Nie spieszył się specjalnie. Plecak ciągnął go za jedno ramię, bo jak zwykle wrzucił do niego wszystko byle jak, a pod pachą trzymał książkę, którą miał oddać po lekcjach do szkolnej biblioteki. Kompletnie wyleciało mu to z głowy. Zatrzymał się jeszcze przy chodniku, żeby poprawić pasek.
—
Sam?
Usłyszawszy swoje imię, spojrzał przez ramię. Facet stał kilka metrów dalej, przy samochodzie zaparkowanym po drugiej stronie ulicy. Nie wyglądał szczególnie dziwnie. Zwykła kurtka, zwykłe spodnie, żadnej kominiarki ani niczego, co w filmach od razu oznaczałoby kłopoty. Uśmiechał się nawet całkiem sympatycznie.
Chłopiec zmarszczył brwi, próbując przypasować jego twarz do kogoś znajomego. Mężczyzna podszedł bliżej, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości.
—
Twoja mama prosiła, żebym cię odebrał — powiedział, wyciągając do niego rękę.
—
Która? — dopytał ostrożnie dziesięciolatek.
Facet lekko się zawahał.
—
No... mama.
—
Mam dwie.
Uśmiech mężczyzny natychmiast zrobił się odrobinę mniej pewny. Najwyraźniej nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Przez moment tylko patrzył na chłopca, jakby próbował wymyślić coś na poczekaniu.
—
Obie — sprostował w końcu, kiwając zachęcająco głową.
Sam poczuł, że coś tu nie gra. Nie potrafił jeszcze powiedzieć dokładnie co. Może to, że nieznajomy mówił o jego mamie, ale nie wiedział nawet, o której z nich. Może to, że żadna nie wspominała o tym, że ktoś po niego przyjedzie. A może po prostu sposób, w jaki mężczyzna wypowiedział jego imię. Niby zwyczajnie, a jednak coś w tym brzmiało dziwnie.
Automatycznie cofnął się o pół kroku.
—
To gdzie są?
—
Czekają na ciebie kawałek dalej. Chodź, pokażę ci.
Młody spojrzał w stronę szkoły. Przy wejściu kręciło się jeszcze kilkoro dzieciaków. Nauczyciel stał przy drzwiach i rozmawiał z jakąś kobietą, a kawałek dalej dwóch chłopaków przepychało się dla żartu.
—
Nie mogę — odparł w końcu.
—
Dlaczego? — zdziwił się nieznajomy.
—
Bo muszę oddać książkę — chcąc potwierdzić swoje słowa, uniósł do góry szkolną lekturę. Właśnie skończyli omawiać na angielskim pierwszą część cyklu
Opowieści z Narnii. Na okładce widniał tytułowy lew.
—
Sammy, naprawdę, nie mamy czasu. Twoja mama...
—
Żadna z nich nie powiedziała mi, że mam z panem iść — zastrzegł, przyciskając mocniej książkę do piersi.
Tym razem mężczyzna już się nie uśmiechnął. Chciał coś jeszcze powiedzieć i nawet otworzył usta, ale Sam nie zamierzał czekać, aż wymyśli kolejną odpowiedź. Nie wiedział, czy powinien się bać. Nie wiedział nawet, czy ten facet rzeczywiście chciał zrobić mu coś złego. Wiedział tylko, że nie powinien z nim nigdzie iść. Odwrócił się na pięcie i ruszył prosto w stronę wejścia do szkoły.
—
Hej, Sam! Sammy! — nawoływał facet, ale Samuel nawet się nie obejrzał. Szedł coraz szybciej, mocniej zaciskając palce na książce. Serce zaczęło mu walić o żebra, kiedy usłyszał kroki. Dopiero kiedy znalazł się przy grupie innych dzieci, odważył się zerknąć przez ramię.
Nieznajomy już za nim nie szedł. Stał przy chodniku i patrzył. Sam odwrócił się natychmiast i wszedł do szkoły.
Kiedy Zaylee zobaczyła Młodego, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Nie dlatego, że płakał, bo akurat za wszelką cenę próbował tego nie robić. Stał przy wejściu do szkoły z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię, wpatrując się w chodnik i przecierając rękawem policzek za każdym razem, gdy spod powiek wymknęła mu się kolejna łza. Dolna warga zadrżała mu niespokojnie, a chwilę później już biegł w jej stronę. Miller ledwo zdążyła rozłożyć ramiona, zanim Sammy wpadł jej w objęcia tak mocno, że aż zachwiała się na piętach.
—
Hej, hej... — przycisnęła go do siebie. —
Co się stało? — zapytała troskliwie, głaszcząc go po jasnych włosach.
Sam nic nie odpowiedział. Wcisnął twarz w jej prochowiec i rozpłakał się na dobre. Nie cicho, nie pojedynczymi łzami, które można było szybko wytrzeć rękawem, tylko tym dziecięcym, rozpaczliwym płaczem, który najwyraźniej powstrzymywał w sobie od dłuższego czasu. Zaylee poczuła, jak coś zaciska jej się w żołądku.
—
On... — Sam próbował złapać oddech. —
On znał moje imię.
—
Kto? — zapytała od razu.
Sam odsunął się na tyle, żeby móc odpowiedzieć.
—
Jakiś pan — wymamrotał cicho.
—
Jaki pan? — drążyła nieustępliwie Miller.
—
Nie wiem. Chciał, żebym z nim poszedł.
—
I poszedłeś? — dopytała, marszcząc brwi.
Chłopiec spojrzał na nią z wyraźnym oburzeniem, jakby właśnie usłyszał najbardziej absurdalne pytanie na świecie.
—
Nie! — zastrzegł natychmiast. Zaylee pokiwała spokojnie głową, choć w środku cała wrzała. Najchętniej ruszyłaby w pościg za tym człowiekiem, ale zdawała sobie sprawę z tego, że to nie był najrozsądniejszy pomysł.
Wiedziała jednak, że nie może tego tak zostawić. Powinna poinformować Evinę i poprosić, żeby - w miarę możliwości - jak najszybciej wróciła z komisariatu do domu. Potem trzeba będzie ustalić, co dokładnie się wydarzyło i przede wszystkim dowiedzieć się, kim był mężczyzna, który znał imię ich syna.
Evina J. Swanson