ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

004.
Chrissy Williams


Plotka przypominała czasem pleśń. Nie pojawiała się od razu, nie miała jednego konkretnego momentu, w którym można było powiedzieć: oto jest. Najpierw była tylko wilgocią gdzieś pod powierzchnią, ledwie wyczuwalną zmianą zapachu, czymś, co można było zignorować, dopóki nie zaczęło wracać. Potem wychodziła na wierzch w najmniej odpowiednim miejscu. Mała plama na ścianie. Ciemniejszy ślad przy suficie. Coś, czego wcześniej nie było i czego nikt oficjalnie nie chciał zauważyć.
Tak samo było z Claire.
Na początku Ginny słyszała jej imię przypadkiem. Pojedynczo. W półsłówkach. Rzucone gdzieś między pogodą a rachunkami, między drzwiami windy a skrzynką na listy. Potem zaczęło pojawiać się częściej. Najpierw dwa razy w ciągu tygodnia, później kilka razy dziennie. Claire przestała być kobietą z mieszkania obok. Stała się tematem. A kiedy człowiek przestawał być człowiekiem i zaczynał być tematem, reszta przychodziła już zaskakująco łatwo.
Pojawiały się szczegóły, których nikt nie pamiętał, skąd zna. Ktoś widział ją późnym wieczorem. Ktoś inny twierdził, że od kilku dni zachowywała się dziwnie. Jeszcze ktoś wspominał o samochodzie zaparkowanym przed budynkiem, choć nie potrafił powiedzieć, jakiej był marki. Zwykłe, nieistotne drobiazgi, które w odpowiednim towarzystwie zaczynały układać się w coś przypominającego historię.
Ginny zawsze uważała, że ludzie mają niepokojącą potrzebę dopowiadania końcówki tam, gdzie brakuje im początku.
Może dlatego zaczęła zwracać uwagę.
Nie na tyle, żeby pytać. Jeszcze nie. Raczej obserwowała. Z własnego mieszkania, przez szybę okna, przez krótkie spojrzenia rzucane przy wychodzeniu z budynku. Zbierała drobne fakty tak, jak zbierało się martwe owady do pudełek – ostrożnie, bez emocji, nadając im miejsce i nazwę, choć czasami nazwa była jedyną rzeczą, której naprawdę brakowało.
Tego popołudnia wyszła na korytarz tylko po przesyłkę.
Korytarz był pusty i cichy w ten specyficzny sposób, w jaki ciche bywają miejsca zamieszkałe przez zbyt wielu ludzi. Gdzieś za jednymi drzwiami pracował telewizor. Za innymi ktoś przesuwał mebel. Winda buczała gdzieś piętro niżej, zatrzymując się kolejno tam, gdzie nikogo nie było.
I wtedy ją zobaczyła.
Kobietę stojącą przy windzie.
Znała ją. A właściwie znała jej twarz, jedną z tych twarzy, które przez lata stają się częścią krajobrazu budynku, choć nigdy nie udaje się przypisać do nich właściwego imienia. Mijała ją wystarczająco często, by rozpoznawać sposób, w jaki poprawiała włosy, sposób, w jaki trzymała telefon, nawet ten charakterystyczny ruch głową, kiedy czekała na windę. Ale imię pozostawało gdzieś poza zasięgiem pamięci.
Ginny zwolniła.
Mogła przejść obok. Właściwie powinna.
Jeszcze kilka kroków i znalazłaby się przy schodach. Jeszcze kilka i cały pomysł zniknąłby równie łatwo, jak się pojawił. Mogła wrócić do mieszkania, rozpakować przesyłkę, postawić wodę na herbatę i pozwolić, żeby budynek dalej żył własnymi historiami.
Zamiast tego zatrzymała się.
– Przepraszam.
Kobieta odwróciła głowę.
Ginny podeszła bliżej i przez krótką chwilę szukała w pamięci jej imienia. Nic. Pusta półka. Miała twarz, głos, kilka przypadkowych wspomnień, ale imię gdzieś się rozmyło.
