ODPOWIEDZ
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
If you're the devil then I will sell you my soul
Just for a moment to show you that I'm yours
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Potrzebował chwili odpoczynku. Momentów tylko dla siebie, kiedy nie będzie musiał spełniać oczekiwań innych ludzi. Spokoju, dzięki któremu odzyska kontrolę nad własnymi myślami oraz życiem, którą tak usilnie próbowano mu odebrać.
Potrzebował wrócić do siebie.
Miał wrażenie, że otaczający go świat ulega zmianie, której nie przewidział. Rzeczy pozostawały takie same, a jednak różniły się od tych, na które patrzył chociażby tydzień temu. A może zmieniał się on, dostrzegając po prostu więcej? Może w końcu dorósł na tyle, by nie przyjmować za pewnik tylko to, czego uczono go przez te wszystkie lata, przygotowujący tym samym do roli jaką miał odegrać - przejąć biznes, założyć rodzinę i upewnić się, że jego rodzina przetrwa w kolejnych pokoleniach.
Westchnął, gubiąc się w tym wszystkim. W codzienności pozbawionej typowej rutyny, w swoim stosunku do Benjamina, który tak namieszał, że Burreau teraz nie był w stanie sobie z tym poradzić, kolejny miesiąc usilnie próbując wrócić do tego, co było przed nim. Tylko czy faktycznie tego potrzebował? Odnosił wrażenie, że to właśnie po poznaniu Thallmana jego życie stało się jakby lepsze, bardziej… życiowe. Nie było już egzystencją, a stało się zlepkiem przyjemnych wspomnień, które można było na nowo odtwarzać w głowie, zamiast obejrzeć raz i nacisnąć guzik usuwania.
Cholera, ponownie to robił - wracał do tych oczu, które patrzyły na niego zaczepnie; do uśmiechu, który prowokował poprzez każde wylatujące przez nie słowo.
Wracał do niego.
Usiadł na fotelu, rad, że w domu nie było jeszcze rodziców. Nikt nie skomentowałby słowem tego, co działo się z Kieranem, ale wiedział, że matka by zauważyła. Dostrzegłby to w jej spojrzeniu, być może później, gdy ojca nie byłoby w pobliżu zapytałaby go o to. A on nie wiedziałby co odpowiedzieć. Nie umiał ubierać w słowa własnych emocji, niektórych nawet nie rozumiejąc. Nie miały prawa się pojawiać, prawda? Były jedynie słabością, dziwną fanaberią, którą człowiek powinien nauczyć się okiełznać na tyle, by nie została wykorzystana w przyszłości. Ojciec zaznaczał mu wiele razy, że jedną z najważniejszych zasad na sali sądowej był brak okazywania emocji w starciu z drugim prawnikiem oraz manipulowanie nimi, kiedy przemawiało się do ławy przysięgłych.
Otworzył książkę, na rozdziale, na którym skończył ostatnio. Wciągający kryminał napisany przez jedną ze szwedzkich pisarek. Cenił jej umiejętność manipulowania fabułą i postaciami. Miła odmiana od kodeksów prawnych, które wbijał sobie do głowy, byleby tylko niczego nie zapomnieć.
Zaczytał się, na chwilę wyłączając wcześniejsze myśli. Przewracał właśnie kolejną stronę, kiedy niespodziewanie zgasły światła. Zmarszczył lekko brwi. Siadły bezpieczniki? Do tej pory nic takiego nie miało miejsca, ale może Inez podłączyła do prądu coś, czego nie powinna?
Zamknął książkę, zerkając w stronę drzwi do salonu. Ogarnęło go irracjonalne poczucie zagrożenia, którego nie rozumiał. Przecież we własnym domu nic nie mogło mu grozić.
Rozgrywka w oparciu o ingerencje MG z informatora.
Bowie Vance
0 y/o
Welkom in Canada
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

zero voltage
prowadzi: maruda aka Effie Granger
udział biorą: Kieran Burreau i Bowie Vance
Fool, I'm the kinda G the little homies wanna be like
On my knees in the night, sayin' prayers in the streetlight
Been spendin' most their lives
Livin' in a gangsta's paradise

Światła granatowej, nierzucającej się w oczy Toyoty Corolli błysnęły krótko, kiedy samochód z cichym chrzęstem zawrócił na podjeździe jednej z drogich rezydencji. Siedzący za kierownicą Felipe zaklął brzydko, a Mani, ćmiący papierosa na siedzeniu pasażera, tylko zmierzył go krótkim spojrzeniem.
