36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie spuścił jej z oczu od chwili, kiedy ruszyła spod samochodu. Trzymał się kilka metrów z tyłu, z jednej strony na tyle daleko, żeby nie musiała znowu mówić mu – a on słuchać – że zrobi coś sama, ale z drugiej na tyle blisko, by nie zgubić jej między drzewami. Przy tej pogodzie nie byłoby to szczególnie trudne, bo deszcz zacierał wszystko dalej niż parę kroków, włącznie z drogą. Jedynym plusem było to, że ciężej będzie ich wytropić, gdyby jednak nagle magicznie pojawił się gdzieś w oddali kolejny wóz agencji.
Patrzył na nią. Na to, gdzie stawiała nogi, jak daleko była; raz nawet odruchowo skrócił dystans, kiedy na moment zasłoniło ją drzewo, po czym znów zwolnił. Bok odzywał się każdorazowo przy zmianie tempa; a on jedynie zaciskał zęby i to ignorował. Przede wszystkim po to, żeby nie dać jej powodu do durnej satysfakcji.
Przez pewien czas jeszcze nawet próbował przerzucać się z nią tą pieprzoną kurtką, która albo skończyła u niej, albo jako strach na wróble i zbłąkanych przechodniów – zawieszona na gałęzi drzewa. Idealny przykład marnowania zasobów.
Powinien myśleć o ich położeniu. O tym, czy ktoś zdążył już znaleźć zdezelowanego rzęcha, którędy należałoby obejść przejście graniczne, jak w najmniej inwazyjny sposób zdobyć fajki i jedzenie. Jeszcze godzinę temu oddałby sporo za parę minut ciszy, żeby móc poukładać sobie to wszystko w głowie. Teraz miał tę zasraną ciszę, jeśli pominąć szum deszczu, a wracał wyłącznie do jednego jej zdania.
Nie wszystko było udawane.
Włożyła mu to do głowy i poszła; rozsypała puzzle i kazała mu się bawić. Mógł oczywiście zapytać, co konkretnie miała na myśli; choćby po to, żeby wiedzieć, czy znów zaraz usłyszy, że źle ją zrozumiał. Tyle tylko, że zanim odważyłby się uwierzyć w którąkolwiek odpowiedź, musiałby jeszcze ustalić, czy pytał Biankę Navarro, czy kobietę, która przez trzy i pół roku umiała patrzeć mu prosto w twarz i nie zdradzić niczego, czego nie chciała.
Czyli żadnego pytania nie było.
Początkowo próbował sam to poskładać, a on puzzli wyjątkowo nienawidził – zawsze zatrzymywał się na etapie ramki. Wracał myślami do rozmów, do tego, jak pracowali, kiedy robiło się źle i nie było czasu na sprawdzanie, czy druga osoba rzeczywiście zrobi to, co obiecała. Mieli to wszystko. A przynajmniej on miał; z jej strony, jak się okazało, mogło to wyglądać inaczej. Ale teraz twierdziła, że nie całkiem.
Którą więc część powinien sobie zostawić?
W którą uwierzyć bez narażania się na to, że za tydzień dowie się o kolejnym wyjątku?
Bardzo, kurwa, w jej stylu.
Szajbuska.
Ona.
Idiota.
On.
Najbardziej irytował go jeden fakt, który teraz był tak żałośnie widoczny – nie potrafił tylko zrobić tego, czego od tygodnia najwyraźniej chciała najbardziej, i zostać za nią na dobre. Kiedy oddalała się trochę bardziej, nogi same niosły go szybciej, by przypadkiem jej nie zgubić.
Zacisnął szczękę i przeniósł wzrok na mokrą ziemię pod nogami.
Usłyszał najpierw szelest, później zdał sobie sprawę, że szła obok niego.
Na jej słowach zatrzymał się krótko; jego umysł przefiltrował je szybko i niemal automatycznie odrzucił. Tak naprawdę więcej z tym wspólnego miało jego kruche, samcze ego. Sam umysł przyjąłby podziękowanai – to nie było tak, że ich nie chciał. Ego protestowało.
Prościej było to zrzucić na ego, niż przyznać przed samym sobą, że właśnie dała mu coś, czego chciał nie tak dawno temu, ale po tym, jak sam wychlapał zbyt wiele i nie wiedział teraz, co z tym zrobić.
— Odpuść sobie, Navarro — rzucił, nieszczególnie przyjaźnie, nie bardzo neutralnie, nie patrząc przy tym na nią. Minął kolejną kałużę, zwalniając by zostawić przestrzeń pomiędzy nimi.
Prościej było być urażoną divą, niż konfrontować się w normalnej rozmowie. Jego charyzma miała swoje ograniczenia w postaci Bianci Navarro oraz ogólnie pojętych emocji, czego oczywiście nigdy nie przyznałby na głos.
i'll annoy the shit out of you
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego słowa rozległy się falą odległej irytacji, gdzieś z tyłu jej głowy. W końcu zdobyła się na ten akt okazania wdzięczności, podczas gdy on okopał się w swoich czterech ścianach złożonych z męskiego ego i nie zamierzał wyściubić zza nich nosa.
To, co powiedział wcześniej, wracało do niej co jakiś czas - gdy jej umysł przestawał skupiać się na drodze i każdym podejrzanym liściu, pod którym mogła chować się gałąź. Jakby faktycznie miała sądzić, że nie zrobiłby niczego jej, pomimo groźby, którą wycedził w pierwszym dniu po jego wyjściu z aresztu. Jakby było w niej coś innego, co odróżniało ją od dziesiątki innych osób, które trzymał bliżej lub dalej od siebie.
Prawda była taka, że gdyby ich role były odwrócone, podejrzewała, że skończyłoby się to wszystko w dokładnie ten sam sposób. On - konsekwentnie dążyłby do celu. Ona - zawahałaby się z bronią w ręku, gdy ta była wycelowana w znajomą twarz.
Miała świadomość tego, że Visser, w jakiejś popierdolonej wersji rzeczywistości wierzył, że on postąpiłby na jej miejscu inaczej, bądź ona postąpiłaby gorzej od niego. W tejże wersji on był tym dobrym, jako notowany przestępca, a ona była tym złym, jako agentka federalna, która dopuściła się manipulacji i zdrady. Nie wiedziała tylko, czy stanowiło to fundament jego przekonań, czy bardziej osłonę dymną wznoszoną wtedy, gdy depozyty szczerości zaczynały się kurczyć.
- To nie miało tak wyglądać - mruknęła, nie dbając o to, czy w ogóle słyszał ją w tym dystansie, który kreował. Jej ramiona ciaśniej oplotły klatkę piersiową, wzrok pozostały zwieszony, z umiarkowanym skupieniem sondując drogę przed nimi. - Nie miałam znaleźć się tak blisko.
W miejscu, w którym którekolwiek z nich podejmowałoby decyzję na temat smaku pizzy do zamówienia. W tym w którym tkwiła w jego czterech ścianach na kanapie wraz z wszystkimi tymi, których nie wydała.