– My... chyba mieszkamy w tym samym budynku od jakiegoś czasu, prawda?
Zdanie zabrzmiało jeszcze gorzej, kiedy już wyszło z jej ust.
Oczywiście, że mieszkały. Ginny niemal poczuła, jak jej własna inteligencja opuszcza korytarz przez najbliższe okno.
– Kojarzę panią, tylko... przepraszam. Zupełnie wyleciało mi z głowy imię.
Krótka pauza.
– Chrissy?
I właśnie wtedy rozmowa powinna była się skończyć.
Ginny mogła się uśmiechnąć, rzucić jakieś niezobowiązujące „miłego dnia” i odejść. Byłoby normalniej. Rozsądniej. Bardziej zgodnie z zasadami, których przez lata nauczyła się przestrzegać – nie pytać ludzi o rzeczy, które nie należą do niej, nie zaglądać za cudze drzwi, nie próbować naprawiać świata, który nawet nie prosił o naprawę.
Tyle że Claire nie była już tylko cudzym światem.
Jej imię zaczęło pojawiać się zbyt często.
Ginny opuściła wzrok na chwilę. Zobaczyła w swojej dłoni kopertę, którą przez cały ten czas ściskała mocniej, niż było to potrzebne. Papier był lekko zagięty przy rogu.
Nie była nawet pewna, czy to ciekawość.
Może chodziło o ten szczególny rodzaj dyskomfortu, który pojawia się wtedy, kiedy wszyscy wokół zachowują się tak, jakby coś wiedzieli, a ty jesteś jedyną osobą, która nie dostała odpowiedniej części układanki.
Podniosła wzrok.
Chrissy milczała.
Ginny również.
Przez kilka sekund korytarz wypełniały tylko odległe dźwięki budynku – szum wentylacji, czyjeś kroki na schodach, pojedyncze piknięcie windy jadącej gdzieś w górę.
– Słyszałaś plotki o Claire? – Niewinne pytanie zabrzmiało między nimi. Kolejne, które padło w ostatnim czasie na korytarzach tego budynku.
27 y/o
For good luck!
173 cm
rejestratorka w Mount Sinai Dental
Awatar użytkownika
i like your soul when it's shirtless
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os.
czas narracjizazwyczaj przeszły
postać
autor

Od jakiegoś czasu Chrissy bała się wsiąść do windy. Mniej więcej tydzień temu utknęła w niej razem z jednym z najmniej pożądanych ludzi świata i powiedzmy, że miała po tym wydarzeniu małą traumę. Nie bała się, że utknie ponownie. Wiedziała już, jaki guzik należy nacisnąć, aby wezwać pomoc, i uznała, że zapobiegawczo powinna wychodzić z domu najedzona. Ewentualnie, z batonem w kieszeni. Nie, chodziła w górę i w dół po tysiącach schodów, bo absolutnie nie miała ochoty ponownie spotkać Teddy Darling. Przemądrzałe byłe zdecydowanie należały do kategorii persona non grata, także w publicznej windzie. Chrissy zatem marnowała każdego dnia jakieś jakieś kilkanaście minut, by zbiec po schodach, a potem się po nich wspiąć, robiąc przerwy mniej więcej co sześć schodków, by złapać oddech, a na koniec wspomagając się rękami przy unoszeniu nóg. Czy to wpłynie pozytywnie na jej zdrowie? Może, gdyby skupiła się na tym, co robi, by tak było, ona jednak walczyła o przetrwanie, więc prędzej nabawi się zwyrodnienia kolan.
