ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Matteo dowiedział się o nowym organiście właściwie przypadkiem. Najpierw ktoś wspomniał o nim przy okazji rozmowy po mszy, potem kilka dni później temat pojawił się jeszcze raz, tym razem przy zupełnie innej okazji. Nowy człowiek na sąsiedniej plebanii. Organista, a podobno również wikary. Matteo nie znał jego nazwiska, nie wiedział, ile miał lat ani nawet jak wyglądał. Wiedział tylko tyle, że ktoś nowy się tam pojawił. I właściwie to wystarczyło, żeby się zainteresować. Ksiądz-muzyk? Może bratnia dusza w koloratce!
Od jakiegoś czasu szukał przecież nowych osób do swojego podcastu. Lubił rozmawiać z ludźmi, których normalnie pewnie nie miałby okazji poznać. Mechanik, nauczycielka, strażak, emerytowany kolejarz - nieważne. Najciekawsze były właśnie te zwyczajne historie. Dlatego pomyślał, że nowy organista może być całkiem ciekawym gościem. Najpierw jednak wypadało go poznać, a dopiero później wyskakiwać z mikrofonem i pytaniami. W ogóle jeśli ktoś taki istnieje, bo plotki lubią się rozprzestrzeniać.
Nie zawracał sobie głowy telefonem. Zresztą co miał powiedzieć? „Dzień dobry, jestem księdzem z sąsiedniej parafii, słyszałem, że pan istnieje”? Bez sensu. Umawiać się też nie było sensu, bo mógłby zostać potraktowany jak oszust lub wariat. Po prostu któregoś popołudnia wysiadł z miejskiego autobusu kilka ulic od plebanii i resztę drogi przeszedł pieszo. Po drodze zatrzymał się jeszcze przy małym sklepie, żeby kupić wodę, bo oczywiście przypomniał sobie o pragnieniu dopiero wtedy, kiedy był już w połowie drogi. Butelkę wsunął do torby, a chwilę później stanął przed budynkiem plebanii.
Ubrany był całkiem prawilnie jak na księdza — czarne spodnie, jasna koszula i koloratka. Bez sutanny, bez żadnego przesadnego strojenia się. Wyglądał raczej jak młody wikary, który właśnie wyszedł załatwić coś w sąsiedniej parafii. Przez moment popatrzył na drzwi, a potem na telefon. Przemknęło mu przez głowę, że może jednak powinien był wcześniej zadzwonić. Zaraz jednak wzruszył ramionami. Najwyżej mu nie otworzą. Albo wywalą na zbity pysk jeśli okaże się, że nie lubią „konkurencji”.
Zapukał więc. Raz, potem drugi, trochę mocniej, żeby było go słychać w środku. Trochę się niecierpliwił, bo jego gosposia z parafii jakoś potrafiła być wszędzie. Po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich pewna pani. Matteo od razu uśmiechnął się uprzejmie, poprawiając odruchowo mankiet koszuli. Zrobił to odruchowo, bo nie potrzebował tego akurat teraz.
- Dzień dobry, szczęść Boże. Matteo Carissoni, jestem księdzem z parafii świętego Michała.
Nie wchodził do środka ani nie próbował zaglądać przez jej ramię. Patrzył tylko na jej twarz. Stał na progu, zachowując się tak, jakby jednak pamiętał o tym, że właśnie wbił się komuś na plebanię bez zapowiedzi.
- Chciałem poznać nowego...ehm, organistę. Jest może w domu?
Na chwilę przeniósł wzrok gdzieś w głąb korytarza, próbując wyłapać jakikolwiek dźwięk dochodzący z wnętrza. Muzyki nie było słychać, więc przynajmniej nie trafił w sam środek próby organowej czy mszy. Zresztą nawet gdyby trafił, pewnie i tak poczekałby chwilę. A co tam!
- Ten nowy, taki, ten który niedawno tutaj przyjechał. Ludzie mówili, że jest niezły. - doprecyzował, bo przecież nadal nie znał nawet jego imienia. Nie próbował nawet kłamać czy dopowiadać. Co prawda mógłby to sprawdzić lub popytać ludzi, ale jakoś wypadło mu to z głowy.
