ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Szefie, co to ma być? — starszy pracownik rancza stanął obok Logana, opierając się o płot i ruchem głowy wskazał na Laurenta, który stał na ganku w towarzystwie ubranej w błękitną garsonkę kobiety. — Mówiłeś, że młody Ashcroft nie będzie sprzedawał rancza i nie mamy się czym martwić, a chłopak od rana chodzi z tą lalunią i wygaduje bzdury — facet splunął przez ramię, odnosząc się do miastowych z wyraźną nieufnością.
Obrzucił Callahana wyczekującym spojrzeniem, chociaż nie miał pojęcia, że w pewnym sensie wszystko to było jego winą.
Laurent nie odzywał się przez kolejnych kilka dni. Niezapowiedziany przyjechał na ranczo swoim sportowym samochodem, jakby nie martwił się o zawieszenie na polnych drogach i towarzyszyła mu na oko nieco ponad trzydziestoletnia kobieta w drugim aucie. Nie wszedł do domu, ubrany w ten swój nienaganny, elegancki garnitur, który nie nadawał się na spacery po ranczu. Nie przywitał się nawet z Margy, pogłaskał jedynie Beau, który wybiegł na jego powitanie i radośnie zaczął go obskakiwać, zostawiając brązowe odciski łap na ciemnych spodniach.
— Jesteś cały brudny — skarcił go Laurent. Do tej pory biała, idealnie przycięta sierść nabrała lekko szarego odcienia od wszechobecnego kurzu. Beau wydawał się jednak szczęśliwy i dobrze odżywiony.
— Uroczy — Charlotta wyciągnęła uszminkowane wargi w uśmiechu, ale kiedy spróbowała się z uprzejmości nachylić i pogłaskać rozemocjonowanego psa ten odgonił ją głośnym szczeknięciem.
— Jest wybredny. Nie przejmuj się, bo na dodatek ma beznadziejny gust do ludzi — zwrócił się do kobiety z przepraszającym uśmiechem. —Nie ma co zwlekać. Może zaczniemy nasz spacer? Zapraszam.
Charlotta była kolejnym rzeczoznawcą. Tym razem Laurent nie potrzebował nikogo, by pomógł mu podczas oprowadzania jej po budynkach i terenach należących do Ashcroft Ranch. Stęskniony Beau nie odstępował ich na krok, gdy Lance przez kolejną godzinę odpowiadał na pytania i recytował techniczne dane z pamięci. Ze wszystkich sił starał się być profesjonalny i obojętny, nawet jeśli to wszystko miało na niego większy wpływ niż chciał przyznać.
— Zależy mi na szybkiej sprzedaży — stwierdził, gdy dotarli z powrotem do samochodu, a Charlotta odnotowała już wszystkie niezbędne uwagi. Kobieta schowała tablet do skórzanej torebki. — Dostarczę ci dokumenty jeszcze jutro.
— Nie wiem, czy przy takim pośpiechu uda ci się uzyskać dobrą cenę. Gdybyś poczek-
— Chcę się pozbyć kłopotu i skupić na mojej pracy — przerwał jej ostro, a zaraz potem znów przepraszająco uśmiechnął. Oparł się bokiem o widowiskowo czerwone auto, podczas gdy Charlotta jeszcze rozglądała się wokół, próbując nacieszyć imponującym krajobrazem.
— To naprawdę piękne miejsce.
— Mam nadzieję, że uwzględnisz to w wycenie — zażartował, nie mając zamiaru słuchać jej zachwytów. Powrót tutaj wytrącił go z równowagi, dlatego nie poszedł się przywitać z gospodynią, ani nie wszedł do domu. Na szczęście nie widział nigdzie Logana. Nie, żeby szukał go wzrokiem. Uznał temat za zakończony. Miał nadzieję, że facet też będzie miał dość przyzwoitości, żeby go po prostu unikać.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To musiało się tak skończyć. Wiedział o tym w głębi duszy, a jednak dał się ponieść. I teraz słono za to płacił.
Wstał, zanim jeszcze Laurent się odezwał. Nie chciał widzieć jego zawodu, bo i bez patrzenia mu w twarz słyszał jak pęka mu serce. To idiotyczne, szczeniackie serce, które nie powinno lokować uczuć w kimś takim, jak on.
Zgarnął z ziemi swoje ciuchy, po drodze wyciągając z dyspensera chusteczek kilka, żeby się wytrzeć. Nie mógł zostać tu dłużej, nawet nie dlatego, że Laurent tego nie chciał. Bał się, że jeśli pozwoli sobie na zawahanie, sprawy skomplikują się jeszcze bardziej. Bo jakaś część niego chciała przeprosić. Powiedzieć o strachu, nadziejach, o tym że było mu dobrze i pierwszy raz od tak wielu, kurwa, lat, znów czuł się żywy. Że to było coś więcej niż żenujący akt pozbawiony znaczeń. Chciał powiedzieć o wszystkim, co dla Ashcrofta było oczywiste, a co jego wciąż przerażało. Bo samo przespanie się z facetem było wierzchołkiem góry lodowej. To, co kryło się pod ciemną tonią przyzwyczajeń, obaw i uporu, było dużo większe i dużo bardziej tragiczne. Ale nie był gotów, by to wyznać. A kolejne słowa zdusiły nawet i tę maleńką chęć.
logan zatrzymał się w progu sypialni. Ścisnął w dłoni wilgotne chusteczki, tężejącą jakby nagle odlano go z metalu. No tak. Tego też mógł się spodziewać, chociaż bardzo chciał wierzyć, że Laurent nie był aż tak małostkowym gnojkiem, by w furii zniszczyć życie jemu i wielu innym ludziom.
Najwyraźniej i w tym się pomylił.
- Połowa nadal jest moja - stwierdził chłodno. Obrócił się przez ramię. Złość mieszała się w nim z bólem. Brzydził się sobą za te słowa, ale ostatnią rzeczą na jaką zamierzał sobie pozwolić, było pozwolenie Laurentowi wykorzystać tę sytuację przeciwko niemu. Dostał, czego chciał. Przespali się ze sobą. Logan nigdy niczego mu nie obiecywał. Od początku mówił, że nie powinni i nie jest dla niego odpowiedni. Jeśli Laurent chciał mieć do kogoś pretensje, mógł je mieć jedynie do siebie.
Odruchowo uchylił się przed lecącą lampą, ale nie uciekł w popłochu. Zacisnął tylko szczęki i pokręcił głową, ignorując oszalały łomot własnego serca. Gorycz wykrzywiła mu usta.
Nic więcej nie powiedział. Przy drzwiach wciągnął na siebie ciuchy i wyszedł, głośno trzaskając drzwiami. To był jedyny sposób w jaki dał ujście emocjom.


