ODPOWIEDZ
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

U b r a n k o

— Tęsknię za tobą — rzuciła z zatrważającą dla siebie szczerością, coraz bardziej przekonując się do dzielenia się z Lucienem takimi w a ż n y m i informacjami. — Mhm. Widzimy się za parę godzin u ciebie — pożegnała się.
W ostatnim tygodniu nieobecność Luciena doskwierała Zoi szczególnie mocno. Głównie przez kłótnie z Adeliną, żal oraz wyrzuty sumienia, które odczuwała z tego powodu. Nie chodziło o to, że chciała mu się wygadać, bo - raczej - nie zamierzała obarczać go swoimi kolejnymi problemami, ale wiedziała, że w jego towarzystwie będzie skłonna oczyścić głowę z tych wszystkich negatywnych myśli.
Całe popołudnie zajmowała się przygotowaniami do spotkania. Zrobiła zakupy spożywcze i przygotowała krem z dyni, który następnie zapakowała do słoików. Potem spakowała wszystko, co niezbędne do zostania na noc. Ba, nie ustalili tego, jednak czula, że potrzebowała nacieszyć się towarzystwem mężczyzny.
Z domu wyszła późnym wieczorem, aby poczekać na Luciena przed blokiem. Według wcześniejszej instrukcji powinien być już domu, więc wyliczyła, że spacerem, korzystając ze skrótów, dotrze na miejsce za jakąś godzinkę.
Coś wisiało w powietrzu.
Słońce schowało się już za horyzontem, a boczne uliczki oświetlały latarnie. Co dziwniejsze, co jakiś czas któraś z nich niekontrolowanie mrugała, na co Zoya patrzyła dość podejrzliwie. W końcu, gdy kolejne zaczęły całkowicie gasnąć, przystanęła i obserwowała to zjawisko z jawną dezorientacją oraz narastającym niepokojem.
Kiedy dookoła zapanowała całkowita ciemność - a nawet dalej, bo wszystkie widoczne światła miasta niespodziewanie zniknęły, poczuła gorąc. Prędko mocniej zacisnęła dłoń na płóciennej torbie i... biegiem ruszyła przed siebie.
Jak na złość w pobliżu nie było żywej duszy. Może tylko co jakiś czas ktoś przemknął obok, oświetlając sobie drogę lampką z telefonu. Pomimo tego w panującym wokół mroku sylwetki przechodniów pozbawione były przzyjaznych kształtów, więc za każdym razem nieufnie zerkała przez ramię.
Po kolejnych, dłużących się minutach drogi, niespodziewanie rozdarł się dźwięk syreny. Wtedy Zoya znowu na chwilkę zwolniła. Wkrótce po ulicach zaczęły przejeżdżać samochody, z których z głośników poleciał komunikat o niespodziewanej awarii prądu.
Do osiedla Luciena zostało zaledwie dziesięć minut. Ostatni odcinek musiała pokonać tunelem, który oddzielał Financial District od Distillery District. Samo przejście nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby od pewnego czasu nie docierały do Zoi czyjeś kroki. Raz przyspieszały, raz zwalniały. Niby starała się nie oglądać za siebie, choć każdy kolejny metr sprawiał, że coraz mocniej dokuczało jej zdenerwowanie.
W pewnym momencie te kroki przyspieszyły! Ktoś za jej plecami zaczął biec. I co gorsza, sparaliżowana strachem, skuliła ramiona i sama gwałtownie przyspieszyła. Po chwili jednak nieznajoma osoba ją wyprzedziła, a echo kroków umarło w ciemnym tunelu.
Dokładnie w tym, do którego musiała wejść.
Zoya z duszą na ramieniu sięgnęła po telefon. Włączyła latarkę i przez kilkanaście sekund wpatrywała się w mrok przed sobą. Dopiero po jakimś czasie zebrała się na odwagę i ruszyła.
Kiedy była mniej więcej w połowie tunelu, dostrzegła z przodu jakiś gwałtowny ruch. Pojawił się tak niespodziewanie, że w nagłym odruchu cofnęła się, potknęła o coś leżącego na ziemi i wypuściła komórkę z dłoni. Urządzenie upadło, a jego światło na moment oświetliło twarz Zoi.