Matteo wsunął dłonie do kieszeni spodni i czekał spokojnie na odpowiedź. Sam nie do końca wiedział, jak długo potrwa ta wizyta. Może pięć minut, może pół godziny. Jak zwykle przyszedł bez większego planu, licząc na to, że rozmowa sama go gdzieś zaprowadzi.

Harry Dillion
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
26 y/o
Welkom in Canada
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Był kiepskim duchownym, ale jak się okazywało, całkiem nieźle radził sobie z udawaniem jednego. Zwłaszcza tego anglikańskiego. Jak się okazało, bycie anglikańskim duchownym nie było takie trudne, o sam kościół był dość liberalny. Oczywiście na tle innych. Katolicyzm, z którym się wychował, od zawsze wydawał mu się mocno ograniczający. Już od dłuższego czasu nie uważał się za osobę wierzącą, więc nie czuł się na miejscu, by komentować to, co działo się w kościele. Prawdą było jednak to, że nie przepadał za instytucją kościoła. Wydawało mu się, że religia najlepiej działała wtedy, gdy była praktykowana na swoją własną rękę. Rozumiał jednak potrzebę utworzenia społeczności i miejsca, w którym można było się spotkać i porozmawiać z innymi, którzy przezywali to samo. On nigdy nie mógł się w takim środowisku odnaleźć, bo nie wydawało mu się ono realne. Znacznie większy komfort i pocieszenie znajdował w społecznościach, które sam sobie tworzył – grupach znajomych i przyjaciół, z którymi dyskutował na temat swoich życiowych problemów, oraz współpracowników, gdzie narzekał na szpitalną codzienność.
   Prawda była taka, że nie interesował się tym, co działo się z kościołem. Było to na głowie proboszcza. Jego zadaniem, poza udawaniem, była gra na organach kościelnych (co w sumie całkiem lubił) oraz zamiatanie marmurowych podłóg (do czego zdążył się już przyzwyczaić). Nieźle sobie z tym radził. Nie mówiąc o tym, że świetnie przychodziło mu również udawanie księdza, bo jego rozmowy z wiernymi zawsze przebiegały tak, jak tego oczekiwał. Nigdy nie odniósł wrażenia, że ktoś mógłby zacząć coś podejrzewać. Proboszcz sam wiedział, o co chodziło i w jakim położeniu znajdował się Harry, więc przed nim akurat nie musiał niczego ukrywać i mógł na chwilę zrzucać maskę księdza i powracać do swojej własnej tożsamości.
   Było to zbawiennym uczuciem, gdy mógł zrzucić z siebie wikarego i powrócić do utraconego siebie. Nie wiedział, czy dobrze działało to na jego psychikę, bo wiedział, że jego życie skończyło się już dawno temu i że nigdy nie będzie mógł do niego wrócić. Zależało od tego jego własne bezpieczeństwo. Wpakował się bowiem w paskudną sytuację i gdyby wiedział, że skończyłoby się to w ten sposób, to ze stuprocentową pewnością postąpiłby całkowicie inaczej. No ale trudno, stało się i czasu nie był w stanie już cofnąć. Jedyne co mógł robić, to próbować wejść w skórę kogoś innego.
   Poczuł się jednak zbyt pewnie, dlatego tak mocno zdziwił się, gdy na plebanii zobaczył obcego księdza. Nie miał też powodów do tego, by oczekiwać jakichś gości. Nie zdążył jeszcze poznać wielu ludzi. Zazwyczaj po prostu wpadał na niektórych i zaczynał rozmowy. Niektórych oczywiście znał lepiej, bo częściej się z nimi spotykał, niemniej jednak jedyną osobą, poza proboszczem, którą widział na co dzień była gosposia. To właśnie z kobietą rozmawiał niemal bez przerwy, bo większość czasu wolnego spędzał na plebanii. Nie nauczył się jeszcze poruszać swobodnie po Toronto. Miał jakąś blokadę, więc po prostu korzystał z dobroduszności i wyrozumiałości starszej pani. Wiedział, że męczył ją swoją gadaniną i odciągał od pracy, wiec zaczął jej pomagać w obowiązkach, co bardzo jej się spodobało, zwłaszcza dlatego, że robiła miej, a zarabiała tak samo.