- Kazali mi trzymać głowę nisko i nie zwracać na siebie uwagi, a już pod żadnym pozorem nie wchodzić z tobą w bezpośredni kontakt - westchnęła, chłód wprowadzał ją w stan odrętwienia, w którym nawet szczerość zaczynała być jej obojętna - choć wciąż otoczona grubą warstwą frustracji. - Całość miała potrwać maksymalnie parę miesięcy, a nie pieprzone trzy lata - dodała pod nosem, niemal powtarzając swoje poprzednie słowa.
Jej włosy, mokre od deszczu odkleiły się od jej twarzy w nagłym potrząśnięciu głową, gdy frustracja przelała w nią odrobinę złości, która zdążyła wylecieć z niej w trakcie spaceru.
- Zresztą, to nie ma znaczenia - prychnęła pod nosem wspinając się na jakiś kamień tkwiący na drodze i bardzo boleśnie czując tę wspinaczkę w każdym urazie na jej mokrym i lodowatym ciele. - Tkwię teraz w lesie na granicy z Alaską razem z obrażonym terrorystą - dodała z irytacją i, nim zdążył powiedzieć cokolwiek dodatkowego, oderwała jedno z ramion ze swojego ciała by unieść je w górę i mu przerwać. - Po dzisiejszym dniu oboje spełniamy definicję.
Ponieważ po dzisiejszym dniu oficjalnie była osobą, która w ucieczce przed własną agencją federalną porwała pieprzony samolot i wydawała polecenia pilotowi pod groźbą śmierci dla niego i całej jego rodziny.
Wierzyła za to, że znalazłby w tym personalną obelgę i dopisał ją do listy wszystkich okropieństw, którymi go obrzucała, takich jak morderca - prawda. Przestępca - prawda. Bestia - prawda. Debil - prawda.
Odsunęła włosy przylepiające jej się znów do policzków i syknęła, napotykając posiniaczoną skórę wokół jej oka, której zakończenia nerwowe były podrażniane przez każdy, najmniejszy ruch. Koncepcja wyjścia z samochodu nagle wydała jej się bardzo łatwa do zakwestionowania, ale zabrnęła w ten las zbyt daleko by się wycofywać.
Prędzej czy później znajdzie drogę, lub zdechnie w tym lesie próbując.

such a fussy beast
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wszystko, co człowiek zostawiał za sobą, naprawdę zostawało z tyłu.
Pamięć miała okropny wręcz zwyczaj trzymać się drobiazgów, które już dawno powinny z niej zniknąć – konkretnego zapachu, który kojarzył się tylko z jedną osobą; konkretnego sposobu, w jaki ktoś wypowiadał jedno, zupełnie zwyczajne słowo; dźwięku kroków, które kiedyś rozpoznawało się bez potrzeby podnoszenia głowy. Nie zawsze tego, co ważne, nie zawsze wielkich momentów, które to p o d o b n o miały zostawać z człowiekiem na zawsze, tylko czasami też pierdół.
Rzeczy kompletnie bezużytecznych. Takich, których nie dało się już do niczego wykorzystać, a mimo to siedziały gdzieś pod skórą i wracały przy najgłupszej okazji, nieraz długo po tym, kiedy należało zapomnieć.
I chyba właśnie to było w tym najbardziej wkurwiające.
Że można było czegoś nie chcieć pamiętać ani trochę, a pamięć najwyraźniej miała to głęboko w dupie.
Idealny przykład?
Bianca.
Każdy. Jebany. Szczegół.
Rzeczy bardzo mało operacyjne.
To, jak marszczyła nos, kiedy coś jej nie smakowało; jak przeciągała jego nazwisko, kiedy zaczynał ją drażnić; po której stronie kanapy zazwyczaj siadała, nawet to, jakich perfum używała. Cały zestaw absolutnie nikomu niepotrzebnych informacji, które przez trzy i pół roku odkładały mu się gdzieś w głowie, choć nigdy nawet nie planował wydzierżawić jej aż tyle miejsca.
I powinien wykreślić to, grubą linią, już w dniu, w którym docisnęła go do posadzki i zapięła dwie bransoletki przyjaźni. Z czego obie na jego nadgarstkach, żadnej na własnym. Tyle było z tej przyjaźni – on i najwyraźniej jego głupota w miejscu, w którym myślał, że znajdowała się ona.
Nie miałam znaleźć się tak blisko.
To jeszcze g o r z e j.
Navarro sama była świadoma, że przekroczyła ramy swojej operacji i mimo to się nie zatrzymała. Nie miała obowiązku budować z nim relacji, właśnie takiej – miała obowiązek wykonać zadanie. Świadoma, od samego początku, dokąd to zmierza, dalej go wciągała, coraz głębiej i głębiej w całe to relacyjne gówno, w które nigdy nie musiał wdeptywać, a zapadł się po czoło.
Każdego dnia z nim rozmawiała, udawała że bawią ją jego czarny humor, wiedząc że nie musi tego robić, że nie takie były rozkazy, a i tak robiła. Każdego dnia wiedząc, że finalnie skuje go kajdankami i wypchnie przed federalne oblicze, by zaczęło w mniej lub bardziej humanitarny sposób próbować z niego zdzierać sekrety.
Każdego. Jebanego. Dnia.
Odgarnął przedramieniem wodę spływającą mu po twarzy, prychając krótko pod nosem, nie zdając sobie sprawy, że Navarro w tym czasie pociągnęła dalej jakiś kompletnie inny wątek, jak gdyby informacja, że budowanie z nim więzi i zdobywanie jego zaufania nie były wpisane w jej kontrakt, była nieszczególnie istotna. Chwycił się tylko jednego zdania w całym tym monologu, które na moment przecięło jego myśli.
— To nie ma znaczenia — powtórzył.
Bo nie miało.
Po jakimś czasie przestał zwracać uwagę nawet na deszcz. Woda dawno już znalazła sobie drogę pod koszulkę, spływała mu po karku i plecach, włosy kleiły się do czoła, a kolejne krople wpadały prosto w oczy. To też już przestawało mieć znaczenie. Szczególnie w momencie, w którym wyciął orła na grząskim gruncie, mimo bólu zbierając się szybko do pionu, byle tylko Navarro go nie zauważyła.
Mokre gałęzie smagały po ramionach i twarzy, liście przyklejały się do ubrań, coś co chwilę zahaczało o nogawki. Ścieżka zniknęła gdzieś po drodze zupełnie, o ile w ogóle kiedykolwiek tam była, zostawiając im tylko luźne błoto, korzenie i kolejne kilka metrów zieleni, które wyglądały dokładnie tak samo jak kilka poprzednich.
Po czasie, nie wiedział nawet jak długim, pomiędzy drzewami zaczęło majaczyć coś aż nazbyt równego, żeby należało do lasu. Ciemny zarys dachu, kawałek ściany przecinający zieleń prostą linią, później niewielki budynek wyłaniający się coraz wyraźniej spomiędzy mokrych pni; jakaś leśniczówka, punkt terenowy, cokolwiek, co było śladem cywilizacji. Przy wejściu zwisała amerykańska flaga, nasiąknięta deszczem, ciężko i smętnie przyklejona do drzewca.
Granicę mieli za sobą. Chociaż jeden pozytyw w całym pasmie porażek.
