ledwie dostrzegalny uśmiech. Kobieta w dobrym nastroju niekoniecznie stawała się łatwiejsza do prowadzenia. Stawała się natomiast mniej zainteresowana pilnowaniem wszystkich drzwi, przez które ktoś mógłby wejść do jej uwagi. To wystarczało. Nie potrzebował przecież otwierać zamka siłą. Wystarczyło poczekać, aż właściciel sam odłoży klucz.
Światła przygasły. W lożach umilkły rozmowy, pojedyncze głosy zostały połknięte przez ciemność, a gdzieś niżej ostatni spóźniony widz pospiesznie zajął miejsce. Orkiestra rozpoczęła pierwsze frazy trzeciego aktu, a Raphael poczuł tę szczególną zmianę atmosfery, którą dawała muzyka Czajkowskiego. Wchodzili wszak w akt trzeci w odpowiednich rolach. Josephine była Zygfrydem, on zaś złym czarnoksiężnikiem. Nie potrzebował nawet przypominać sobie szczegółów fabuły, aby dostrzec ironię. Balet opowiadał o zdradzie, pozorach, miłości, pomyłce i konsekwencjach jednej chwili nieuwagi, podczas gdy obok niego siedziała kobieta, której nazwisko mogło uruchamiać własny ciąg konsekwencji. Valencourt nie wierzył w przypadkowe podobieństwa. Ludzie natomiast uwielbiali je zauważać dopiero po fakcie, kiedy wszystko było już oczywiste.
Szampan działał odpowiednio. Wśród muzyki, w tańcu, w zafascynowanych oczach śledzących delikatne ciała wyuczone perfekcji nikt nie liczył kieliszków. Dłoń Josephine co jakiś czas sięgała po napój, chociaż Raphael zauważył, że nie było w tym zbyt wiele jej własnego pragnienia. Był to raczej odruch ciała wykonywany w przerwach pomiędzy kolejnymi momentami zachwytu. Umysł miała zajęty doświadczeniem. Chłonęła scenę. Śledziła historię księcia, który pozwolił się wyprowadzić w mgły zatracenia, a Valencourt przez chwilę zastanawiał się, czy właśnie dlatego tak bardzo lubiła ten balet. Czy może rozpoznawała w nim coś, czego sama nie chciała nazywać? Nie chodziło nawet o miłość. Bardziej o tę przedziwną ludzką potrzebę oddania komuś choćby części własnej kontroli, przy jednoczesnym przekonaniu, że nadal było się panem sytuacji. Znał ten mechanizm aż za dobrze. Władza miała bowiem wiele twarzy. Czasami była rozkazem. Czasami odmową. A czasami pozwoleniem, by ktoś uwierzył, że to on podejmuje decyzję.
Kolejna fraza muzyki przepłynęła przez salę. Na scenie ruch tancerzy stawał się coraz bardziej intensywny, a Raphael przez chwilę rzeczywiście patrzył wyłącznie na przedstawienie. Czajkowski miał tę niezwykłą zdolność budowania napięcia bez potrzeby wyjaśniania czegokolwiek. Muzyka sama prowadziła widza ku katastrofie. Nie pytała, czy ten chce za nią podążyć. Po prostu przyspieszała. W pewnym momencie poczuł na sobie ciężar spojrzenia Josephine. Odwrócił głowę. Ich oczy spotkały się na sekundę. Nic więcej. A jednak wystarczyło, aby kącik jego ust drgnął. Ona również natychmiast powróciła wzrokiem do sceny.
Kiedy orkiestra uderzyła jeden z mocniejszych tonów, a muzyka zaczęła narastać, jego palce odnalazły jej kolano. Delikatne muśnięcie, bardziej pytanie niż żądanie. Szatynka natychmiast zareagowała, odsuwając jego dłoń stanowczym ruchem, jakby odpędzała natrętną muchę. Raphael nie poczuł jednak irytacji. Przeciwnie. Rozbawiła go sama precyzja jej reakcji. Nie zrobiła sceny. Nie odsunęła się gwałtownie. Nie spojrzała na niego z oburzeniem. Po prostu przekazała komunikat. Wyraźny, oszczędny, należący do niej. Siedzący obok niej mężczyzna potrafił doceniać takie rzeczy. Granica, która została jasno wyznaczona, była znacznie ciekawsza od granicy nieokreślonej.