Przez kolejne dni robił wszystko, żeby zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Jakby Laurent nie kazał mu wypierdalać, grożąc na odchodne, że pozbawi go domu. Jakby nie wyszedł od niego z sercem tłukącym się o żebra i jakby nie zostawił za sobą czegoś, czego nie potrafił już odzyskać. Wrócił do swojego rytmu, do pracy, koni, kurzu i obowiązków, które przynajmniej miały tę zaletę, że niczego od niego nie oczekiwały. Rano wstawał przed świtem, robił kawę i jeszcze zanim na dobre się rozjaśniło, był już przy stajniach. Potem sprawdzał ogrodzenia, zajmował się końmi, doglądał wszystkiego, co wymagało jego uwagi. Brał na siebie nawet rzeczy, którymi wcześniej pozwalał zajmować się innym, jakby zmęczenie mięśni mogło zagłuszyć to, co działo się w jego głowie. Wieczorami zamykał się w biurze i siedział nad papierami do późna, a kiedy cyfry zaczynały mu się rozmazywać przed oczami, robił sobie kolejną kawę zamiast iść spać.
Praca zawsze była jego najlepszą wymówką. Każdego dnia znajdował coś, co należało zrobić natychmiast, coś, czego nie można było odłożyć na jutro. Musiał sprawić, żeby wszystko zaczęło działać sprawniej, nawet jeśli z tyłu głowy miał świadomość, że Laurent po złości wszystko mu utrudni i tym razem naprawdę sprzeda ranczo. Miał do tego prawo. Logan wiedział o tym doskonale. Mógł ze swoją połową zrobić co chciał, a jednak bolała go myśl, że chciał pozbyć się swojej części w gniewie, jakby w ten sposób mógł na dobre się od niego odciąć. Logan próbował wmówić sobie, że to dobrze. Może właśnie tego potrzebowali. Laurent znajdzie kogoś innego, kto odkupi jego udział, a oni obaj będą mogli wrócić do własnego życia i udawać, że nic nigdy się między nimi nie wydarzyło. Problem polegał na tym, że Logan nie potrafił pogodzić się z myślą o obcym człowieku na tej ziemi. Ranczo było dla niego domem, zanim Laurent pojawił się tu ponownie. Było czymś stałym, czymś, czego trzymał się przez lata, nawet kiedy wszystko inne zawiodło. Nie chciał, żeby ktoś kupił kawałek tej ziemi wyłącznie jako inwestycję i któregoś dnia zaczął decydować o miejscu, które dla niego było dosłownie całym życiem.
Zaczął więc kombinować. Liczył, sprawdzał możliwości i szukał pieniędzy, których właściwie jeszcze nie miał. Każdy wariant kończył się w podobnym miejscu, ale nie zamierzał z tego powodu rezygnować. Gdyby udało mu się odpowiednio zwiększyć przychody w najbliższych miesiącach, może byłaby szansa, żeby odkupić udział Laurenta. Może dałoby się znaleźć wspólnika, kredyt albo inne rozwiązanie, którego jeszcze nie brał pod uwagę. Nie wiedział. Na razie miał tylko kilka pomysłów i zdecydowanie za mało czasu.
Najgorsze było, że im bardziej próbował uporządkować życie wokół siebie, tym wyraźniej widział, jak bardzo nieuporządkowany pozostawał on sam. W ciągu dnia potrafił niemal całkowicie wyrzucić Laurenta z głowy. Wystarczało kilka godzin pracy, żeby przestać myśleć o tym, co wydarzyło się między nimi. Wieczorem wracało wszystko. Jego zapach, dotyk, bezczelny uśmiech. Jego naiwne, tak cholernie słodkie wyznanie.
“Chyba się w tobie zakochuję”
Najbardziej wkurwiało go, że najzwyczajniej w świecie za nim tęsknił. Nie powinien. Nie po tym wszystkim. Nie po własnych słowach i tym, co powiedział Laurent. Powinien być zły. Powinien czuć ulgę, że sprawa została postawiona jasno i że nie będzie musiał już dłużej udawać, że potrafi kontrolować coś, co od początku wymykało mu się z rąk. Zamiast tego coraz częściej łapał się na tym, że zastanawia się, co Laurent teraz robi, gdzie jest, czy również nie śpi po nocach i czy jego złość choć trochę przygasła. I czy o nim myśli.
Za każdym razem odpychał te rozważania tak samo jak wcześniej. Zajmował się czymś. Wychodził do stajni. Siadał nad papierami. Brał konia i jechał sprawdzić ogrodzenia, choć doskonale wiedział, że nic się tam nie wydarzyło. Wmawiał sobie, że potrzebuje tylko czasu. Że kilka tygodni wystarczy, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce. Tylko że im więcej czasu mijało, tym trudniej było mu uwierzyć, że kiedykolwiek wróci do tego, co było wcześniej. Bo wcześniej nie wiedział, jak to jest obudzić się obok Laurenta i przez kilka krótkich chwil nie czuć ciężaru wszystkich swoich przyzwyczajeń i lęków. Nie wiedział, że tak bardzo można przyzwyczaić się do czyjejś obecności w tak krótkim czasie. I przede wszystkim nie wiedział, że kiedy już raz pozwolił sobie tego doświadczyć, utrata będzie bolała znacznie bardziej, niż samo przyznanie się do tego, czego chciał.

Pojawienie się Ashcrofta na ranczu przyjął z mieszanką złości i ulgi. Złość na szczęście przeważyła gdy okazało się, że nie jest sam. Pracownicy nie musieli przychodzić do niego na skargę, że pojawił się nowy rzeczoznawca, sam był tego boleśnie świadom. Nie zrobił jednak nic, by przerwać Laurentowi obchód. Nie przyszedł się przywitać, nie wchodził mu w drogę. Czekał. Nie zamierzał przecież kłócić się z nim przy świadkach, bo cholerny adwokacik skłonny był jeszcze zrobić mu awanturę, wywlekając wszystko, co było między nimi pod cudzy osąd, tylko po to, by bardziej go skrzywdzić. Wykorzystał jednak okazję, gdy Laurent wszedł do biura. Logan poszedł wtedy za nim i bez wahania zatrzasnął za sobą drzwi. Pachnące drewnem, kurzem i papierami miejsce rozświetlały promienie popołudniowego słońca. Złociły się na boazerii i we włosach Ashcrofta. Iście sielankowa sceneria dla bardzo nie sielankowych uczuć. Po raz pierwszy od wielu dni, znów znaleźli się tak blisko siebie. Logan zacisnął szczęki, gdy wspomnienia wspólnej nocy uderzyły w niego jak rozpędzony pociąg.
- Co ty odpieprzasz? - warknął, bez żadnych wstępów. Zagradzał sobą drzwi i nie zamierzał pozwolić mu wyjść bez tej rozmowy. Kłótni. Jak zwał, tak zwał. Miał dość. Siebie. Jego. Całej tej pieprzonej sytuacji. Stał napięty w przepoconej, białej bokserce, ubłoconych butach i przetartych dżinsach i był zły. A zły Logan był jak gorący, pustynny wiatr.
