Valencourt Estate, Atherton Tableland, Australia
jesień 2012
Dłoń przesuwała się po końskim grzbiecie w rytmicznym, uspokajającym rytmie. Pod wilgotną sierścią pracowały mięśnie, lecz ich praca nie przypominała już regularnego wysiłku zwierzęcia po treningu. Nie było w niej płynności charakterystycznej dla siedmioletniego ogiera, którego ciało przez lata wykonywało setki powtarzalnych ruchów, zapamiętując je niemal niezależnie od woli. Teraz pojedyncze partie mięśni napinały się osobno, bez widocznej współpracy z pozostałymi. Najpierw drgała okolica łopatki, potem napięcie przechodziło wzdłuż szyi, zatrzymywało się przy kłębie i wygasało. Po kilku sekundach powtarzało się w innym miejscu. Skóra falowała pod palcami, kiedy drobne włókna mięśniowe wykonywały krótkie, mimowolne skurcze. Sierść była mokra od potu i posklejana, ciemniejsza wzdłuż kręgosłupa, na karku i pod pachami przednich kończyn. W niektórych miejscach błoto zaschło w cienkich płatach.
Raphael przesuwał dłonią wolno, zawsze w tym samym kierunku, od szyi do kłębu, omijając miejsca, w których najdrobniejszy nacisk powodował gwałtowne napięcie mięśni. Pod rękawiczką czuł pracę ciała, które nie przestawało próbować wykonywać swoich zwyczajnych funkcji, chociaż jego budowa została brutalnie wytrącona z właściwego porządku. Żebra unosiły się ciężko. Oddech był płytki, urywany i nierówny. Przy każdym głębszym wdechu bok drżał, a potem opadał z charakterystycznym dla wyczerpanego zwierzęcia ciężarem. Jeździec skupił na chwilę spojrzenie na wicherku po lewej stronie końskiej szyi. Wyglądający niczym wir w ciemnej maści uwydatniał biel ukrytej pod nim skóry niczym spienione wody — odkrytej zwrotem włosia. Ukryty na linii grzywy nawet w stadzie pełnym zwierząt pozwoliłby rozpoznać siedmiolatka. Dla rumaków były wszak jak linie papilarne — zapisywane w paszportach identyfikowały konie, dając im status szlachectwa. Nie marnej chabety, nie wychodzonego szkieletu. Arystokracji wdzięku, elegancji i informacji o prestiżu, jaki sobą prezentowały. Tylon posiadał ich więcej niż wystarczająco. Był zwierzęciem, którego sylwetka nie ginęła wśród innych koni. Nawet teraz, leżąc na bruku, z bokiem pokrytym potem i pyłem, pozostawał rozpoznawalny od pierwszego spojrzenia.
Przesunął rękę niżej. Grzywa, zazwyczaj ciężka i równa, rozdzieliła się pod palcami na kilka wilgotnych pasm. Włos był grubszy przy nasadzie, miękki na końcach, a między nim znajdowały się drobiny ziemi. Niektóre pasma przykleiły się do spoconej szyi. Raphael odsunął jedno z nich i przez chwilę pozostawił palce na skórze. Tylon odpowiedział ruchem ucha. Najpierw jedno, potem drugie. Nie podniósł głowy. Nie miał już na to siły. Uszy, które przez lata reagowały na każdy szelest otwieranych drzwi stajni, skrzypienie zawiasów, kroki człowieka na żwirze czy odgłos wiadra przesuwanego po posadzce, teraz poruszały się wolniej. Jedno opadło na bok. Drugie pozostało skierowane w stronę człowieka. Zwierzę wciąż rejestrowało jego obecność.
Raphael nawet przez skórzaną rękawiczkę czuł ciepło bijące od ponad siedmiuset pięćdziesięciu kilogramów czystej masy. Grube kości pięknego zwierzęcia o wzroście metra osiemdziesięciu w kłębie sprawiały, że znajdujący się przed nim ogier nie był typowym przedstawicielem swojej rasy. Był potężny. Piękny. Chowany do czynów wykraczających poza standardowe umiejętności koni sportowych. Był wybitny. W chodzie, talencie. W fizyczności. Teraz jednak ta sama fizyczność, która wcześniej pozwalała mu wykonywać ruchy wymagające precyzji i siły, stała się ciężarem. Każda próba przesunięcia kończyny kończyła się drżeniem całego ciała. Kiedy Tylon próbował oprzeć się na przedniej nodze, kopyto przesunęło się po bruku, pozostawiając cienką smugę błota wymieszanego z krwią. Mięśnie szyi napięły się gwałtownie. Łopatka drgnęła. Koń wydał z siebie niski, zduszony dźwięk, a następnie opadł z powrotem na bok. Głowa uderzyła lekko o ziemię. Raphael natychmiast podłożył pod nią dłoń.