Oczywiście schyliła się, aby podnieść telefon. I gdy tylko ponownie się wyprostowała, poczuła przed sobą czyjąś obecność. Krzyknęła! O zgrozno z jaką paniką Zoya wydarła się na całe gardło, a w kolejnym przypływie strachu uniosła urządzenie i spróbowała rąbnąć nim stoją obok postać. Mężczyzna jednak chwycił ją za nadgarstek i zatrzymał jej rękę gdzieś przy brodzie.
Krew tak głośno zaszumiała Zoi w uszach, że nie była w stanie usłyszeć niczego poza przyspieszonym biciem własnego serca. Szarpnęła się gwałtownie, próbując wyrwać nadgarstek, przez co płócienna torba zsunęła się z jej ramienia. Chwilę później znajdujące się w środku słoiki roztrzaskały się o ziemię.
— Puszczaj! Pomocy! — Gwałtownie zmieniła pozycję i tym razem spróbowała zaatakować nieznajomego drugą ręką. Mężczyzna znowu ją zatrzymał, a następnie niespodziewanie docisnął jej ręke do swojej piersi, aż jęknęła wystraszona i zdezorientowana.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

outfit

— Mi ciebie też brakuje — odparł, uśmiechając się do siebie nieznacznie kącikiem ust. — Wyląduję o 17.30 — poinformował ją zgodnie z planem lotu. — Nie mogę się już doczekać — zapewnił i rozłączył się.
Przez ostatni tydzień obowiązki i przygotowania do wyścigu intensywnie pochłaniały jego uwagę. Pomimo wejścia w znajomy tryb pracy, gdzieś pomiędzy jednym zadaniem a drugim, w jego świadomości wciąż pozostawała Zoya. Nie pozwalała o sobie zapomnieć, goszcząc w jego myślach na stałe.
Lot do domu dłużył mu się niesamowicie. Próbował skupić się na filmie i książce, którą wziął ze sobą, ale do jego głowy coraz bardziej niepostrzeżenie wkradał się obraz ciemnowłosej i wieczoru, który mieli spędzić razem. Wraz z każdą upływającą godziną rosło w nim coraz większe podekscytowanie.
Tego wieczoru nic nie zapowiadało zwiastujących problemów.
Zanim przedostał się z lotniska na swoje prywatne osiedle, słońce już dawno zaszło za horyzont. Nawet się nie rozpakował, tylko szybko wskoczył pod prysznic. Po przebraniu się, postanowił zrobić rozeznanie, co pozostało mu w lodówce. Akurat otworzył jej drzwi i omiótł spojrzeniem wnętrze, ciesząc się w myślach, że Maria dobrze o niego zadbała, aż dostrzegł dziwne spięcie. Sekundę później nagle w mieszkaniu zapanowała ciemność.
Zaalarmowany, instynktownie odwrócił głowę w stronę okna i skonsternowany odkrył, że miasto spowiła ciemność. Kilka sekund upłynęło, zanim światło w jego mieszkaniu ponownie się rozpaliło. Teraz jednak było przytłumione, co oznaczało, że przeszło w tryb oszczędzania.
Po chwili usłyszał dźwięk przychodzącego powiadomienia. Zaniepokojony ruszył do leżącego na blacie nowego telefonu i na szybko odczytał wiadomość RCB o awarii elektroenergetycznej. O zasięgu nie było nawet mowy. Wtedy dostrzegł też smsa sprzed dwudziestu minut, od Zoi, w którym dała znać, że wyszła z domu i idzie na pieszo. Wtedy też na dworze rozbrzmiały się syreny.
— Szlag — przeklął pod nosem, po czym schował telefon do kieszeni spodni, zgasił wszystkie światła przy wyjściu i pospiesznie założył buty.
Jak na apartamentowiec z mieszkaniami za miliony przystało, również posiadał dodatkowe źródło energii, ale nawet na korytarzu dało się odczuć, że coś było nie tak. Oświetlenie działało na połowę swojej dotychczasowej mocy i było na czujki ruchu, a winda, choć aktywna, poruszała się znacznie wolniej, niż zwykle.
