25 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
sometimes I feel like the world's hardest working loser
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Pomimo że obydwaj zdawali się rezonować w ten sam sposób gdy chodziło o szukanie potencjalnych rozwiązań problemu - Milo był mu zresztą szalenie wdzięczny za to, że nie musiał tłumaczyć co miał dokładnie na myśli - tak na sytuacje stresowe reagowali zupełnie inaczej.
Podczas gdy on sam płynnie przechodził w tryb robota wykreślając z równania warstwę emocjonalną na tyle na ile było to możliwe, Dylan zdawał się wręcz oddychać troską, cały sobą był chodzącym zmartwieniem i... gadułą.
W innych okolicznościach zbyłby go w jakiś kreatywny sposób. W tym momencie ostatnim czego potrzebował była paplanina, która zamaskowałaby obecność innych osób w ciemnościach, w których uzbrojony jedynie w latarkę był w stanie dopatrzeć się czegokolwiek na odległość większą niż trzy, może cztery metry.
一 Znajdź drzwi 一 powtórzył rzeczowo, tym samym odcinając się kompletnie od prośby. Jeżeli Gauthier sobie życzył, mógł boczyć się na niego ile dusza zapragnie gdy już opuszczą teren cegielni. W tym momencie Milo z całą stanowczością priorytetyzował podejście praktyczne.
Starając się nie obracać plecami do otwartych przestrzeni powoli spacerował w kierunku, z którego słyszał przytłumione mamrotanie Dylana, który sądząc po odgłosach, chyba znalazł coś godnego uwagi. Doceniłby to bardziej gdyby nie to, że dotąd nieruchoma plandeka przykrywająca szkielet dźwigu (którym pewnie zachwyciłby się nie mając na głowie obecnych zmartwień) poruszyła się ni stąd ni zowąd. Milo przystanął w miejscu i skierował światło latarki w stronę płachty, a przygarione dotąd ramiona wyprostował sztywno; mrugnął dla otrzeźwienia, wstrzymał na parę sekund oddech w płucach i zmarszczył brwi.

一 Nie w...
W tym samym momencie wydarzyło się kilka rzeczy.
Drzwi skrzypnęły pokutnie tak, że zapewne słychać je było w całym budynku, łącznie z siecią wyższych kondygnacji i w piwnicach, a Dylan w pełnej chwale swojego małego sukcesu stanął pośrodku progu i Milo chcąc nie chcąc rozkojarzył się i obrócił głowę by na niego spojrzeć.
To był ogromny błąd.
Spod plandeki wyskoczył ogromny rudy kocur. Rozpędzony nieproporcjonalnie do własnych rozmiarów i być może upatrując w tym najkrótszą drogę do zaoferowanej wolności wykonał szaleńczą szarżę w kierunku Milo, po czym korzystając z jego nieuwagi wbił komplet pazurów wszystkich czterech łap w jego udo. Milo zawył dziko, kot nasyczał na niego i rozmiałczał się donośnie z oburzeniem, gdy bezużyteczna w tej walce latarka upadła i potoczyła się Gauthierowi pod buta.

一 JODEEEER...! 一 wrzasnął aż się poniosło, bezskutecznie acz heroicznie usiłując oderwać od siebie cholernego sierściucha. 一 ZŁAŹ... ZE MNIE... KURWA...!
Rivera naprawdę kochał koty. Kochał zwierzęta całym sercem, o wiele bardziej niż ludzi plasując je na tym samym pułapie co maszyny.
W tym momencie miał ochotę sprawić sobie futrzaną czapkę.
Czując jak pazury nieróżniące się wiele od skalpeli wżynają mu się w skórę pomimo grubych spodni sięgnął na oślep do kociego karku, ale jego palce poza szorstkawym futrem napotkały fałdy tłuszczu, przez który jego próby wyszarpania zwierzaka siłowo nie przyniosły efektu. Otyłość uratowała kocura, który na jego starania zawarczał jak stary silnik i zamiast puścić złośliwie wspiął się po Milo jak akrobata, przedzierając się przez pierś i dopadając do barku.
Dopiero teraz poczuł to wredne siedem kilo żywej masy.

一 HIIIIIJO DE SU... PUTAMADREKURWA...! 一 Języki mieszały mu się gdy wymyślał zwierzęciu w co najmniej dwóch. Zataczając się nadział się biodrem na wielki roboczy blat, a wtedy kot puścił wreszcie odbijając się od niego jak od mebla i wskakując na stół. W szale porozrzucał to, co jeszcze zalegało na warsztacie, osyczał Milo po raz ostatni po czym pędząc ile sił przebiegł Dylanowi pomiędzy nogami by zniknąć zaraz w najbliższych zaroślach.
Milo stał wciąż w tym samym miejscu, jedną ręką podtrzymując się krawędzi blatu, drugą dłoń przyciskał do barku, który również ucierpiał. Czuł jak coś ciepłego i lepkiego spływa mu pod ubraniem i nie miał złudzeń, że szramy po tym niezbyt godnym starciu zostaną z nim na długo.