Za drugim razem, gdy musnął ukrytą pod materiałem sukni skórę, to Josephine odnalazła jego dłoń i zamknęła ją we własnych palcach, trzymając ją przez moment przy sobie, jakby chciała jednocześnie zatrzymać jego rękę i odzyskać kontrolę nad tym, gdzie się znajdowała. Raphael spojrzał na ich splecione dłonie, a potem na scenę. Gest miał w sobie sprzeczność, którą uznał za niemal komiczną. Odrzucała jego inicjatywę, a równocześnie sama decydowała, gdzie jego dłoń powinna pozostać. Była to właściwie definicja ich całego wieczoru. Kennedy chciała zachować kontrolę, ale niekoniecznie chciała zachować dystans. Raphael zaś nie miał najmniejszej potrzeby rozstrzygać tej sprzeczności za nią.
Środkowa część jednego z utworów sprawiła, że jej uwaga na krótką chwilę odpłynęła całkowicie ku scenie. Valencourt poczuł, jak nacisk jej palców słabnie. Nie wykorzystał tego natychmiast. Przez kilka sekund pozwolił, by muzyka wypełniła przestrzeń pomiędzy nimi. Potem delikatnie wyswobodził dłoń, by przesunąć ją po damskim podbrzuszu. Josephine zorientowała się niemal od razu. Poprawiła się na siedzeniu, a Raphael dostrzegł zmianę napięcia w jej sylwetce. Znów jej palce zacisnęły się wokół jego dłoni.
-
Przestań…
Cichy szept wydobył się z jej ust, gdy nachyliła się ku niemu, zupełnie jakby właśnie rozmawiali o sztuce. Odnalazł na jej profil. W półmroku twarz miała miękkie kontury, a światło odbijające się od sceny przesuwało się po jej policzku w rytm tańca.
-
Czemu?
Rozbawienie mieszało się w jego głosie z czymś znacznie spokojniejszym.
-
Wiesz dobrze… czemu.
Przez moment nie odpowiedział. Nie dlatego, że nie znał odpowiedzi. Właśnie dlatego, że znał ją aż nazbyt dobrze. Josephine nie potrzebowała tłumaczyć mu więcej. Dlatego też pozwolił na to, aby moment robił wszystko za niego, równocześnie nie odrywając wzroku od sceny. Na parkiecie książę wykonywał kolejne ruchy, muzyka prowadziła go coraz dalej, ku punktowi, z którego nie było już łatwego odwrotu. Raphael pomyślał, że teatr miał czasami okrutną właściwość przypominania człowiekowi rzeczy, których wolałby nie dostrzegać. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu: piękno, napięcie, oczekiwanie i świadomość, że za chwilę nastąpi coś nieodwracalnego.
A nad tym wszystkim unosiło się coś jeszcze. Urwany oddech Josephine, jej czoło otarte niemal o jego skroń i nieudana próba skupienia się z powrotem na balecie nie współgrały jednak z chłodnymi słowami, które przed chwilą wypowiedziała. Raphael nie próbował tego komentować. Po prostu patrzył na scenę, pozwalając, by muzyka przykryła wszystko, czego żadne z nich nie chciało teraz wypowiedzieć głośniej. W końcu właśnie na tym polegała elegancja ich świata: można było powiedzieć niemal wszystko, pod warunkiem że zrobiło się to wystarczająco cicho.