Ciężar końskiego łba był znaczny nawet wtedy, kiedy zwierzę nie próbowało go utrzymać. Szerokie czoło, miękka skóra nad kością nosową, wilgotne chrapy. Valencourt przesunął kciukiem wzdłuż policzka. Tylon zamknął na chwilę oczy. Chrapy rozszerzyły się przy kolejnym wdechu. Powietrze wyszło z nich gwałtownie, wraz z cienką strużką piany. Biała ciecz zbierała się przy pysku, lecz miejscami miała różowawe zabarwienie. Krew mieszała się ze śliną i pienistą wydzieliną, spływając cienką linią w dół wargi. Widział to. Otarł ją rękawiczką, powoli, bez szarpnięcia, jakby usuwał zwyczajny ślad kurzu. Po chwili pojawiła się ponownie.
Tylon otworzył oczy. Niebieskie. Zawsze były jasne, niemal nienaturalnie czyste przy ciemnej sierści, i właśnie dlatego tak łatwo było je zapamiętać. Teraz białka były bardziej widoczne. Powieki drżały. W kąciku jednego oka zebrała się wilgoć, której Raphael nie próbował rozcierać. Koń patrzył przez kilka sekund w jednym kierunku, po czym spojrzenie przesunęło się na twarz stojącego nad nim człowieka. Nie było w tym spojrzeniu niczego, co należałoby do ludzkiego języka. Jedynie skupienie na sylwetce, zapach i znajomy dotyk. Raphael przesunął palcami po czole, zatrzymując je pomiędzy uszami.
Tam sierść była krótsza. Gładka. Ciepła. Pod nią wyraźnie wyczuwało się twardą strukturę czaszki.
Tylon poruszył nozdrzami i wyciągnął szyję o kilka centymetrów. Nie sięgnął jednak dalej. Opadł ciężej na ziemię. Przez chwilę nic się nie zmieniało. Jedynie oddech. Wdech. Wydech. Krótka przerwa. Wdech. Wydech. Drżenie mięśni.
Męska dłoń przesunęła się z czoła na policzek, a następnie wzdłuż żuchwy. Palce zatrzymały się przy nasadzie pyska. Rumak poruszył dolną wargą. Wargi konia były miękkie i ciepłe, lecz teraz pozbawione zwyczajnej sprężystości. Kiedyś wystarczał jeden dotyk, aby uniósł łeb, prychnął i zaczął szukać dłoni pyskiem, szczególnie jeśli wyczuwał zapach jabłka, marchwi albo zwyczajnej soli pozostawionej na rękawiczce po treningu. Teraz nawet ten ruch wymagał wysiłku.
Raphael przesunął rękę pod szczękę i uniósł ją odrobinę. Tylon nie protestował. Z pyska wypłynęła cienka nitka śliny. Zawisła pomiędzy wargą a ziemią, drżąc przy każdym oddechu, aż w końcu pękła i spadła na bruk. Puścił więc szczękę i dłoń wróciła na szyję. Tym razem przesuwała się wolniej. Pod skórą znajdował się cały zapis jego budowy: więzadła, ścięgna, mięśnie, naczynia, twarde krawędzie kości. Wszystko to, co przez lata pracowało w harmonii, teraz działało osobno. Jedna grupa mięśni napinała się bez widocznej przyczyny. Druga odpowiadała drżeniem. Trzecia pozostawała nieruchoma. Na wysokości łopatki skóra była zabrudzona ciemną ziemią. Dalej, bliżej brzucha, sierść zlepiona była potem. Przy tylnej nodze znajdowało się otarcie, z którego sączyła się krew. Kopyto było przekrzywione pod nienaturalnym kątem.
Spojrzał na nie tylko przez chwilę. Potem wrócił dłonią do szyi. Tylon poruszył głową, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, a jego jeździec pozwolił mu przesunąć czaszkę po swojej ręce. Koń oparł policzek na jego przedramieniu. Ciężar był niemal pełny. Musiał zmienić ustawienie dłoni, aby utrzymać głowę wyżej. Palce znalazły się przy uchu. Wewnętrzna strona małżowiny była cieplejsza. Gładka. Delikatna. Valencourt przesunął po niej opuszkami, od nasady aż po sam koniec.