   Tak więc nie spodziewał się nikogo. Osoby, z którymi rozmawiał pisali do niego wiadomości zapowiadając się. Harry udawał bowiem, że nie przepadał za spontanicznymi wizytami. Nie wiedział więc, że ktoś na niego czekał, dopóki gosposia mu o tym nie powiedziała. Jedyne co mógł zrobić, to założyć na siebie ciemną bluzę, bo ciągle miał górę od piżamy i jakieś dresy, które założył, bo było mu zimno w nóżki. Teraz jednak nie zdążył się już przebrać. Z jednej strony nie miał ochoty się pokazywać, ale jakaś inna cząstka kusiła go, by zobaczył z kim przyjedzie mu się spotkać.
   I gdyby gosposia powiedziała mu wcześniej, że czekał na niego obcy ksiądz, to pewnie zrezygnowałby ze spotkania, wymigując się złym samopoczuciem. Niestety o tym powiedziała mu dopiero gdy byli w drodze na dół i wycofanie się było już niemożliwe.
   – Witam – powiedział, schodząc ze schodów i od razu spojrzał na koloratkę przy szyi mężczyzny, jakby nie chciał uwierzyć w to, że miał faktycznie do czynienia z prawdziwym księdzem. – Czy raczej szczęść Boże – powiedział, wskazując palcem na koloratkę mężczyzny. Uśmiechnął się, starając zakryć zakłopotanie i rosnącą świadomość tego, że właśnie mierzył się z osobą, która mogła odkryć jego oszustwo – prawdziwym księdzem.

Matteo Carissoni
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Matteo uniósł lekko brwi, kiedy mężczyzna wskazał palcem na jego koloratkę. Przez sekundę wyglądał, jakby próbował zdecydować, czy właśnie powinien potraktować to jako żart, czy jednak odpowiedzieć całkiem poważnie. Ostatecznie kącik ust drgnął mu w lekkim uśmiechu.
- Szczęść Boże będzie w sam raz - odpowiedział, spoglądając na niego jeszcze raz. - Nie trzeba się aż tak pilnować.
Dopiero teraz Matteo pozwolił sobie przyjrzeć się mężczyźnie nieco dokładniej. Ciemna bluza, dresy, ewidentnie domowy strój. Wyglądało to trochę tak, jakby wyrwał go z jakiegoś bardzo ważnego zajęcia, choć po minie Matteo można było wywnioskować, że absolutnie nie zamierzał tego komentować. Sam przecież wbił mu się na plebanię bez zapowiedzi, więc trudno byłoby mu teraz wymagać od gospodarza eleganckiego stroju.
- I przepraszam, że tak bez zapowiedzi. - wzruszył lekko ramionami. - Wiem, że to trochę dziwne. Po prostu usłyszałem, że pojawił się tutaj nowy organista i pomyślałem, że skoro mieszkamy niedaleko siebie, to wypadałoby się poznać.
Nie, wcale nie mieszkali. Na chwilę zawiesił głos, po czym wyciągnął dłoń w jego stronę.
- Matteo. Matteo Carissoni.
Tym razem nie dodawał już parafii ani stanowiska. Skoro stał właśnie przed człowiekiem, którego szukał, nie widział sensu w dalszym przedstawianiu się jak przy urzędowym okienku. Chciał po prostu zobaczyć z kim ma do czynienia i co tak naprawdę go interesuje.
- Ty... to znaczy pan... dobra, TY...jesteś właśnie tym nowym organistą, prawda?