Dziś jednak przyszedł sądny dzień. Chrissy zrobiła zakupy - taszczyła dwie ciężkie torby pełne pierdół potrzebnych jej do przeżycia i ostatnie, czego chciała, kiedy stała patrząc ze łzami w oczach na wznoszące się przed nią schody, to wspinanie się na jej buk-wie-które piętro objuczona niczym osioł. Trzy razy zmieniała zdanie, trzy razy podchodziła do windy i kapitulowała w ostatniej chwili przed wciśnięciem guzika. Gdy winda zjeżdżała na dół, odskoczyła jak oparzona i schowała się za winkiel korytarza, modląc się w duchu, by to nie była Teddy i by przypadkiem nie chciała urządzić sobie spaceru po klatce schodowej. Nie była. Chrissy uznała to za idealną okazję, by wsiąść do windy i odjechać, nim ktokolwiek inny zdąży się dosiąść.
Gdyby tylko ta jedna jędza jej nie zaczepiła.
Williams raczej była miła dla ludzi. Był to już pewnego rodzaju wyuczony nawyk, prawdopodobnie wynikający z pracy w klinice dentystycznej. Obsługiwała pacjentów, więc musiała być dla nich miła, cierpliwie odpowiadać na ich pytania i wątpliwości dotyczące leczenia, ściemniając, że absolutnie wie, o co chodzi. Na co dzień ciągnęło się to za nią jak na wpół odczepiony ogon za jaszczurką, a ona nie zawsze potrafiła postawić wyraźną granicę. To był ten moment. Powinna udać, że nie słyszała, wsiąść do windy i odjechać prosto do nieba bram; zamiast tego odwróciła głowę w stronę kobiety, uniosła pytająca brwi, a po chwili słysząc, że winda rusza w górę, podczas gdy ona wciąż stoi na zewnątrz niej, westchnęła ciężko.
- Możliwe? - odpowiedziała, ani nie znając odpowiedzi na to pytanie, ani nie mając pojęcia, do czego to właściwie zmierza. Znała tylko kilku ze swoich sąsiadów. Przede wszystkim była to Teddy, której aktualnie z całych sił starała się unikać; była to para gejów mieszkająca pod nią, których kiedyś niefortunnie zalała, gdy zepsuła się jej pralka, a odkąd wyczuła przez okno, że regularnie palą zielsko, wpada do nich w odwiedziny; byli to też staruszkowie z na przeciwka, którzy ledwo mieli siłę wychodzić z domu, ale zawsze powiedzieli jej coś niemiłego, gdy ich spotkała na klatce. Przypominali jej ciotkę Maggy, z tą jedynie różnicą, że tamta miała problemy z poruszaniem się przez otyłość, a nie wiek.
- Mhm. A pani godność? - spytała podejrzliwie, czując się nie zbyt komfortowo, gdy okazało się, że kobieta zna jej imię.
A potem zadała pytanie tak kompletnie od czapy, że Chrissy musiała uruchomić swoją zapasową komórkę mózgową, by skonstruować sensowną odpowiedź.
- A miała psa? - no, względnie sensowną.
Wbrew pozorom jednak, to pytanie nie było wcale takie głupie. Chrissy nie rozróżniała sąsiadów po imieniu, rzadko nawet po wyglądzie, ale zwracała na nich uwagę (przynajmniej odrobinę), jeśli mieli psy. Kochała psy i każdym się zachwycała - czarnym Brunem spod ósemki, który uwielbiał się z nią witać, czarnym Kajtkiem z ostatniego piętra, który wyglądał trochę jak Bruno, ale jasną plamkę na pyszczku, i nawet brzydką Łajką z mieszkania obok, która wyglądała jak niedorozwinięty świniak i ujadała prawie co ranek. Zwracanie uwagi na ich właścicieli było efektem ubocznym. Jeśli Claire, kimkolwiek była, miała psa, ewentualnie inne godne uwagi zwierzątko, które wyprowadzała na spacery, to istniała spora szansa, że Chrissy coś na jej temat wie.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
konewka
lanie wody, sterowanie moją postacią, brak tworzenia punktów zaczepienia dla odpowiedzi, stanie w miejscu z akcją
ODPOWIEDZ

Wróć do „#39”