ODPOWIEDZ
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Toronto kończyło się stopniowo, jakby samo nie mogło zdecydować, gdzie właściwie przebiega jego granica. Najpierw zniknęły wysokie budynki. Potem tramwaje, światła na skrzyżowaniach i ludzie przechodzący przez ulicę ze słuchawkami w uszach, przekonani, że samochody mają obowiązek ich zauważyć. Jeszcze przez jakiś czas ciągnęły się magazyny, salony samochodowe i niskie centra handlowe otoczone parkingami tak wielkimi, jakby przygotowywano je na ewakuację całej prowincji. Potem również one zostały z tyłu, a droga zrobiła się prostsza.
Po obu jej stronach pojawiły się pola, lasy i pojedyncze domy stojące daleko od siebie, każdy z własnym podjazdem, skrzynką pocztową i życiem, o którym Quincy nie wiedział absolutnie nic. Niebo wydawało się tutaj większe niż w mieście. Było to oczywiście niemożliwe, ale pewne rzeczy stawały się prawdziwe wyłącznie dlatego, że człowiek wystarczająco długo patrzył przez przednią szybę. Quincy prowadził jedną ręką. Drugą trzymał telefon oparty o kierownicę, ponieważ uchwyt kupiony rano na stacji benzynowej odpadł po czternastu minutach. Teraz leżał na podłodze po stronie pasażera razem z paragonem, pustą puszką po Coca Coli Diet i okularami przeciwsłonecznymi.
Wypożyczony SUV był zdecydowanie za duży. Quincy wybrał go właśnie dlatego. Kobieta w wypożyczalni zapytała, czy rzeczywiście potrzebuje samochodu tej wielkości dla jednej osoby, jednej torby i namiotu, którego, prawdę mówiąc, nie był nawet pewien, czy potrafi rozłożyć. Odpowiedział, że tak. (Przecież to oczywiste!) Nie potrzebował. Ale wyglądał dobrze. Przynajmniej tak mu się wydawało, kiedy rano zobaczył swoje odbicie w przyciemnionej szybie: okulary, za duża bluza (Uniwersytetu w Nowym Jorku, z którego został wyrzucony), kawa w dłoni, kluczyki do wielkiego czarnego samochodu. Człowiek wybierający się gdzieś. Człowiek mający plany. Człowiek, który bez najmniejszego problemu poradzi sobie w dziczy, o ile dzicz posiada zasięg, bieżącą wodę i możliwość płacenia kartą.
Festiwal miał odbywać się dalej na północ, nad jeziorem. Trzy dni muzyki, namiotów, ognisk i ludzi, którzy prawdopodobnie używali słowa community z pełną powagą. Quincy widział zdjęcia z poprzedniego roku. Dziewczyny w kaloszach. Chłopcy bez koszulek. Światła rozwieszone między drzewami. Ktoś grający na gitarze o czwartej rano. Poza tym znał tam może cztery osoby. To wystarczało.
Muzyka grała za głośno, Arthit obecny w każdej sytuacji. Klimatyzacja za mocno. Za szybą przesuwały się drzewa. Im dalej jechał, tym rzadziej mijał inne samochody. Droga zwęziła się do dwóch pasów i zaczęła lekko falować między lasami. Od czasu do czasu otwierała się na ogromne połacie zieleni albo wodę widoczną gdzieś daleko pomiędzy pniami. Przy poboczu stały wyblakłe tablice reklamujące miód, drewno opałowe i świeże jajka. (Nie wiem czy to możliwe w Kanadzie, ale uznajmy, że tak!) Quincy minął starą stację benzynową i przez sekundę pomyślał, że powinien się zatrzymać. Nie zatrzymał się. (Później uzna to za pierwszy błąd). Drugim było zignorowanie kontrolki. Zapaliła się dziesięć minut później. Żółta, mała, niepozorna. Quincy spojrzał na nią, zmarszczył brwi, a potem zrobił to, co robił ze wszystkimi problemami technicznymi: założył, że jeżeli nie wie, co oznaczają, prawdopodobnie nie są pilne. (Poza tym kontrolka była pomarańczowa, a nie czerwona!). Samochód jechał dalej. Przez całe siedem minut. Najpierw poczuł lekkie szarpnięcie.
- Nie. - SUV szarpnął drugi raz.
- Nie, nie, nie - Silnik odpowiedział nierównym pomrukiem. Quincy ściszył muzykę, jakby dzięki temu samochód miał się zawstydzić i przestać. Przez moment rzeczywiście wszystko wydawało się normalne. Potem wskazówka temperatury zaczęła wspinać się zdecydowanie za wysoko.