- Naprawdę zamierzasz zniszczyć mi życie tylko dlatego, że nie dostałeś tego, co chcesz? - wycedził, czując jak upchana frustracja podchodzi mu teraz do gardła. - A, kurwa, przecież dostałeś. - Rozłożył ręce. W końcu Laurent uwodził go niemal od początku, ale oczywiście nawet to, że ostatecznie zniszczył w nim wszystko, co pielęgnował przez całe życie, wcale mu nie wystarczyło. Chciał więcej. Chciał jakiegoś pieprzonego szaleństwa.
- Niczego ci nie obiecywałem, a ty i tak zamierzasz się mścić, jak cholerny rozkapryszony szczeniak. Mam dosyć bycia twoim kozłem ofiarnym. Odkupię od ciebie ranczo. Wezmę kredyt. Wezmę to, czego ty nigdy nie potrafiłeś pokochać i będziesz mógł wrócić do swojego pierdolonego Toronto! - Gwałtownie machnął ręką w stronę okna. Bardzo rzadko unosił głos. Jeszcze rzadziej pozwalał sobie na całą tę złość, którą teraz czuł. Złość, rozczarowanie i podsycaną tym wszystkim tęsknotę.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po tym, jak pożegnał się z Charlottą, udał się jeszcze do biura po dokumenty, których zabrał ze sobą ostatnim razem. Nie potrafił się jednak skupić podczas przeglądania papierów. Miał wrażenie, że od tamtej nocy nie mógł myśleć o niczym innym. Czuł się przede wszystkim zraniony i w jakiś sposób upokorzony słowami Logana. Niepotrzebnie w ogóle, upojony orgazmem, zbłaźnił się i otworzył wtedy usta. Jakiej odpowiedzi się spodziewał?
Siedząc przy ciężkim, drewnianym biurku swojego ojca, zwiesił nisko głowę. Wsunął dłoń głęboko we włosy i zacisnął palce u ich nasady, rujnując starannie ułożoną fryzurę. Wziął wdech, a potem powoli i długo wypuścił powietrze. Próbował skupić się na zapisanych w kolumnach cyfrach. Luke prowadził księgowość niechlujnie i w starym stylu. Znał się na koniach, ale najwyraźniej nie miał pojęcia o finansach.
Potrzebował kawy, ale nie miał odwagi pójść do kuchni. Nie mógł spojrzeć w oczy gospodyni, która przez pierwsze dni okazała mu tak wiele dobrego serca.
Nigdy jednak nie przyznałby, że podczas tego tygodnia w mieście zdążył zatęsknić za tym spokojnym, poukładanym życiem, którego rytm wyznacza natura. Nie pomogło nawet rozpoczęcie nowej, wymarzonej pracy. Próbował zrobić jak najlepsze wrażenie na swoich pracodawcach, co oznaczało zostawanie w biurze na długie nadgodziny. Pojawiał się w kancelarii o dziewiątej i nierzadko dopiero w okolicy dziesiątej był w domu. Raz tylko wyrwał się wcześniej i poszedł z przyjaciółmi na piwo. Ze wszystkich sił próbował wrócić na stare tory. Uśmiechał się więc, kiedy opowiadali o zakupie nowego samochodu albo plotkowali na temat znajomych ze studiów. Nie mógł się jednak zaangażować w rozmowę, pochłonięty przez własne myśli.
Przez te same myśli popełnił już w pracy dwa głupie, wynikające z nieuwagi błędy, na które surowym tonem zwróciła mu uwagę przełożona. Musiał się od nich uwolnić, inaczej zniszczy swoją przyszłość. Raz na zawsze. Poza tym chciał, żeby Logan zapłacił mu za to, jak go potraktował i zostawił samego. Powinien zostać. Gdyby był prawdziwym facetem, to by został.
Jęknął cicho z powodu nasilające się migreny. Wyprostował plecy, ale powstrzymał chęć spojrzenia w okno i poszukiwania wzrokiem rosłej sylwetki wśród kowbojów. Zabrał się z powrotem do roboty, nie chcąc myśleć o Loganie. Nie dopuszczał do siebie, że przez ostatnie kilka dni mogło mu brakować tego dupka.
Albo że nagle starsi kolesie w garniturach nie wydawali mu się już tak atrakcyjni.
Boże, ile razy czytał ich wymianę smsów, a potem zamierał z kciukiem uniesionym nad klawiaturą. Niestety, nie zostało już nic do dodania.
Nie rozumiał, dlaczego mógł zakochać się w chwilę, ale nie potrafił równie szybko się od tego zauroczenia uwolnić. Tkwił w nim po same uszy. Tak jak w tych dokumentach, których jego ojciec od lat nie porządkował. Lance nie mógł się niczego doliczyć. Byłoby dużo łatwiej, gdyby Logan mógł mu pomóc…
Zdesperowany potarł nasadę nosa zły na siebie, że jego myśli znów zbaczają z tematu. Nie potrzebował jego pomocy. Sprzeda to ranczo, spłaci długi ojca, a za resztę kupi sobie elegancki apartament z Toronto, auto, którego wszyscy kumple będą mu zazdrościć i może jeszcze zorganizuje imprezę życia.
Tak. Doskonały plan.
Znów opuścił wzrok na jeden z wyciągów z konta, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły, a do pomieszczenia wkroczył wściekły Logan. Dotarło do niego, że cały cholerny dzień właśnie na to czekał. Obrzucił go spojrzeniem, które miało wyrażać zniecierpliwienie, ale zdradziło zgoła co innego, kiedy przesunął nim po sylwetce mężczyzny. Beau poderwał się z podłogi i natychmiast podbiegł do Logana, by się przywitać, opierając łapki o jego łydkę i zamiatając puszystym ogonem podłogę.
— Zostaw — Laurent zwrócił się do psa stanowczo, a ten pierwszy raz w życiu go posłuchał. Ashcroft prawdopodobnie nigdy wcześniej nie był wobec niego aż tak zdecydowany.
Podniósł się z krzesła, wychodząc Loganowi śmiało naprzeciw. Hardo zadarł podbródek i zacisnął na moment szczękę, chociaż instynkt kazał mu spieprzać, gdzie pieprz rośnie, bo w tym starciu nie miał szans. On jednak na przekór wykazał się zaskakującą brawurą.
— Oho, jednak masz jakieś emocje! KTO BY POMYŚLAŁ — wypalił, zamieniając tę rozmowę w zwykłą pyskówkę, ale czego innego Logan się spodziewał, wchodząc do gabinetu bez pytania.
Z początku naprawdę naiwnie wierzył, że uda mu się potraktować Logana elegancko i z wyższością, ale facet wyzwalał w nim tak silne emocje, że nie mógł nad nimi zapanować. Do tego, gdy się do niego zbliżył, poczuł ten charakterystyczny, drapieżny zapach, który jakimś cudem wydawał mu się tak seksowny.
Aż miał ochotę wcisnąć nos w jego spoconą szyję i głęboko się nim zaciągnąć. Kojarzył mu się z domem i beztroską.
