Unosząc brew, spojrzała na niego, jakby oceniała nie jego słowa, a ton, który w nich usłyszała. Ten półuśmiech, luz w jego ruchach, stuknięcie szkła o blat. Znała go. A jednak coś w tym wszystkim zabrzmiało inaczej. Albo może tylko ona była już kimś trochę innym niż wtedy.
Zanim dokończyła myśl, sięgnęła po widelec i odkroiła mały kawałek steka. Jadła powoli, z wyczuciem, jakby każdy kęs był częścią rytuału, który miał jej pomóc zapanować nad tym, co działo się w środku.
-
No i widzisz. Certyfikat autentyczności to trochę jak przeterminowane mleko. Niby naturalne, ale kto to trzyma na wierzchu? - rzuciła lekko, z tym swoim charakterystycznym tonem, który zawsze zawieszał się między drwiną a czułością. -
A jeśli ktoś pamięta, jak pachniałeś benzyną… to może znaczy, że był z tobą wystarczająco blisko i wystarczająco długo, żeby cię lubić nie za to, że masz pieniądze i jesteś sławny w pewnych kręgach.
Spojrzała na niego, dłużej, uważniej, z tą ostrożnością, którą zwykle rezerwowała dla rannych pacjentów - tych, którzy jeszcze się trzymali, ale już byli na granicy. Bo Karrion miał w sobie właśnie coś takiego: stabilność, która nie zawsze znaczyła spokój.
Wbiła wzrok w talerz, pozwalając sobie na jeszcze jeden kęs, jakby mięso mogło ją uziemić.
Parsknęła przy „oho”, kiwając głową teatralnie, jakby chciała jeszcze go podpuścić, ale nie zrobiła tego.
-
Twoja reputacja w świecie boksu jest bezpieczna. Nikt cię nie widział z latte ani z różowym szlafrokiem. Chociaż… - zmrużyła oczy, patrząc na niego jakby przez mgłę -
był kiedyś taki poranek po imprezie u Leny…
Nie musiała kończyć zdania. I tak oboje wiedzieli, że on w tym szlafroku wyglądał zbyt wygodnie, żeby mógł udawać twardziela. Ewentualnie wtedy, kiedy zrobiła mu maseczkę na twarz z zimnego jogurtu, bo to dla urody i żeby opuchlizna zeszła szybciej. To dopiero było besties SPA.
Uśmiechnęła się pod nosem, sięgając po kolejną porcję warzyw i zerkając na niego z boku, jakby szukała potwierdzenia, że też to pamięta.
Jej spojrzenie nieco złagodniało, kiedy on mówił o cieple i tłoku. Zaskoczyło ją to. Nie dlatego, że nie wierzyła mu. Tylko dlatego, że coś w tym brzmiało jak odbicie jej własnych myśli.
-
No widzisz. Tyle że ja właśnie mam tendencję do przyciągania ludzi, którzy na początku chcą się grzać, a potem się duszą. – Przesunęła palcem po krawędzi szklanki. -
Więc przynajmniej wiemy, jak wygląda scenariusz.
Mimo pozornej lekkości, nie oderwała od niego wzroku. I kiedy znowu wspomniał o portfelu, uśmiechnęła się, ale tym razem bez kpiny.
-
Portfel wrócił. Jasne. Ale może nie wszystko, co się kradnie, da się oddać.
I właśnie dlatego uciekła spojrzeniem. Bo kiedy mówiła takie rzeczy, nie lubiła widzieć reakcji rozmówcy. Szczególnie, gdy był kimś, kto widział ją więcej niż raz bez pancerza.
Słuchała jego słów o „podłodze” i przez chwilę milczała. A potem tylko skinęła lekko głową - jakby wiedziała, że nie musi nic dodawać. Że czasem jedyne, co można zrobić, to zgodzić się z kimś, kto właśnie powiedział coś prawdziwego.
Ale jego ostatnie zdanie - to o tym, że „z tobą szkoda marnować chwile” - sprawiło, że się zatrzymała. Nie w ruchach, ale w środku. Coś w niej się spięło.
Nie uśmiechnęła się od razu.
-
Co masz na myśli? - zapytała, spokojnie, miękko, ale z nutą podejrzliwości. Jakby chciała mieć pewność, że rozumie to dobrze. Wolała mieć jasność
-
Wiesz… niby robimy z tego tylko umowę o ciasto i czasie. Ale to nie jest bez znaczenia, okej? - rzuciła cicho, ale wyraźnie. -
Chcę mieć w życiu ludzi, którzy zostają. I choćbym miała sto powodów, żeby uciec… to też czasem chcę zostać.
Zamilkła na chwilę, pozwalając ciszy zapaść między nimi. Tej cichej, miękkiej, która nie bolała, ale coś wyciągała z wnętrza. Potem zaśmiała się krótko, choć w jej oczach dalej czaił się cień.
-
A tak poza tym - dodała z nagłą zmianą tonu -
nie mów mi, że chcesz się ustatkować, bo będę musiała ci poszukać jakiejś samotnej nauczycielki jogi. Najlepiej z kotem. I maniakalną potrzebą planowania wesela.
Spojrzała na niego z tym swoim zgryźliwym uśmiechem, ale w środku coś ją ścisnęło. Może dlatego, że wiedziała, że sama nie była tą osobą, z którą można było planować cokolwiek. Może dlatego, że istniał Marco. I Bradley. I ta cholera nieumiejętność bycia tam, gdzie ktoś się nią przejmował.
-
Chociaż nie ukrywam… też mam trochę wzięcia. Jeden lubi whisky, drugi wódkę. Jeden jest chodzącym kłopotem, drugi ratuje mnie z opresji. Obaj… trudni do zignorowania – rzuciła, jakby mówiła o filmach, nie o mężczyznach, którzy odciskali się jej pod skórą bardziej, niż powinna na to pozwolić. -
Więc może to ciasto to będzie moją jedyną spokojną relacją.
I wtedy się uśmiechnęła – szeroko, ale miękko. Taki uśmiech, który znali tylko ci, którym pozwalała zajrzeć za zasłonę. Taki, który mówił: „wciąż tu jestem”.
Odstawiła widelec, cicho stukając nim o porcelanę, i zerknęła z satysfakcją na pusty talerz.
-
Stek zjedzony. Warzywa też. I nawet nie marudzę - rzuciła, jakby właśnie wygrała jakiś mały zakład. -
Możesz uznać wyzwanie za zakończone sukcesem.
Karrion Mercer