- Okej. Nie rób mi tego. - Powiedział to tonem człowieka negocjującego z żywym stworzeniem. Spod maski dobiegł krótki metaliczny dźwięk, potem coś syknęło. Kilkaset metrów dalej znajdował się niewielki zjazd z drogi. Raczej miejsce, w którym ciężarówki mogły się zatrzymać, niż prawdziwy parking: szeroki pas żwiru, kilka chwastów, przechylony kosz na śmieci i drewniana tablica z mapą okolicy, wyblakłą od słońca i deszczu. Dotoczył się tam właściwie siłą rozpędu. Kiedy zatrzymał samochód, spod maski unosiła się już cienka smuga pary. Przez chwilę siedział bez ruchu. Cisza po wyłączeniu silnika była absurdalnie wielka. W mieście cisza właściwie nie istniała. Zawsze coś pracowało za ścianą, ktoś zamykał drzwi, hamował autobus, puszczał wodę, krzyczał na ulicy. Tutaj, kiedy ucichł samochód, Quincy po raz pierwszy usłyszał owady w trawie. Spojrzał na telefon. Jedna kreska zasięgu.
- Oczywiście. - Wysiadł. Powietrze pachniało rozgrzanym asfaltem, sosnami i czymś słodkim, czego nie potrafił nazwać. Droga ciągnęła się w obie strony, pusta i jasna, a czarny SUV stojący na żwirze wyglądał nagle jak obcy przedmiot, który ktoś zostawił tutaj przez pomyłkę.
Quincy otworzył maskę. Natychmiast tego pożałował. Nie dlatego, że buchnęła na niego para. Po prostu wnętrze samochodu wyglądało dokładnie tak, jak spodziewał się, że będzie wyglądało wnętrze samochodu: mnóstwo rzeczy, których nazw nie znał. Przyglądał im się przez chwilę z rękami opartymi o biodra. Mina człowieka rozumiejącego silniki wydawała mu się najlepszą dostępną strategią. Któryś z przewodów układu chłodzenia najwyraźniej puścił. Przynajmniej tak twierdził internet, kiedy po trzech próbach udało mu się załadować stronę. Płyn chłodniczy wyciekł, silnik się przegrzał, samochodu absolutnie nie należało dalej prowadzić.
Zadzwonił do wypożyczalni. Połączenie zerwało się dwa razy. Za trzecim razem automat poinformował go, że jego zgłoszenie jest dla nich bardzo ważne. Quincy usiadł na masce samochodu i słuchał muzyki telefonicznej, patrząc na pustą drogę. Nagle cała ta wyprawa wydała mu się idiotyczna. Mógł być teraz w Toronto. Mógł siedzieć w klimatyzowanej restauracji i narzekać na coś nieistotnego. Zamiast tego znajdował się gdzieś pomiędzy dwoma miejscami, z zepsutym samochodem, namiotem, którego nie potrafił rozłożyć, i puszką Red Bulla toczącą się po podłodze.
Może właśnie na tym polegały podróże. Człowiek opuszczał jedno miejsce, żeby odkryć, że gdzie indziej również potrafi być bezradny.

Lysander Westhall
Kwiatkowski
32 y/o
For good luck!
190 cm
weteran, mechanik samochodowy Scarborough Auto Care
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Bywały dni, podczas których Lysander potrzebował ucieczki z głośnego, zatłoczonego miasta. Miał wrażenie, że ludzie go osaczali, a jemu z wolna brakowało powietrza i przestrzeni, w której mógłby czuć się swobodnie. W takich momentach demony przeszłości atakowały jeszcze intensywniej przypominając mu, że chociaż na około znajdowało się tak wiele osób, nadal był osamotniony w swoich problemach, którymi nie chciał się dzielić nawet z najbliższymi. Nie potrafił się zebrać, by otworzyć duszę, wylewając wszystko, co się w niej znajdowało. Był pewien, że Xander odetchnąłby wewnętrznie wiedząc, co takiego trapiło starszego brata i z czym musiał się zmagać, ale cholera, to nie było takie proste. Nie chodziło o wstyd, nie chodziło o to, że by mu nie pomógł, bo nie mógł nikt. Chodziło o tę cholerną słabość, którą Westhall odczuwał. Przytłaczającą i bezsensowną, która nijak nie pasowała do osoby, która kilkanaście ładnych miesięcy spędziła na wojnie każdego dnia zabierającej dziesiątki istnień. I on miał się korzyć i pokazać, że nie radził sobie z problemami, potrzebując pomocy?