一 Widziałeś to?! Widziałeś?! PIERDOLONY!
Zarówno fragment jego policzka u dołu jak i kawałek pod szczęką zdobił podłużny ślad pazurów, szczęśliwie płytszy niż pozostałe, ale lepiej widoczny z uwagi na to, że nic go nie zakrywało.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spięcie towarzyszące Dylanowi od kiedy zostawił Milo samego wewnątrz fabrycznej ruiny i oblegające go niczym ta sama ciężka plandeka, której ruch stanął w centrum uwagi uwięzionego chłopaka, zsunęło się z niego w momencie stanięcia w otwartych drzwiach prowadzących z powrotem do środka. Pomimo wcześniejszego znalezienia się na świeżym powietrzu, co stanowiło ich dotychczasowy cel, dopiero teraz odzyskał lekkość w klatce piersiowej pozwalającą na wzięcie głębszego oddechu, z czego skorzystał w najgorszym możliwym momencie i prawie udławił się własną śliną.
Wpierw bezkształtny cień, a później lepiej widoczna w świetle toczącej się latarki kulka rudego futra wyfrunęła spomiędzy porzuconej maszynerii i wpadła prosto w ramiona udo Rivery, wprowadzając stojącego w progu mężczyznę w stan szoku z przynajmniej trzech różnych powodów. Syczenie i przekleństwa towarzyszące szamotaninie odbiły się echem po rozległej sali, stan przedzawałowy Gauthiera wywołany niespodziewanym atakiem przeszedł mrowieniem pod jego skórą jak dobrze wymierzony jumpscare w filmie grozy, kiedy tylko dotarł do niego brak bezpośredniego zagrożenia. Spodziewałby się człowieka, może nawet więcej niż jednego, w pierwszej chwili był gotowy wyrwać do przodu i wskoczyć w środek zamieszania, gdyby rozmiar przeciwnika nie zaklął go w kamień aż do momentu, w którym kocisko przebiegło mu między nogami, potrącając po drodze bezużyteczną, leżącą przy bucie Dylana latarkę. Cała akcja trwała kilka sekund, a pierwszym dźwiękiem jaki mężczyzna wydał od jej rozpoczęcia był nieopanowany śmiech.
Absurd całej sytuacji rozpuścił napięcie budowane od pierwszych oznak obcej obecności w budynku, zdaje się spuszczając z Gauthiera wszystkie siły dotychczas trzymające go w pionie, gdy opuścił ramiona, oparł się o framugę i praktycznie rzecz biorąc popłakał się ze śmiechu. Kiwając głową na znak, że owszem, widział wszystko, spojrzał na Milo wycierając łzę z kącika oka. Potrzebował dłuższej chwili by doprowadzić się do porządku.
- Wszy-... - zaczął, urwał, pociągnął nosem i zachichotał, cały czas mając przed oczami nierówną walkę przechyloną na korzyść kocura. - Wszystko gra..? - dał radę dokończyć, z lekkością całkowicie kontrastującą ze złością Rivery. Właściwie była ona dodatkowym zapalnikiem utrudniającym mu odzyskanie powagi.
- Myślałem, że lubisz koteczki - wytknął z rozbawieniem, zbierając się do porządku i przesuwając butem latarkę Milo by ta przytrzymała drzwi grożące zamknięciem się i zmuszeniem ich do ponownego przedzierania się oknem. Wziął oddech, wypuścił go w formie bezgłośnego śmiechu i podszedł do mężczyzny, nieco zaalarmowany dłonią cały czas spoczywającą na karku. - Pokaż... Ałć - mruknął zmieniając ton i marszcząc brwi, kiedy zbliżył się dostatecznie by zobaczyć pierwsze krwawe efekty starcia. Lekko przechylił głowę Milo za podbródek by obejrzeć szramę na jego twarzy i szyi. - Gdzie jeszcze? Bark? Przebił się przez spodnie? Kurtkę? - upewnił się, chociaż darował sobie dalsze oględziny z tego prostego względu, że i tak nie miał jak go w tej chwili opatrzeć. - Mam wodę, mogę ci to po drodze obmyć. Oby Garfield nie miał wścieklizny, ta twoja wrodzona mi wystarczy - rzucił z uśmiechem, lekko ciągnąc Milo za szlufkę spodni. - Chodź, ogarnę ubera, gdzie macie najbliższy SOR? - dopytał, po podejściu do drzwi oddając mu latarkę i wybywając z powrotem na świeże powietrze. Kucnął przy swoim plecaku porzuconym pod zewnętrzną ścianą kompleksu by jedną ręką wyjąć z kieszonki telefon i odpalić aplikację. Stanowili piękny obraz nędzy i rozpaczy, pokiereszowani i krwawiący, a jednak w kącikach ust Dylana niezmiennie majaczył uśmiech.

Milo Rivera
tucha
25 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
sometimes I feel like the world's hardest working loser
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Ruda plama zniknęła mu z pola widzenia gdy kocisko przebiegło Dylanowi między nogami, mimo to Milo wciąż miał ochotę rzucić czymś ciężkim za złośliwym zwierzęciem. Udo piekło nieznośnie w miejscu, w którym kot zostawił autograf, podobnie bark i rozcięcie pod szczęką z lewej strony, ale urażona duma złożyła się w pół gdy zamiast współwyklinania Gauthier prawie zlał się ze śmiechu.
Dysząc jak ranne zwierzę (sic!) Rivera wsparł się płasko dłonią o blat tego samego koromysła w jakie zawadził chwilę wcześniej - biodro nie zapomniało, w najbliższych dniach miało okwiecić się rozlegle siniakiem - i spojrzał z ukosa na Dylana, z całym ciężarem dezaprobaty na jaki było go stać.
一 Dobrze się bawisz? 一 zagadnął chłodno, głosem cichym i ochrypłym od wrzasków sprzed paru minut. Posłał mu cierpki uśmiech, który w języku Milo zazwyczaj oznaczał, że czuł się dotkliwie urażony i należało spodziewać się, że przewinienie nie zostanie puszczone mimo uszu. 一 Uważaj sobie, mam świetną pamięć.
Zmrużył oczy nie mówiąc już nic więcej, ostrzeżenie było czytelne i nie wymagało rozwinięcia. Atak zwierzęcia był wisienką na torcie nieudanego planu, więc dodatkowo podkurwiony kolejną stratą o mało nie ugryzł Gauthiera w palce gdy ten zaczął obracać mu głowę jak lalce. Zaprotestował.
Osyczał go.

一 Nie wiem 一 fuknął poirytowany, bo spodnie zaczynały lepić mu się do pokaleczonego uda, podobnie koszulka w miejscu, gdzie kocie pazury przeorały mu bark. Był tak sensorycznie przeciążony, że nie zapytany nie potrafiłby wskazać co było dla niego bardziej uciążliwe: ból czy dyskomfort. 一 Wyglądam ci na kogoś, kto woził się po szpitalach? To Ameryka, to kosztuje pieniądze.
Innymi słowy Milo właśnie roztoczył przed Gauthierem obraz rzeczywistości w jakiej dorastał i dość jednoznacznie dał mu do zrozumienia, że w życiu nie oglądał tutejszej izby przyjęć od środka. Estella potrafiła czynić małe cuda; nie zliczyłby ile razy łatała jego lub Diego dbając, by przy mało delikatnym nacieraniu odartych kolan, łokci, rozbitych nosów i innych wojennych trofeów z jakimi wracali sporadycznie do domu wysłuchali połajanki i wyrazili skruchę.
Po godzinie wysiadywania na najbardziej twardym i niewygodnym stołku stojącym po dziś dzień przy drzwiach w kuchni i służącym oficjalnie do wspinania się aby zdjąć coś z wyższych półek, kiwaniu głową, wchłanianiu gróźb, piekielnych wizji i rozczarowań człowiek miękł i poddawał się, przepraszał żarliwie i marzył tylko o tym, by puszczono go w reszcie z karnego zydelka.
Metoda mało przyjemna, ale za to bezpłatna i gdyby nie to, że ręka Gauthiera wymagała by pochylił się nad nią specjalista, sam pokusiłby się o stołeczek.

一 Nic nie zamawiaj, nic nie ogarniaj, Dylan, nie... musisz? 一 przerwał w pół reagując na delikatne szarpnięcie zmuszające go do korekty kierunku. Zamiast w stronę otwartych drzwi i powietrza okręcił się na jednej nodze i niemal zderzył z Gauthierem czołowo. 一 Pożyczę samochód od Diego, zawiozę nas. Tylko błagam cię, nie mów, że to... że wiesz. Że nadziałem się na... no sam rozumiesz.
Nagła łagodność i prośba wetknięta w litanię dotychczasowych przytyków sugerowała, że godność Milo ucierpiała przede wszystkim, a to, że momentalnie uciekł spojrzeniem w kierunku mankietu dylanowej kurtki tylko umacniało w przekonaniu.

一 No już daj spokój, nic mi nie jest, możemy się tym zająć po powrocie. Możemy już iść?