Ucho drgnęło. Raz. Potem drugi. Następnie opadło. Raphael powtórzył ruch, jednak wierzchowiec już nie odpowiedział. Dopiero wówczas Valencourt po raz ostatni przesunął dłonią przez końską szyję i podniósł się. Nie kucał już, tylko obszedł zwierzę, by stanąć przed nim.
Tylon leżał przed nim na jednej z brukowanych dróg prowadzących do rodzinnej posiadłości, a niebieskie oczy — które obserwował w rodzinnej stajni od siedmiu lat — wpatrywały się w niego tak, jak za każdym razem. Nogi orały ziemię, a piana wymieszana z krwią leciała z pyska. Spojrzenie ciemnych, ludzkich oczu skupiło się na przednich nogach. Jedna drżała bez przerwy. Druga była niemal całkowicie nieruchoma. Tylną kończyną Tylon próbował jeszcze raz odepchnąć się od ziemi, lecz ruch nie przyniósł rezultatu. Raphael obserwował, jak kopyto zsunęło się po kamieniu. Koń wyciągnął szyję, łeb opadł, a nozdrza rozszerzyły się szeroko.
Wyciągnął rękę, a zwierzę przysunęło pysk. Nos dotknął rękawiczki i pozostał na skórze wilgotny ślad. Valencourt nie cofnął dłoni.
-
Pardonne-moi.
Potem cofnął się o jeden krok. Jeszcze jeden.
Tylon poruszył uchem, lecz nie próbował już podnieść głowy.
Ptaki siedzące w koronach okolicznych drzew poderwały się, gdy powietrze rozsadził odgłos wystrzału.
Prowadząca nie trzymała cię, kiedy wymiotowałeś. Prowadząca nie krzyczała na Marcusa, bo nie dopilnował twojego bezpieczeństwa. Prowadząca nie prosiła cię, żebyś znalazł mniej skuteczny sposób zabijania się.
Prowadząca ma godziny pracy - jeśli chcesz jej wyznaczyć zadania do realizacji, możesz zrobić to jutro rano.
Mam na imię Sadie. Spróbujmy jeszcze raz: dlaczego jesz ze mną?
Ciemne spojrzenie w bezruchu obserwowało siedzącą przed nim kobietę dokładnie w ten sam sposób, w jaki czternaście lat wcześniej patrzyło na umierającego Tylona i analizowało wszystko, co właśnie pojawiło się w małej przestrzeni jadalni. Nie wziął pod uwagę opcji, jaką przedstawiała mu właśnie teraz. Sama. Rozróżniając rolę Prowadzącej od własnej osoby. Zupełnie jakby w ciele Sadie Glass zwanej dalej Prowadzącą były dwie oddzielne kobiety. Jedna, która miała swoje godziny pracy, swoje obowiązki, zakres kompetencji i określoną funkcję w strukturze, druga zaś — Sadie — która mogła usiąść naprzeciwko niego przy stole, powiedzieć mu, że ma na imię Sadie, i oczekiwać odpowiedzi nie od człowieka podporządkowanego hierarchii, lecz od Raphaela. Ta konstrukcja była niemal banalna. Większość ludzi nie potrafiła oddzielić stanowiska od własnego ego. Kiedy otrzymywali władzę, zaczynali uważać ją za cechę charakteru; kiedy tracili stanowisko, zachowywali się tak, jakby odbierano im część osobowości. Sadie tymczasem wykonywała coś odwrotnego. Odbierała sobie władzę, zanim zdążyła stać się tożsamością.
Przypominało mu to program, który stosowano w Rodzinach na wybranych członkach. Wybranych liniach. Podział funkcjonalny pomiędzy tym, kim człowiek był, a tym, kim miał się stać w określonych warunkach. Role, które można było uruchamiać, wyciszać, przełączać; zachowania ćwiczone tak długo, aż przestawały wyglądać jak zachowania, a zaczynały przypominać spontaniczną reakcję. Raphael wiedział, że człowieka można było nauczyć niemal wszystkiego, jeśli proces rozpoczynał się odpowiednio wcześnie i był konsekwentny. Można było nauczyć go posłuszeństwa, czujności, milczenia, określonych reakcji na głos, gest, przestrzeń, nagrodę i karę. Można było nauczyć go odgrywania własnej roli tak długo, aż nawet on sam przestawał odróżniać kostium od skóry.
