ODPOWIEDZ
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

nine
baby, i'm preying on you tonight
Wiadomość od Bell nie mogła przyjść w lepszym momencie. Leżał akurat w pustej wannie z nogą przerzuconą przez szeroką ramę głębokiej bali, wpatrując się w misternie zdobiony sufit, na którym anioły z włoskiego fresku patrzyły na ludzkie grzechy z obojętnością właściwą jedynie istotom przekonanym o własnej wieczności. W prawej dłoni dopalała się wolno cygareta, której popiół opadał leniwie na jasny marmur posadzki, podczas gdy w lewej, zamknięta w grubym, ciężkim szkle, kołysała się złota whisky, przechwytując światło wpadające przez wysokie okna i rozbijając je na dziesiątki ciepłych refleksów. Nadal miał na sobie strój do dresażu, jakby od chwili zejścia z konia świat nie znalazł dość przekonującego argumentu, by zmusić go do przebrania się. Koszula, uszyta na zamówienie przez londyńskiego krawca, opinała jego ramiona z wojskową precyzją, białe bryczesy pozostawały nieskazitelne mimo godzin spędzonych w siodle, wysokie skórzane oficerki połyskiwały niczym lustra, a jedynym śladem ludzkiej niedoskonałości był rozpięty pod szyją kołnierz, odsłaniający obojczyki i fragment torsu, jak gdyby nawet dyscyplina musiała ostatecznie ustąpić miejsca znudzeniu. Wyglądał niczym postać wyrwana z obrazu przedstawiającego schyłek arystokracji – człowiek tak bogaty, że nie musiał już niczego udowadniać, a mimo to nieustannie próbował przekonać samego siebie, iż wciąż potrafi odczuwać cokolwiek poza chłodną satysfakcją.
Przejazd po posiadłości wciąż pulsował w jego mięśniach, pozostawiając w nich przyjemne zmęczenie, lecz znacznie wyraźniejsze od rytmu końskiego chodu pozostawały wspomnienia poprzedniej nocy. Całonocna orgia mieszała się ze smakiem alkoholu i ciasnym zapachem perfum, które nie chciały odejść mimo całej pogardy, jaką dla nich żywił. Budynek w King znów zamienił się w scenę widowiska przeznaczonego wyłącznie dla ludzi przekonanych, że pieniądze były nowoczesną formą boskości. Helikoptery lądowały jeden po drugim przecinając nocne niebo, limuzyny sunęły przez eukaliptusowe aleje niczym czarne okręty wpływające do portu, a wraz z nimi napływali ludzie. Kobiety owinięte jedwabiami droższymi od przeciętnych domów śmiały się zbyt głośno, mężczyźni rozmawiali półsłówkami, zawierając między jednym kieliszkiem a drugim transakcje warte więcej niż budżety małych państw. Nikt nie przyjechał tam dla muzyki ani dla szampana. Przyjeżdżali dla poczucia, że istniało miejsce, gdzie świat kończył się na bramie posiadłości, a wszystko, co miało się wydarzyć za nią, miało pozostać pogrzebane pod warstwami dyskrecji równie grubymi jak rodzinne sejfy.
Gardził nimi, a jednak otworzył przed nimi odrzwia wynajętego na ten specjalny czas domu. Potrzebował zagłuszyć uporczywe obrazy, dopominające się jego uwagi niczym rozszczekane psy. Zrobił to, bo tego chciał, a równocześnie — po raz pierwszy od długiego czasu — potrzebował rozproszenia od własnego umysłu. Dlatego też progi ogromnej posiadłości wypełniła lawina bezosobowego tłumu, łaknącego rozrywki. Wszak największym luksusem bogactwa nie były jachty ani dzieła sztuki, lecz możliwość bezkarnego przekraczania granic, których reszta świata nie odważyłaby się nawet dotknąć. Elity nie były moralniejsze od innych. Były jedynie lepiej chronione przed konsekwencjami.