Wyszedłszy do holu, zignorował ochroniarza przekazującego komunikat dochodzący z przejeżdżającego obok samochodu służb. Liczyło się tylko to, że musiał znaleźć Zoyę.
Na zewnątrz miasto bez świateł lamp ulicznych, z oknami sporadycznie rozświetlonymi nikłym światłem, wyglądało naprawdę przerażająco. Ulicę jaśniały wyłącznie dzięki przemykającym przez nią samochodom, a z oddali, na skrzyżowaniach co i rusz było słychać nerwowe trąbienie. Drogi pozbawione zostały sygnalizacji, co powoli zaczynało paraliżować ruch.
Nie zajął tym myśli na dłużej. Sięgnął po komórkę i włączył w niej latarkę, po czym pospiesznie przeszedł przez asfalt i wszedł do znajdującego się w sąsiedztwie parku, będącego najlepszym możliwym skrótem między mieszkaniem jego, a Zoi.
Nie przejmował się panującym wokół mrokiem, choć musiał przyznać, że chodzenie po ciemku w takim miejscu nie było niczym przyjemnym. Swoje myśli skupił jednak wyłącznie na ciemnowłosej, gorączkowo pragnąc ją jak najszybciej odnaleźć.
Niesprawdzenie baterii w telefonie przed wyjściem było wyjątkowo nierozsądne, więc gdy zawibrował mu w dłoni, uprzedzając o przekroczeniu kolejnego progu procentowego, momentalnie przyspieszył. Jeszcze bardziej nieroztropne było wejście w takiej sytuacji do tunelu, ale… nie miał wyjścia.
Nie wiedział, ile czasu dokładnie szedł, ale gdy zobaczył majaczące w oddali światło, jego serce zabiło mocniej. Przyspieszył kroku, a następnie poczuł, jak telefon w jego dłoni wydał z siebie ostatni dech i w końcu się wyłączył. Westchnął ciężko w niezadowoleniu i schował go z powrotem do spodni, by po chwili zobaczyć, jak źródło światła przed nim wykonało jakiś zamaszysty ruch. Głośne jęknięcie i huk upadającej wiązki oświetlenia odbiły się echem po tunelu, co dało mu impuls adrenaliny. Ale wystarczyło, że mignęła mu znajoma twarz, a nie wahał się dłużej.
Podbiegł do niej akurat w momencie, gdy schylała się po urządzenie. Jej przeraźliwy wrzask i błysk latarki na ułamek sekundy go otępiły. W ostatniej chwili złapał ją za nadgarstek, nie pozwalając jej wymierzyć ciosu. Widząc jej telefon nieopodal swojej brody, instynktownie zerknął na niego na ułamek sekundy. Zamachnęła się na tyle mocno, że gdyby w porę jej nie zatrzymał, z pewnością by to odczuł.
— Zoya. Zoya! Uspokój się — rzucił do niej, nie potrafiąc wyzbyć się z głosu podenerwowania całym tym zamieszaniem, a ta szarpnęła się gwałtownie, jakby nic do niej nie dotarło. Na tyle silnie i lękliwie, że zaraz potem usłyszał przytłumiony dźwięk tłuczonego szkła, które właśnie uderzyło o beton.
— Zoya! Nie zrobię ci krzywdy! To ja, Lucien — zapewnił, jednocześnie widząc, jak drugą wolną ręką miarkuje kolejny cios. Refleks po raz kolejny uchronił go przed uderzeniem, ale tym razem użył większej siły i przyciągnął ją bliżej do siebie.
— Słońce, jestem tu. Spokojnie, nic ci nie będzie — przez tę szarpaninę jego oddech trochę przyspieszył, ale w jego głosie brzmiało już znajome zdecydowanie i opanowanie.
Na dowód swoich słów przekręcił delikatnie jej nadgarstek z włączonym telefonem, by podświetlić swoją twarz. Światło latarki w komórce trochę go oślepiło, więc zmrużył nieco oczy.