— Niby czego chciałem?! Myślisz, że masz jakiegoś magicznego fiuta, za którym się uganiałem?! Za trzysekundowym ruchaniem?! — wypalił z kpiną, wiedząc, jak okrutnie zabrzmią te słowa, dlatego podniósł głowę jeszcze wyżej i lekko zmrużył oczy, jakby wcale się ich nie wstydził. Chciał zranić jego dumę, tak jak sam poczuł się skrzywdzony tamtego dnia. Zadał więc cios poniżej pasa. — Nic mi nie dałeś, poza całkiem przeciętnym orgazmem — kontynuował jadowicie.
Kłamał. Było mu wtedy dobrze. Dobrze jak nigdy.
— NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ, KIEDY W KOŃCU BĘDĘ MÓGŁ WRÓCIĆ DO TORONTO I ZOSTAWIĆ TEN SYF ZA SOBĄ — wydarł się znów na niego, próbując zakrzyczeć fałsz tych słów. Gdyby tylko mógł się cofnąć w czasie, nigdy by tu nie przyjechał. Do niedawna przecież doskonale wiedział, czego chce. Był ślepy na pustkę, w jakiej żył. Stał naprzeciw Logana tak blisko, że niemal czuł gorący oddech na wargach. — Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, Logan. Że przyjdziesz tu, nawrzeszczysz na mnie i co? — uspokoił się odrobinę i parsknął z kpiną. — Co chciałeś osiągnąć? A może tak ci się spodobało z facetem? Liczyłeś na małe sam na sam? — atakował nadal z tym drażniącym, aroganckim uśmiechem, jakby rzucał mu wyzwanie lub chciał wprawić w zakłopotanie i tym sposobem wygrać w tej awanturze.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Logan był naprawdę opanowanym facetem. Niewiele rzeczy na świecie potrafiło wyprowadzić go z równowagi, ale Laurent najwyraźniej zamierzał zająć pierwsze miejsce na tym niechlubnym podium, nie tylko powodując zamęt w jego uczuciach, ale celnie uderzając w durną, samczą dumę. W jednej chwili pożałował wszystkiego. Tego, że próbował być dla niego wyrozumiały, że słuchał jego żali, że dał mu się uwieść i jak skończony idiota złamał wszystkie swoje zasady dla “trzysekundowego ruchania”.
Poczuł jak rumieniec wstydu i gniewu wylewa mu się na twarz. Jak całe to nagromadzone od tygodnia napięcie, cała irytacja, niepokój, cała tęsknota, jest o krok od wybuchu. Krew uderzyłam mu do głowy z taką siłą, że usłyszał jej szum w uszach. Na szczęście zarost i mocno nasadzony na głowę kapelusz ukrywały żenującą reakcję. Poruszył żuchwą, zwijając dłonie w pięści. Serce waliło mu ogłuszająco, a w głowie wyła tylko jedna myśl. Żeby go uciszyć. Żeby się, kurwa, zamknął i najlepiej zniknął na dobre z jego życia razem z tą swoją pyskatą gębą i wyprasowanym garniturkiem.
“A może tak spodobało ci się z facetem…”
To było zbyt wiele. Wszystkiego było zbyt wiele. Coś w nim pękło. Trzasnęło tak głośno, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co robi. Znienawidził każde słowo, jakie usłyszał. Znienawidził tak bardzo, że lata pacyfizmu poszły się jebać równie spektakularnie jak tydzień temu bycie hetero.
Ręce wystrzeliły do przodu chwytając za przód koszuli Laurenta z taką siłą, że materiał zatrzeszczał w szwach. Miał to w dupie. Miał w dupie wszystko.
– Ty pieprzony gnoju - wycedził, popychając go na regał. Stare bibeloty Luke’a posypały się na ziemię, gdy gwałtownie i zapewne boleśnie wcisnął go w półki. Beau zaczął ujadać, ale nawet tego nie słyszał. Dyszał wściekle, samemu zachowując się jak kundel zerwany z łańcucha, gotów rozszarpać mu gardło. Nienawidził siebie za słabość, za wszystkie te emocje, które Laurent w nim wywoływał. Za to, że nawet teraz w równym stopniu chciał go rozszarpać, co zerżnąć. Zmusić do odszczekania każdego kłamstwa. Bo to były kłamstwa. Logan zbyt dobrze pamiętał wyraz jego twarzy, gdy zostawiał go tamtego wieczoru. To cierpienie i zagubienie, które dosłownie śniło mu się po nocach.
– Wyznałeś mi miłość po tym sekundowym ruchaniu. Tyle jest warta? Właśnie tyle?! - huknął, dociskając go sobą jeszcze mocniej, napierając przedramieniem na jego pierś, jakby właśnie tym mógł coś zmienić. Wycisnąć z niego prawdę.
I zmienił.
Bo furia zmieszana z jego zapachem, z bliskością ciała, o którym nie mógł zapomnieć i z widokiem rozszerzonych, pełnych złości, bólu, ale i fascynacji oczu, zmieniła wszystko.
Logan gwałtownie zmiażdżył mu wargi, całując tak, jakby go karał. Nie pozwolił mu się szarpnąć, odsunąć, powiedzieć nawet słowa. A gdy próbował, wbił go sobą mocniej w półkę, sprawiając że kilka kolejnych drobiazgów zsunęło się na ziemię. Pokonał opór jego warg i wdarł się językiem głęboko w usta. Bolało, jak wszystko, co czuł przez ostatni tydzień. Było gwałtowne, brudne i w jakiś popaprany sposób cholernie dobre. I chciał więcej. Warknął w jego usta, czując jak złość ustępuje żądzy. Rozluźnił jedną pięść i chwycił bok jego twarzy, przechylając głowę żeby pogłębić pocałunek, znaleźć się bliżej, głębiej. Dostać więcej tego, co najwyraźniej niszczyło ich obu.
– Tato? Wszystko w porządku? - stłumiony przez drzwi głos Travisa był jak kubeł zimnej wody. Logan gwałtownie oderwał się od Laurenta i zatoczył, potykając o psa, który przydepniety, pisnął i uciekł pod biurko.
Rozległo się pukanie.
– Tato?
– Tak! - Głos Logana był chrapliwy i pełen oszołomienia. - Tak, wszystko dobrze - poprawił się, ostrzej, wciąż zbyt nabuzowany żeby w sekundę odzyskać opanowanie. Otarł usta wierzchem dłoni i odruchowo poprawił kapelusz. Odwrócił się do drzwi, akurat w momencie gdy Travis je otworzył, niepewnie zaglądając do środka. Logan natychmiast ruszył na niego, zasłaniając mu widok na pobojowisko i wymiętoszonego Laurenta.
– Co jest, synu? - zapytał, już spokojniej, prawie zwyczajnie, wypychając go na korytarz i zamykając za sobą drzwi.