Zacisk jednej z delikatnych, damskich dłoni zelżał, jakby przez krótką chwilę Josephine zapomniała, po co właściwie trzymała go tak mocno, a następnie powoli, niemal niepewnie, w drżeniu znalazła jego szyję. Raphael poczuł ciepło jej palców przez materiał koszuli i przez moment nie zrobił nic. Nie musiał. Właściwie właśnie ta bezczynność była teraz najbardziej wymowna. Pozwalała jej zdecydować, czy chce się cofnąć, czy też pozostać dokładnie tam, gdzie się znalazła. Jej druga dłoń wciąż obejmowała jego, tę spoczywającą na jej udach, ale uścisk nie miał już w sobie wcześniejszej stanowczości. Był raczej przypomnieniem o tym, że jeszcze próbowała kontrolować sytuację, choć sama zdawała się coraz mniej wierzyć, że kontrola była czymś, co można utrzymać wyłącznie dzięki sile palców. Spojrzenie Raphaela osiadło na jej oczach. Nawet w półmroku wydawały się niezwykle wyraźne, rozszerzone, ciężkie od emocji i tego szczególnego odurzenia, które nie potrzebowało żadnej substancji, aby zniekształcić człowiekowi poczucie czasu. Znał ten stan. Nie z własnego doświadczenia, lecz z obserwacji innych ludzi, których widział w momentach, kiedy ich zwyczajna konstrukcja zaczynała się rozpadać. Josephine była teraz blisko tego miejsca. Zbyt blisko, aby nadal udawać, że nic się nie wydarzyło. Zbyt blisko, aby cofnąć wieczór do początku i wmówić sobie, że wszystkie wcześniejsze gesty były jedynie przypadkiem. A jednak Raphael nie postrzegał jej jako kobiety pozbawionej rozsądku. Przeciwnie. Właśnie świadomość tego, jak bardzo była świadoma, czyniła całą sytuację bardziej ciekawą. Nie patrzył na nią jak na kogoś, kto utracił siebie. Patrzył na nią jak na kogoś, kto na kilka chwil pozwolił sobie odłożyć tę część siebie, która przez całe życie mówiła jej, co wolno, czego nie wolno i jakie konsekwencje posiadał każdy błąd popełniony przez człowieka noszącego odpowiednie nazwisko.
Muzyka ze sceny płynęła dalej, coraz bardziej napięta, coraz bardziej dramatyczna. Valencourt słyszał ją niemal fizycznie, jakby kolejne nuty przesuwały się przez lożę i dotykały ich ciał zamiast powietrza. Na scenie wszystko zmierzało ku katastrofie, ku tej nieuniknionej chwili, kiedy pozory miały przestać wystarczać. I właśnie dlatego dostrzegał w tym wszystkim coś niemal groteskowego. Kilkanaście metrów dalej książę próbował odzyskać coś, co utracił przez własną pomyłkę, a tutaj, w zaciemnionej loży, Josephine Kennedy próbowała jeszcze przez kilka sekund przekonać samą siebie, że może pozwolić sobie na coś, czego następnego ranka prawdopodobnie będzie żałowała. Raphael nachylił się ku niej. Nie gwałtownie. Nie tak, jakby chciał odebrać jej możliwość decyzji. Raczej z tą spokojną pewnością człowieka, który rozumie, że napięcie osiągnęło już punkt, w którym sama odległość pomiędzy dwojgiem ludzi staje się osobnym rodzajem rozmowy. Ich twarze znalazły się blisko siebie. Poczuł jej oddech. Ciepły, nierówny. Przez chwilę wystarczyło mu to, aby poczuć, jak absurdalnie cienka stała się granica pomiędzy tym, co było wcześniej, a tym, co wydarzyło się teraz. Wiedział, że była gotowa przekroczyć własne granice — wszak tych granic już nie było. Nie, gdy zezwoliła na to, aby jego palce zaczęły zbierać materiał jej spódnicy, podbierając ją w górę. Ciężki oddech znajdującej się tak blisko kobiety mieszał się z tym należącym do niego. Nie odsunęła się. To właśnie ten brak ruchu powiedział mu więcej niż jakiekolwiek słowa.