Obserwował, jak przez twarz Zoi przebiegała fala różnorodnych emocji — strach i zdezorientowanie, które znacząco podkreślały rysy jej twarzy, po chwili ustąpiły miejsca czemuś cieplejszemu, co złagodziło jej jasne spojrzenie, gdy tylko dotarło do niej, kogo przed sobą miała. Na ten widok kąciki jego ust drgnęły w delikatnym uśmiechu. Momentalnie poczuł, jak jej pięści się rozluźniają i przestają się tak stanowczo mu opierać, więc zwolnił uścisk.
— Wyszedłem po ciebie, bo się martwiłem — przyznał cicho, spoglądając w jej oczy, po czym, wciąż delikatnie trzymając ją za nadgarstki, położył jej dłonie na swoich biodrach, żeby finalnie zamknąć ją w ramionach. Czując bijące od niej ciepło przenikające przez warstwy ubrań, instynktownie oparł policzek o jej głowę i schował nos w jej włosy. W obliczu tak przedziwnych okoliczności, w mroku oświetlanym jedynie przez telefon, szczególnie dobrze było czuć ją przy sobie. Dobrze przy tym wiedział, że określenie martwienie się to spore niedomówienie, czego nie zamierzał jej zdradzać.
Po kilku sekundach uniósł głowę, żeby móc spojrzeć na Zoyę, po czym ujął dłonią jej policzek, i musnąwszy go delikatnie kciukiem, złożył na jej ustach krótki, czuły pocałunek. Tak prawidłowo powinni się przywitać.
— Dostałem alert. Nastąpiła jakaś potężna awaria. Na ulicach i w wielu budynkach brakuje prądu. Na szczęście, mam własny agregat — wyjaśnił po chwili, ostatecznie się od niej odsuwając na krok.
Złapał za jej torbę, a gdy usłyszał charakterystyczny szczęk szkła i zobaczył dziwną plamę na spodzie płótna, podniósł na Zoyę pytające spojrzenie. Mimo to zaraz obwiązał sobie uszy torby wokół ręki, po czym tę wolną podał dziewczynie, żeby razem ruszyć w stronę jego domu.
— Mówiłem ci już, że nie powinnaś chodzić sama po nocy. Gdybyś zamówiła taksówkę, już dawno byłabyś na miejscu, jeszcze zanim do tej awarii doszło — pouczył ją, co było wynikiem zwyczajnej troski o nią. Naprawdę się o nią martwił, a myśl, że mogła trafić na kogoś innego, nadal mroziła mu krew w żyłach.

słońce
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naprawdę nie słyszała, pomimo że Lucien znajdował się tak blisko, jego desperacko brzmiącego głosu, którym nawoływał jej imię. „Zoya. Zoya!” wciąż i wciąż umykało jej świadomości, gdy w tej trudnej do pojęcia chwili, ogarnięta narastającą paniką i niezrozumieniem, raz za razem usiłowała wyrwać się z kajdan.
L u c i e n. To jedno słowo w końcu przebiło się do głowy Zoi, ljednak jej ciało wciąż pozostało spięte, jakby nadal trwało w gotowości do kolejnej próby ucieczki. Dopiero po kilku... naprawdę długich sekundach, gdy mężczyzna przyciągnął ją bliżej i znowu spokojnym, acz stanowczym głosem spróbował przywołać ją do rozsądku, napięcie zaczęło powoli z niej uchodzić.
Wraz ze światłem latarki, które wydobyło z mroku twarz Luciena w Zoi zaczęła rodzić się ulga. Jej dolna warga zadrżała, a gdy poczuła na rozgrzanych, purpurowych policzkach ciepło jego urywanych oddechów, strach powoli zaczął przygasać. Na pewno wyglądała kuriozalnie z tyloma emocjami wymalowanymi na twarzy, ale nawet nie była w stanie opisać, jak bardzo się bała.
W końcu, nadal trochę przejęta, zacisnęła usta. Delikatny uśmiech Luciena był jednak niezwykle pokrzepiający, dlatego głośno westchnęła, próbując ostatecznie pozbyć się resztek przerażenia.