Laurent usłyszał jeszcze, jak Travis mówi coś o dostawcy paszy, który czeka przy bramie, a potem został w ciszy zupełnie sam.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciał go sprowokować, ale kiedy już dostał, czego chciał, był w szoku. Nie spodziewał się, że może mu się udać, ani z jakąś siłą gniew Logana eksploduje mu prosto w twarz. Patrzył na niego z tą samą mieszanką strachu i fascynacji, jaka musiała towarzyszyć ludziom, oglądając nadciągające tornado, przed którym nie mogli już uciec. On znalazł się w samym jego centrum. Jęknął, uderzając plecami w regał. Nie zaparł się, więc Callahan mógł pchnąć nim jak szmacianą lalką. Siła wycisnęła mu powietrze z płuc. Położył dłonie na jego torsie, chcąc go odepchnąć, ale przecież nie miało to większego znaczenia, bo to jakby próbował zatrzymać gołymi rękami lawinę.
Logan miał w sobie destrukcyjną, pierwotną siłę, która pociągała w nim Laurenta. Był prawdziwy do bólu. Zachwycający.
Nie zdążył odpowiedzieć na jego zarzut. Chciał wrzeszczeć, że dokładnie tyle dla Callahana warta była jego miłość. Chociaż przecież tak naprawdę nie miała ona wiele wspólnego z ruchaniem, bo oddał mu serce wcześniej. A teraz chciał jedynie je odzyskać z powrotem. Albo wcisnąć mu je do gardła. Udławić go nim. Zmusić, żeby wziął to, co Laurent chciał mu dać.
Nie zdążył złapać powietrza, kiedy poczuł napór warg Logana. Z początku próbował jeszcze z nim walczyć. Nie chciał ulec za łatwo, nawet jeśli całe ciało wbrew rozsądkowi lgnęło do rozgrzanej sylwetki. Nie potrafił nad tym zapanować. Pożerał go równie zachłannie, chociaż bolało. Napierał torsem na jego przedramię, ale już nie po to, by się uwolnić, ale znaleźć bliżej. Zrzucił kapelusz i zacisnął palce w jego włosach, za które szarpnął, chcąc dostać jeszcze więcej i mocniej.
Na głos Travisa zareagował jednak równie szybko, jak Logan. Zamarł, ale się nie odezwał, choć jeśli naprawdę chciałby zniszczyć mu życie, to właśnie miał ku temu doskonałą okazję. Nie odezwał się, kiedy Callahan podnosił z ziemi kapelusz. Łapał oddech, próbując poprawić koszulę. Wygładził ją dłońmi, które zdradliwie drżały. Gdy został już sam, potarł twarz, próbując się otrzeźwić.
Co on właściwie odpierdalał. Spojrzał na zrzucone trofea i stare zdjęcia. Ze zdumieniem pośród bibelotów odkrył oprawiony w ramkę swój dyplom ukończenia uczelni. Otarł szkło z kurzu, a następnie wszystko powoli i systematycznie odstawił z powrotem na półkę. Liczył na to, że zaprowadzenie ładu w przestrzeni pozwoli mu również uporządkować rozbiegane myśli.
A podświadomie liczył na to, że Logan wróci, jak już upora się z tym cholernym dostawcą paszy.
Laurent już nawet nie oszukiwał się, że jest w stanie wrócić do porządkowania finansów rancza. Dotknął warg. W powietrzu nadal wyczuwał zapach jego ciała, słońca i siana. Nie mógł go znieść i jednocześnie potrzebował więcej. Najmądrzej byłoby wrócić do Toronto i dalej próbować zapomnieć, ale to nie działało.
Szybkim krokiem wyszedł z gabinetu i skierował się prosto na podwórko.
— Gdzie znajdę Callahana? — zwrócił się chłodnym, oficjalnym tonem do grupy kowbojów, którzy przyglądali mu się bezczelnie.
— Szef jest w warsztacie, to-
— Wiem, gdzie jest warsztat. Wychowałem się tutaj — przypomniał mężczyźnie surowo, a następnie skierował się do znajdującego na uboczu budynku.
Tym razem to on z rozmachem otworzył drzwi, a potem je zatrzasnął. Bez słowa uniósł dłonie do mankietów koszuli i zaczął je rozpinać, rozglądając się po zagraconym wnętrzu. Warsztat najwyraźniej służył również za skład dla najróżniejszych narzędzi. Pachniało w nim mieszanką smaru, benzyny i rozpuszczalnika.
Spojrzał śmiało w oczy mężczyzny. Uporał się z mankietami i teraz sięgnął w górę do kołnierzyka. Rozpiął kilka pierwszych guzików szybko i sprawnie, a następnie zdjął koszulę przez głowę. Rzucił ją na stolik, przy którym Logan się nad czymś pochylał. Złapał go za przód koszulki i szarpnięciem przyciągnął do pocałunku. Potrzebował poczuć, że nie jest sam w tym płomiennym, niemożliwym do wyparcia uczuciu, którym darzył Callahana. Wepchnął mu język do ust, zaciskając dłoń na materiale. Trzymał mocno, przypierając go do stolika.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

erotyka
Nie mógł się skupić. Owens pieprzył coś o problemach w tegorocznych zbiorach i podniesieniu cen, a on patrzył mu w twarz i w ogóle go nie widział. W głowie miał tylko jedną myśl - czy gdyby Travis im nie przerwał, pieprzyliby się teraz na biurku starego Luke’a?
Przecież to jakieś szaleństwo. I co on właściwie wyrabiał? Powinien olać całą tę szczeniacką zemstę i skupić się na tym, co ważne, bo nawet jeśli Laurent sprzeda ranczo jakiemuś dupkowi z miasta, wciąż mógł próbować się z nim dogadać. Przecież nie zostawi tego tak. Nie będzie pokornie godził się na całą tę szopkę. Nie zrezygnuje tylko dlatego, że popełniał błąd za błędem. Nie mógł.
Ale pocałował go.
I Laurent odwzajemnił pocałunek.
Oczywiście, że tak, nikt nie odkochuje się nagle w kilka dni, nie zapomina i nie próbuje się zemścić, nie mając powodu. Chociaż Logan był przekonany, że ich żenujący numerek w Toronto był tylko jednym z wielu, dla których Laurent chciałby zniszczyć mu życie. Od początku powtarzał przecież, że wszystko mu odebrał, a skoro tak, teraz on mógł zrobić to jemu. Miał doskonałą okazję. Mógł wykorzystać wszystko. Zabrać mu dom i doszczętnie zniszczyć dumę. Zostawić go z niczym, grzebiąc tyle lat, które poświęcił na wypracowanie zaufania i szacunku ludzi. Bo gdyby się dowiedzieli, gdyby dowiedział się Travis…
Nie, wolał o tym nie myśleć.
Powinien rozważyć, co z tym zrobić. Bo pocałunek był faktem, a znając młodego Ashcrofta, nie zostawi tego w ten sposób. Logan znów zrobił coś, za co przyjdzie mu słono zapłacić, bo nie było opcji, że przyzna się nawet przed sobą, jak kurewsko tego chciał. I nie mógł przyznać się przed nim. To do niczego nie zaprowadzi.