Potrzebował wyjechać, nawet na chwilę. Nie potrzebował celu, chodziło jedynie o odzyskanie kontroli nad własnymi myślami i życiem, bo jeszcze chwila a całkiem się stoczy, kończąc podobnie jak wielu innych weteranów pozostawionych samych sobie. Było ich pełno na ulicy, czy barach, w których pojawiał się również Lysander. Nie chciał być taki sam, a jednak każdego kolejnego dnia upodabniał się do nich bardziej i bardziej. Ta myśl go przerażała, chociaż niewiele robił, by uniknąć tego losu. Olewał psychiatrów, poniekąd olewał swoje rodzeństwo naiwnie wierząc, że uda mu się z tym uporać. Że przyjdzie dzień, kiedy przeszłość przestanie mieć nad nim taką władzę.
Przyspieszył, pozwalając by powietrze wlatywało przez otwarte na oścież okna. Czuł, jak jego włosy uderzały o skórę na twarzy, jak chłód przenikał jego ciało. Przyjemne uczucie, które na chwilę pozwalało skupić się na czymś odmiennym. Nie wiedział dokąd zmierza, póki co kierował się po prostu przed siebie, ignorując widoki, które dla wielu podróżnych byłyby pocieszeniem dla oka. On chciał tylko jechać, uciekając.
Pozwolił sobie na włączenie muzyki, której ciche nuty zawładnęły wnętrzem samochodu. Nie wiedział co było teraz popularne, bo jego gust był raczej odmienny, niż pop który zdominował muzyczny rynek. Był ok, ale nie jakiś specjalny, przynajmniej dla niego. Za dużo było w tych słowach nadziei, za dużo upragnionej miłości, której ludzie potrzebowali, obawiając się samotności.
Pogrążony we własnym świecie w pierwszej chwili zignorował majaczący przed nim na poboczu kształt, który zbliżał się z każdym pokonywanym przez niego metrem. Nie interesowały go problemy innych - swoich miał aż nadto. Zresztą zepsuty samochód to nie taka tragedia, w dzisiejszym świecie zadzwonienie po pomoc drogową zajmowało dosłownie kilka minut, a laweta była w stanie pojawić się niemal wszędzie. Przynajmniej w teorii, ale jej Lysander się trzymał, kiedy wymijał chłopaka, który ewidentnie nie wiedział, co powinien zrobić, ostatecznie tyłek grzejąc na masce samochodu. Pewnie już czekał na pomoc. Mimochodem zerknął na telefon - tu nie było zasięgu. Może właśnie to kazało mu się gwałtownie zatrzymać i na wstecznym wrócić do nieznajomego, z którego samochodu parowało niczym z otwartej na oścież sauny.
Zatrzymał się gwałtownie, zaciągając ręczny. Blokował właśnie ulicę, ale póki co nie stanowiło to dla niego problemu - jak będzie trzeba to przeparkuje.
-Potrzebna pomoc? - zagaił do młodziaka, który na oko miał jakieś dwadzieścia lat. Tym bardziej Westhall wiedział, że nie był w stanie poradzić sobie sam. Tacy mieli myśli zaprzątnięte imprezami i dziewczynami, a nie zagłębianiem się w tajniki naprawy samochodów.

Quincy Hargreaves
21 y/o
For good luck!
175 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Quincy zauważył samochód, kiedy ten go minął. Podniósł wzrok znad telefonu i odprowadził go spojrzeniem, nie oczekując właściwie niczego. Ludzie mijali innych ludzi bez przerwy. Była to jedna z tych umów społecznych, których nikt nigdy nie podpisał, a mimo to wszyscy doskonale znali jej warunki: cudzy problem pozostawał cudzym problemem, szczególnie jeśli stał na poboczu drogi i wydobywała się z niego para. Samochód jednak zwolnił. Quincy wyprostował się nieco. Potem zobaczył światła cofania.
- Dzięki Bogu. Czy co tam jest na górze. - Powiedział to cicho, zadzierając podbródek i patrząc w niebo. Zsunął się z maski i wsunął telefon do kieszeni bluzy. Natychmiast zrobił przy tym minę człowieka, który wcale nie spędził ostatnich kilkunastu minut na bezskutecznym próbowaniu wszystkiego, co proponował mu Google. Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie, właściwie na drodze. Quincy uniósł brwi. Było coś szczególnego w ludziach, którzy zatrzymywali samochód w taki sposób. Albo bardzo dobrze wiedzieli, co robią, albo zupełnie ich nie obchodziło, co może się wydarzyć. Quincy nie był jeszcze pewien, do której kategorii należał nieznajomy. Na pewno jednak nie wyglądał jak pomoc drogowa. Na pytanie spojrzał najpierw na niego, potem na otwartą maskę SUV-a, a następnie ponownie na niego.
