—
Naprawdę muszę jeszcze wkupywać się w twoje łaski? — odpowiedziała natychmiast zaczepnym tonem, spoglądając na niego spod sugestywnie ściągniętych brwi. Wiedziała, że Lucien się z nią droczył, więc postanowiła pociągnąć tę grę. —
Krem z dyni miał być na śniadanie, razem z grzankami. Liczyłam, że pozwolisz mi zostać na noc, ale właściwie, to miasto zdecydowało za ciebie.
Miło było schronić się w jego ramionach i tak z wolna spoglądać na ciemną panoramę Toronto, która zaczęła wzbudzać w Zoi grozę. Poruszyła się niespokojnie, gdy dodatkowo Lucien wspomniał, że mógłby nie wrócić do miasta, co mimowolnie wywołało u niej kolejną dawkę lęku. Uniosła więc głowę i celowo mocno wysunęła usta, układając je w podkówkę.
—
I musielibyśmy dłużej czekać, aby się zobaczyć — zauważyła ponuro.
Gdyby jeszcze miesiąc temu ktoś powiedział Zoi, że będzie za kimś tak mocno tęsknić, roześmiałaby mu się w twarz. Teraz jednak nie było jej do śmiechu, bo poczuła, jak każdy atom jej ciała posmutniał na myśl, że rozłąka mogłaby przeciągnąć się o kolejne kilka dni. Albo tygodni. Dlatego, gdy ponownie spojrzała w stronę okien, natychmiast wzdrygnęła się, ale chcąc rozwiać niepokój, szybko nawiązała kontakt wzrokowy z Lucienem i po prostu pocałowała go w usta.
I dalej; poniekąd przeczuwała, że trzecie miejsce nie satysfakcjonowało Luciena, ponieważ dobrze znała potęgę jego ambicji. Mimo to uważała, że skoro nie spadł z podium, to samo w sobie było już sporym osiągnięciem, za które należały mu się szczere gratulacje.
Na jego kolejne słowa jedynie przytaknęła. Zbliżali się do końca sezonu, co oznaczało, że Lucien musiał przede wszystkim skupić się na związanych z tym obowiązkach.
Rozumiała to. Doskonale to rozumiała i jeszcze mocniej wierzyła, że wszystko pójdzie po jego myśli, a on zdobędzie w tym roku mistrzostwo. Zamierzała kibicować mu z całych sił.
—
Nie jestem pewna, czy przy mnie będziesz mógł zregenerować się tak, jak rzeczywiście tego potrzebujesz — odpowiedziała całkiem szczerze, jednocześnie odsuwając twarz od twarzy mężczyzny. Dostrzegła jego zuchwały uśmiech, ale trudno było jej stwierdzić, czy aby na pewno myśleli w podobnych kategoriach. Niemniej jedynie westchnęła, po czym ponownie mocno się do niego przytuliła, aby tym razem zregenerować siły w sposób, którego sama potrzebowała.
—
Mhm — mruknęła.
Tak naprawdę oboje nie wiedzieli, co przyniosą im kolejne dni, a, o zgrozo, być może nawet tygodnie. Awaria prądu zaskoczyła nie tylko mieszkańców, ale przede wszystkim władze, które intensywnie pracowały nad rozwiązaniem problemu. Skoro jednak nadal nic nie drgnęło, Zoya uważała, że sprawa była naprawdę poważna.
Nie przeszkodziło im to jednak w tym, aby w obecnej chwili nacieszyć się swoją bliskością. Po kolejnym pocałunku złapała Luciena za ramiona, gdy ten z entuzjazmem zdjął ją z blatu i poprowadził na parkiet. Przez cały ten czas uśmiechała się trochę zmieszana, bo była pewna, że ten taniec towarzyski będzie znacznie różnił się od potupajek, na których zwykła się bawić.
—
Och, kolejna rzecz, której nie potrafi ten cudowny i rozchwytywany Lucien Spencer. Niemożliwe! — zażartowała, a nawet zachichotała z nutką złośliwości.
Zaraz pozwoliła, aby mężczyna łagodnie obrócił ją wokół własnej osi, a następnie przyciągnął do siebie. W pełni zdała się na niego, choć pierwsze ruchy mimowolnie sprawiły, że poczuła się bardzo spięta. W tańcu chodziło o swego rodzaju zmysłowość. Taką dwuznaczną, a jednocześnie absurdalnie wciąż odgrodzoną od seksualnego podtekstu, który zwykła odczuwać, kiedy Lucien zaczynał ją
prowokować.
—
Dobrze, postaram się — odpowiedziała, odwzajemniając łagodny uśmiech.
Potem zacisnęła palce na jego dłoni i próbowała podążać za narzuconym rytmem, wciąż jednak nie potrafiąc całkowicie pozbyć się napięcia. Co rusz zerkała na własne stopy, aby nie popełnić żadnego błędu.
Dopiero gdy Lucien zwrócił jej na to uwagę, gwałtownie uniosła głowę i speszona odnalazła wzrokiem te piękne, jasne oczy. Na prośbę, aby patrzyła na niego, zadarła wyżej brodę i zacisnęła usta, i jednocześnie zaparła się, aby przełamać tę dziwną nieśmiałość, jaka niespodziewanie w niej narosła. Spojrzenie Luciena było tak kojące, że z każdą kolejną chwilą coraz łatwiej przychodziło Zoi swobodniejsze zachowanie. Zapewne w końcu wyczuł tę subtelną zmianę pod opuszkami palców, kiedy rozlużniła mięśnie. Nawet jej źrenice straciły zlękniony blask, więc powoli poddawała się atmosferze, którą mężczyzna starał się między nimi stworzyć.