Musiał pomyśleć. Z tej popapranej sytuacji na pewno jest jakieś sensowne wyjście. Ale nie mógł skupić się na rozwiązaniu problemu, kiedy wciąż było tyle do zrobienia. Najpierw musiał iść wymienić światła w przyczepie dla koni. I tak zbyt długo to odkładał, nie mogło dłużej czekać. I to wcale nie tak, że uciekał od problemu, oczywiście że nie. Był odpowiedzialny za to pieprzone ranczo i ono było priorytetem, a nie jego niezdecydowany fiut.
Kiedy jakiś czas później drzwi warsztatu otworzyły się gwałtownie, on właśnie wycierał brudne palce w zakurzoną ścierkę. Poderwał głowę tylko po to, by doświadczyć okropnego deja vu i zobaczyć Laurenta odpinającego mankiety koszuli, prawie jak tamtej nocy. Ale tym razem w jego twarzy płonęła determinacja i złość zamiast uwodzicielskiego ognia. I cholernie się spieszył, jakby bał się, że albo zabraknie mu odwagi, albo chwila wahania przekreśli wszystko, co sobie postanowił.
Kiedy prostu zdjął koszulę przez głowę, Logan zacisnął szczęki.
– Co ty, do cholery, wyprawiasz? - wycedził, nieświadomie dokładnie te same słowa, co wtedy. Chociaż wiedział. Doskonale wiedział, co Laurent zamierza. Puls przyspieszył mu gwałtownie, nie tylko dlatego, że znów się przed nim rozbierał. Byli przecież w cholernym warsztacie. W każdej chwili ktoś mógł tu wejść i zobaczyć to szaleństwo, a potem kompletnie zniszczyć mu życie. Nie mógł na to pozwolić.
– Ubieraj się - warknął, łapiąc porzuconą na stole koszulę żeby wepchnąć mu ją z powrotem w ręce. Zsunęła się po nagiej piersi dokładnie w chwili, kiedy Laurent przechylił się przez blat, chwytając go za przód koszulki. Szarpnął mocno. Na tyle mocno, że dłonie Logana ciężko uderzyły o drewniany blat, gdy łapał równowagę. Powinien to przerwać. Z łatwością mógł się cofnąć, nawet za cenę rozerwania ciuchów, ale nie zrobił tego.
Pozwolił Laurentowi odwdzięczyć się za biuro.
Pocałunek był tak samo gwałtowny i gniewny. Tak samo desperacki. Stał się manifestacją, nie pieszczotą i obaj doskonale o tym wiedzieli, ale żaden nie chciał tego przyznać. Woleli pożreć się, spalić do szczętu, niż szczerze porozmawiać.
Logan warknął mu w usta, nie potrafiąc obronić się przed tym szaleństwem. Chwycił go za kark, odpowiadając równie zachłannie, jak on wcześniej. Kiedy wpychał mu język do ust, wszystko było tak kurewsko proste. Obaj tego chcieli. Obaj kompletnie stracili głowę i kładli na szali poukładane życia w imię czegoś nagłego i nieokiełznanego.
Logan palcami zniszczył mu fryzurę, a wargami zburzył wszystkie swoje i tak naruszone zasady. Rozsypały się pod naporem języka i szalejącego w piersi serca. Chciał tego. Tak kurewsko tego chciał.
– Nie tutaj - wydyszał, kiedy na moment się od siebie oderwali, ale był beznadziejnie niekonsekwentny. Zaraz znów przywarł do jego ust pożerając je jak wygłodniała bestia. Tym razem dźwięk, jaki wyrwał się z jego krtani miał w sobie więcej frustracji niż gniewu i zdecydowanie więcej tęsknoty. Prawie się od niego nie odrywał, kiedy pociągnął go w bok żeby pozbyć się przeszkody dzielącej ciała. W gorączce zrzucił ze stołu jakieś narzędzia, ale to go nie powstrzymało i wreszcie przycisnął Laurenta do siebie. Potem cofnął się z nim uderzając plecami w bok przyczepy. Chwycił go za tyłek, dociskając do swoich bioder. Jęknął nisko, czując jego podniecenie. Widać nie był w te klocki aż tak beznadziejny, skoro ciało Lance’a reagowało tak żywo. Drugą ręką wciąż trzymał go za kark, ale nie mógł się powstrzymać i po chwili obie dłonie chaotycznie błądziły po nagich plecach. Palce wbijały się w skórę z tą samą pasją z jaką wypełniał mu usta językiem i dociskał do jego biodra twardego kutasa. Niemal boleśnie. Jakby miał tylko ten moment zanim wróci rozsądek, albo ktoś im przerwie.
Ale byli sami, a rozsądek nie wracał.
W jego ostatnim przebłysku, Logan wciągnął Lance’a do środka przyczepy. Pachnące końskim piżmem wnętrze było duszne, ciemne i beznadziejne na ten akt, ale obaj mieli to gdzieś, kiedy lizali się zapamiętale jakby już nic innego się nie liczyło. Przez nieduże okienka u szczytu wpadało złote światło warsztatowych lamp, wystarczające by nie potykali się o własne nogi, ale i to było bez znaczenia. Logan nie myślał, kiedy w pośpiechu rozpiął mu spodnie i pozwolił, by on rozprawił się z zamkiem jego własnych. Ich usta nieustannie zderzały się w żarliwych pocałunkach, oddechy mieszały, podobnie jak głuche, niskie jęki. Tak cholernie tego potrzebował. Nie kogokolwiek, ale właśnie jego, tak i w każdy inny sposób. Dopiero teraz, znów mogąc go dotknąć, zdał sobie sprawę jak bardzo za nim tęsknił. I jak cholernie nadal go pragnął.
Gwałtownie odwrócił go tyłem, zmuszając by oparł ręce o ścianę przyczepy. Szarpnięciem opuścił mu spodnie i natychmiast przylgnął do niego całym ciałem, sięgając szorstką dłonią między jego uda. Laurent poczuł na plecach jego szybko unoszącą się pierś, a na pośladku gorącego kutasa i dla kontrastu dużą, zimną klamrę paska. Logan ciasno oplótł go ramieniem przez pierś i dysząc mu do ucha zaczął gwałtownie pocierać trzymanego w garści fiuta. Bez finezji, szybko i szorstko.
– Dojdź dla mnie - polecił chrapliwe. Zostawił ślad zębów na jego szyi i w przypływie pragnienia mocniej docisnął własnego kutasa do wypiętego tyłka. Zamruczał głucho, nie przestając mu trzepać, oszalały z pragnienia żeby znów się w nim znaleźć. Żeby tym razem zerżnąć go tak, by już nigdy więcej nie mógł użyć tego przeciw niemu. I żeby obaj zapomnieli o całym pieprzonym bólu poprzedniego tygodnia.
