Rzucona przez niego od niechcenia uwaga dotknęła tego jednego aspektu jego osobowości, którego nie zmieniały ani trzy lata, ani zdrada, której dokonała tydzień temu. Visser
naprawdę mógłby ją zamordować i
naprawdę znalazłby sposób, żeby jej ciało nigdy nie zostało odnalezione.
Robił to wcześniej.
Nie tylko z ludźmi, którzy byli równie źli, bądź gorsi od niego. Nie tylko z tymi, na których śmierć mogła patrzeć nie odwracając wzroku, świadoma tego, że choć osiągał to złymi metodami, czynił przypadkiem odrobinę
dobrego w świecie dookoła.
Byli jednak ci, którzy na tę śmierć nie zasługiwali.
Policjant, który w przypływie heroizmu spróbował ich kiedyś powstrzymać. Przyjaciel bądź kochanka, rzucająca się w walecznej obronie kogoś, kto zasłużył sobie na ołów. Ludzie, którzy jeszcze nie stali się jego konkurencją, lecz mogli - w przyszłości.
Ludzie też tacy jak ona. Z odznaką w kieszeni, uwierającą ją gdy siedziała, stała, gdy o d d y c h a ł a.
Robin Visser był obiektywnie
kurewsko złym człowiekiem, zdolnym do zrobienia wszystkich tych rzeczy, które obiecał jej pod formą groźby.
Ale te słowa straciły na mocy. Może nie za pierwszym razem, gdy po nią wrócił - może za drugim, trzecim. Może wtedy, gdy niósł ją na swoich barkach płynąc do brzegu, może gdy zszywał ją w opuszczonym domu po drugiej stronie granicy. A może wszystkie te wykazy lojalności, która powinna zostać roztrzaskana w chwili, w której zamknęła na jego nadgarstkach kajdanki, kruszyły jej przekonania w chwilach takich jak tamte, by runąć dopiero wtedy gdy podążył za nią przez pięć dni i wskoczył do jej samolotu.
Tyle, że to nic nie zmieniało.
Świadomość tego, że Visser prawdopodobnie nie zamierzał jej zamordować sprawiała, że mogła użyć tego w ramach kiepskiego żartu, nie zmieniała jego natury. Nie przekształcała go w kogoś, kogo mogłaby tolerować, z kim współpraca nie wiązałaby się z całkowitą sprzecznością jej przekonań. Nie czyściła jego dłoni z krwi, którą utoczył w ciągu całego, swojego życia.
A mimo tego tkwiła obok, nachylona nad jego ciałem, pieczołowicie przyklejając nowy, świeży opatrunek na jego
cholernie wyrzeźbioną klatkę piersiową. Chłonąc jego ciepło, jego zapach, obecność, z wyraźną u l g ą, że tutaj był, obok niej, pomimo wszystkich słów, którymi go obdarzyła i tymi, które w odwecie odpowiedział jej on.
Tkwiła w tej pozycji nawet wtedy, gdy opatrunek już dawno przyległ do jego skóry, wygładzając jego brzegi niepotrzebnie, a później wodząc spojrzeniem po wszystkich innych obrażeniach widocznych na jego skórze, jakby wcześniej mogła przegapić coś ważnego lub zdołał nabawić się kolejnych ran, które wymagały jej uwagi.
-
Bardzo mi przykro - odburknęła w odpowiedzi, mimo tego cofając swoją dłoń, jednocześnie otrzeźwiona jego skargą. Wyprostowała się, zmuszając napięte ciało do posłuszeństwa nawet, gdy bardzo nie chciało się odsuwać, a umysł wciąż rozpamiętywał wnętrze samolotu.
Jego pytanie zatrzymało ją w miejscu na krótką chwilę.
Gdyby jej twarz nie była tak pozbawiona kolorytu pod wpływem chłodu, może zdążyłaby się zarumienić.
Nie chcę się przed tobą rozbierać stanęło na końcu języka, wraz z wspomnieniem jej kolan pod swoimi nogami, z widokiem jego klatki piersiowej tuż obok, z męskim spojrzeniem, które czuła na sobie.
Widział ją na plaży. Wśród innych ludzi, którzy również byli rozebrani, wśród których mogła zniknąć i wśród których nie czuła na sobie żadnego spojrzenia bardziej niż innych. To było
co innego.
Ale trudno było znaleźć jej sensowny kontrargument, którym mogłaby się zasłonić. Jej ciało drżało w widoczny sposób, dłonie splotła ze sobą by to ukryć. Mokry materiał podrażniał każde otarcie, każdą ranę wciąż tkwiącą w jej ciele.
-
Ostatnio? Z mojego doświadczenia bardzo lubisz paradować przed ludźmi roznegliżowany - prychnęła, odrywając siłą spojrzenie od jego klatki piersiowej. Złośliwość pojawiła się w jej głosie zupełnie nieproszona, jakby w tej chwili faktycznie przed nią
paradował, prezentując swoje atuty, z których zresztą z pewnością był bardzo zadowolony.
Jeśli wcześniej się nie zarumieniła, z pewnością zrobiła to teraz.
Prychnęła pod nosem, sama do siebie, do reakcji własnego ciała i absurdu tej sytuacji. Bardziej by skryć przed nim własną twarz, wstała z łóżka, decydując się na
sensowność jego propozycji. To nie tak, że nie miała niczego pod spodem, a czym była bielizna jeśli nie bardziej skomplikowanym strojem kąpielowym?
Podeszła do kominka, w marnej próbie uczynienia tego doświadczenia przyjemniejszym. Jej dłoń sięgnęła do uwierającej ją odznaki, która przetrwała już każdy możliwy scenariusz - odłożyła ją na siedzenie krzesła wystawionego pod ogniem, może zbyt niedbale, ze zbyt wielkim hukiem. Zignorowała to, jak lżejsza poczuła się bez jej obecności, zamiast tego sprawnie zsuwając z siebie ciężkie, nasiąknięte lodowatą wodą jeansy. Przerzuciła je przez siedzenie - w końcu miały być gotowe
w godzinę.
Zaczęła od łatwiejszego.
Gruby materiał był w stanie wytłumić odrobinę jej spotkanie z betonem, którego ślady tkwiły na jej nogach w postaci wyłącznie kwitnących siniaków. Czym innym była jej bluzka, czarny top bez ramiączek, który nie oferował żadnej osłony. Jej ręce, łokcie, bark, niemal każda kończyna posiadała ślad po ich gwałtownym lądowaniu.
Ręce nie były przeszkodą. To plecy, wciąż noszące czerwone ślady po odłamkach szkła
które wyjął, rana na jej talii
którą zszył. To bluzka, która nie rozpinała się przez środek, zamiast tego zmuszając ją do chwycenia materiału w próbie uniesienia go przez głowę.
Przesunął się całe parę centymetrów, nim ból w jej obitym barku, na którym wylądowała, skutecznie zatrzymał ją w miejscu sprawiając, że zacisnęła usta w wąską linię.
Wystarczą jej spodnie.
still a bad person btw