— Pewnie, wal światłami po oknach. Niech wszyscy wiedzą, że tu jesteśmy, pendejo.
— Ręka mi się omsknęła. Nikt nic nie widział.
— Zaparkuj tam w zatoczce. I lepiej niech ci się ta ręka więcej nie omsknie, bo będę musiał ci ją osobiście upierdolić przy samej dupie.
Mimo wulgaryzmów, Mani mówił bardzo spokojnie — i to chyba przeraziło Felipe jeszcze bardziej. Skupił się na ciemnej drodze przed sobą i zaparkował między dwoma drogimi BMW. Wyłączył silnik i sam odpalił papierosa. Teraz tylko dwa rozżarzone czerwone punkciki sugerowały, że ktoś znajduje się w samochodzie.
To miała być prosta robota.
Rzadko kiedy pośrednik dostarczał aż tak wielu informacji, a tutaj mieli wszystko — dokładny plan dnia rodziny Burreau, wykaz osób spodziewanych w środku, informacje dotyczące patroli prywatnej ochrony w okolicy, krótko mówiąc — wszystko podane na tacy. Oni mieli tylko zneutralizować bezpośrednie zabezpieczenia domu, wejść tam i zabrać kosztowności. Nie powinno to stanowić żadnego problemu, skoro w domu mieli być tylko podstarzała gosposia i chuderlawy małolat. Mani jednak był daleki od spokoju.
W takich akcjach jak ta zawsze musiało się coś spierdolić — i to w najmniej spodziewanym momencie.
A kiedy miał ze sobą takiego pendejo jak Felipe… musiał mieć oczy dookoła głowy za dwóch, bo na niego nie mógł liczyć. Nie wątpił w jego zdolności — chłopak miał niezwykłą smykałkę do technologii, a wszelkie zamki — te proste, jak i bardziej złożone mechanizmy — zdawały się same przed nim otwierać. To jednak nie zmazywało faktu, że był niedoświadczony, a w chwilach stresu tracił zimną krew.
I, jak udowodnił, ręka potrafiła mu się omsknąć w najgorszym momencie.
— Zaczynajmy. Jesteś gotowy?
— Wszystko mam przy sobie.
— Pamiętaj tylko… — Mani złapał chłopaka za nadgarstek, zanim ten zdążył wyjść z samochodu. Znad groźnie nastroszonego wąsa błyszczały chłodem jego ciemne oczy. Próżno w nich było szukać wyrozumiałości. — Nie wahaj się ich nastraszyć. Mają się ciebie bać, Felipe. Nie jesteś pierdoloną przedszkolanką, hijo.
Bezszelestnie przekradli się na tyły domu. Wiedzieli, gdzie znajduje się skrzynka elektryczna i jak dostać się do niej z zewnątrz, a samo odłączenie prądu nie stanowiło wyzwania. Plan był prosty — Felipe odcina prąd i wchodzą razem siłą, bez pardonu, od frontu. Gasnące światło w domu miało być sygnałem do startu.
Żaden z nich jednak nie spodziewał się, że światła zgasną zanim Felipe w ogóle tknie kable.
Cała ulica pogrążyła się w mroku — nie tylko domy, ale i światła uliczne nagle po prostu zgasły. Noc zrobiła się gęsta, niebo przesłaniały chmury, więc nic nie rozpraszało mroku. Teraz nikt nie zauważyłby, co dzieje się obok, a co dopiero na podwórku sąsiada. Nie było na co czekać.
Szyba obok drzwi wejściowych rozprysła się na tysiąc kawałków, a muskularna łapa okryta skórzaną kurtką i rękawiczką sięgnęła do zamka. Drzwi rezydencji stanęły otworem.
— C-co? Co się dzie-... — Gosposia nie zdążyła dokończyć pytania, słowa przerodziły się w krzyk, który jednak urwał się równie szybko, jak się zaczął. Felipe już trzymał ją jedną ręką jak szmacianą lalkę, zatykając jej szczelnie usta.
Mani wyciągnął z kieszeni bojówek ciężką latarkę. Z kopa potraktował drzwi do salonu, a w strumieniu oślepiającego światła złapał — niczym jelenia w światłach samochodu — wątłego blondyna.
— Ani mi się waż drgnąć, bogolu — rzucił spokojnie Mani, mierząc chłopaka spojrzeniem. Oczy były jedynym, czego nie zasłaniała kominiarka, jednak młody Burreau nie mógł nawet tego wiedzieć, oślepiony latarką. — Nie próbuj żadnych sztuczek i śpiewaj szybko, gdzie macie sejf, zanim abueli stanie się krzywda.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „#8”