❁❁❁


Po tym jak pożyczył klucze z odroczonym terminem pytania o zgodę samochód Camareny wyjechał na drogę z wciąż nastroszonym Riverą za kierownicą. Jazda zwykle go uspokajała, a widok znajomych ulic pozwalał na chwilę zapomnieć o wydarzeniach z cegielni. Nie o wszystkich, bo chociaż kot od dawna nie zajmował już jego myśli tak wciąż zastanawiał się kto poza nimi był tej nocy na terenie zakładu. Był absolutnie pewien, że nie byli sami.
一 Jak ręka? 一 zagaił gdy płynnie wymijał zbyt ospałych kierowców, wyjątkowo przepisowo. Pamiętał rozmowę sprzed kilku dni i to, co powiedział mu Gauthier, pamiętał również powypadkowe blizny. Uporczywe próby Dylana wymuszenia na nim cywilizowanych odruchów na drodze lub trzymania się właściwej prędkości drażniły go do niedawna, a teraz czuł się tak, jakby brakujący element układanki wskoczył na swoje miejsce pozwalając wreszcie na szersze spojrzenie. Zrozumiał, ale potrzebował do tego kompletu informacji.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pomimo wcześniejszej świadomości o opłakanym stanie w jakim znajdowała się opieka zdrowotna w Stanach, dopiero teraz zyskiwał realny obraz problemu zaserwowany mu z drugiej ręki. Z własną historią medyczną, zarówno bezpośrednią w formie wypadku, operacji i rehabilitacji oraz pośrednią dotykającą całego procesu leczenia matki, miał więcej doświadczenia ze szpitalami niż by chciał i o ile szczerze tego faktu nienawidził, alternatywa była znacznie gorsza. Wizja ojca wpadającego w coraz większe długi w próbach utrzymania przy życiu swojej żony i syna przypominała koszmar i szczęśliwie była tylko wytworem wyobraźni. Myśl o Milo skaczącym po dachach i przerdzewiałych konstrukcjach z różnorakimi efektami i bez perspektyw na profesjonalną opiekę medyczną była realna i im dłużej Dylan się nad nią zawieszał, tym bardziej robiło mu się słabo.
Nadgarstek odzywający się coraz intensywniej po zejściu z trzymającej go w ryzach adrenaliny jedynie dokładał do tego odczucia.
Spacer z powrotem minął sprawnie, szczęśliwie nie natknęli się po drodze na żadną żywą duszą zainteresowaną ich stanem i chociaż Dylan po drodze napomknął o Uberze bądź taksówce jeszcze ze dwa razy, ostatecznie odpuścił i wpakował się do kradzionego pożyczonego auta.
- Pas - przypomniał mimochodem zanim wytoczyli się na główną ulicę, mamrocząc niemalże automatycznie, bez najmniejszego wyrzutu czy zniecierpliwienia. Mógł powtarzać mu to dzień w dzień do końca życia, jeśli było to w stanie zapewnić mu chociaż minimalnie większe bezpieczeństwo na drodze.
Pytanie dotyczące ręki spotkało się z kilkoma długimi sekundami milczenia, podczas których marszczący czoło Dylan próbował ubrać w słowa swoje odczucia bez wznoszenia alarmu.
- Jest - odparł w końcu, uznając to za najbardziej neutralne określenie. W końcu dochodząc do wniosku, że duszenie tego w sobie nie leżało w jego naturze, wypuścił powietrze nosem w rozbawieniu. - Kurewsko boli jak o to pytasz - dorzucił od siebie trochę więcej i spojrzał na czubki swoich palców, po czym testowo w nie podmuchał. - Czucie mam, będę żyć. Nie będziesz musiał przejmować ode mnie obowiązków kulinarnych - zapewnił, przekręcając głowę na zagłówku by spojrzeć na kierowcę.
Skorzystał z okazji na sprawdzenie stanu szramy wychylającej się zza kołnierza i ginącej pod materiałem ubrań. Była wyraźnie świeża i zaogniona, jednak bez obejrzenia całości obrażeń Gauthier nie potrafił stwierdzić na ile mały drapieżnik zostawił po sobie coś więcej niż tylko powierzchowne rany. A nawet te wymagały porządnego opatrzenia. Wcześniejszy atak śmiechu, gdy okazało się że jednym z ich prześladowców był utuczony dachowiec, nie negował jego troski o zdrowie Milo ani nie umniejszał zagrożeniu w jakim się znalazł. Prośba by zachował szczegóły ich wyjścia dla siebie była w jego oczach zbędnym kręceniem, niemniej przystał na to bez oporów.
- To jaką bierzemy wersję? Wściekła kuna? Macie tu jakiegoś fajnego drapieżnika, z którym chciałbyś wygrać solówkę? - dopytał, wbrew pozorom szczerze. Estella będzie miała pytania, razem z Diego potencjalnie byli gotowi urwać Dylanowi głowę za dopuszczenie do tej sytuacji, a więc musieli mieć konkretną wersję wydarzeń. Przez moment obserwował mężczyznę w milczeniu, a kiedy wracał wzrokiem na drogę w oczy rzuciła mu się deska rozdzielcza.
- Jest jakaś odwrotność wścieklizny? Bo chyba właśnie to złapałeś - wytknął po upewnieniu się, że dobrze widział, dopiero teraz orientując się, że dotychczas nie czuł potrzeby przypominania mu o przepisach drogowych. - Kiedy nauczyłeś się czytać znaki? - dopytał z uśmiechem, pomimo drobnej złośliwości brzmiąc jakby Rivera zaserwował mu niezwykle miłą niespodziankę. Szczerze nie spodziewał się by jedna rozmowa mogła mieć aż taki efekt.

Milo Rivera
tucha
25 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
sometimes I feel like the world's hardest working loser
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Sztywno wyprostowane plecy i głowa dla odmiany nie obracająca się we wszystkie strony były czymś nowym w kontekście Milo za kierownicą. Brak pasa był jego jedynym potknięciem przez niewyrobiony nawyk, ale tu również zaskakująco - obyło się bez komentarza. Rivera po prostu przyswoił prośbę i go zapiął. Od tak. Jakby coś, o co Dylan walczył zapamiętale przez ostatnie kilka miesięcy wreszcie wsiąkło i stało się zupełnie naturalne, pomimo że trzeba go było upomnieć.
一 To dobrze, bo wiesz że do gotowania mam dwie lewe ręce 一 wymamrotał bez humoru, usiłując zignorować nieprzyjemne ssanie w żołądku. Pozostawienie z Gauthierem świeżego śladu swojej obecności w cegielni było prawda, satysfakcjonujące, ale Milo nie był pewny czy warte takiego poświęcenia. 一 Trzymaj w górze, mówiłeś coś, że to pomaga.
Ślady kocich pazurów zdążyły w tym czasie napuchnąć, krew zaschnąć i przynajmniej zadrapania się nie jątrzyły, ale na spodniach po lewej stronie i kołnierzu przebijały ciemne plamy. Miał nadzieję, że Dylan znał jakiś magiczny domowy sposób na ich wywabienie, bo z Toronto przywiózł tylko tę jedną parę.
Na kolejną sugestię prychnął cicho pod nosem i nieco agresywniej zmienił pas, choć nie tak dynamicznie jak robił to do tej pory; widocznie było jeszcze za wcześnie i posiniaczony honor nie pozwalał mu na przyjęcie żartu.
Ktoś mignął mu światłami, na co zerknął jedynie przelotnie w lusterko i zmrużył zaraz oczy, trochę ślepnąc a trochę przez narastającą od środka irytację.