– Tak - sapnął z satysfakcją, czując jak ciałem Laurenta wstrząsa orgazm. Chciał móc dać mu go w inny sposób, ale potrzebował jego spełnienia. Osłonił napęczniałą główkę łapiąc większość gorącego ładunku w wielką dłoń.
- Właśnie tak - powtórzył zdyszany i rozgorączkowany. Krótko ukąsił go w szyje, a potem odchylił się i przeciągnął mokrymi palcami między wypiętymi pośladkami. Teraz nie był tak delikatny, jak tamtej nocy. Wsunął w niego palec i niemal natychmiast dołączył drugi. Pieprzył go nimi szybko i niedbale. Resztę wilgoci roztarł po sobie i natychmiast wszedł w niego gwałtownie, tracąc oddech i każdą racjonalną myśl. Rozległ się metaliczny huk, kiedy pochylając się i wdzierając w jego ciało, uderzył dłonią w ścianę. Było w tym tyle bezmyślnego pragnienia, tyle pasji i gwałtowności, że ciężko było doszukać się w tym facecie tego, który ze spokojem obłaskawiał konie i nigdy nie tracił cierpliwości. Laurent mógł sobie pogratulować, bo wyglądało na to, że Logan zupełnie stracił dla niego głowę i nie cofał się już przed niczym. Ani przed zostawianiem na nim śladów ani nawet przed użyciem jego spermy żeby móc go zerżnąć.
Zaborczo objął go przez pierś i tuląc usta do ucha, pchnął ponownie. Mocno, desperacko, wgniatając go w brudną ścianę przyczepy. Po chwili wypełniła się rytmem ich dyszenia, dyktowanym coraz bardziej natarczywym ruchem bioder. Był głęboki, jakby Logan chciał go w siebie wtopić zamiast porządnie zerżnąć i dać upust wrzącym emocjom, jakby wysunięcie się z niego było świętokradztwem. Ten przypadek sprawił, że gdy nagle skrzypnęły drzwi od warsztatu, cała przyczepa nie kołysała się sugestywnie.
Logan zamarł i natychmiast zasłonił Laurentowi usta.
– Szsz… - zamruczał mu do ucha, starając się panować nad własnym oddechem, jakby nawet on mógł ich zdradzić. Krew uderzyłam mu do głowy, ale nie odsunął się nawet na milimetr. Wciąż tkwił głęboko w nim, wciąż jego pierś w szaleńczych oddechach ocierała się o plecy kochnka.
– Szefie?! - rozległo się czyjeś wołanie. Po głosie rozpoznał Grega, ale miał go gdzieś, chociaż adrenalina rozpędzała mu krew równie mocno, co podniecenie. Nie chciał przestawać, chyba nawet nie potrafił, więc zamiast się opamiętać, przycisnął usta do jego karku i znów zaczął go pieprzyć. Płytko, ale przez to bardziej intymnie. Przy każdym ruchu ocierał się o niego całym ciałem. Właściwie poruszali się teraz w jednym rytmie. Logan powstrzymywał własne odgłosy, podczas gdy wciąż zatykał mu usta dłonią.
– Szsz - powtórzył czule, nie przestając. - Zaraz pójdzie - szepnął, jakby to właśnie Laurent potrzebował tego zapewnienia. Oddech rwał się i gubił przy jego uchu.
Greg rozejrzał się po pomieszczeniu, nawet nie zwracając uwagi na koszulę leżącą na ziemi, biorąc ją za jedną z nowych szmat porzuconą tu podczas pracy. Po chwili drzwi skrzypnęły ponownie i zatrzasnęły się, ale nawet wtedy Logan nie zwolnił uścisku. Wciąż zasłaniał Laurentowi usta, i tylko ruch bioder natychmiast stał się gwałtowny, niemal brutalny, kiedy całe napięcie skumulowało się w tym jednym punkcie styku ich ciał. Callahan nie cofnął bioder, gdy dochodził. Skończył głęboko w nim, trzymając go przy sobie jakby już nigdy nie zamierzał wypuścić go z ramion.
Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

erotyka
Byli na siebie skazani.
Laurent zachowywał się nierozsądnie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale nie potrafił inaczej. Pchała go tu coś o wiele silniejszego od chęci zemsty czy zranionej dumy. Coś, czemu nie potrafił się oprzeć. Zignorował zadane od progu pytanie, bo obydwaj znali na nie odpowiedź. Przez moment obawiał się, że może Logan nie pragnie tego tak bardzo, jak on, ale potem przypomniał sobie, jak dziś się całowali i to dodało mu odwagi. Cokolwiek było między nimi, działało jak szczególny rodzaj magnesu, który sprawiał, że odpychali się tylko po to, by przyciągnąć z jeszcze większą siłą. Callahan pozostawał wobec tego równie bezbronny, co sprawiało Laurentowi drobną satysfakcję.
Szarpnął za koszulkę i zmiażdżył mu wargi, by otrzymać równie gwałtowną i szczerą odpowiedź. Zignorował ubranie, które spadło na ziemię, mocniej wbijając palce w trzymany materiał. Przełknął gniewny warkot wraz z gorącym oddechem. Mściwie wbił zęby w jego wargę. Było w tym coś zwierzęcego i wyzwalającego, czego nie czuł z nikim innym i co sprawiało, że nie dbał o fryzurę.
Cały świat tracił na znaczeniu, bo wszystko sprowadza się do tej jednej chwili.
Nie chciał usłyszeć protestu, więc gdy minęli stół, nawet nie usłyszał huku spadających z niego narzędzi. Spróbował znów wedrzeć się w jego wargi, by nie dać Loganowi szansy na powiedzenie czegoś więcej. Spotkali się w pół drogi do kolejnego pocałunki. Starli ponownie. Nie mniej gwałtownie, bo kolejne pocałunki, zamiast uciszać emocje tylko je potęgowały. Zarzucił mu ramię na szyję, jakby obawiał się, że Logan się opamięta. Drugą rękę wsunął pod jego koszulkę, by dotknąć rozgrzanej skóry. Przesunął paznokciami po jego boku i sięgnął pleców. Wbił w nie palce, wciskając bezwstydnie a może zupełnie nieświadomie fiuta w jego biodro. W końcu wszystko działo się tak szybko. Nie przestawali się całować, łapiąc krótkie i płytkie oddechy spomiędzy swoich ust. Szarpnął niecierpliwie za koszulkę Logana, chcąc go jej pozbawić, ale wtedy ten postanowił zmienić miejsce i zamknąć ich w ciemnej, dusznej przyczepie.