To, całkowicie ustąpiło dopiero wtedy, gdy otulona ramionami ukochanego w pełni uświadomiła sobie, że była bezpieczna. Zgodnie z instrukcją mężczyzny najpierw oparła dłonie na jego biodrach, a chwilę później objęła go w pasie. Telefon, który Zoya wciąż kurczowo zaciskała w palcach, oświetlił zapiętki jego butów. Zaraz drgnęła nerwowo, kiedy poczuła, jak oparł policzek o jej głowę, po czym w końcu intuicyjnie wtuliła twarz w jego klatkę piersiową. Wzięła koljeny, naprawde głęboki, świadomy oddech, pozwalając, aby znajomy zapach perfum pomógł jej uspokoić umysł.
— Dobrze, że jesteś — mruknęła. Nie mogła ukryć dziwnej satysfakcji, że się o nią martwił. Było to miłe i wywołało impuls wzruszenia się za to, że zdecydował się ją odnaleźć w tych koszmarnych ciemnościach. — Myślałam, że ktoś mnie śledził. Jakiś mężczyzna wyminął mnie biegiem i... i... nieważne. Chyba coś sobie ubzdurałam.
Rozplątała uścisk i ponownie zsunęła dłonie na biodra Luciena. Nieświadomie przechyliła telefon tak, że tym razem snop światła padał od dołu i w nikły, ale jednak wystarczający sposób rozświetlił ich twarze. Kiedy Spencer zdecydował się odsunąć i ujął jej policzki w dłonie, Zoya spojrzała na niego z piętrzącą się w oczach wdzięcznością, po czym tuż przed pocałunkiem przymknęła powieki.
Jej serduszko zrobiło fikołka, aż odruchowo mocniej zacisnęła palce na biodrach mężczyzny. Pozwoliła sobie na krótką chwilę ulec ekscytacji wywołanej ich ponownym spotkaniem.
— Słyszałam komunikaty z jakichś samochodów — powiedziała i jednocześnie przytaknęła na słowa Luciena. — Och, czemu mnie nie dziwi, że akurat ty nie musisz martwić się czymś tak trywialnym jak apokalipsa całego miasta? — pokusiła się o ironiczny żart, po czym po prostu się zaśmiała. Agregat na tak drogim osiedlu, które ze wszystkich stron otaczał przepych, raczej był czymś, co w takich miejscach uznawano za podstawowe wyposażenie. U siebie w kamienicy, mogła liczyć jedynie na paczkę świeczek i zapalniczkę.
Na dźwięk tłuczonego szkła i widok rozlanej plamy Zoya zrobiła krzywą minę. Nie sądziła, aby w tym wypadku ostał się jakikolwiek słoik, ale tak czy inaczej musieli posprzątać ten bałagan. Nie protestowała więc, kiedy Lucien chwycił torbę, a potem złapał również ją za rękę. Ochoczo zacisnęła palce na jego dłoni.
— Raczej nie mogłam spodziewać się, że całe Toronto pogrąży się w ciemności, Lucien — odparła we własnej obronie. — Normalnie jest tutaj całkiem jasno. Zresztą potrzebowałam się przewietrzyć. — Wzruszyła ramionami, absolutnie nie przejmując się spostrzeżeniami mężczyzny. Cały strach gdzieś uleciał, a ona zdążyła już przywołać swoją buntowniczą naturę.
Oczyzwiście, że taka cwana była tylko dlatego, że Lucien szedł obok.

Przed wejściem do budynku w końcu sprawdziła torbę. Ku własnemu zdziwieniu wyciągnęła z niej jeden cały słoik i pobieżnie przetarła go chusteczką. Resztę musieli wyrzucić do śmietnika.
— Dawno mnie tu nie było — Wyplątała dłoń z dłoni Luciena i ściągnąwszy buty, od razu podeszła do lodówki. Włożyła do niej zupę, po czym ze zdziwieniem zauważyła, że była w pełni zaopatrzona. Następnie ściągnęła z pleców plecaczek i wyjęła z niego kilka dodatkowych produktów, które dołożyła na półki. Nie musiała zgadywać, że Maria znowu zadbała o zapasy.
Potem odłożyła plecak na wyspę kuchenną i kiedy mężczyzna nadrobił dzielący ich dystans, pozwoliła mu usadzić się na blacie. Swobodnie zarzuciła mu ramiona na kark i cmoknęła go w usta, po czym po prostu się przytuliła. Oparła skroń na jego barku, a jej wzrok mimowolnie powędrował w stronę ogromnych okien, za którymi rozciągał się widok pogrążonego w ciemności Toronto.