一 Palant zamiast mnie wyminąć mi mruga, co za... qué chingados haces, pendejo? A niech... niech spierdala 一 spuentował zaskakująco spolegliwie jak na dość nerwowy wstęp, ostatecznie złośliwie zwalniając i sprawiając, że upierdliwy kierowca chcąc nie chcąc musiał zjechać na drugi pas. Puchnąca ręka Gauthiera miała priorytet, należało dostarczyć ją do szpitala jak najprędzej i nie wydziwiać, pomijając już, że przecież i tak obiecał.
Łokciem oparł się o ramę okna od swojej strony, a gdy zwolnili i zatrzymali się przed skrzyżowaniem, oparł na nadgarstku głowę, drugą rękę trzymając na kierownicy i postukując dla rozluźnienia palcami. Kierowca który wcześniej tak bardzo się spieszył i świecił mu długimi po oczach stał teraz obok na tych samych światłach i patrzył na Milo w taki sposób, jakby to była tylko i wyłącznie jego wina.
Kiedy nauczyłeś się czytać znaki?
Milo wypuścił nerwowo powietrze nosem poruszając ostrzegawczo jego skrzydełkami. Potem nastąpiło głębokie westchnięcie i jego palce uspokoiły się na kierownicy. Przez parę sekund uparcie patrzył na tablicę rozdzielczą jakby spodziewał się lada moment zobaczyć na niej jakąś newralgiczną zapaloną kontrolkę.

一 Kiedy pierwszy raz sam ściągnąłeś przy mnie spodnie i powiedziałeś skąd masz pamiątkę 一 odparł trochę gorzko, trochę ze zrezygnowaniem, a po trochu z czymś, co można było uznać za prześwit powracającego humoru. 一 I kojot. Jeżeli mam dostać zjebę to chcę chociaż mieć z tego jakąś zajebistą historię.
Przechylił wreszcie głowę i spojrzał mu krótko prosto w oczy, szukając potwierdzenia, że Gauthier trzyma się jeszcze fotela i nie odpłynął z bólu. Zauważył kilka płytkich zadrapań na twarzy (być może powstałych przy skoku w pusty szyb windy) i pojedynczą łuskę trawy, na której na moment zawiesił wzrok. Miał ochotę mu ją wysupłać spomiędzy jasnych rozczochranych pasm już teraz, ale światła złośliwie zmieniły się w tej samej chwili i musiał wrzucić bieg.

一 Chcesz włączyć radio? Albo przeszukać schowek? Albo... w sumie co on tam trzyma? Weź otwórz.
Skręcili w prawo, regulaminowo z kierunkowskazem i całą celebrą, która mogła w pełni ucieszyć takiego służbistę jak Gauthier. Milo uwzględnił nawet pierwszeństwo nie wiedząc, że w ogóle potrafi brać automatycznie poprawkę na takie szczegóły, za to otrąbił sobie w zamian jakiegoś rowerzystę pchającego się na ulicę pomimo ścieżki rowerowej. Nie mógł przecież z dnia na dzień zmienić absolutnie wszystkich nawyków.

一 Może słucha jakiegoś dziadostwa albo... czekaj, na dole, jak sięgniesz... 一 Schowek kliknął gdy Dylan znalazł odpowiednie miejsce palcami i przez kilka sekund - Rivera spojrzał najpierw raz kątem oka, bo wyjątkowo patrzył na drogę, potem drugi raz, by się upewnić oraz trzeci, by stwierdzić, czy Gauthier również to widział - miał wrażenie, jakby nagle z ruchliwej ulicy w Sacramento trafił do zbiornika z lodowatą wodą.
Na stercie dokumentów, trzech paszportów i obok czegoś, co przypominało krótkofalówkę z jakiej obydwaj niegdyś korzystali w dzieciństwie leżała naładowana Beretta 80X Cheetah.
Milo przycisnął hamulec i zdrowym mięśniowym mechanizmem skręcił kierownicą w boczną ulicę unikając w ten sposób kolizji z autem, które wyrosło im przed maską, aczkolwiek kiedy zaciągał ręczny serce biło mu dwa razy szybciej niż normalnie z zupełnie innego powodu.

一 Cały? Kurwa przepraszam, nie chciałem, żeby wypadło, bo może, jakby... CZY TO JEST KURWA TO CO MYŚLĘ, ŻE JEST?!
Nic z tego co miało miejsce w ciągu ostatnich dwóch godzin nie było w planach. Począwszy od dziwnych wydarzeń z cegielni, kontuzji Dylana i ataku zdziczałego kota po przypadkowe znalezienie w schowku broni wraz z dokumentami, na których Milo również nie chciał choćby położyć ręki - wszystko to zdawało się tak surrealistyczne, że Rivera miał ochotę roześmiać się histerycznie i rozejrzeć za ukrytą kamerą.
Potrzebował chwili. Jeszcze raz spojrzał badawczo na otwartą kieszeń od strony pasażera, potem wrócił wzrokiem w kierunku prowizorycznie obandażowanej czym popadnie dłoni Gauthiera i podjął szybką decyzję. Zatrzasnął gwałtownie schowek i znów odpalił samochód, chodź bledszy niż parę minut temu.