Rozchylił usta, początkowo by zakomenderować zwyczajowo coś, ale ostatecznie wciągnął tylko powietrze i zatrzymał się, przenosząc wyczekujące spojrzenie na Navarro. To była jej walka o niezależność, mógł być na tyle uprzejmy, choć dalej cwelem, by jej to oddać.
— To co proponujesz?
it mattered
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciałaby być osobą, za którą ją uważał.
Chciałaby być agentką idealną, która potrafiła oddzielić swoją służbę i prywatne życie od tego, które prowadziła w jej ramach. Chciałaby poznawać go w wyrachowany sposób, kalkulując które aspekty jej osobowości wymagały dopracowania, które wymagały zmiany, które należało usunąć - wszystko, byle tylko zwrócił na nią uwagę, byle jej zaufał.
Nie było niczego przydatnego w tym, w jaki sposób pił swoją kawę.
Nie potrafiła znaleźć żadnej użyteczności w programach, które włączał w telewizji by leciały w tle, skrycie je oglądając. Nie mogła wpisać do akt składników, których nie znosił na swojej pizzy. Może umieściłaby w nim knajpy, w których lubił jadać śniadanie i te, w których preferował chlać na umór, ale prawda była taka, że na Vissera nie trzeba było urządzać żadnej, zorganizowanej operacji.
Był na wyciągnięcie jej ręki dłużej, niż chciała to przyznać.
Może ta operacja skończyłaby się dużo krócej gdyby była l e p s z y m agentem. Gdyby skupiła się na swojej pracy zamiast zwyczajnie spędzać z nim czas przy okazji tego, czym pałali się na co dzień. Gdyby tego nie polubiła.
To było najtrudniejsze do przełknięcia w tym wszystkim. Świadomość tego, że te trzy i pół roku wcale nie były dla niej taką udręką. Były ogromną ilością moralnych kompromisów i odwracania wzroku, ale były też odnalezionym gronem ludzi, przy którym nie musiała trzymać się na baczność.
I którzy nie pamiętali jej błędów ani tego, ile ją te błędy kosztowały.
Przez trzy i pół roku mogła uciec od tych samych korytarzy, które niegdyś przekraczała z ludźmi, których zawiodła. Od spojrzeń pełnych współczucia i subtelnych, niby pomocnych poklepywań po ramieniu. Od fasady perfekcyjnej agentki, zawsze ułożonej, o wyprostowanych włosach zwiniętych w ciasnego kucyka, wyprasowanej marynarce, w której tkwiła w biurze pięć minut przed czasem.
Zawsze wydawało jej się, że potrzebowała tej organizacji, tej kontroli. Każda wpojona jej zasada była ramą, w której mogłaby zamknąć to, co działo się wokół - a zarazem kulą, której mogła się trzymać by iść prosto. Polegała na nich, trzymała się ich desperacko.
A gdy zniknęły, chaos wdarł się do jej życia wraz z całym kartelem, wraz z jego ludźmi, wraz z n i m w sposób, który kompletnie wyrwał ją z życia, którego nie chciała już prowadzić, z którego za wszelką cenę pragnęła uciec.
Wszystko to zawierało się w przerwie między wypowiedzianymi przez nią słowami, jakby on miał posiąść tajemną umiejętność czytania tej przestrzeni. Prawdę mówiąc nie chciała, żeby to wiedział. Dużo prościej było utrzymywać się w świecie zasad, do którego wróciła, gdy Visser był po drugiej stronie barykady, gdy był po prostu czarnym, gdy ona była po prostu białym - dwoma końcami spektrum, które nigdy nie powinny posiadać części wspólnych.
A w zupełnie inny, egoistyczny sposób, myśl, że uważał ją za przykładną, idealną agentkę wydawała jej się pocieszająca - ponieważ nigdy ją nie była. Na tym świecie był jedyną osobą, który uważał ją za perfekcyjnego służbistę, nawet jeśli obierał te określenia w oszczerstwa.
Choć jedna osoba wierzyła w iluzję, którą roztaczała wokół siebie. Było to pocieszające dla jej ego, tkwiącego pod gruzami rzeczywistości, która rozpadła się na drobne kawałki tydzień temu.
Jej wzrok podniósł się z błotnistej drogi dopiero pod wpływem jego słów. Ciało przestawiło się w tryb przetrwania, umysł boleśnie trawił ostatnie trzy i pół roku plus jeden tydzień sprawiając, że nawet nie zauważyła budynku póki Visser nie zwrócił jej na niego uwagi.
- Potrzebujemy samochodu, pieniędzy, telefonu z funkcjonującym GPSem - wyrecytowała każdą z rzeczy, której potrzebowali w tym momencie, z obiektywnego punktu widzenia, najbardziej.
Musieli się zorientować w miejscu, w którym byli, zanim na dobre zajdzie słońce. Potrzebowali samochodu, by móc nim dojechać do osoby, która mogła zaopatrzyć ich w paszporty i wiedzę na temat tego, gdzie powinni udać się dalej. Potrzebowali też zapasów, wody, jedzenia, leków przeciwzapalnych i antybiotyków dla niego, opatrunków - wszystko to byli w stanie zorganizować pieniędzmi, bądź kradzieżą.
A jednak jej ciało protestowało na myśl o dalszej podróży, poszukiwaniu kolejnego samochodu, walce z jego kierowcą, moralnym dylematem dotyczącym tego, co powinni z nim zrobić. Alaska była odludna, mogli równie dobrze iść naprzód jeszcze wiele godzin nim natrafią na inną duszę.
- Zimno mi - mruknęła, wiedząc dobrze, że zaraz wygarnie jej tę pieprzoną kurtkę, która teraz leżała cholera wie gdzie bo oboje byli zbyt uparci, by z niej korzystać. - Sprawdźmy, czy ta dziura jest pusta i odpocznijmy z godzinę, zanim będziemy szli dalej.
Jej wzrok prześlizgnął się po żałosnej, mokrej fladze przyczepionej do drzewca. Uświadomiła jej, że pierwszy raz od prawie czterech lat postawiła stopę na swojej ojczystej ziemi.
A także, że z jakiegoś powodu nie wzbudzało to w niej żadnych emocji, choć jeszcze tydzień temu za nią tęskniła.

it's complicated
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich potrzeby z jednej strony były całkowicie podstawowe – nie tylko dla zbiegłych kryminalistów, którzy najpewniej zaraz wylądują na liście Interpolu (o ile on już na niej nie był), ale każdego, zwyczajnego człowieka. Jeśli zakładało się, że statystyczny Kowalski postanawia maszerować Bóg wie ile czasu przez deszcz, przez sam środek lasu. A wcześniej dać się postrzelić, jak również uprowadzić samolot.
Przydałaby się również paczka papierosów.
Albo karton.
Nie miał zamiaru być skromny w swoich marzeniach.
Spojrzał ponownie na budynek, przesuwając wzrokiem po oknach i niewielkim zadaszeniu nad wejściem. Nie widział światła, żadnego ruchu za szybą, żadnego samochodu, przynajmniej od tej strony, z której do niego podeszli.