Dopiero po zadaniu pytania dotarło do niego, że właściwie zabrzmiało to trochę głupio. No bo ilu nowych organistów mogło mieszkać na tej jednej plebanii? Załóżmy, że pomieści z dziesięciu. Prawda? Mimo wszystko Matteo cierpliwie poczekał na odpowiedź, nadal stojąc na progu i najwyraźniej nie mając zamiaru samowolnie wchodzić do środka. Nie taki był zwyczaj.
- Jeśli przeszkadzam, to spokojnie. Mogę poczekać albo przyjść innym razem. Naprawdę nie ma problemu.
Powiedział już ciszej, bo nie chciał by mu odmówił wizyty. Trochę się pofatygował.

Harry Dillion
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
26 y/o
Welkom in Canada
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Można powiedzieć, że to nie strój zdobi człowieka. Była to prawda, bo często ludzie potrafili przybierać najróżniejsze odzienia, żeby upodobnić się do najróżniejszych postaci. Ubranie nie stanowiło najlepszego odzwierciedlenia, tego, z kim się miało do czynienia, bo wszyscy mogli ubierać się tak samo i być przy tym niesamowicie różni. Na medycynie uczono go tego, żeby nie oceniać ludzi po wyglądzie, bo wiele razy zdarzało się, że na oddziale pojawiali się pacjenci w tak różnym stanie, że nie dało się odgadnąć, czy byli oni miliarderami mieszkającymi w manhattańskich apartamentach czy też bezdomnymi znalezionymi na chodniku przed szpitalem.
   Oczywiście ubiór czasami stanowił o profesji, jaką się uprawiało i chyba nie było lepszego na to przykładu niż duchowni i zakonnice, którzy przywdziewali swoje kościelne odzienia. Koloratka była wyraźnym sygnałem tego, z kim się rozmawiało. Dlatego też wzrok Harry’ego spoczął właśnie na tym elemencie ubioru. On sam nie nosił kościelnego odzienia, jeśli nie musiał. Nie chciał tego robić, nawet jeśli pewnie pomogłoby to podtrzymać mu jego udawanie. Na szczęście kościół anglikański nie wymagał od swoich duchownych takiego afiszowania się ze swoją posługą. I chociaż wielu z nich decydowała się na odpowiednie odzienia, to Harry najlepiej czuł się w normalnym, nieco casualowym stroju. Poza momentami takimi, jak ten, kiedy to nie miał za wiele do zrobienia, więc po prostu chodził w tym, w czym było mu wygodnie.
   – Och, to miło – przyznał, bo faktycznie było to miłe. – Nie sądziłem, że moje pojawienie się tutaj zainteresuje konkurencję – zaśmiał się nieco. Nie sądził na poważnie, żeby kościół katolicki był rzeczywistą konkurencją dla parafii, w której przyszło mu pracować. I wzajemnie. Wierni nie byli bowiem obiektami, o których sią walczyło i można było przeciągać na swoją stronę jak wyborców niezależnych podczas kampanii prezydenckich. Śmiesznie to jednak siedziało w jego ustach i miał nadzieję, że jego nowy rozmówca wykaże się dobrym poczuciem humoru. Nie mówiąc o tym, że chciał być może przenieść myśli rozmówcy na jakiś inny temat.
   – Harry Dillion – przedstawił się, wyciągając dłoń przed siebie. Uśmiechnął się również lekko, jakby chciał dodać sobie nieco odwagi. – Proszę wchodzić, proszę… mam trochę czasu do zagospodarowania – powiedział, zapraszając mężczyznę do środka, żeby ten tak nie stał w progu, bo było to niegrzeczne. Nie mówiąc już o tym, że w sumie miał ochotę porozmawiać. – Przyda mi się trochę rozrywki, bo w sumie nie udało mi się tutaj jeszcze dobrze zaaklimatyzować, więc będzie Pan dobrym odwróceniem uwagi – przyznał, stając nieco z boku, żeby ksiądz mógł wejść do środka.