Alkohol, muzyka, seks zwieńczyły się dopiero, gdy słońce wzeszło nad horyzontem, a służący zaczęli wypraszać ostatnich maruderów, nie zważając na to, co mieli do powiedzenia. W końcu ich zdanie wcale go nie obchodziło. Tak samo jak nie obchodziły go porozrzucane po całej posiadłości przedmioty, tworzące w oczach innych chaos. Dla niego wręcz przeciwnie – dostrzegał w nim pewien rodzaj estetyki. Porozrzucane marynarki i bielizna, pojedyncze kolczyki, kryształowe kieliszki pozostawione na fortepianie, szachownicy, parapetach, zgniecione zaproszenia, niedopita butelka koniaku stojąca samotnie na bibliotecznej drabinie; wszystko to przypominało pole bitwy stoczonej nie o przetrwanie, lecz o chwilowe zapomnienie. Ludzie wydawali fortuny tylko po to, aby przez kilka godzin nie słyszeć własnych myśli. A potem wracali do swoich imperiów, udając przed światem, że nadal wierzyli w cnotę, odpowiedzialność i rodzinne wartości.
Leniwie, niemal bezwiednie zaciągnął się dymem, pozwalając, by ciężki aromat tytoniu wymieszał się z zapachem cedru i starego kamienia. Wagner sączył się gdzieś z odległej sali, tak cicho, jakby orkiestra grała za ścianą innego życia, i Raphael pomyślał z gorzkim rozbawieniem, że właśnie dlatego kochał tę muzykę. Nie była piękna. Była monumentalna. Nie pocieszała. Przygniatała. Przypominała, że człowiek, choćby zgromadził wszystkie bogactwa świata, nadal pozostawał jedynie krótkim epizodem wobec czasu.
Dźwięk telefonu przeciął tę ciszę niemal brutalnie. Imię Sarai rozświetliło ekran, a na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech – jeden z tych rzadkich, których nie ćwiczył przed lustrem i których nie pokazywał publicznie. W świecie pełnym ludzi pragnących czegoś od Raphaela istniało zaledwie kilka osób, które mogły pozwolić sobie napisać do niego bez zapowiedzi. Bell od kilku tygodni wpraszała się do tego wąskiego grona. Jej maile były dla niego intrygujące nie z powodu jej samej, lecz obietnicy, jaką składały. Otworzył wiadomość niespiesznie, smakując chwilę oczekiwania bardziej niż samą treść, bo wiedział, że najcenniejsze rzeczy nigdy nie polegały na spełnieniu, lecz na napięciu tuż przed nim.
- Sir.
Mężczyzna, jak zawsze, nie wszedł do pomieszczenia. On zdawał się z niego wyłaniać, niczym cień, który od pokoleń należał do tego Dominium równie mocno jak kamienne ściany. Valencourtowie zmieniali epoki, rządy i kontynenty, lecz rodzina służącego pozostawała przy nich od tak dawna, że lojalność przestała być obowiązkiem, a stała się czymś przypominającym dziedziczoną religię. Kamerdyner nie patrzył na bałagan ani na dym unoszący się nad wanną. Dla niego nie istniało nic poza poleceniami pana.
Raphael nawet nie odwrócił głowy. Obracał w dłoni szklankę, obserwując wirującą whisky z takim skupieniem, jakby właśnie tam ukryta była odpowiedź na wszystkie pytania, których nigdy nikomu nie zadawał. Przez krótką chwilę pomyślał, że człowiek może mieć wszystko: ziemię, nazwisko, pieniądze, wpływy, ludzi gotowych umrzeć na jego rozkaz – i mimo to budzić się każdego ranka z tym samym, nieusuwalnym uczuciem pustki. Być może właśnie dlatego nieustannie organizował kolejne przyjęcia, kolejne spotkania, kolejne widowiska. Nie dla nich. Dla siebie. Aby choć na moment zagłuszyć ciszę, która zawsze wracała. Szczególnie teraz, gdy Prowadząca pozostawała zamknięta w szpitalnych ścianach.
- Przygotuj auto - mruknął w końcu.
- Cel, sir?
Ciemne oczy podniosły się ku freskom nad głową.
20 Victoria.