Pocałunek przyszedł niemal naturalnie, jak kolejny takt muzyki. Jego język wsunął się w jej usta, dłoń wróciła między jej nogi, a stłumiony jęk przyjemności przeszedł przez kobiece ciało. Josephine odpowiedziała, gdy jej palce zacisnęły się mocniej — jedną dłonią na jego włosach, drugą na jego ręce. Była w tym sprzeczność, która fascynowała go znacznie bardziej niż sama bliskość. Jakby próbowała przyciągnąć go do siebie i jednocześnie zatrzymać w dokładnie wyznaczonym miejscu. Jakby chciała powiedzieć mu bez słów, że wolno mu być blisko, lecz nie wolno mu zapomnieć, że to ona decyduje, jak długo ta bliskość potrwa. Raphael niemal się uśmiechnął. Kennedy nawet teraz pozostawała sobą. Nawet w chwili, w której jej własna pewność siebie zaczynała się kruszyć, wciąż próbowała negocjować warunki. Było to właściwie najbardziej charakterystyczne, co mogła zrobić.
Nie miało znaczenia, gdzie byli. A przynajmniej przez tę krótką chwilę żadne z nich nie pozwalało sobie o tym myśleć. Nie miało znaczenia, że znajdowali się w jednej z najbardziej eleganckich przestrzeni teatru, że po drugiej stronie drzwi siedzieli ludzie, którzy wystarczyłoby, aby zobaczyli ich przez kilka sekund, by następnego dnia stworzyć z tego własną opowieść. Nie miało znaczenia, że Josephine wcześniej nie mogła z nim wytrzymać, że każde jego słowo potrafiło wywołać w niej irytację, a każdy gest traktowała jak potencjalną prowokację. Teraz istniała tylko muzyka, półmrok i świadomość, że granica, którą oboje przez cały wieczór obrysowywali coraz dokładniej, właśnie przestała mieć znaczenie. Raphael wiedział jednak coś jeszcze. Granice nie znikały naprawdę. Człowiek mógł je przekroczyć, mógł je zignorować, mógł przez chwilę udawać, że nigdy nie istniały, lecz następnego dnia zawsze pojawiały się ponownie. Czasami nawet wyraźniejsze niż wcześniej.
Muzyka narastała. Na scenie tancerze wykonywali kolejne ruchy, światło przesuwało się po ich sylwetkach, a orkiestra zdawała się prowadzić wszystko ku jednemu, nieuniknionemu rozwiązaniu. Tłumione jęki, zaciskające się uda, lepiące się palce. Piękno i katastrofa. Pragnienie i konsekwencja. Człowiek przekonany, że właśnie podejmował własną decyzję, choć tak naprawdę został doprowadzony do niej przez dziesiątki wcześniejszych, pozornie nieistotnych ruchów. Nie było to romantyczne. Romantyzm był sposobem, w jaki ludzie opisywali własne słabości, kiedy chcieli nadać im bardziej szlachetną nazwę. W tym co robili nie było grama romantyzmu. Cała jej publiczna konstrukcja — Kennedy, córka, siostra, dziedziczka, kobieta wychowana w świecie, gdzie każdy gest podlegał ocenie — została na moment przesunięta na bok. Pozostała tylko ona, coraz mocniej pojękująca. I Raphael.
A potem rozbrzmiały oklaski.
Nie jeden czy dwa. Cała fala dźwięku przeszła przez teatr niemal natychmiast, jak uderzenie, które brutalnie rozcinało prywatność stworzoną przez półmrok. Światło błysnęło z ciemności, rozrywając ich przestrzeń. Josephine drgnęła gwałtownie i odsunęła się od niego. Raphael nie próbował jej zatrzymać. W jednej chwili zobaczył na jej twarzy coś, czego wcześniej tam nie było — nie tyle wstyd, ile świadomość. Świadomość powracającą nagle, brutalnie, niemal fizycznie. Jakby światło przypomniało jej, kim była. Gdzie siedziała. Z kim siedziała. Co właśnie zrobiła. I przede wszystkim — kto mógł to zobaczyć.