一 Szpital. Najpierw ręka, później... później mogę się zastan... tak, zastanowić się. Teraz nie. Teraz szpital. Jedziemy do szpitala, Dylan.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oświetlone latarniami ulicznymi miasto posiadało odmienny klimat niż w te same budynki wdzięczące się w pełnym słońcu, chociaż życie zdawało się nie ustawać pomimo zmiany scenerii. Światła aut wyznaczały dalszą drogę, piesi spacerowali chodnikami, stoliki wciąż wystawione przez lokalami cieszyły się popularnością wśród rozgadanych mieszkańców. Gauthier doceniłby ten widok pewnie dużo bardziej, gdyby nie byli w drodze do szpitala, a większości jego uwagi nie przejmował fakt, że gdzieś w międzyczasie ktoś wymienił mu chłopaka na względnie spokojnego i opanowanego kierowcę. Prychnął z niedowierzaniem na sprawną deeskalację frustracji skierowanej w niecierpliwego migacza i zerknął przez tylną szybę, a później ponownie na Milo, jakby był świadkiem wyjątkowo zajmującej sztuki teatralnej i nie chciał ominąć żadnego szczegółu. Ponownie prostując się w miejscu oparł rękę o podłokietnik między siedzeniami, by wedle zaleceń wygodniej utrzymać dłoń z pulsującym nadgarstkiem w górze. Nawet jeśli na tym etapie nie czuł już większej różnicy - tak czy siak bolało, zwłaszcza gdy samochód poskakiwał na nierównościach nawierzchni.
Szczera odpowiedź względem powodów zachowania zasad ruchu drogowego jednocześnie potwierdziła podejrzenia Dylana, jak i dała radę go zaskoczyć. To miało sens i oczywiście był mu wdzięczny, jednak nie spodziewał się do końca, że Milo tak szybko weźmie sobie jego słowa do serca. Korzystając z chwilowego postoju, zdrową ręką odciągnął jego dłoń od kierownicy i musnął wargami zagłębienie przy kości nadgarstka.
- Merci beaucoup, mon chéri - mruknął wypuszczając jego rękę i uśmiechając się z nutą rozbawienia przez pełną świadomość, że to co sam uważał za najszczerszy język miłości dla Milo brzmiało zapewne jak kilka nieskładnych sylab wymieszanych z czkawką. - Ciekawe co jeszcze mogę osiągnąć ściągając przed tobą spodnie - dodał, tym razem szczerząc się już od ucha do ucha. Szczerze nie byłby sobą jakby odpuścił sobie taką okazję. Kiwając głową z pełną powagą przyjął wybór zwierzęcia, chociaż przerwał w połowie ruchu i oceniająco zlustrował mężczyznę siedzącego za kierownicą.
- Nawet zastawił na ciebie pułapkę - wytknął w zastanowieniu. - W sumie... masz coś z Pędziwiatra - zadecydował, tym chętniej przyjmując jego dramatyczną wersję wydarzeń. Nie zdążył w pełni zagłębić się w świat swojej bujnej wyobraźni zanim otrzymał bojową misję i chętnie sięgnął do schowka. Nie potrzebował dodatkowej zachęty by na wpół legalnie pogrzebać komuś w rzeczach, zwłaszcza za czyimś pozwoleniem. Fakt, że nie otrzymał go od właściciela nie miał już aż tak wielkiego znaczenia. Klapka schowka odskoczyła i Dylan pociągnął ją palcami w dół by otworzyć szufladkę w pełni, tylko by poderwać dłoń z miejsca jakby ta go poparzyła.
To nie tak, że nigdy nie widział broni na żywo. Już podczas obozów harcerskich uczestniczył w spotkaniach z patrolem leśnym, nawet przeszedł przez pokazowe podstawy strzelania z karabinu, w tym momencie czuł się jednak jakby zobaczył coś, czego absolutnie nie powinno tam być i reakcja Milo, na którego spojrzał w pierwszym szoku, jedynie go w tym upewniła. W następnym instynkcie chciał zatrzasnąć schowek i odsunąć się od niego jak najdalej. Nie zdążył zrobić ani jednego, ani drugiego, gdy samochód szarpnął i pisnął hamulcami, a świat na chwilę zniknął Dylanowi sprzed oczu wraz z instynktownym zaciśnięciem powiek. Serce stanęło mu w gardle, rzeczywistość zawirowała, ciało przygotowało się na najgorsze i dopiero po ostrożnym oddechu zdał sobie sprawę, że stali bezpiecznie w bocznej uliczce. Z mdłościami naciskającymi na tył gardła, niezdrowym chłodem zalewającym górną połowę ciała i drżeniem wszystkich kończyn powoli odnalazł się w sytuacji. W momencie przyhamowania instynktownie wyrzucił rękę w bok, na wskroś klatki piersiowej Milo, by przytrzymać go w miejscu w razie jakby pas miał nie spełnić swojej roli. Niefortunnie była to ręka z pokiereszowanym nadgarstkiem, który po minięciu zagrożenia zbuntował się za takie traktowanie i odpowiedział zastrzykiem świeżego bólu. Krzywiąc się Dylan przełknął ślinę, cofnął rękę i skinął głową w ramach potwierdzenia, że owszem, był cały, nawet jeśli chwilowo jego ciało jeszcze nie było tego takie pewne.
- Wszystko gra - zapewnił pospiesznie, pomimo gwałtownej reakcji w miarę sprawnie dochodząc do siebie. Takie sytuacje się zdarzały, zwykle był na nie nieco bardziej przygotowany i nie znosił ich tak źle, jednak nieproszony gość w schowku rozproszył go na tyle by wziął szybkie hamowanie za potencjalny wypadek. Rzucił okiem z powrotem na broń i papiery, które na pierwszy rzut oka nie wróżyły nic dobrego, i w parę sekund otrząsnął się z resztek zawieszenia.
- To jest... Po co mu... Milo, czym on się zajmuje? - dopytał znacznie ciszej niż Rivera, nie odrywając wzroku od czarnego, połyskującego metalu jakby spodziewał się, że pistolet zniknie jeśli go nie przypilnują. Chociaż to wydawałoby się tym lepszym scenariuszem. Nagłe zamknięcie schowka przeciągnęło jego niepewne spojrzenie z powrotem na Milo. Przez chwilę obserwował go z zaciśniętymi wargami, rzucił okiem na ruch jego rąk by upewnić się, że jest w stanie prowadzić pomimo szoku, a po wstępnych oględzinach odetchnął i spojrzał przed siebie.
- Szpital - zgodził się, opierając głowę o zagłówek i przez resztę drogi starając się nie patrzeć zbyt często w stronę schowka.

Z myślami pędzącymi szybciej niż prowadzony według limitów prędkości samochód Dylan siedział na krześle w poczekalni, stukając palcami w kolano znajdującego się obok Milo. Izba przyjęć nie pękała w szwach, chociaż mieli chwilę przed wywołaniem przez pielęgniarki. Jakby upadek z piętra, uciekanie oknem, znalezienie broni w pożyczonym samochodzie i nawrót traumy nie były wystarczające, przytłaczająco białe ściany i zapach szpitalnego środka do dezynfekcji budziły do życia lęk, z którym nie umiał wygrać pomimo kształcenia się w kierunku medycznym. Nienawidził szpitali. Szczęśliwie nie sięgało to tego poziomu by odmawiał wchodzenia do środka, jednak cała szpitalna atmosfera wybijała jego nerwy do granicy wytrzymałości.
- Wara odmówić, żeby cię obejrzeli, rozumiemy się? - upewnił się z wzrokiem wbitym w kroplówkę należącą do innego pacjenta, jakby spodziewał się, że ta rzuci się na niego z zębami. - Nie obchodzi mnie ile to kosztuje, masz stąd wyjść opatrzony i z pewnością, że nie dorobiłeś się tężca - wytknął swoje warunki, gotowy wziąć te rachunki na siebie. W temacie zdrowia Milo nie planował iść na żaden kompromis.

Milo Rivera
tucha
25 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
sometimes I feel like the world's hardest working loser
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Szpitalna izba przyjęć posiadała w sobie coś z miejsc, w jakich Milo spędził pewną część swojego dzieciństwa. Podobnie wyglądały poczekalnie w urzędach, po jakich ciągano go celem złożenia dokumentów, których treści wówczas nie rozumiał. Niemal identycznie kojarzyły mu się chłodne korytarze ośrodków dla nielegalnych migrantów, a także ponure, osobliwie puste pomimo obecności innych dzieciaków bidule, o jakie odbijał się regularnie pomiędzy jednym domem a drugim.
Nie tylko Dylan dostawał dreszczy, nawet jeżeli mieli różne powody.
Bogatszy o nową wiedzę i testując świeższe podejście, Milo nie tylko akceptował postukiwanie jego palców o swoje kolano, ale również w przypływie nagłego przebłysku empatii, przerzucił mu luźno rękę przez ramiona tak, jakby chciał go jednocześnie objąć i starał się zachować kulejące pozory, że nie są parą.
Kierowniczka zmiany przyjmująca ich chaotyczne wyjaśnienia zdawała się wiedzieć swoje i patrzyła na nich podejrzliwie zza okularów i krzyżówki, oraz z pułapu swojego podium za ladą recepcyjną. Rivera nie znosił tego rodzaju spojrzeń, ale miał obecnie inne problemy na głowie by zżymać się na znudzoną pielęgniarkę rok przed emeryturą.
一 Najpierw sprawdzimy co z twoją ręką 一 uparł się przy swoim, patrząc wszędzie tylko nie na Dylana; myśl o rachunku uplasowała się wysoko na liście jego zmartwień. Oszczędności, o ile można tak było mówić o skromnych siedmiuset dolarach z domieszką paru centów, jakie udało mu się uzbierać przez cały zeszły rok, mogły potencjalnie pokryć koszty znieczulenia i nastawienia Gauthierowi nadgarstka, ale wątpił aby wystarczyło na grzebaninę w jego kocich zadrapaniach. 一 Nie martw się, zapłacę. Mam coś na koncie, a to wszystko to zresztą moja... Gauthier tutaj, już idzie! 一 przerwał w pół zdania, bo z gabinetu wyjrzał właśnie ortopeda i chociaż przekręcił nazwisko, Rivera rozpoznał zamerykanizowany wariant. 一 Zaczekam na ciebie w...
一 Rivera?
Kolejna głowa wychyliła się z gabinetu na przeciwko. Tym razem była to energiczna kobieta, z rudymi i ściętymi do ramion włosami, a intuicja podpowiadała mu, że w przeciwieństwie do dość spolegliwie wyglądającego kolegi miała o wiele mniej cierpliwości. Przypadkiem nawiązał z nią kontakt wzrokowy i chociaż chwilę wcześniej otwierał usta by zaprotestować, szybko zmienił zdanie.