Na jej zimno mi odruchowo rozchylił usta, bo komentarz o kurtce właściwie napisał się sam, wystarczyłoby go przeczytać. Pewnie nadal wisiała gdzieś na drzewie, jedyna z całej ich trójki rozsądna na tyle, żeby zostać w miejscu, zamiast wędrować przez las w środku oberwania chmury.
Tyle że jemu też było zimno – tego oczywiście nie mógł przyznać. Palce jednak od pewnego czasu miał tak sztywne, że nie potrafił porządnie ich zacisnąć, mokry materiał ciążył mu na plecach, a bok bolał już nawet wtedy, kiedy akurat nie robił niczego szczególnie głupiego. Co mocno ograniczało jego możliwości, bo ból istnienia zaczynał dotyczyć również jego.
— Godzina brzmi dobrze — odpowiedział w końcu. Bez świetnie przygotowanego komentarza o kurtce, bez wykładu o tym, że pewnie gdyby ją założyła, to nie byłoby jej zimno. Nie czuł się przez to jakoś szczególnie dojrzalszy; był po prostu kurewsko zmęczony.
Podszedł do najbliższego okna, osłaniając dłonią oczy od wody, żeby zajrzeć przez szybę. Nie dostrzegł w środku niczego, co mogłoby podnieść mu ciśnienie bardziej niż obecność Navarro, ale tego akurat od kilku dni nie dało się uniknąć. Obszedł narożnik, sprawdzając drugie okno; dopiero później wrócił do wejścia. Sięgnął do klamki a drzwi ustąpiły od razu.
Przez sekundę patrzył na nie z czymś zbliżonym do niedowierzania. Był już przygotowany, że będzie musiał szarpać się z zamkiem, wybić szybę albo zrobić inną rzecz, którą jego szwy przyjmą z takim samym entuzjazmem jak on kolejny komentarz o swoim braku planu, a tu proszę – amerykańska gościnność.
Wsunął się do środka, nie zamykając za sobą drzwi. Najpierw sprawdził przestrzeń za nimi, później niewielkie pomieszczenie dalej, z wąskim łóżkiem pod ścianą i półkami zastawionymi jakimiś pudłami i żeliwną kozą. W powietrzu wisiał zapach kurzu i starego drewna; gdzieś pod spodem wilgoć, ale nawet ona wydawała się teraz całkiem przyjemną odmianą od wilgoci spływającej mu po dupie.
— Pusto — odezwał się w stronę otwartego wejścia.
Na stole leżała mapa, przyciśnięta kubkiem. Zatrzymał na niej spojrzenie trochę dłużej; drogi, oznaczenia, nazwy, które przynajmniej pozwolą im przestać zgadywać, przez który kawałek zadupia właśnie szli.
Przejrzał szafki, znajdując w niej stary, gruby koc i wyciągnął go. Przy tym ruchu rana pociągnęła ponownie, zmuszając go do krótkiego zatrzymania się z przedramieniem opartym o półkę. Przeczekał, zaciskając szczękę, zanim zebrał materiał i wrócił bliżej drzwi, odkładając materiał na stół.
Jak gdyby nic się nie stało chwilę temu, choć z pulsującą skórą na obszarze szycia, przeszedł w głąb pokoju do kozy, obok której znalazł kilka szczap drewna, trochę drobnicy i podpałkę. Przykucnął przy piecyku, wrzucił do środka podpałkę i kilka mniejszych kawałków, a chwilę później pojawił się pierwszy płomień. Jak na jego gust to mieli podejrzanie zbyt dużo szczęścia.
Dopiero wtedy odsunął się od piecyka i ostrożnie usiadł na skraju łóżka, niemal od razu opierając się plecami o ścianę; wyciągnął przed siebie nogi, szukając pozycji, w której bok ciągnął trochę mniej.
Wypuścił powietrze długim, ciężkim wydechem i na chwilę odchylił głowę do tyłu. Dopiero teraz, kiedy przestał iść, szarpać za drzwi, zaglądać przez okna i robić cokolwiek innego, poczuł jak bardzo wszystko go napierdalało. Jak słabo się czuł.
Co zostawił dla siebie.
Spojrzał kontrolnie w stronę Navarro, której przez ostatnie kilka chwil właściwie nie poświęcał uwagi. Też wyglądała nieszczególnie dobrze, choć akurat nie pod każdym względem.
— Prześpij się chwilę — rzucił, na powrót odchylając głowę, zanim na jego twarz wtargnął kolejny wyraz dyskomfortu. — Przypilnuję drzwi. — Aby przypadkiem nie postanowiły spierdolić.
Oboje, od momentu postoju przed motelem, nie mogli nawet liczyć na sen. Choć w jego przypadku utratę przytomności można było nazwać pieszczotliwie power-napem.
it's whatever
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego obecność wzbudzała w niej więcej komfortu, niż potrafiłaby przyznać. Włamanie się do leśniczówki, sprawdzenie terenu w niej i wokół, rozpalenie w piecu i przeszukanie szafek nie były zadaniami, którym mogłaby nie podołać - wręcz przeciwnie, ostatnie pięć dni robiła dokładnie to samo, tyle, że w przydrożnych motelach. Teraz również mogła to wszystko zrobić, jak zawsze, gdy sytuacja wymagała od niej niezależności.
Ale świadomość tego, że robił to też ktoś inny, że sprawdził to ktoś poza nią, napawała ją odrobiną ulgi po tych pięciu dniach sprawdzania wszystkiego sześciokrotnie i zerkania przez ramię od rana do wieczora.
Mogła to w łatwy sposób zracjonalizować - nigdy, tak naprawdę, nie była zmuszona do działania wyłącznie w pojedynkę, nigdy nie była sama. Przywykła do obecności innych ludzi, do wsparcia i współpracy, której przez ten czas była pozbawiona.
Przywykła też do niego.
Do tego, że był obok, sprawdzał, dbał - nawet jeśli robił to nieustannie narzekając. Nawet teraz, gdy wypełniał ten sam wzorzec, ale robił to w ciszy, jej brwi zmarszczyły się lekko w reakcji na zmianę. Visser tryskał charakterem, wielokrotnie zarzucała mu zresztą, że miał go zdecydowanie zbyt dużo. Teraz, choć był tutaj, był zupełnie cichy.
A choć tkwił w niej spokój zrodzony z jego obecności obok, jednocześnie ta świadomość budziła w niej napięcie.
Wkraczając do leśniczówki upewniła się, że drzwi były zamknięte, a deszcz nie miał żadnego sposobu na dostanie się do środka. Przemknęła wzrokiem po mapie, sprawdzając ich położenie a później rozejrzała się po pomieszczeniu. Znajdując obowiązkową, ale wciśniętą w róg ściany apteczkę przejrzała jej zawartość i wyciągnęła ze środka leki, które o dziwo nie były przeterminowane.
Jej wzrok zatrzymał się na jego zgiętej sylwetce, zawieszonej nad trzymanym w dłoniach kocu. Brwi zmarszczyły się jeszcze mocniej, dyskomfort posiadania własnych otarć i raz odszedł w niebyt gdy wróciła spojrzeniem do apteczki i, zamiast ją zamknąć, wyciągnęła z wnętrza jeszcze środek antyseptyczny i dodatkowe bandaże.