W mieszkaniu również nie było do końca jasno, ponieważ ledy w salonowo-kuchennej części rzeczywiście zdawały się świecić o połowę słabiej. Pomimo tego panował tu przyjemny, może nawet przytulny półmrok.
— Ciekawe ile to potrwa — zagadnęła ponuro. — Myślałam, że takie rzeczy zdażają się tylko w filmach — stwierdziła, po czym wyprostowała się, aby spojrzeć Lucienowi w oczy. — Gratulacje z okazji trzeciego miejsca. — Uśmiechnęła się łagodnie i znowu, naprawdę delikatnie, sięgnęła ustami do jego ust.
Początek wieczoru okazał się naprawdę zaskakujący, jednak Zoya ostatecznie postanowiła przede wszystkim nacieszyć się obecnością Luciena. Nawet nie przypuszczała, że ostatni tydzień będzie aż tak bardzo się dłużył i że z taką niecierpliwością będzie wyczekiwała powrotu mężczyzny z Niemiec.
Może i nie byli parą, a sama Zoya nie przewidziała, że zdąży przywiązać się do niego aż tak mocno, ale nie zamierzała udawać, że obeszła ją ich rozłąka. W końcu na farmie Lucien wyraźnie dał jej do zrozumienia, że chciał, aby była s z c z e r a.
Przed zakończeniem pocałunku szarpnęła jeszcze ustami dolną wargę Luciena, po czym musnęła nosem koniuszek jego nosa. Następnie znowu się przytuliła, ale tym razem zsunęła ręce na jego plecy i oparła brodę o ramię.
— Mieliśmy oglądać filmy, ale w obecnej sytuacji to raczej nierozsądne, prawda? — zapytała dla pewności. Wydawało jej się, że przy lockdownie i awarii prądu w całym mieście powinni oszczędzać energię, dlatego prędko to pytanie wydało się Zoi zwyczajnie głupie. — Może nauczysz mnie tańczyć? Mówiłeś, że potrafisz. — Uśmiechnęła się wesoło, a w jej oczach zamajaczyły figlarne ogniki.
Mieli przed sobą mnóstwo czasu. Praktycznie całą noc podczas której mogli przede wszystkim jeszcze lepiej się poznać i zbliżyć się na trochę innych płaszczyznach.

Lucien Spencer
Ostatnio zmieniony pn paź 05, 2026 8:54 pm przez Zoya Weasley, łącznie zmieniany 1 raz.
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Dobrze, że jesteś. Cichy głos ciemnowłosej zadźwięczał w jego uszach, przez co instynktownie objął ją nieco mocniej, a dłonią czule pogładził jej plecy. Wyraziła słowami dokładnie to, o czym sam myślał, kiedy zamknął ją w swoich ramionach.
— Jesteś już bezpieczna — uspokoił ją, próbując jednocześnie pozbyć się dziwnego skurczu żołądka na wspomnienie o mijanym ją mężczyźnie. W tych ciemnościach wszystko było możliwe, więc najważniejsze, że nie musiała się już mierzyć z nią sama.
Pocałunek miał rozwiać jej lęki, dodać jej otuchy, ale i dla niego był czymś znacznie więcej. Ten tydzień bez niej, mimo wielu zobowiązań, które zajmowały jego głowę, chorobliwie mu się dłużył. Już sam ten niewielki gest nieco rekompensował ich rozłąkę.
— Żartujesz? Przygotowanie na zombie to podstawa. Trzeba się jeszcze tylko dobrze zabunkrować — zaśmiał się w odpowiedzi na jej żart, kończąc wypowiedź zawadiackim mrugnięciem oka.
Tak naprawdę dodatkowe źródło energii w mieszkaniu udowadniało przykuwanie przez niego wagi do bezpieczeństwa, pod każdym względem. Lubił kontrolować sytuację i być przygotowanym na wszelkie ewentualności, dlatego w razie awarii korzystał nie tylko z dostępnego w budynku agregatu, ale też z własnego, usytuowanego na balkonie.