A jednak to nie było tym.
Sadie Glass nie była uśpionym szpiegiem. Nie miała wszczepionej w siebie osobowości. Nie funkcjonowała w niej druga, ukryta kobieta czekająca na odpowiedni sygnał. Nie było w jej zachowaniu tej mechanicznej pustki, którą nauczył się rozpoznawać u ludzi zbyt długo tresowanych przez system. Przeciwnie. Właśnie dlatego jej sposób działania był dla niego tak interesujący. Był świadomy. Dobrowolny. Wyuczony, lecz nie narzucony. Nie przełączała się między dwiema osobowościami. Przełączała odpowiedzialność między dwoma sposobami istnienia.
Musiało to wynikać z jej wyboru. Jej stylu prowadzenia interesów. Jej sposobu rozdzielania życia prywatnego od zawodowego. Jej potrzeby wyznaczania granic tam, gdzie inni pozwalali, żeby granice rozpływały się w zależności, przywiązaniu albo emocjach. A ubieranie tego w słowa było przemyślanym i płynnym procesem. Procesem, który miała wyćwiczony i dopracowany. Nie chodziło wyłącznie o zdanie
Mam na imię Sadie. Chodziło o sposób, w jaki je wypowiedziała. Nie brzmiało jak przedstawienie się. Brzmiało jak korekta.
Raphael znał ludzi, którzy chcieli być potrzebni. Znał takich, którzy potrzebowali dominować, takich, którzy potrzebowali być podziwiani, i takich, którzy potrzebowali cierpienia innych, żeby własne cierpienie nabrało dla nich sensu. Znał również ludzi, którzy udawali obojętność, ponieważ obojętność była łatwiejsza do utrzymania niż prawda. Sadie jednak nie proponowała mu żadnej z tych prostych konstrukcji. Mówiła mu: jestem Prowadzącą, kiedy jestem Prowadzącą. Jestem Sadie, kiedy jestem Sadie. Nie masz prawa mieszać tych dwóch rzeczy tylko dlatego, że tobie byłoby wygodniej.
Nie lubił, kiedy ktoś odbierał mu wygodę. Jeszcze mniej lubił, kiedy robił to spokojnie.
Przez chwilę nie odpowiadał. Czuł ciężar własnej dłoni spoczywającej przy talerzu, chłód szkła pod palcami, niewielki ruch powietrza gdzieś za plecami. Wszystko było absurdalnie zwyczajne. Stół. Jedzenie. Światło. Glass. I właśnie w tej zwyczajności znajdowało się coś, czego nie potrafił zignorować.
Przez całe życie uczono go, że człowiek powinien znać swoją funkcję. Ojciec. Syn. Dziedzic. Pracodawca. Właściciel. Pacjent. Członek rodu. Następca. Mężczyzna, który nigdy nie powinien pozwolić sobie na to, aby inni zobaczyli, że nie wie, co zrobić. Sadie natomiast właśnie powiedziała mu, że może być Sadie. Nie Prowadzącą. Sadie. Jej pytanie przestało więc być pytaniem o posiłek. Nigdy nim nie było. O jedzenie chodziło najmniej. Chodziło o to, dlaczego usiadł właśnie tutaj, dlaczego pozwolił jej wejść w przestrzeń, którą zwykle chronił przed ludźmi, dlaczego nie chciał, żeby wieczór się skończył, dlaczego jej obecność była dla niego mniej irytująca niż nieobecność.
Spojrzał na przyniesiony talerz. Pieczone kasztany układały się przed nim w finezyjny, niemal przesadnie estetyczny sposób, jakby nawet najprostszy element kolacji musiał zostać podporządkowany zasadzie kompozycji. Powoli nakłuł jeden, lecz nie podniósł go do ust. Jeszcze nie. Zamiast tego pozwalał sobie bawić się widelcem w palcach, obracając go nieznacznie i obserwując, jak kasztan przesuwa się wraz z każdym ruchem metalu.
-
Prowadząca nie będzie w stanie wykonać zadania, jeśli Sadie Glass nie będzie w stanie wstać.