一 Poważnie? Umówiłeś mnie na... nieważne. Zaczekaj na mnie przy recepcji jeśli wyjdziesz pierwszy, rozliczy...
一 Milo Francisco Rivera do gabinetu!
Zdążył posłać Gauthierowi dość jednoznaczne spojrzenie oznaczające, że być może tym razem przegrał, ale nie zamierzał szybko o tym zapominać. Nie miał również zamiaru sprawdzać gdzie leżała granica cierpliwości pani doktor, która obserwowała go ponaglająco wskazując na wnętrze gabinetu, w którym zniknął chwilę później.


Uparł się na brak znieczulenia i chociaż nie planował się do tego przyznać - żałował. Każdą komórką swojego ciała, nadwrażliwego i sensorycznego ponad normę w zwyczajnych okolicznościach, a co dopiero podczas opatrywania poszarpanych, zaognionych ran.

一 Zwierzę? 一 zapytała doktor Marlow, jeżeli etykietka na jej piersi nie kłamała.
一 Kojot 一 odparł płasko, udając, że wcale nie interesuje go proces zakładania szwów na szramę na udzie.
一 Kot 一 poprawiła go równie cierpko i gdyby tylko nie siedział przed nią w cudacznych bokserkach w kosmiczne rakiety, Milo być może wdałby się w dyskusję. 一 Na pewno nie chcesz znieczulenia?
一 Nie 一 burknął dotkliwie ugodzony w i tak podkopane męskie ego. 一 Wystarczyłoby po prostu odkazić, wyliżę się.
Kobieta mruknęła coś niekomunikatywnie, a Milo odpowiedział czymś bardzo podobnym i przez chwilę siedzieli w ciszy pachnącej gorzko środkami do dezynfekcji zabiegówki. Słyszał nawet jak w sali obok piszczy aparatura.
Trzy szwy ciągnęły skórę nieprzyjemnie, a gdy zdawało mu się, że Marlow skończyła z pietyzmem dłubać w każdej ranie, Rivera wyprostował się sztywno na krześle i odetchnął z ulgą.

一 Będzie miał panu kto podać zastrzyki?
Szykujący się powoli do wyjścia Milo przerwał wciąganie bluzy przez głowę i spojrzał na nią tak, jakby dosłownie parę sekund temu zmieniła przed nim kolor.
Zastrzyki?

一 Jakie zastrzyki? Przecież to tylko kilka szwów, nie rozumiem.
一 Przeciw wściekliźnie. Kojoty mogą przenosić choroby, zakładam, że ma pan tego świadomość.
Rzadko zdarzało się by Milo tracił głos, często dyskutował choćby dla samej sztuki i z głupiego uporu. Teraz? Jedno spojrzenie na twarz Marlow wystarczyło by odechciało mu się pyskówki.
Nerwowo przełknął ślinę i wzruszył ramionami.

一 Zaraz podam panu pierwszy, kolejne cztery trzeba będzie zaaplikować w odstępie kilku dni. Dostanie pan rozpiskę do domu.
Roześmiał się niekontrolowanie i wzbił spojrzenie prosto w sufit zastanawiając się, czy w tym czasie Dylan miał więcej szczęścia w drugim gabinecie. Jednocześnie wiedział, że gdyby odmówił i Gauthier dowiedziałby się o tym jakimś dziesiątym zmysłem czekałaby go większa upierdliwość niż seria szczepionek przeciwko wściekliźnie, więc po prostu skinął krótko głową.
Ukłucie było nieprzyjemne, ale nie szczególnie bolesne. Skrzywił się rzecz jasna i sapnął zniecierpliwiony czując jak podawany środek trafia w niezbyt imponujący mięsień, a po wszystkim z niezadowoleniem docisnął gazik do ramienia obiecując, że nie wyrzuci go od razu po wyjściu z gabinetu.
Naturalnie to właśnie zrobił - trafił popisowo do pierwszego kosza zaraz obok maszyny z napojami. Czuł się dokładnie tak, jak wyglądał: wygnieciony i bledszy
.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zanim zdążyli rozkręcić się w dyskusji na temat płatności za opiekę medyczną, co samo w sobie brzmiało absurdalnie dla Kanadyjczyka z krwi i kości, zostali rozdzieleni do dwóch gabinetów z wiszącą w powietrzu obietnicą kontynuacji tej rozmowy kiedy znowu się spotkają. Dylan dołączył do mężczyzny przytrzymującego dla niego drzwi, w drodze na kozetkę potwierdzając swoją tożsamość oraz rodzaj urazu z jakim się tam pojawił. Zapytany o okoliczności wypadku na chwilę się zawiesił, okrajając mentalnie co mógł mu powiedzieć, a czego nie powinien.
- Upadłem - wyjaśnił zwięźle, odsłaniając przed lekarzem improwizowane usztywnienie.
Niski, ochrypły śmiech wieloletniego palacza odbił się od bezdusznych ścian, zaskakując Dylana dostatecznie by sam prychnął, zapominając na chwilę gdzie i dlaczego się znajdował. Moment rozluźnienia atmosfery zdjął ze spiętych ramion trochę ciężaru, a seria rutynowych pytań podczas rozmontowywania zawiłej konstrukcji opatrunku pozbawiła go chęci wstania i ucieczki z powrotem do poczekalni. Zamknięte gabinety i sale szpitalne działały na niego znacznie gorzej niż otwarte przestrzenie. Podczas gdy małomówny, acz wyraźnie rozbawiony ortopeda po dokładniejszych oględzinach stwierdził skręcenie nadgarstka bez całkowitego zerwania wiązadła i zabrał się za znacznie bardziej profesjonalne opakowywanie jego ręki w bandaż, Dylan odwracał swoją uwagę wodząc wzrokiem po zaopatrzeniu gabinetu i wyliczając znajome nazwy specyfików i sprzętów. Po drodze zwrócił uwagę na wiszący na ścianie kalendarz z trzykrotnie zakreśloną datą i wziął się za coś, co wychodziło mu najlepiej - gadanie.
Odbierając przepisane leki przeciwbólowe i kartkę z zaleceniami, Gauthier prowadził już intensywną dyskusję na temat prezentu dla żony doktora Hansena na zbliżającą się rocznicę ślubu, a żegnając się z mężczyzną w progu gabinetu polecił mu przekazanie pani doktorowej najlepszych życzeń. Tak oto spotkał się w Milo z powrotem w recepcji - z ręką w stabilizatorze, z uśmiechem i znacznie spokojniejszy niż kiedy ostatnio się widzieli. Być może szybko działające leki przeciwbólowe także miały z tym coś wspólnego.
- I jaki werdykt? Hej... Wszystko gra? Co oni ci tam zrobili? - dopytał, zauważając wyraźnie rzucający się w oczy brak koloru na zwykle muśniętej złotem skórze. Sam zdążył odzyskać nieco stabilności, jeden problem z głowy i zostawienie za sobą ciągłego, pulsującego bólu dały radę go ożywić. - Chodź, ogarniemy to do końca i wracamy do domu. Ja płacę i nie - podniósł palec zdrowej ręki by ogłosić swoją niechęć do dyskusji - zanim zaczniesz się wykłócać, miejmy to z głowy, wszelkie obiekcje przerobimy później, hm? - zaoferował drogę na skróty, nie zamierzając zostawać tam dłużej w celu dokładnego obgadania kwestii finansów. Zwłaszcza, że sam uparł się przy wysłaniu Milo na oględziny.
Daleko mu było do zarabiania kokosów, a ograniczone godziny przez równoczesne studiowanie nie rozpieszczały, mimo to posiadał w miarę komfortowe plecy w razie sytuacji awaryjnych dzięki ciągłemu wsparciu ojca pozwalającemu mu na odkładanie oszczędności. A co jak co, upadek w szybie windy i atak zdziczałego kota w jego słowniku liczyły się jako dokładnie takie niespodziewane wydatki.
Całkowicie się zapominając, w drodze do recepcji trzymał dłoń w dole pleców Rivery, chociaż zamiast w pełni ją oprzeć zostawił parę milimetrów przestrzeni, mając wrażenie, że to jeden z tych nastrojów podczas których mógł zostać osyczany.
Czekając na pełne rozliczenie Dylan wyjął telefon by pogrzebać w swoich finansach, kontach i wymianach walut.
- Swoją drogą bez sensu, że trzeba to jeszcze przewalutować, mogliby już się do-... - urwał, gdy dwie podsunięte przez recepcjonistkę kartki z rozpiską kosztów za każdego z nich dobiły do wesołych pięciu tysięcy i pięciuset dolarów z groszami za jeden wieczór w opuszczonej cegielni. Gauthier przez chwilę poczuł się jakby znowu jadąc samochodem zahamował zdecydowanie zbyt gwałtownie. Ewentualnie jakby miał zawał. Wziął oddech w kłujące z szoku płuca, rzucił niedowierzające spojrzenie na Milo zanim ponownie przyjrzał się rachunkom. Dopiero kiedy po drugim przeczytaniu zdał sobie sprawę, że lwią część kosztów przejmowały zastrzyki na wściekliznę, odetchnął głębiej by doprowadzić się do porządku. To, chociaż boleśnie, był w stanie przełknąć. - Okay. Jasne, moment - zebrał się w sobie i posłał już zniecierpliwionej pielęgniarce uprzejmy, jeśli trochę blady uśmiech, po czym ponownie rzucił okiem na Riverę, gdy czekał aż szybkie przelewy przeskoczą z konta na konto.
- Nie żartowałeś, nieźle się tu cenią - mruknął, tradycyjnie z humorem nawet jeśli nie do końca sięgał jego oczu. Te były spokojne, niemalże stoickie. Znał ten tryb. Funkcjonował w nim latami, gdy będąc w sytuacji stresowej z innymi osobami, zwłaszcza swoimi bliskimi, robił co się dało by dać reszcie wrażenie, że ma wszystko pod kontrolą. Nawet jeśli wymagało to bardzo szybkiego pozbycia się wszystkich swoich oszczędności.