Jeśli jej szwy wytrzymały ich lądowanie samolotem, mogła przebranżowić się na pracownika służb medycznych.
Aneks kuchenny, o ile tak można było nazwać kawałek blatu, jeden palnik i bardzo symboliczną lodówkę, która chyba nawet nie była do niczego podłączona, nie przywitał jej spektakularnymi odkryciami. Znalazła w nim jednak butelkowaną wodę, którą skrzętnie ze sobą zabrała, odwracając się w stronę łóżka.
Gdzieś w piecu zaczął trzaskać ogień, powoli, lecz skutecznie emanując ciepłem na zewnątrz. Jej wzrok przemknął po ogniu przez szerokość tej izby, bo inaczej nie można tego było nazwać, aż zatrzymał się na nim, siedzącym na łóżku.
Coś przewróciło jej się w żołądku gdy zobaczyła jego bladą cerę, mokre krople osadzające na włosach, twarzy, nieogolonym policzku. Przemoknięte ubranie, wciąż rozcięte, wciąż wpuszczające zbyt wiele zimna i pod nim opatrunek - równie przemoknięty, z drobinkami krwi znaczącymi biel w niebezpieczny sposób.
- Sami nie wiemy gdzie jesteśmy - zaprotestowała, powoli podchodząc do niego ze wszystkim, co udało jej się zdobyć. - Jeśli znajdą nas w losowej chacie na terenie Alaski to jeszcze pomyślę, że załatwili dziurę budżetową w wydziale.
Westchnęła, przysiadając na samej krawędzi łóżka. Nawet przez myśl nie przeszło jej, żeby się położyć, a jej ciało było tak wykończone, że jakaś zdradziecka myśl czaiła się w jej głowie, że żadne z nich nie powinno pilnować drzwi. Jeśli przyjdą, i tak nic z tym już nie zrobią - nie w tym stanie.
- Ty musisz się położyć. Straciłeś dużo krwi - zadecydowała, podając mu leki przeciwbólowe, przeciwzapalne i uniwersalne antybiotyki, jakie wyciągnęła z apteczki, a wraz z nimi butelkę wody. - Wyglądasz jak gówno - dodała, licząc na to, że jego próżność może działać w tym momencie na jej korzyść, choć w jej głosie nie wybrzmiała złośliwość.
Jej wzrok kontrolnie przesunął się po opatrunku, z zaniepokojeniem patrząc na te kropelki krwi. Któryś szew mógł puścić, mogły to też być resztki krwi, której nie starła wcześniej - nie miała pojęcia. Wciąż było to mokre, jak jego koszula, jak on cały, a nie musiała być lekarzem by wiedzieć, że ranę powinien trzymać suchą.
- Trzeba na to spojrzeć - dodała, jakby ten wniosek mu umykał co, sądząc na podstawie jego zmęczenia i zaskakującego braku złośliwości, było bardzo prawdopodobne. - Zdejmij to, wszystko jest mokre - mruknęła, jej dłoń zawahała się w połowie ruchu, nim jednak pośpieszona jej zaniepokojeniem chwyciła za i tak rozszarpany materiał koszuli by odsunąć go na bok. - Nie po to cię zszywałam, Visser, żebyś teraz rozerwał sobie szwy i wykrwawił się w jakiejś dziurze bo sięgnąłeś po koc.
I, na przykład, wyskoczyłeś z jadącego po pasie startowym samolotu, uderzając o ziemię może godzinę po tym, gdy brałeś udział w prowizorycznej operacji.
Tego jednak nie musiała dodawać głośno.

you're whatever
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał na sobie tyle śladów po wcześniejszych zacięciach, bójkach, awanturach i głupich pomysłach, że trudno było znaleźć miejsce, które nie było już naznaczone pracą dla kartelu. Z tak obszernym dziennikiem zdarzeń zapisanym na jego skórze ktoś mógłby powiedzieć, że już dawno powinien był się uodpornić na kolejne niedogodności; kolejne rany; kolejny ból.
Chciałby.
Znieczulić się na dyskomfort, który towarzyszył ciągnącym szwom; przestać tracić kolor wraz z utratą krwi. Przestać być słabszym w miarę jednego i drugiego.
— Jak ty się mnie kiedyś posłuchasz, to chyba świnie zaczną latać — mruknął do sufitu.
Nie był nawet zdziwiony, że Navarro miała znów jakąś zgrabną odpowiedź; że znów wyprowadziła kontrę, by odwrócić jego postanowienie w coś kompletnie przeciwnego. Nie zastanawiał się, czy to była kwestia uporu, który nagle sobie ukształtowała, desperackiej próby ochrony własnej autonomii czy może konieczności zachowania jakiejkolwiek sprawczości.
Gdyby nie był sobą, być może przyznałby jej rację, że to on wymagał więcej uwagi w obecnym stanie. Szkopuł jednak tkwił w tym, że Visser nauczył się bardzo konsekwentnie ignorować swój własny stan i przesuwać limity, w głównej mierze po to, aby niczego nie spowalniać. Również święcie przekonany, za każdym razem, że nie było z nim aż tak źle.
Nie podniósł jeszcze głowy. Przez chwilę patrzył na ciemniejszą plamę nad sobą, która mogła być śladem po wilgoci albo kolejnym elementem wystroju tego luksusowego obiektu. Właściwie wszystko jedno. Powiedział, żeby się przespała, a ona w ramach wykonania polecenia znalazła apteczkę i przystąpiła do wydawania własnych.
— Pamiętasz, jak chodziłem za tobą i przypominałem, żebyś uważała na swoje szwy? — zapytał, nie wyciągając od razu ręki po to, co mu podawała. — Bo ja pamiętam. Pamiętam też, jak konsekwentnie miałaś to w dupie, za każdym razem, kiedy próbowałem cię posadzić albo powstrzymać przed kolejnym genialnym pomysłem.
Poruszył się nieco przy ścianie i natychmiast tego pożałował. Szarpnięcie pod żebrami zmusiło go do krótkiej przerwy, którą wolałby wykorzystać w jakimkolwiek innym celu.
Wiedział, że był ranny. Wiedział też, że stracił krew; dość ciężko było to przeoczyć, kiedy zdążyła znaleźć się na nim, na niej, na fotelu w samolocie i prawdopodobnie na wszystkim, czego przez ten czas dotknęli. Nie potrzebował, żeby jeszcze mu o tym przypominała, a już szczególnie nie potrzebował jej dłoni przy swoim boku.
Zatrzymał jej nadgarstek, chwytając go, gdy sięgała do koszuli.
— Daj mi spokój — rzucił, w bardzo dojrzałym manifeście własnej zaradności.
Materiał nieprzyjemnie przylegał mu do skóry, materac łóżka już był raczej przemoczony, a jemu wciąż nie po drodze było do dostosowania się, nawet jeśli z medycznego punktu widzenia miało to sens. Nie miał ochoty na kolejną igłę, kolejne siedź, na bycie ustawianym i poprawianym, nawet jeśli tym razem robiła to z bandażami zamiast broni. Jeszcze niedawno kłócili się o to w samochodzie. On zdecydowanie za dużo powiedział, ona również nie oszczędzała słów, a teraz mieli najwyraźniej przejść płynnie do kolejnej rundy, w której nie zgadzali się ze sobą.