Zdanie było proste. Prawie banalne, lecz w jego umyśle logiczne. Jeśli przyjąć jej własną konstrukcję, istniały dwie wartości: funkcja oraz człowiek, który tę funkcję wykonywał. Wartości były od siebie zależne, lecz zależność nie oznaczała równości. Funkcja potrzebowała podmiotu, natomiast podmiot nie potrzebował funkcji, przynajmniej nie w sensie czysto logicznym. Prowadząca nie mogła istnieć bez Sadie Glass. Sadie Glass mogła natomiast istnieć bez Prowadzącej. To czyniło ją fundamentem. Nie Prowadzącą.
Sadie.
Raphael zatrzymał widelec w połowie obrotu. Wniosek był niemal matematyczny i właśnie przez tę prostotę trudny do odrzucenia. Jeżeli A było funkcją B, a B było warunkiem koniecznym istnienia A, to B miało pierwszeństwo ontologiczne nad A. Nie oznaczało to jeszcze, że Sadie była ważniejsza dla niego. Oznaczało jedynie, że w ramach systemu, który sama przed chwilą zaproponowała, jej istnienie poprzedzało istnienie roli. Prowadząca była zależna. Sadie była źródłem.
-
Kto dziś trzymał mnie za rękę? - spytał nagle, chociaż znał odpowiedź. Idąc logiką przedstawioną mu przez Glass, w galerii znajdowała się Sadie. Nie Prowadząca. Prowadząca była funkcją, narzędziem, określeniem przypisanym do konkretnego rodzaju relacji. Sadie Glass była podmiotem. To ona miała ciało, które znalazło się obok niego. To jej dłoń zacisnęła się na jego dłoni. To jej obecność pozostawała w jego pamięci, kiedy wrócił do domu.
Nie mógł więc uczciwie powiedzieć sobie, że jadł kolację z Prowadzącą. Prowadząca nie jadła z nim kolacji. Sadie jadła z nim kolację. A skoro tak, pozostawało pytanie znacznie bardziej niewygodne: dlaczego?
Widelec znów wykonał powolny obrót między jego palcami. Kasztan pozostawał na swoim miejscu. Raphael przez chwilę patrzył na niego z taką koncentracją, jakby odpowiedź mogła znajdować się w jego brązowej, nierównej powierzchni. Nie znajdowała się. Oczywiście, że nie. Logika nie była narzędziem służącym do odnajdywania uczuć. Mogła natomiast usuwać kolejne wymówki.
Nie jadł z nią dlatego, że była Prowadzącą. To wykluczył już wcześniej.
Nie jadł z nią dlatego, że był to obowiązek. Nikt nie zmuszał go do zejścia na kolację.
Nie jadł z nią dlatego, że wymagała tego hierarchia. W tej chwili właśnie hierarchię zawiesiła.
Nie jadł z nią nawet dlatego, że potrzebował czegoś od niej. Gdyby chodziło o zadanie, rozmowę albo informacje, mógłby wykonać to inaczej.
Pozostawała więc odpowiedź najprostsza.
Chciał jej obecności.
Uśmiechnął się delikatnie pod nosem, choć nie z rozbawienia. Był to raczej krótki ślad uznania dla własnej niechęci do oczywistości. Kasztan wciąż tkwił na widelcu, którego obserwacja od jakiegoś czasu pochłaniała Valencourta bardziej, niż powinna.
W końcu jednak podniósł spojrzenie na blondynkę. Jej rozluźnione ciało, ułożone na miękkim fotelu, nie zdawało się przejęte ani zaskoczone. Raphael odnotował to automatycznie. Tętno bijące pod jego skórą nie zmieniło się. Pozostawało wciąż tak samo niskie. Żadnego przyspieszenia, żadnego widocznego napięcia, które mógłby wykorzystać jako dowód przeciwko samemu sobie. A jednak fakt pozostawał faktem.
-
Chcę na ciebie patrzeć.
Nie dlatego, że była Prowadzącą.
Właśnie dlatego, że nią teraz nie była.
Nie odwrócił wzroku. Pozwolił zdaniu istnieć pomiędzy nimi bez dodatkowego uzasadnienia, ponieważ każde kolejne słowo mogłoby zabrzmieć jak próba cofnięcia się z miejsca, w którym właśnie stanął. Oczy na moment znów leniwie spoczęły na kasztanie nabitym na widelec, zanim nie wróciły do damskiej sylwetki. -
I chcę, żebyś ze mną jadła.
Sadie Glass