Matteo Carissoni
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Matteo odwzajemnił uścisk dłoni, a kiedy Harry zrobił mu miejsce, wszedł do środka bez większego ociągania. Zatrzymał się jednak na moment już za progiem, bardziej z ciekawości niż z grzeczności. Zerknął na korytarz, potem gdzieś w bok, próbując jednym szybkim spojrzeniem ogarnąć wnętrze plebanii. Nie znał tego miejsca, więc siłą rzeczy wszystko było dla niego nowe. Pierwsza myśl, która przemknęła mu przez głowę, była wyjątkowo mało kapłańska. U nas jest jednak ładniej. Nie powiedział tego oczywiście na głos. Nie był aż takim chamem. Poza tym różnica pewnie wynikała po prostu z pieniędzy, jakie mogła mieć większa parafia. Święty Michał raczej nie musiał liczyć każdego dolara przy remoncie plebanii. Tutaj było zwyczajniej, może nawet trochę bardziej swojsko. Matteo wzruszył lekko ramionami, jakby sam dla siebie uznał, że nie ma sensu tego porównywać.
- Konkurencja brzmi trochę poważnie. - rzucił z rozbawieniem, zdejmując na chwilę dłoń z kieszeni. - Nie wiem, czy jesteśmy aż tak profesjonalni, żeby robić sobie międzyparafialną wojnę o organistów. Ale na przyszłość: Święty Michał rox!
Mały żarcik kosmonaucik. Uśmiechnął się i ruszył kawałek dalej, już bez tego ostrożnego stania przy wejściu. Co jakiś czas zerkał na mijane pomieszczenia, ale nie próbował zaglądać tam, gdzie nie powinien. W końcu nie przyszedł robić inspekcji plebanii. Aczkolwiek...
- A z tym zaaklimatyzowaniem się to akurat rozumiem. Toronto jest spore. Można tu mieszkać latami i nadal odkrywać miejsca, o których człowiek wcześniej nie miał pojęcia.
Dopiero wtedy przypomniał sobie, że właściwie cały jego spontaniczny wypad miał jeszcze jeden, całkiem konkretny powód. Skoro już się przedstawił, został wpuszczony do środka i nie został wyrzucony za próg, nie było sensu dalej udawać, że przyszedł wyłącznie na koleżeńską pogawędkę. Matteo spojrzał więc na Harry'ego i oparł się lekko dłonią o pasek torby.
- Właściwie jest jeszcze jedna rzecz, przez którą tutaj jestem. - powiedział wprost. - Prowadzę w internecie podcast. Taki o ludziach i ich pracy. Rozmawiam z różnymi osobami, pytam, jak wygląda ich codzienność, skąd się wzięli w tym miejscu i co w ogóle sprawiło, że wybrali akurat taki zawód.
Na chwilę uniósł brwi.
- Byli już mechanicy, nauczyciele, strażacy... nawet emerytowany kolejarz, który przez pół godziny opowiadał mi o tym, dlaczego kiedyś pociągi były lepsze. - parsknął cicho. - Więc pomyślałem, że organista i duchowny w jednym też może być całkiem ciekawym przypadkiem.
Nie owijał tego w żadne wielkie słowa. Po prostu powiedział, po co naprawdę przyszedł. Dopiero po chwili dorzucił:
- I przestańmy sobie „Panować”, okej? Nadmierny szacunek zostawmy dla naszych przełożonych.
Kącik ust drgnął mu lekko, bo najwyraźniej sam uznał tę ostatnią opcję za całkiem zabawną.
- A co do pogadanki... Jeśli oczywiście miałbyś ochotę. Nic oficjalnego, żadnych garniturów i przygotowanych odpowiedzi. Zwykła rozmowa. Jak się nie spodoba, to najwyżej uznamy, że nigdy się nie spotkaliśmy.
Oczywiście to nie oznaczało końca ich rozmowy TERAZ. Mogli przecież porozmawiać i się zapoznać, a całą resztę nagrać.