Właściwie już teraz pewnie tylko dla samej zasady.
Puścił jej nadgarstek. Rozpięcie koszul zajęło mu więcej czasu, niż powinno; nie komentował tego – lepiej by i ona nie zamierzała, skupiony na drobnych guzikach i na tym, żeby nie odsunąć przy okazji materiału zbyt gwałtownie. Pierwszy rękaw zsunął względnie sprawnie. Przy drugim musiał oderwać plecy od ściany, przesunąć bark, pociągnąć za mankiet – wystarczająco dużo rzeczy naraz, żeby bok odpowiedział ostrym bólem.
Zatrzymał się z ręką wciąż częściowo uwięzioną w mokrej koszuli. Wzrok opuścił na własne kolana, przeczekując, aż znów będzie mógł nabrać powietrza bez tego paskudnego ciągnięcia pod żebrami. Dokończył po chwili z uporem niewspółmiernym do wagi zadania, którym było rozebranie się przed jedyną osobą w pomieszczeniu, która już wcześniej widziała go bez tej koszuli, w dodatku z otwartą dziurą w ciele. Nie miał więc szczególnie czego przed nią chronić.
Poza resztkami godności, a te miały się nieszczególnie dobrze.
Rzucił ubranie przy swoich nogach i oparł się z powrotem. Spojrzał na opatrunek, mokry i przybrudzony, z czerwienią przebijającą przez biel. Nie wyglądał dobrze, ale i on, jak zdążyła mu uprzejmie zakomunikować, wyglądał jak gówno, więc przynajmniej pasowali do siebie.
Podniósł na nią wzrok.
— Tylko opatrunek — powiedział w końcu, niechętnie odsuwając rękę. — I jeśli usłyszę jakiekolwiek ‘a nie mówiłam’ to wychodzę. —Oparł głowę o ścianę, ale tym razem nie zamknął oczu. Patrzył na jej dłonie, na trzymane bandaże; później wrócił spojrzeniem do twarzy.— Potem się kładziesz i odpoczywasz. — Zmarszczył nieznacznie brwi.
you suck
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tylko on mógłby w obecnej sytuacji znajdować powody by znów nie słuchać. By nawet wtedy, gdy skóra na jego twarzy była nienaturalnie blada, cięty język będący najlepszym indykatorem jego dobrego samopoczucia zniknął i każdy ruch wiązał się z odnajdywaniem pozycji, która bolała najmniej, uparcie jej odmawiać, gdy chciała mu p o m ó c.
Cóż, tylko on - albo ona, jak kwapił się jej przypomnieć chwilę później, gdy ten charakterystyczny przebłysk irytacji przemknął przez jej spojrzenie w reakcji na dłoń, chwytającą jej nadgarstek w połowie ruchu.
- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wyskakiwała z pędzącego samolotu godzinę po tym, gdy prawie wykrwawiłam się w fotelu - odrzuciła mruknięciem, nie postrzegając tych sytuacji jako jednakowych. - Ale jeśli kiedykolwiek tak zrobię, obiecuję, że będę grzecznie cię słuchać.
Obietnica bardzo łatwa do złożenia biorąc pod uwagę, że po dzisiejszym dniu prawdopodobnie nigdy już nie wejdzie do samolotu. Jej stopa nie stanie też na łodzi - Visser najwyraźniej miał talent do rujnowania jej wszystkich metod transportu innych niż samochód.
I może pociąg.
Zawsze była cierpliwa, a przynajmniej była cierpliwa jako agentka Navarro. Czekała aż ludzie skończą mówić to, co zaczęli, nigdy im nie przerywając. Pozwalała im dochodzić do własnych wniosków zamiast wrzucać swoje. Przytakiwała, starała się, nawet wtedy, gdy ktoś w bezpośredni sposób wchodził jej na głowę.
Nigdy nie miała jednak cierpliwości do niego.
Tym bardziej gdy widziała go w t a k i m stanie. Z jakiegoś powodu ten widok wydawał jej się nieznośny. Może przez to, że zwykle gdy w takim bywał, tkwili wokół inni ludzie, odpowiedzialni ludzie których traktowała za dużo bliższych jemu i na których barkach spoczywał jego dobrobyt. Może przez to, że to ona była bezpośrednim powodem, dla którego tak wyglądał.
A może dlatego, że po nią wrócił.
Cały jej światopogląd, zbudowany na automatycznym wyrzuceniu łączącej ich relacji do śmieci w chwili, w której Visser dowie się prawdy, legł w gruzach w ciągu ostatnich dni a wraz z nim zniknął ten dystans, który uparcie starała się względem niego trzymać. Nie potrafiła określić, w jaki sposób powinna go traktować, splatając Navarro i Ortegę ze sobą w jakimś miksie, którego proporcje nieustannie się zmieniały, ale niezależnie od przyjmowanego przez nią nazwiska, nie chciała by tak wyglądał.
Nie chciała się o niego martwić, widzieć bólu na jego twarzy, oglądać, z jakim wysiłkiem dokonuje prostej czynności zdjęcia z siebie materiału. Jej dłonie zacisnęły się i rozwarły w desperacji, czekając, aż zdejmie koszulę z drugiego ramienia i wiedząc, że znów ją odtrąci, kierowany swoim kruchym, męskim ego.
Gdzieś na końcu języka błysnęło jej nawet Robin oraz proszę, gdyby resztki umysłowej trzeźwości nie postanowiły go nawiedzić.
Westchnęła, podnosząc się z łóżka by sięgnąć po rzuconą przez niego na ziemię koszulę. Podniosła mokry materiał, przewiesiła go przez oparcie tkwiącego obok krzesła, sam mebel przysunęła bliżej kominka. Przekonanie, że za godzinę ruszą dalej służyło jej w tej samej roli, w której w weekend ludzie obiecywali sobie, że od poniedziałku przejdą na dietę. Sprawiało, że czuła się lepiej, czuła się proaktywnie i jakby to był tylko krótki przystanek na drodze, choć jednocześnie jej zmęczone ciało i obite kości podpowiadały jej, że to się wcale nie wydarzy.
Ale miało się wydarzyć. A wtedy potrzebowałby suchej koszuli, ponieważ miał otwartą, poważną ranę, którą pieczołowicie zszywała, a której mokry materiał mógł zaszkodzić.
Dla niej mokra odzież była tylko niedogodnością i warstwą chłodu, wciąż oddzielającą ją od ogrzewającego się powietrza wewnątrz leśniczówki.
- A co innego miałabym robić? - prychnęła, wracając na łóżko, na którym znów usiadła z początku na samej krawędzi, odwracając się w jego stronę.
Dopiero później zdała sobie sprawę z niefortunności swojego pytania.
Gdy jej wzrok przemknął po krzywiznach jego klatki piersiowej, wyrzeźbionych mięśniach ubarwionych w kolory fioletu i zieleni tam, gdzie wylądowała obca pięść. Gdy pochyliła się nad niepokojącym ją opatrunkiem, znajdując znów w tej strefie, w której czuła emanujące z jego ciała ciepło, męskie perfumy otaczające ją tak, jak otaczały przez trzy i pół roku. W której pamiętała gorąco jego kolan pod własnymi, tysiące metrów nad ziemią.