Sarai Bell
dirty little diesel.
26 y/o
For good luck!
162 cm
dziennikarka śledcza — CBC Toronto
Awatar użytkownika
no doubt, my hobby is getting on people's nerves
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

#2
To nie było takie oczywiste, napisać pierwszy list i zmusić zdecydować się na jego wysłanie. Początkowo każda próba spełzała na niczym. Pisała… gniotła kartkę, brała nową… pisała… znowu sięgała po czysty papier… pisała…

…i przeklinała na głos pieprzonego Valencourta, na którego myśl policzki oblewały jej się palącym wstydem.

Oczywistym natomiast było, że jeśli nie odpisze, ona wprowadzi w życie plan B, choć nie zrobi tego, zanim w kieliszku nie znajdzie się odpowiednia ilość czerwonego wina. Niezbyt drogiego, pewnie nawet niezbyt smacznego, aczkolwiek idealnie nadającego się do tego, by poczuć nie tylko cierpki smak w gardle, a szum w głowie. Tak naprawdę potrzebowała bodźca, który urzeczywistni ten kolejny, absurdalny pomysł.
I dzięki niemu kliknie wyślij.

Pierwszy mail był dosyć przemyślany. Drugi – wynikiem ekscytacji, że w ogóle dostała odpowiedź. A to znaczyło, że jak bardzo absurdalny nie byłby ten plan… najwyraźniej zaczynał działać. Przy trzeciej wiadomości musiała się zastanowić. Przejrzeć lokale, najlepiej w mieście, przeanalizować ewentualne scenariusze, które mogłyby się wydarzyć, i dopiero wtedy zdecydować. 20 Victoria brzmiało jak odpowiedni wybór. O ile tylko nie będzie musiała za to wszystko płacić.

15 września, 7:12 pm
Delikatnym ruchem dłoni zamknęła za sobą drzwi taksówki, unosząc wzrok na budynek przed sobą. Oczywiście, że była przed czasem. Wygładziła materiał czarnej sukienki i ruszyła w kierunku wejścia do restauracji.
Jej strój przypominał atmosferę panującą w środku. Elegancką, nieco skrytą – sukienka była krótka, podkreślająca kształty. Długi rękaw zakrywający ramiona kontrastował z odsłoniętym dekoltem. Szpilki były klasyczne, włosy rozpuszczone. Do tego parę delikatnych, złotych dodatków w postaci kolczyków, naszyjnika i pierścionka. W małej kopertówce mieścił się zaledwie telefon, dokumenty oraz szminka. Czerwona, rzecz jasna.
Zgodnie z poleceniem powołała się na nazwisko Valencourta. Zabrzmiała tak, jakby miała pełne prawo się nim posługiwać. Nastąpiła chwila zawahania. Mężczyzna z obsługi zerknął w rezerwację, później na nią, aż wreszcie zaprosił w głąb lokalu. Zaprowadził Sarę do głównej sali, odsunął krzesło i zostawił samą.
Wyjęła z torebki telefon, sprawdzając godzinę. Siódma trzydzieści zbliżała się zbyt szybko. Zaczynała się stresować.
Odłożyła komórkę na stolik i rozejrzała się po pomieszczeniu. Światło było przyciemnione; słyszała przyciszone rozmowy innych gości i odgłosy szkła odkładanego na blat. W innej sytuacji pomyślałaby nawet, że to całkiem odprężająca sceneria. A jednak sama myśl o spotkaniu z nim skutecznie burzyła tę wizję.
Stuknęła palcem w ekran telefonu.
7:28 pm.
Wypuściła cicho powietrze przez usta i przymknęła oczy.