Laurent tak miał naprawdę w dupie, gdzie to zrobią. Za to miał wrażenie, że jeżeli zaraz nie otoczy go znajomy zapach jego ramion, to zeświruje. Cały ten pieprzony tydzień był po prostu cholerną udręką, na którą Logan skazał ich oboje. Sięgnął do zapięcia jego spodni i szarpnięciem poradził sobie z ciężką klamrą paska. Nie mógł się powstrzymać, by nie dotknąć go przez spodnie, jęcząc prosto w jego usta. Był tak niemożliwie napalony i boleśnie twardy. Oparł dłonie o ścianę i lekko się od niej odepchnął, napierając na sylwetkę za sobą. Pragnął się w nią wtopić. Zakrztusił się powietrzem, gdy Logan szorstko ujął jego wrażliwego kutasa i od razu zaczął go intensywnie pieścić. Odchylił głowę, opierając ją o jego ramię. Jedną dłoń zacisnął na ręce, którą kochanek oplatał jego pierś, a drugą wciąż opierał się o ścianę, by zachować równowagę. Jego jęki odbijały się od ścian przyczepy, łapał między nimi desperackie oddechy i nieświadomie wbijał paznokcie w nadgarstek Logana.
Tym razem to on doszedł żałośnie szybko, jakby przez cały ten tydzień tak tęsknie wyczekiwał jego dotyku i teraz potrzebował ledwie odrobiny, by nasienie obficie spłynęło po palcach. Nie zdążył jeszcze złapać oddechu, gdy Logan się odchylił. Spojrzał za nim spłoszony przez ramię, obawiając się, że stchórzył, ale zanim otworzył usta, poczuł w sobie wilgotne od nasienia palce.
— Kurwa — sapnął, bezradnie zwieszając głowę między ramionami. Oparł dłonie na ścianie, pochylając się lekko do przodu i wypinając pośladki. — Nie cackaj się ze mną — szepnął, choć Logan wydawał się nie potrzebować żadnych dobrych rad, ani zachęt do pośpiechu. Laurent chciał być obiektem tej jego dzikiej, nieokiełznanej żądzy. Nie zamierzał z nią walczyć. Pragnął, by zostawiła na nim ślady. Pochłonęła go. — Zerżnij mnie, do cholery, czuję, że chcesz — warknął w końcu zniecierpliwiony, wściekły i zdesperowany, chociaż Logan wcale się z nim nie droczył. A mimo to Lance nie mógł się doczekać.
Stracił możliwość oddechu, kiedy w końcu dostał to, czego chciał. Wszystkie myśli uleciały mu z głowy. Poczuł się błogo. Z początku piekło, ale to nie miało znaczenia, gdy ciężki oddech rozbijał się na wrażliwej skórze przy uchu. Docisnął do siebie mocniej jego dłonie i wysunął pośladki w tył. Jęczał w rytm głębokich pchnięć, ale dźwięk otwieranych drzwi i ręką na ustach skutecznie go uciszyły. Spiął się i zamarł. Twardy fiut pulsował głęboko w nim, a dźwięk ciężkich kroków był doskonale słyszalny.
Z jednej strony chciał, by George ich przyłapał, a Logan nie mógł już się wycofać. Z drugiej jednak nigdy nie zrobiłby mu takiego świństwa. Zaskomlał, kiedy kochanek zaczął znów się w nim poruszać, jakby nie mógł przestać go ruchać. Nawet teraz. Adrenalina napędzała szybko bijące serce. Strach potęgował przyjemność. Pomruki przy uchu doprowadzały go do szaleństwa. Zsunął dłoń na biodro Logana, jakby chciał go powstrzymać, ale jedynie za nie złapał.
Myślała tylko o tym, że go naprawdę kocha i nie ma żadnego miejsca na żadne chyba.
Na dodatek nie mógł nic zrobić z tym uczuciem. Miłości nie można było się tak po prostu wyrzec. Laurent zresztą jej chciał. Rozluźnił się, wtulając w jego ramiona i w nich znikając. Dźwięk zamykanych drzwi pozwolił ujść zgromadzonemu przez ten czas krótki napięciu. Wnętrze znów wypełniły mokre odgłosy seksu i tłumione dźwięki przyjemności. Laurent sięgnął między swoje uda do na nowo twardego fiuta. Doszedł po raz drugi, jeszcze przed Loganem, tryskając spermą na ścianę i gryząc wnętrze szorstkiej dłoni. Pustka w głowie i rozkosz oblewające ciało były obezwładniająco przyjemne.
Laurent podkulił ramiona, wciskając się w jego objęcia. Nogi mu drżały, opierał więc dłonie o ścianę i ciężko oddychał. Z początku nie miał odwagi się odwrócić, bo nie wiedział, co zobaczy na twarzy Callahana.
A jednak przecież czuł na swoich plecach, jak mocno biło serce w jego piersi i jak kurczowo trzymał go w ramionach. Gdy w końcu się odsunęli, Laurent poczuł wilgoć na udach i dopiero wtedy dotarło do niego, że Logan nie założył gumy.
No tak. Skąd miałby ją wziąć.
Poczuł zimny uścisk panik, nie dlatego że bał się czymś zarazić. Nigdy wcześniej nie zachował się tak głupio. Nie pieprzył się bez prezerwatywy, a już na pewno nie pozwolił nikomu się w sobie spuścić. Logan sięgnął po to bez pytania. Odebrał mu, choć Laurent nie zrobił nic, by zaprotestować.
Nie mógł udawać, że nie wiedział.
Wziął ostatni drżący oddech, wyprostował się i w końcu odwrócił do mężczyzny, by stanąć z nim twarzą w twarz.
— Czy ciebie popieprzyło? — mruknął bez gniewu, bo teraz to nie miało już sensu i znaczenia. Nie był nawet pewien, czy gdyby mógł, to by cokolwiek zmienił. Brzmiał więc miękko, bo po tym numerku nie miał siły walczyć, jedynie jego głos był lekko schrypnięty od jęków.— Masz jakieś uczulenie na lateks czy coś? — zapytał retorycznie, czując wilgoć między pośladkami. Nie mógł z tym teraz nic zrobić, niż schylić się i podciągnąć spodnie, a w domu zmienić wilgotną bieliznę. Prawdopodobnie będzie wspominał ten numerek przez najbliższych kilka dni. — Ktoś by pomyślał, że jak w młodości zaliczasz wpadkę, to potem uczysz się na błędach — dodał, zapinając rozporek i zaciągając skórzany pasek, a przy tym dłonią starając się nie ubrudzić materiału spodni.
Półmrok w przyczepie skutecznie skrywał nie tylko rumieńce, ale również zakłopotany wyraz twarzy.
Kocham cię.
Jeżeli naiwnie sądzisz, że pieprzenie coś zmieniło w sprawie sprzedaży rancza, to jesteś w błędzie.
Dwie sprzeczne myśli pojawiły się niemal jednocześnie, ale żadna nie była warta wypowiedzenia. Na pierwszą nie otrzyma odpowiedzi, której pragnie, a druga była groźbą bez pokrycia.
— Naprawdę szybko się uczysz — nawiązał do ich rozmowy sprzed tygodnia z krzywym uśmiechem i rozluźnił ramiona.
Logan Callahan
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ashcroft Ranch”