Przygryzła policzki od środka, mrugnięciem zmuszając swój wzrok do posłuszeństwa, skupiając go na opatrunku. Przesunęła palcami, wciąż lekko drżącymi od chłodu po jego skórze, szukając dogodnego miejsca do podważenia krawędzi, która - jak się spodziewała - odeszła całkiem lekko z uwagi na wilgoć.
- Jeśli mordowanie mnie jest nadal aktualne, nie znajdziesz lepszego miejsca od tego - rzuciła zaczepnie, choć złość opuściła jej głos na dobre, umysł szukał czegoś, czego mógłby się chwycić, by zakłócić ciszę gdy odrywała opatrunek od skóry. - Dziura w innym kraju, pośrodku lasu, z jedyną drogą dojazdową nieprzejezdną w tej ulewie - kontynuowała, plotąc już chyba c o k o l w i e k. Jej chłodne, wilgotne końcówki włosów musnęły jego klatkę piersiową gdy pochyliła się, z ulgą stwierdzając, że poza zgromadzoną pod opatrunkiem krwią, żaden szew nie puścił, choć skóra była brzydka, posiniaczona i spuchnięta. - Moje akta pewnie dalej są utajnione, więc od chwili znalezienia mojego trupa minie co najmniej tydzień, zanim ktoś mnie zidentyfikuje.
Sięgnęła po gazę i środek antyseptyczny, świadoma absurdalnego tematu do rozmowy, który jako pierwszy wpadł jej do głowy i, półświadomie, postanowiła zaczekać, aż mężczyzna otworzy usta do sprytnego i złośliwego komentarza by przyłożyć gazę do jego skóry.

insufferable as ever
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Cóż za śmiałe założenie, że pozwoliłbym tego trupa kiedykolwiek znaleźć — odezwał się, podejmując w końcu zaczepkę.
Pożałował tego niemal od razu, zdając sobie sprawę, że wpadł w oczywistą pułapkę zastawioną przez Navarro – syknął cicho w reakcji na pieczenie wywołane kontaktem antyseptyka ze skórą. Zacisnął zęby, mięśnie napięły mu się odruchowo, by po chwili odpuścić. Wypuścił oddech, który zatrzymał przy zabiegu.
Przewrócił teatralnie oczami i odwrócił spojrzenie na bok, udając, że nie widzi tej jej małej satysfakcji. Jednocześnie kącik ust drgnął mu zdradziecko, nie układając się ostatecznie w nic konkretnego.
Odważnym było też z jej strony przywoływać tę groźbę w ramach żartu, kiedy jeszcze nie tak dawno temu sama otwarcie przyznawała, że w to wierzyła i tego się bała.
Prawda była brutalnie odmienna – nie potrafiłby.
Nie potrafiłby jej zabić, nawet jeśli odgrażał się, że to zrobi. Nie potrafiłby nawet zrobić jej większej krzywdy. Moment, w którym docisnął ją do drzwi samochodu w impulsie wywołanym poczuciem kolejnej zdrady, dokuczał mu, przez cały czas przewijając się gdzieś z tyłu głowy.
I było to skrajnie żałosne; nie potrafił nawet zrozumieć, z czego konkretnie wynikało. Ani tym bardziej nazwać tego, co stało za faktem, że nawet gdy wiedział, że świadomie wbiła mu nóż w plecy; że latami go okłamywała, nie był w stanie potraktować jej tak, jak traktował każdego zdrajcę.
Powinien był czuć satysfakcję przynajmniej wtedy, na stacji. Przez chwilę miał nad nią przewagę, zmusił ją do zatrzymania się, odebrał kluczyki. Nie mogła po prostu odwrócić się i zostawić go z kolejną porcją informacji, które sam miał sobie poukładać, zanim zniknie za następnym zakrętem.
A z całej tej sytuacji najbardziej zapamiętał własne palce na jej karku.
Siłę, z jaką przycisnął ją do samochodu. To, jak mało było potrzeba, żeby ograniczyć jej ruch; jak łatwo mu to przyszło, kiedy przez moment chciał przede wszystkim ją zatrzymać, bez zastanawiania się, ile będzie ją to kosztowało.
Później wracało.
W najmniej odpowiednich chwilach, zwykle wtedy, kiedy próbował sobie przypomnieć, dlaczego właściwie miał być na nią wściekły. Powodów posiadał przecież wystarczająco dużo i żaden nie przestał być aktualny tylko dlatego, że siedziała teraz obok z gazą w dłoni.
Nie wybaczył jej.
Nie zamierzał również uznać, że jej kilka ostatnich zdań naprawiało trzy i pół roku, o których nadal wiedział stanowczo za mało. Miała swoje rozkazy, swoją odznakę, swoją wersję wszystkiego, co między nimi było, a on nawet teraz nie potrafił ustalić, gdzie dokładnie kończyła się robota, a zaczynała ona.
Wrócił do niej spojrzeniem, początkowo zatrzymując je na dłoniach. Na drobnych rozcięciach, skórze poranionej przy palcach, na nadgarstku, który jeszcze przed chwilą sam zatrzymał, kiedy próbowała mu pomóc. Rozluźnił własną rękę opartą na materacu; dopiero wtedy zauważył, jak mocno wciskał palce w jego brzeg.
Navarro znajdowała się blisko. Wystarczająco blisko, żeby widział wilgotne rzęsy, ślad przy brwi, pojedyncze pasma włosów, które przykleiły się do policzka. Nie musiał szukać podobieństw do kobiety, którą znał wcześniej; były tutaj, bez proszenia, nawet w sposobie, w jaki trzymała głowę, pochylona nad jego bokiem.
Nie potrafił jej z tej głowy wyrzucić.
Nie potrafił również przestać sprawdzać, czy nadal było jej zimno, czy coś ją bolało, czy nie zaczynała przypadkiem wyglądać gorzej. I najwyraźniej nawet zdrada nie wystarczała, żeby pozbyć się tego paskudnego odruchu, który za każdym razem kazał mu zajmować się przede wszystkim również nią.
Pozwolił zakleić sobie świeżym opatrunkiem ranę, przez cały ten czas skupiając spojrzenie na jej dłoniach. Powiódł nim w końcu wyżej, wspinając się po lśniącej od wilgoci skórze jej ramion. Zatrzymał się na pomarszczonym, mokrym materiale jej ubrania i na zimno mi, którym podzieliła się z nim ledwie parę minut temu.
— Masz kurewsko zimne ręce — mruknął, nie znajdując żadnego mądrzejszego komentarza, jednocześnie niechętny do dalszego siedzenia w milczeniu. Zabrzmiało to jak skarga. Wolał, żeby tak zostało. — A zamierzasz też zdjąć mokre ubranie czy udajemy, że ostatnio modnym się zrobiło, żebym paradował przed tobą roznegliżowany? — Prychnął pod nosem. — Daj spokój, Navarro. Widziałem już twój tyłek na plaży nie raz.
Nie żeby zwracał na niego szczególną uwagę.