Nie spojrzała na niego. Zabrała torebkę z siedzenia i wstała tak szybko, że gdyby szła szybciej, biegłaby.Opuściła lożę, nie oglądając się za siebie. Jej sylwetka zniknęła za drzwiami, a Valencourt pozostał na miejscu. Nie biegł. Nie ścigał jej. Nie miał takiej potrzeby. Gdyby teraz ruszył za nią, nadałby temu wszystkiemu znaczenie, którego nie zamierzał nadawać. Poza tym doskonale wiedział, że Josephine potrzebowała chwili, w której mogła odzyskać własną narrację. Musiała przekonać samą siebie, że to ona wyszła. Że to ona zakończyła sytuację. Że nadal posiadała kontrolę.
Powolny uśmiech rozbawienia wykwitł na twarzy Raphaela, gdy jeszcze przez chwilę patrzył w otwarte drzwi loży. Nie był to uśmiech triumfu. Triumf byłby zbyt prymitywnym określeniem. Bardziej interesowało go to, co właśnie zobaczył: moment, w którym człowiek dowiadywał się czegoś o sobie, czego wcześniej nie chciał wiedzieć. Josephine mogła teraz przez kilka godzin, dni albo nawet tygodni próbować zaprzeczać temu, co wydarzyło się w loży. Mogła złościć się na niego. Mogła obwiniać szampana, muzykę, atmosferę, zmęczenie, cokolwiek. Raphael nie zamierzał jej odbierać żadnej z tych wymówek. Ludzie potrzebowali wymówek, aby móc nadal patrzeć na siebie w lustrze.
Odchylił głowę, wpatrując się w pięknie zdobiony sufit teatru. Dopiero po jakimś czasie wstał, poprawiając marynarkę. Zrobił to spokojnie, bez najmniejszego pośpiechu. Palce pokryte zapachem Josephine zanurzył w kieliszku szampana i włożył do ust. Potem wyszedł z loży. Nie szedł jednak za Josephine. Jego kroki skierowały się w zupełnie inną stronę.
Przerwa już jakiś czas wcześniej zwieńczyła finisz, a widzowie wrócili na swoje miejsca. Korytarze powoli pustoszały. Słychać było jeszcze pojedyncze szepty, szelest materiałów, ciche zamykanie drzwi. Raphael poruszał się w przeciwnym kierunku niż większość osób, jakby cały teatr był teraz planszą, a on jedynym człowiekiem, który nie musiał podążać wyznaczoną ścieżką. Nie szukał Josephine. Nie musiał. Właściwie był pewien, że jeszcze się zobaczą. Takie rzeczy nie kończyły się wraz z opuszczeniem jednej loży. Kończyły się dopiero wtedy, kiedy obie strony uznawały, że skończyły się naprawdę.
Dlatego właśnie kilka sekund przed rozpoczęciem kolejnej części przedstawienia zajął miejsce obok Celeste Williams. Obdarzył ją jedynie krótkim spojrzeniem i powitał delikatnym skinieniem głowy. Nic więcej. Żadnego wyjaśnienia. Żadnego usprawiedliwienia. W chwili, w której zajmował nieswój fotel, światła ponownie zgasły, a orkiestra wydała pierwszy dźwięk.
Raphael oparł się wygodniej.
Akt czwarty, ostatni z nich, rozpoczynał się nie tylko triumfem Złego Ducha nad dobrem i niewinnością, lecz także kontrastem, którego ironii nie sposób było przeoczyć: jasna sylwetka Celeste Williams znajdowała się teraz tuż obok ciemnej postaci Raphaela Valencourta. Biały królik i czarnoksiężnik. Ofiara opowieści i człowiek, który od początku znał jej zakończenie. Na scenie światło zaczynało tańczyć, muzyka ponownie wypełniała teatr. Przedstawienie trwało.
Celeste Williams