Ufała mu. Cholera, jak bardzo mu ufała i to nie tylko w kwestii tańca. I gdy sobie to uświadomiła, poczuła, że jej serce zabiło mocniej, a usta wygięły się w radosnym uśmiechu, którym dała mu do zrozumienia, że mogli śmiało kontynuować.
Ciche nucenie rozbrzmiewało między nimi, więc na kilka sekund przymknęła powieki. Zatracona w tym przyjemnym, osobliwym transie, pozwoliła, aby mężczyzna znowu nią pokierował. Podążała za jego ruchami. Odnajdywała jego ciepło za każdym razem, gdy ją odsuwał, a potem przyciągał z powrotem; obracał wokół własnej osi, aby zaraz pozwolić jej swobodnie odzyskać równowagę.
Cudownie.
W końcu otworzyła oczy i spojrzała na Luciena z zaciekawieniem, uprzednio delikatnie muskając opuszkami jego szyję. Chwilę później prychnęła z rozbawieniem i pokręciła głową.
—
W moich stronach podstawą dobrego wychowania było mówienie sąsiadom ,,dzień dobry”. — Zoya ledwie zdążyła wtrącić anegdotę, gdy Lucien niespodziewanie obrócił ją z impetem, a następnie przechylił tak, że jej sylwetka zawisła nad podłogą. Jej ciemne włosy opadły końcówkami na podłogę, a jedna z nóg natychmiast powędrowała w górę. Sama nie wiedziała, kiedy z jej ust wyrwał się przerażony pisk, ale gdy tylko znalazła się w tej pozycji, wybuchnęła śmiechem.
Nawet teraz ufała Lucienowi na tyle, że wierzyła, że nie wypuści jej z ramion, choć obie dłonie zacisnęła z całej siły na materiale jego swetra.
Kolejny z wielu pocałunków, którymi obdarzyli się tego wieczoru, napełnił Zoyę nieopisaną radością.
—
A gdzie ma się odbyć ten bankiet? — zainteresowała się. Gdy już stanęła prosto, skrzyżowała ramiona na karku mężczyzny. Potem przysunęła się bliżej, kiedy subtelnie ułożył dłonie na jej biodrach. Gdzieś czytała, że matka Luciena prowadziła fundację. Zresztą on sam wspomniał o tym na jachcie. Wówczas zaznaczył, że musiał zająć się jej sprawami, dlatego
nie wyjechał na wakację. Zoya podejrzewała, że inicjatywa, o której teraz opowiadał, wyszła właśnie od pani Spencer.
Teściowej, hehe —
Z tego, co mówisz, to bardzo szlachetna akcja. Słyszałam o podobnych inicjatywach. U was też na aukcjach wystawiane są przedmioty należące do celebrytów i sponsorów? Zamierzasz coś przekazać? — dopytała, właściwie pewna, że Lucien dorzuci jakiś kask z autografem, strój wyścigowy albo coś innego, co bezpośrednio wiązało się z motywem bankietu.
Jednak... problemem rzeczywiście mogła okazać się awaria. Kolejne spojrzenie na pogrążoną w ciemności panoramę miasta nie napawało optymizmem, ale bankiet miał odbyć się dopiero w przyszłym tygodniu. Zoya założyła więc, że do tego czasu wszystko wróci do normy.
Wtedy spokojnie sięgnęła ustami po usta Luciena i przez chwilę trwała w tym pocałunku, muskając jego język swoim. W momencie, w którym nieznacznie się odsunęła, przesunęła dłonie na klatkę piersiową mężczyzny, po czym pokrzepiająco go poklepała.
—
Na pewno wszystko się uda — zapewniła. Patrząc mu w oczy, w których zamajaczyły zmartwienia, chciała go pocieszyć. Albo jak na p r z y j a c i ó ł k ę przystało, porządnie wesprzeć. Niewiele jednak mogła zrobić. Toronto zgasło.
Spróbowała więc przekierować ich rozmowę. Pośpiesznie wyswobodziła się z objęć i nie spuszczając wzroku z Luciena, demonstracyjnie zsunęła z ramion czarny sweterek. Ten opadł na podłogę. Zaraz ponownie odnalazła dłonie mężczyzny i splotła z nimi swoje, aby następnie przybliżyć się i wspiąć na palce. Sięgnęła ustami do jego ucha, które najpierw musnęła delikatnym pocałunkiem, aby chwilę później owiać je ciepłym oddechem.
—
Wiesz... — szepnęła zaczepnie. —
Chcę ciebie —
Brzmiało znajomo. Wyswobodziła jedną rękę, po czym subtelnie dźgnęła Luciena w sam środek torsu, po czym powoli zjechała palcem niżej, aż zatrzymała się na sprzączce od paska. —
Teraz, Lucien —Uśmiechnęła się figlarnie, wysuwając przy tym język i uroczo zmarszczyła nosek.
Teraz, Lucien. Teraz.
Lucien Spencer