Dasz… sobie… radę.
raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
she
bullshit
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Kazał jej czekać. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, gdy zegarek pokazywał już piętnaście minut po ustalonym przez niego samego czasie. Nie chodziło jedynie o przekroczenie jej granic, o zirytowanie jej na samym wstępie, o ukazanie tego, że mógł. Że na kogoś takiego jak on po prostu się czekało. Nie. Wszystko to coś znaczyło, lecz w tym konkretnym momencie najbardziej interesowało go jedno — jak bardzo Sarai Bell była zdesperowana, aby czekać na niego jeszcze dłużej.
Jadąc w ustalonym kierunku, przez umysł Raphaela wracały te same pytania, co wówczas, gdy otworzył od niej maila. Dotrę do Ciebie na swój sposób, czy tego chcesz, czy nie. A Ty odpowiesz. Bo ja nie mam nic do stracenia, a Ty nie wiesz, czego faktycznie chcę. Musiał przyznać, że zapewniła mu krótkotrwałą rozrywkę. Lubił wszak zdania, które nie pozostawiały człowiekowi wygodnej drogi odwrotu. Nie dlatego, że były szczególnie groźne. Groźba była najprymitywniejszą formą nacisku, dostępną każdemu idiocie posiadającemu wystarczająco dużo gniewu i wystarczająco mało wyobraźni. Znacznie ciekawsze było zasianie w czyimś umyśle pytania, którego nie dało się już z niego wyrwać. Co naprawdę chce? Dlaczego napisał? Skąd wie? Jak wiele wie? I najważniejsze: dlaczego akurat mnie? To właśnie pytania wykonywały za człowieka większość pracy. Nie trzeba było popychać drzwi, jeśli wystarczyło sprawić, by ktoś sam zaczął naciskać na klamkę.
Czterdzieści minut później samochód parkował pod jedną z restauracji w Kingston. Przez całą drogę Raphael nie musiał ani razu sprawdzać telefonu. Wiedział, że wiadomości od Sarai nie nadejdą. Gdyby napisała, oznaczałoby to, że przegrała własną próbę charakteru. Gdyby zadzwoniła, jeszcze gorzej. Cisza była natomiast informacją znacznie bardziej użyteczną. Cisza oznaczała, że nadal czekała.
Nie negował wybranego przez nią miejsca. Restaurant 20 Victoria miała w sobie coś z prowincjonalnego, pospolitego wnętrza, w którym usiłowano uprawiać sztukę kulinariów z przesadną powagą. Raphael nie czuł jednak pogardy wobec samego miejsca. Pogarda była emocją zbyt tanią, aby poświęcać jej czas. Obserwował jedynie mechanizm. Drewniane elementy, miękkie światło, starannie dobrane dekoracje, kieliszki ustawione pod odpowiednim kątem, kelnerzy poruszający się z wyćwiczoną dyskrecją — wszystko miało mówić gościom, że znajdowali się w przestrzeni odrobinę lepszej od tej, z której właśnie przyszli. A jednak Gwiazdki Michelin nie znaczyły w jego umyśle niczego szczególnego. Były kolejnym znakiem, kolejnym symbolem prestiżu, który można było przyjąć jak religijny obrazek i zawiesić sobie nad własnym ego. Ludzie potrzebowali hierarchii nawet wtedy, kiedy udawali, że od niej uciekli. Potrzebowali dowodu, że jedli lepiej niż inni, mieszkali lepiej niż inni, znali ludzi, których nie znali inni. Cywilizacja nie pozbyła się podziałów; nauczyła się tylko nadawać im bardziej eleganckie nazwy. Jedni mieli stolik przy oknie, inni przy drzwiach. Jedni zamawiali butelkę bez patrzenia na kartę win, inni studiowali ceny przez pięć minut, zanim wybierali najtańszy kieliszek. Jedni wchodzili bez pytania, drudzy czekali, aż ktoś pozwoli im usiąść. Ostatecznie różnica pomiędzy arystokratą a człowiekiem, który chciał uchodzić za arystokratę, często sprowadzała się właśnie do tego, czy musiał jeszcze udowadniać, że należy do środka.