- Nie. - odpowiedział zupełnie poważnie. - Lubię czasem zatrzymać się na poboczu i patrzeć, jak samochód się przegrzewa. To uspokajające. - Wytrzymał może sekundę, zanim uśmiechnął się pod nosem.
- Tak. Bardzo. - Odsunął się od samochodu, robiąc nieznajomemu miejsce, chociaż ten jeszcze nawet nie powiedział, że zamierza cokolwiek oglądać. Quincy uznał jednak, że skoro ktoś zawracał na niemal pustej drodze, żeby zapytać obcego człowieka, czy potrzebuje pomocy, prawdopodobnie posiadał przynajmniej jedną praktyczną umiejętność więcej od niego. Nie był to zresztą szczególnie wysoki próg.
- Zapaliła się jakaś kontrolka. - zaczął, wskazując na samochód. - Pomarańczowa, więc uznałem, że nie jest pilna. - Dopiero kiedy wypowiedział to na głos, zabrzmiało znacznie gorzej niż w jego głowie.
- Teraz rozumiem, że kolory prawdopodobnie nie działają tutaj jak światła drogowe. - Podszedł do maski i zajrzał pod nią po raz kolejny. Silnik nadal wyglądał jak skomplikowany projekt grupowy, do którego ktoś zapomniał go dopisać.
- Potem temperatura poszła w górę, coś syknęło i zaczęło się to. - wskazał na resztki pary. - Internet twierdzi, że przewód układu chłodzenia. Ja twierdzę, że samochód ma trzy dni i nie powinien mieć żadnych problemów emocjonalnych. - Spojrzał na mężczyznę uważniej. Był starszy. Nie „stary”, oczywiście. Quincy miał dwadzieścia jeden lat, więc jego system klasyfikacji wieku pozostawiał sporo do życzenia. Istnieli ludzie młodzi, ludzie około trzydziestki i wszyscy pozostali, których wiek należało ustalać na podstawie kontekstu. Ten wyglądał jednak tak, jakby potrafił otworzyć maskę samochodu bez wcześniejszego oglądania tutorialu. Co w obecnej sytuacji czyniło go właściwie ekspertem.
- Dzwoniłem do wypożyczalni, ale zasięg najwyraźniej też postanowił umrzeć. - wyjął telefon i pokazał ekran, na którym samotna kreska pojawiła się na moment, po czym zniknęła. - Powiedzieli, że moje zgłoszenie jest dla nich bardzo ważne. Więc przynajmniej mamy to. - Przez chwilę patrzył na nieznajomego, próbując zdecydować, czy powinien się przedstawić. Rodzice przez całe dzieciństwo uczyli go, żeby nie rozmawiał z obcymi. Potem wysłali go do Nowego Jorku, gdzie praktycznie całe życie społeczne polegało na rozmawianiu z obcymi, tylko zwykle przy alkoholu. Najwyraźniej zasady bezpieczeństwa miały termin ważności. Wyciągnął rękę.
- Quincy. - Dopiero wtedy spojrzał ponad jego ramieniem na samochód pozostawiony na jezdni. Zmarszczył lekko brwi.
- Nie chcę krytykować twoich metod ratunkowych, szczególnie zanim mnie uratujesz… - zaczął ostrożnie, wskazując podbródkiem drogę. - …ale czy twój samochód nie powinien być bardziej tam? - Wskazał pobocze. Gdzieś daleko pomiędzy drzewami pojawił się niski pomruk silnika. Quincy przechylił głowę, nasłuchując.
- Bo byłoby trochę niezręcznie, gdybyś zatrzymał się pomóc mi z jednym zepsutym samochodem, a za pięć minut mielibyśmy trzy. - Uśmiechnął się niewinnie. W gruncie rzeczy poczuł ulgę większą, niż zamierzał okazać. Czasami obecność drugiego człowieka nie rozwiązywała żadnego problemu. Samochód nadal był zepsuty. Zasięgu nadal nie było. Festiwal nadal znajdował się gdzieś daleko przed nim. A jednak problem dzielony z kimś innym natychmiast wydawał się mniejszy. Być może właśnie dlatego ludzie tak rozpaczliwie szukali towarzystwa. Albo po prostu Quincy naprawdę nie chciał umrzeć przy drodze w Ontario obok SUV-a z wypożyczalni.

Lysander Westhall
Kwiatkowski
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”