Milo Rivera
tucha
25 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
sometimes I feel like the world's hardest working loser
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Widok Dylana z założonym stabilizatorem z jednej strony sprawił, że coś nieprzyjemnie drgnęło mu w żołądku, a z drugiej uspokoił jakiś nerw, który co chwilę kierował jego spojrzenie w stronę zamkniętych drzwi gabinetu. Po kontrolnym rzuceniu okiem na twarz Gauthiera Milo wywnioskował nawet, że ból nie dokuczał mu już tak jak w samochodzie, zwłaszcza, że chwilę później po raz kolejny rozgorzała dyskusja. Istotnie musiał być w lepszej formie, skoro miał siłę na wykłócanie się z takim zaangażowaniem, wobec którego Rivera po prostu skapitulował. W przeciwieństwie do niego on nie pokusił się o coś przeciwbólowego i poza bardzo nieprzyjemnym, ostrym uczuciem ściągnięcia w okolicach co głębszych ran miał wrażenie, że jego mięśnie zaczynały tracić przyczepność do kości. Paskudne mrowienie i odrętwienie bliżej lewego uda i barku podpowiadało mu, że to będzie ciężka noc.
一 Uparła się, żeby wyszczepić mnie w razie wścieklizny 一 poskarżył mu się na ucho, nie chcąc by doktor Marlow usłyszała, że utyskuje. 一 Nie wiedziałem co powiedzieć, spanikowałem!
Postawiony niemal dosłownie pod ścianą stracił rezon, a zmuszony przyznać się do braku asertywności wcale nie był szczęśliwszy, dlatego nawet nie zauważył, że po drodze przez szpitalny korytarz Dylan zrezygnował na chwilę z trybu incognito i jego ręka powędrowała w miejsce, którego Milo nie nazwałby strefą koleżeńską. Chwilowo żył w swojej bańce i odtwarzał w zapętleniu krótką wizytę w gabinecie, stąd nie zwrócił większej uwagi na to, co działo się przy ladzie. Sam nigdy wcześniej nie był w szpitalu więc przyjął, że wydadzą im odpis i wystawią rachunek, choć nigdy nie przypuściłby, że obrośnie on w dodatkowe zera.

一 Hmm? Na pewno, wiesz 一 mruknął rozkojarzony, a pojedyncza zmarszczka między brwiami zdradziła, że Milo na powrót usiłował zakotwiczyć się w rozmowie. 一 W Ameryce można umrzeć na wyrostek robaczkowy, jeżeli nie masz pieniędzy. Ile wyszło? Podzielimy na pół, mam siedem stów na koncie.
Jego głębokie przekonanie o tym, że śmieszna kwota jaką uzbierał wystarczyłaby na pokrycie połowy kosztów ich wizyty w amerykańskim szpitalu było niezachwiane, głównie dlatego, że nigdy wcześniej nie miał bezpośredniej styczności ze służbą zdrowia. Jego przypuszczenia nie przekraczały kwoty tysiąca dolarów.
Gdyby wiedział, zapewne nie pozwoliłby się zaszczepić. Jeśli miałby choć nikłe pojęcie, opieprzyłby Gauthiera za aktorzenie, ale za dobrze grał - nieszczęsne lata praktyki - a Rivera był już tak odrealniony, że większość energii przekierował na uporządkowanie priorytetów i wstępne plany co do reszty wieczora. Zawartość schowka w samochodzie Camareny wciąż nie dawała mu spokoju.


Podczas drogi powrotnej musiał być już na etapie niechętnej akceptacji rzeczywistości w jakiej się znalazł i widać ochłonął na tyle, by uwzględnić mniej niezbędne potrzeby. Z przyciszonego radia płynął jakiś muzyczny wypełniacz na jaki Milo nie zwracał za bardzo uwagi, a który włączył wyłącznie dla komfortu Dylana.
W powietrzu wciąż unosił się zapach środków dezynfekujących naniesiony ze szpitala i rozmowy, do której próbował zabrać się od dobrych paru minut. Podjął się jej dopiero gdy zatrzymali się pod pogrążoną w ciemności kamienicą Estelli, na pustym podjeździe. Nocna mżawka zaczęła osiadać na szybie i dopiero wówczas Milo zdał sobie sprawę z tego, że w ogóle pada.