Wysiadł z samochodu bez pośpiechu. Chłodne powietrze przecięło mu twarz, lecz nie zmieniło jej wyrazu. Przesunął palcami po brzegu ciemnego płaszcza i przez krótką chwilę stał przed wejściem, jakby sama restauracja była czymś, co należało najpierw obejrzeć, zanim zdecydował się do niej wejść. Nie było w tym teatralności. Teatralność wymagała publiczności. On nie potrzebował publiczności. Potrzebował natomiast odpowiedniego momentu. Kiedy otworzył drzwi, nie wszedł gwałtownie ani nie zatrzymał się w progu. Wszedł tak, jakby miejsce było już mu znane, choć nigdy wcześniej w nim nie był. Najpierw pojawił się płaszcz, potem linia ramion, następnie twarz spokojna do tego stopnia, że niemal pozbawiona emocji. Kilka głów uniosło się odruchowo. Nie dlatego, że ludzie wiedzieli, kim był. Większość zapewne nie wiedziała. Ludzie reagowali na ruch, na pewność, na kogoś, kto nie wchodził do pomieszczenia z pytaniem, czy wolno było mu się w nim znaleźć. Naturalnie przejmował przestrzeń nie gestem, lecz brakiem zawahania. Jego obecność niosła ze sobą obietnicę konsekwencji.
Zobaczył ją niemal natychmiast.
Sarai Bell siedziała przy stoliku nieco odsuniętym od głównej części sali. Nie nerwowo. To byłoby zbyt łatwe. Nie bębniła palcami o blat, nie zerkała nerwowo w stronę wejścia, nie sprawdzała telefonu co kilka sekund. Siedziała nieruchomo, z wyprostowanymi plecami, jak ktoś, kto za wszelką cenę chciał udowodnić samemu sobie, że nadal kontroluje własne ciało. Pamiętał jej twarz - tę rodzajową harmonię ostrzejszych rysów i miękkości, która sprawiała, że uroda nie była natychmiastowa, lecz działała z pewnym opóźnieniem. Najpierw dostrzegało się twarz. Dopiero później jej proporcje, ciemniejsze spojrzenie, linię ust i sposób, w jaki włosy układały się wokół policzków. Uroda była walutą, lecz jak każda waluta miała wartość wyłącznie wtedy, kiedy wiedziało się, jak jej używać.
I chociaż Bell starała się być nieruchoma, pod tą przygaszoną sylwetką, dostrzegał złość. Dostrzegł ją w napięciu szczęki, w sposobie, w jaki zaciskała palce wokół szklanki z wodą, w drobnym ruchu ramienia, kiedy usłyszała kroki zbliżające się do stolika. Ale pod złością znajdowało się coś jeszcze. Niepewność. I właśnie ona była ciekawsza. Sarai nie wiedziała, czy powinna wstać, czy pozostać na miejscu. Czy powinna okazać mu gniew, czy udawać obojętność. Czy potraktować jego spóźnienie jak zniewagę, czy jak test, którego sama przecież się podjęła. Raphael niemal się uśmiechnął. Nie dlatego, że ją pokonał. Nie interesowało go zwycięstwo nad kobietą siedzącą samotnie przy stoliku. Interesowało go poznanie granicy, za którą zaczynała podejmować decyzje sprzeczne z własnym komfortem.
I już wiedział, że ta granica istniała. Wiedział także, że przekroczyła ją przed jego wejściem. Idąc ku niej, nie spieszył się. Każdy krok miał tę samą długość. Płaszcz przesuwał się za nim miękko, a światło padające z przygaszonych lamp rozcinało jego sylwetkę na fragmenty, gdy przechodził pomiędzy stolikami. Minął parę pogrążoną w rozmowie, starszego mężczyznę czytającego menu i kobietę, która odruchowo spojrzała w jego stronę. Nie odpowiedział na żadne z tych spojrzeń. Nie dlatego, że był ponad nimi. Po prostu nie należały do jego celu.
Kiedy znalazł się przy stoliku, nie przeprosił. Nawet przez moment nie pozwolił sobie na ten odruch. Zsunął z ramion płaszcz, podał go obsłudze, a potem odwrócił się ku niej z uśmiechem człowieka, który doskonale znał swoje miejsce. Uśmiechem spokojnym, niemal uprzejmym, lecz pozbawionym najmniejszego śladu skruchy.
- Co dziś jemy?
Tylko tyle. Zdanie zabrzmiało w jego ustach tak, jakby spotkanie nie było początkiem negocjacji, lecz kontynuacją rozmowy, która rozpoczęła się znacznie wcześniej, zanim jeszcze się poznali. Nie, kiedy do szczupłego ciała przylegał czarny golf, a całość dopinała idealnie skrojony garnitur w ciemnym graficie. Nie, kiedy przed dziennikarką pojawił się człowiek, który nigdy za siebie nie przepraszał.
Minęły pięćdziesiąt trzy minuty.

Sarai Bell
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”