Przechylił lekko głowę, starając się wyłapać wszystkie niuanse w jej słowach, byleby tylko niczego nie przekręcić.
- Mieszany, nie wstrząśnięty - odparł, a gdy dostrzegł jej rozbawione spojrzenie, szybko zrozumiał swój błąd.
- Na odwrót? - dopytał i pamięć szybko odświeżyła mu kultowy tekst Jamesa Bonda, który on musiał oczywiście przekręcić. I choć uważał siebie za kogoś, kto popkulturę zna w wystarczającym stopniu, jak widać nie był takim kozakiem, jakim zdarzało mu się być w ringu.
- To na pewno - rzucił, przytakując Sally.
- Taką postacią jestem ja - i nawet nie chodziło tu o to, by w jakikolwiek sposób zażartować. On naprawdę był w jednym filmie postacią, która w pierwszych piętnastu minutach od pojawienia się na ekranie, została spacyfikowana przez głównego bohatera, a najpewniej nawet zabita. Do dziś odczuwał wstręt do samego siebie za to, że dał się wkręcić w zagranie epizodu akcyjniaka klasy B. Ależ on był tam drewniany...
- Korki... - w jego tonie dało się usłyszeć narzekanie i miało się wrażenie, jakoby to była główna informacja, jaką wyciągnął z jej wypowiedzi. W rzeczywistości wolał skupić się na lżejszych rzeczach, przyziemnych problemach ludzi, bo Sloane i tak wyjawiła mu już dość specyfiki swojej pracy. Między wierszami umiał czytać, filmy czy seriale widział, więc domyślał się, jak kolorowe było życie ratownika medycznego.
Zachichotał lekko na wieść o niezbyt delikatnych rękach. Upił nawet łyk ze szklanki.
- To u nas rodzinne - i wcale nie żartował. Ani też nie odnosił się tylko do życia zawodowego, bo Karrion też nie bywał zbyt delikatny. Zwłaszcza jeśli chodziło o jakieś prace domowe, sprzątanie, montaż mebli czy ogólnie robienie czegokolwiek w domu. Ileż to razy uderzył młotkiem za mocno, wkręcił coś za bardzo lub szarpnął tak, że wyciągnął o kilka fragmentów za dużo.
Pytanie o karierę wcale go nie zaskoczyło. Spodziewał się go, a i nie było ono niczym nowym w ostatnich miesiącach jego życia. Miał więc przygotowaną odpowiedź.
- Czasami - odparł lakonicznie, biorąc kolejnego łyka.
- Klub nie rekompensuje wszystkiego. Brakuje mi trochę tej adrenaliny, napięcia i skupienia na celu - wyjawił.
- Z drugiej strony... mogę czasem zjeść coś bez obawy o tok przygotowań, więc ma to swoje plusy - uśmiechnął się lekko, przyznając się do tego, że choć tęskni w pewnym stopniu za ringiem, tak dostrzega plusy życia poza nim.
Uśmiech Karriona się poszerzył nieznacznie, gdy brunetka wykorzystała chwilę ciszy między nimi, by podziękować za jego obecność. Takie słowa z reguły na niego nie działały, jednak w ustach Marlowe były one wręcz magiczne. Były szczere, przyjemne i przede wszystkim oczekiwane przez niego. Mercer chciał być częścią jej życia i wrócić chociaż do namiastki tego, co mieli przed laty. Przyjaciół takich jak ona ze świecą szukać, więc warto było walczyć o każdy, nawet najmniejszy wyraz uznania.
- Czyli nie do końca dobrze się ogoliłem - przejechał dłonią po podbródku, poruszając głową, jak gdyby znajdował się przed lustrem i spoglądał na twarz, chcąc zlokalizować pojedyncze, siwe włosy na swoich policzkach, których nie udało mu się ściąć maszynką.
- I też się cieszę z tego spotkania - uśmiechnął się znów. Ciepło, przyjaźnie i przede wszystkim bez rozbawienia, dzięki czemu ta wypowiedź w zestawieniu z jego wcześniejszym żarcikiem wybrzmiała jeszcze lepiej, dosadniej.
Znów oparł się o krzesło i powrócił do poprzedniej pozycji - skrzyżowanych rąk na klatce piersiowej, wyraźnie się zastanawiając nad jej pytaniem.
- Coś tam chyba mają, ale nie jestem pewien - rzucił, jakby wcale nie miał przed sobą jednej karty z menu, którą zostawił im kelner, gdyby jeszcze chcieli coś domówić.
- Wiesz, że ja nie za bardzo ze słodkim - rzucił jakby na usprawiedliwienie braku elementarnej wiedzy dotyczącej sceny cukierniczej w tej dzielnicy Toronto.
- Ale coś znajdziemy, mam nadzieję - przytaknął sam sobie z może trochę naiwną wiarą w to, że uda im się zahaczyć o jakąś przyzwoitą cukiernię, kawiarnię czy inną budę, która wieczorem zaoferuje im coś słodkiego lub kwaśnego, bo ku kwaśniejszej opcji deserowej Karrion się właśnie skłaniał.
Chwila ciszy, która nastała między nimi, została przerwana przez kelnera, który przyniósł im zamówione steki. Dania wyglądały jak zwykle fenomenalnie i widać było, że kucharze znali się na rzeczy. Zapach i kolor wskazywał na odpowiednie wysmażenie oraz na właściwy czas odpoczywania steków przed podaniem ich tej dwójce.
Nim jednak Karrion przeszedł do konsumpcji, na którą z pewnością miał ogromną ochotę, spojrzał na Sloane, a gdy ich oczy się spotkały, uśmiechnął się znów w przyjazny, może nawet w pewnym stopniu uroczy sposób.
- Jak zjesz całego steka, to postawię ci te czekoladowe ciasto. Choćby było na drugim końcu miasta, deal? - rzucił małym challenge, który miał jedynie walor rozrywkowy. Zje czy nie, i tak zadba o to, by Marlowe dostała swoje ukochane ciacho. Trzeba dbać o dobrych ludzi. Trzeba dbać o piękne kobiety. I trzeba dbać o przyjaciół, więc Mercer zadba o Sally.
Sloane Marlowe