一 Czekaj chwilę 一 odezwał się, kiedy Gauthier sięgał w stronę klamki, samemu wyciągnął się nawet w fotelu i chwycił go za zdrowy nadgarstek. To był odruch, choć nie wiedział w którym momencie się go nabawił. Palce drgnęły mu na ręce Dylana, ale ich nie cofnął, jedynie uniósł wreszcie wzrok i spojrzał mu w oczy. 一 Moglibyśmy... możemy porozmawiać o tym co się stało?
Nie lubił takich rozmów. Nie było sposobu by zacząć je w sposób, jaki nie wywracałby człowiekowi całego żołądka na lewą stronę i Milo o tym wiedział, być może dlatego jego dłoń wciąż pozostawała w miejscu.

一 Chcę powiedzieć, że to moja wina, to co się stało w cegielni i to, że nie sprawdziłem... to był mój błąd, nie powinienem był zakładać, że skoro te kilka lat temu było bezpiecznie teraz też jest, i... ja naprawdę cholernie cię przepraszam, tak... nie chciałem, żeby tak wyszło. Miało być inaczej.
W jego wyobrażeniu obydwaj powinni być o tej porze na dachu i oglądać gwiazdy i gasnącą panoramę miasta. Wizyta na szpitalnym oddziale ratunkowym nie była w planach, tak jak broń wciąż znajdująca się w schowku.
Wykonał taki ruch, jakby chciał zabrać rękę, ale finalnie tylko zacisnął mocniej palce na przegubie Gauthiera, być może w wyuczonej obawie, że jeżeli tego nie zrobi - pozwoli by dystans wżarłby się w relację i wykreślił ją z czasem jak pozostałe.

一 Mam trochę inne doświadczenia z dzieciństwa i chyba inaczej widzę... chodzi mi o to, że nie chciałem, żeby coś ci się stało.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza doprawiona wyłącznie warkotem silnika i płynącą z radia muzyką towarzyszyła im przez całą drogę ze szpitala. Nie należała do tych ciężkich, przynajmniej nie z perspektywy Dylana, który próbował przetrawić wszystkie wydarzenia minionego dnia, ułożyć je w głowie w mniej chaotyczny stosik i odizolować sprawy wymagające dalszej uwagi. Jak przykładowo zawartość schowka tuż nad jego kolanami, aktualnie traktowanego przez Gauthiera jak tykająca bomba. W teorii kompletnie go to nie dotyczyło, znał Diego od paru dni, za kilka następnych ponownie zniknie z jego życia i kto wie kiedy i czy w ogóle jeszcze się spotkają, niemniej sama reakcja Milo starczyła by uważał to za aktywny problem. Mniej nagląca wydawała mu się kwestia kwoty, jaką zostawił w szpitalu, a o którą pytanie zbył zapewnieniem, że później to przeliczą. Najważniejszymi faktami w tej sprawie było to, że otrzymali niezbędną pomoc, a szczęśliwie Dylan miał przy sobie dość kasy, by rachunki nie ciągnęły się za nimi przez następne miesiące. Cała reszta była do dogadania i przyswojenia, jednak wszystko w swoim czasie.
Zorientował się, że są już na odpowiedniej ulicy dopiero kiedy samochód ucichł, a muzyka została zastąpiona ledwie słyszalnym stukaniem deszczu o przednią szybę. Prawdę powiedziawszy doceniłby dłuższą trasę, podczas której może zdążyłby lepiej ułożyć myśli, z drugiej strony obaj potrzebowali odpoczynku i wolałby zapakować się w Riverą pod pierwszy lepszy koc niż dalej trzymać go za kółkiem. Z westchnieniem odpiął pas i zaczął sięgać w stronę klamki, kiedy ciepła dłoń owinęła się wkoło jego nadgarstka.
- Jasne - potwierdził od razu, z łagodnym zaskoczeniem odrywając wzrok od trzymających go w miejscu palców by zajrzeć w intensywne, brązowe oczy. Potencjalnych tematów było od groma, a personalnie stawiał, że nadszedł czas na poruszenie kwestii ich małego znaleziska. Nigdy nie był dobry w gry hazardowe.
Pozwolił mu mówić bez przerywania, chociaż drobna zmarszczka między brwiami sugerowała, że miał na to ochotę przynajmniej raz. Ostatecznie pierwszym co wypłynęło z jego ust był ciężko wypuszczony oddech, gdy zaczął kręcić głową z niewielkim uśmiechem na ustach.
- Doceniam, że nie chciałeś, żeby coś mi się stało. W przeciwnym wypadku mielibyśmy chyba jakiś głębszy problem do przegadania - zauważył, przesuwając się na fotelu by ustawić się bardziej przodem do Milo i wychylić w jego stronę. Przycisnął wargi do czoła mężczyzny i został tak na chwilę dłużej, z nosem wciśniętym w okurzone loki. - Nie jesteś jasnowidzem, Milo. Pakując się do tego budynku obaj znaliśmy ryzyko... no, być może nie przewidzieliśmy pułapek i kotów, ale wiesz o co chodzi. Znasz to miejsce, więc założyłeś, że będzie tam bezpiecznie, a ja genialnie założyłem, że dam radę wylądować na nogach, a nie na nadgarstku... Muszę popracować nad formą... - wymamrotał w połowie myśli i pokręcił głową by wrócić na wcześniejsze tory. - Dążę do tego, że nie masz mnie za co przepraszać, okay? Na następne wycieczki będziemy lepiej przygotowani.
Popełnili tego dnia kilka błędów, można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że byli głupi, a to często niosło za sobą nieplanowane koszty. Koniec końców żadnego z potknięć nie uznałby za winę Milo - jak już wynikało to ze wspólnego, błędnego ocenienia sytuacji i pakowania się w nią dalej.
- Dla mnie liczy się to, że wyszliśmy stamtąd cali. I przy okazji mamy za sobą niezapomniany wieczór. Ten dziki kojot naprawdę był wielki - podkreślił z rozbawionym uśmiechem i zniżonym tonem, jakby opowiadał straszną historię przy ognisku na obozie harcerskim. Dla wyćwiczonego oka pod warstwą pozytywnego nastawienia zauważalne było przejmujące go zmęczenie. Adrenalina wytrąciła się z jego ciała, ból przytłumiły zatrważająco drogie środki przeciwbólowe, lęk o potencjalne, odzwierzęce choroby zniknął wraz z wiadomością o szczepionce podanej Milo wbrew jego woli, zostawiając go z nagłą, ciężką pustką. Oczywiście odczuwał pewną ulgę, zawód kosmicznym wydatkiem, zmartwienie ranami, które będą goić się jeszcze jakiś czas, jednak nic z tego nie trzymało go dalej w stanie w alarmu. Jedynie z tyłu głowy wciąż kłuła go świadomość odpoczywającej w schowku broni. Kątem oka zerknął w kierunku problemu, przez przednią szybę i z powrotem na Riverę.
- Zamierzasz pogadać z Diego?

Milo Rivera
tucha
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”