Harry Dillion
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
26 y/o
Welkom in Canada
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Przepuścił mężczyznę, studiując jego sylwetkę, gdy już go wyminął. Cóż, wiedział, że nie powinien oceniać książki po okładce, bo pozory często potrafiły mylić, ale gdyby nie koloratka zaciskająca się pod szyją mężczyzny, to nie powiedziałby, że miał do czynienia z księdzem. Po prostu nie wyglądał na niego. Jedyne co go zdradzało, to pewna powściągliwość w jego ruchach i gestach, chociaż i tak znał go dość krótko. Jemu brakowało tej powściągliwości i opanowania. Potrafił całkiem nieźle udawać bycie duchownym, ale brakowało mu odpowiedniego zachowania. Mógł to zgonić na fakt, że był w zupełnie innej denominacji, która pozwalała na większą swobodę. A ze swobodą szło również zachowanie. Uśmiechnął się lekko, zamykając drzwi za swoim gościem.
   – Brzmi poważnie – przyznał, kiwając głową. Przyglądał mu się uważnie. Nie widział w mężczyźnie konkurencji, bo przecież nie obchodziło go to co się działo w kościele. Było to jednak wyjątkowo intrygującą grą, w którą postanowił sobie grać. Nawet jeśli grał w nią samotnie. Coś mu jednak podpowiadało, że Matteo również ocenia i obserwuje. Było to widać po jego rozglądaniu się i spojrzeniach. Nie dziwił mu się, on sam, gdy już zjawił się na plebani również nie mógł powstrzymać się przed takim rozglądaniem. Z tym że jego własne było kierowane niestosowną ciekawością, bp do tej pory plebanie były miejscami, do których się nie chodziło, jeśli nie było to konieczne. – Ale dzięki temu jest ciekawiej – zaśmiał się teraz on. Musiał przyznać, że trochę go ta jego wymyślona rywalizacja bawiła. Nie żeby traktował ją na poważnie, bo w sumie nie mieli o co ze sobą walczyć. Nie mogli przeciągać na swoje strony wiernych i ich nawracać. A szkoda. Takie podbieranie parafian mogłoby okazać się wyjątkowo pokrzepiające.
   – Coś w tym jest… no ale ja nawet w tym domu znajduję coraz to nowsze rzeczy i zakamarki – powiedział, rozglądając się po pomieszczeniu. W sumie nawet w tej chwili zauważał tutaj rzeczy, które wcześniej mu umykały. Na przykład ozdoby znajdujące się przy suficie albo pęknięty klosz. Nawet nie chciał zastanawiać się nad tym, ile rzeczy mu na co dzień umykało. Powoli jednak poznawał nie tylko plebanię ale i Toronto i okolicznych mieszkańców. Już wiedział, kto z parafian był miły i z kim dało się porozmawiać na jakie tematy, a kogo lepiej było unikać. Nie potrzebował też znać całego miasta. Jakaś niewielka cząstka jego duszy miała nadzieję, że prędzej czy później uda mu się stąd wyrwać. Nie chciał do końca życia udawać księdza.
   – Och – powiedział, zatrzymując się w półkroku. Zupełnie nie spodziewał się takiej propozycji, nie tylko dlatego, że nie sądził, że mógłby być dobrym gościem do podcastu, ale również dlatego, że nie sądził aby podcast prowadził duchowny. – Obawiam się, że chyba – nie mogę chciał powiedzieć. – Nie jestem odpowiednią osobą do takich rzeczy… cenię sobie swoją prywatność – powiedział, kiwając lekko głową. Gdyby jego życie wyglądało inaczej, to pewnie nawet by się nie zastanawiał i z miejsca zgodził na coś takiego. Teraz jednak nie mógł się na to zgodzić. Bo nie mógł ściągać na siebie uwagi, nie mówiąc już o tym, że nie mógł mówić o swojej przeszłości a jedyne informacje, które mógł o sobie mówić, były starannie dla niego wykreowane.
   – Ale skąd pomysł na taki podcast w ogóle? – zapytał zaintrygowany. Bo jednak wizja księdza przepytującego ludzi z tego, co robili i publikowanie w Internecie wydawał mu się dość ciekawy i warty sprawdzenia.

Matteo Carissoni
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”