Zwracał. W dodatku wystarczająco, żeby argument o plaży był zdecydowanie mniej niewinny, niż próbował go właśnie jej sprzedać
you're so annoying
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rzucona przez niego od niechcenia uwaga dotknęła tego jednego aspektu jego osobowości, którego nie zmieniały ani trzy lata, ani zdrada, której dokonała tydzień temu. Visser naprawdę mógłby ją zamordować i naprawdę znalazłby sposób, żeby jej ciało nigdy nie zostało odnalezione.
Robił to wcześniej.
Nie tylko z ludźmi, którzy byli równie źli, bądź gorsi od niego. Nie tylko z tymi, na których śmierć mogła patrzeć nie odwracając wzroku, świadoma tego, że choć osiągał to złymi metodami, czynił przypadkiem odrobinę dobrego w świecie dookoła.
Byli jednak ci, którzy na tę śmierć nie zasługiwali.
Policjant, który w przypływie heroizmu spróbował ich kiedyś powstrzymać. Przyjaciel bądź kochanka, rzucająca się w walecznej obronie kogoś, kto zasłużył sobie na ołów. Ludzie, którzy jeszcze nie stali się jego konkurencją, lecz mogli - w przyszłości.
Ludzie też tacy jak ona. Z odznaką w kieszeni, uwierającą ją gdy siedziała, stała, gdy o d d y c h a ł a.
Robin Visser był obiektywnie kurewsko złym człowiekiem, zdolnym do zrobienia wszystkich tych rzeczy, które obiecał jej pod formą groźby.
Ale te słowa straciły na mocy. Może nie za pierwszym razem, gdy po nią wrócił - może za drugim, trzecim. Może wtedy, gdy niósł ją na swoich barkach płynąc do brzegu, może gdy zszywał ją w opuszczonym domu po drugiej stronie granicy. A może wszystkie te wykazy lojalności, która powinna zostać roztrzaskana w chwili, w której zamknęła na jego nadgarstkach kajdanki, kruszyły jej przekonania w chwilach takich jak tamte, by runąć dopiero wtedy gdy podążył za nią przez pięć dni i wskoczył do jej samolotu.
Tyle, że to nic nie zmieniało.
Świadomość tego, że Visser prawdopodobnie nie zamierzał jej zamordować sprawiała, że mogła użyć tego w ramach kiepskiego żartu, nie zmieniała jego natury. Nie przekształcała go w kogoś, kogo mogłaby tolerować, z kim współpraca nie wiązałaby się z całkowitą sprzecznością jej przekonań. Nie czyściła jego dłoni z krwi, którą utoczył w ciągu całego, swojego życia.
A mimo tego tkwiła obok, nachylona nad jego ciałem, pieczołowicie przyklejając nowy, świeży opatrunek na jego cholernie wyrzeźbioną klatkę piersiową. Chłonąc jego ciepło, jego zapach, obecność, z wyraźną u l g ą, że tutaj był, obok niej, pomimo wszystkich słów, którymi go obdarzyła i tymi, które w odwecie odpowiedział jej on.
Tkwiła w tej pozycji nawet wtedy, gdy opatrunek już dawno przyległ do jego skóry, wygładzając jego brzegi niepotrzebnie, a później wodząc spojrzeniem po wszystkich innych obrażeniach widocznych na jego skórze, jakby wcześniej mogła przegapić coś ważnego lub zdołał nabawić się kolejnych ran, które wymagały jej uwagi.
- Bardzo mi przykro - odburknęła w odpowiedzi, mimo tego cofając swoją dłoń, jednocześnie otrzeźwiona jego skargą. Wyprostowała się, zmuszając napięte ciało do posłuszeństwa nawet, gdy bardzo nie chciało się odsuwać, a umysł wciąż rozpamiętywał wnętrze samolotu.
Jego pytanie zatrzymało ją w miejscu na krótką chwilę.
Gdyby jej twarz nie była tak pozbawiona kolorytu pod wpływem chłodu, może zdążyłaby się zarumienić. Nie chcę się przed tobą rozbierać stanęło na końcu języka, wraz z wspomnieniem jej kolan pod swoimi nogami, z widokiem jego klatki piersiowej tuż obok, z męskim spojrzeniem, które czuła na sobie.
Widział ją na plaży. Wśród innych ludzi, którzy również byli rozebrani, wśród których mogła zniknąć i wśród których nie czuła na sobie żadnego spojrzenia bardziej niż innych. To było co innego.
Ale trudno było znaleźć jej sensowny kontrargument, którym mogłaby się zasłonić. Jej ciało drżało w widoczny sposób, dłonie splotła ze sobą by to ukryć. Mokry materiał podrażniał każde otarcie, każdą ranę wciąż tkwiącą w jej ciele.
- Ostatnio? Z mojego doświadczenia bardzo lubisz paradować przed ludźmi roznegliżowany - prychnęła, odrywając siłą spojrzenie od jego klatki piersiowej. Złośliwość pojawiła się w jej głosie zupełnie nieproszona, jakby w tej chwili faktycznie przed nią paradował, prezentując swoje atuty, z których zresztą z pewnością był bardzo zadowolony.
Jeśli wcześniej się nie zarumieniła, z pewnością zrobiła to teraz.
Prychnęła pod nosem, sama do siebie, do reakcji własnego ciała i absurdu tej sytuacji. Bardziej by skryć przed nim własną twarz, wstała z łóżka, decydując się na sensowność jego propozycji. To nie tak, że nie miała niczego pod spodem, a czym była bielizna jeśli nie bardziej skomplikowanym strojem kąpielowym?
Podeszła do kominka, w marnej próbie uczynienia tego doświadczenia przyjemniejszym. Jej dłoń sięgnęła do uwierającej ją odznaki, która przetrwała już każdy możliwy scenariusz - odłożyła ją na siedzenie krzesła wystawionego pod ogniem, może zbyt niedbale, ze zbyt wielkim hukiem. Zignorowała to, jak lżejsza poczuła się bez jej obecności, zamiast tego sprawnie zsuwając z siebie ciężkie, nasiąknięte lodowatą wodą jeansy. Przerzuciła je przez siedzenie - w końcu miały być gotowe w godzinę.
Zaczęła od łatwiejszego.
Gruby materiał był w stanie wytłumić odrobinę jej spotkanie z betonem, którego ślady tkwiły na jej nogach w postaci wyłącznie kwitnących siniaków. Czym innym była jej bluzka, czarny top bez ramiączek, który nie oferował żadnej osłony. Jej ręce, łokcie, bark, niemal każda kończyna posiadała ślad po ich gwałtownym lądowaniu.
Ręce nie były przeszkodą. To plecy, wciąż noszące czerwone ślady po odłamkach szkła które wyjął, rana na jej talii którą zszył. To bluzka, która nie rozpinała się przez środek, zamiast tego zmuszając ją do chwycenia materiału w próbie uniesienia go przez głowę.
Przesunął się całe parę centymetrów, nim ból w jej obitym barku, na którym wylądowała, skutecznie zatrzymał ją w miejscu sprawiając, że zacisnęła usta w wąską linię.
Wystarczą jej spodnie.

still a bad person btw
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”