— Co nie zmienia faktu, że samotne chodzenie wieczorami nie jest bezpieczne. I bez specjalnych okoliczności po mieście krąży wystarczająco dużo szaleńców — zwrócił jej uwagę. Wzmiankę o przewietrzeniu się natomiast taktownie postanowił w tej chwili zignorować i wrócić do niej, gdy będą już z powrotem u niego. Jednocześnie wzmocnił uścisk ich dłoni.
Nie zamierzał już jej puścić.

Choć mimowolnie odczuwał niepokój związany z tymi niecodziennymi okolicznościami, nie poddawał się panice, która powoli zaczynała unosić się w atmosferze na zewnątrz. Jednak dopiero po wejściu do mieszkania wszystko rzeczywiście wydawało się być na swoim miejscu. Łącznie z Zoyą, która z typową dla siebie swobodą po zdjęciu butów przeszła do kuchni. Zachowywała się, jak u siebie, ale… ten widok, gdy powiódł za nią wzrokiem, wywołał nieznaczne drgnięcie kącików ust.
— To prawda. Tym ścianom brakowało twojej aury — uśmiechnął się bardziej łobuzersko, gdy sam się rozebrał i dołączył do niej w kuchni. Na jej uniesione w zdziwieniu brwi, gdy zajrzała do lodówki, wzruszył lekko ramieniem. — Mam podejrzenie, że Maria spodziewała się, co się dziś wydarzy. Musiała dostać jakiś odgórny cynk — zmrużył figlarnie oczy i pokiwał głową z udawaną powagą. Tym razem nie dawał kobiecie specjalnych wytycznych, ale na jego życzenie o zapasach postarała się, żeby nie zabrakło mu niczego. Intuicja słusznie podpowiedziała jej, że spodziewał się gości, bo zapytała o to przez telefon.
To naturalne, że stęsknił się za Zoyą, więc kiedy tylko nadarzyła się okazja, żeby się do niej zbliżyć, nie wahał się nawet na chwilę. Jeszcze będąc przy wyspie, podszedł do ciemnowłosej i oplótł ją rękami w talii, po czym schylił się, żeby złożyć buziaka na jej odsłoniętej szyi.
— Chyba w twoich oczach muszę wyglądać na bardzo wygłodzonego, skoro za każdym razem przynosisz mi jedzenie. Albo, skoro znasz moją słabość, chcesz po prostu wkupić się w moje łaski? — zagaił, nie potrafiąc pozbyć się ze swojej twarzy zaczepnego uśmieszku. Jednocześnie obrócił ją twarzą do siebie i uniósł na blat, żeby zniwelować ich różnicę wzrostu.
Jego dłonie znalazły dogodne miejsce na jej biodrach, ale kiedy po szybkim cmoknięciu Zoya ułożyła głowę na jego barku, zaczął niespiesznie gładzić jej plecy. Biorąc pod uwagę awarię prądu, rzeczywiście nie mieli na razie dokąd się spieszyć.
— Ja też. I to całe miasto? Dziwne — przyznał, na chwilę zatrzymując się na myślach związanych z blackoutem i bezwiednie policzkiem wtulając się w jej włosy. — Szczęście w nieszczęściu, że nie stało się to wcześniej. Wtedy mógłbym w ogóle do Toronto nie dotrzeć. I nie miałbym, jak cię uprzedzić - powiedział, intuicyjnie prostując się, kiedy ta uniosła głowę. Trzy godziny później miasto uległo paraliżowi. Gdyby przyleciał później, prawodpodobnie zostałby skierowany na inne lotnisko, a powrót do miasta nie byłby taki prosty. Albo nie wróciłby w ogóle, do czasu rozwiązania usterki.
Następne, co usłyszał, to gratulacje, na które, chcąc nie chcąc, przez ułamek sekundy nieznacznie wykrzywił swoją twarz. Oczywiście, podczas wywiadów skrzętnie ukrył niedosyt spowodowany zajęciem niżej punktowanego miejsca, ale jego ambicje sięgały wyżej.
— Dzięki. A to oznacza, że wszystko rozstrzygnie się za miesiąc w Hockenheimring — wyznał szczerze. Ostatni wyścig w serii wyścigowej i ostatnie punkty, dzięki którym mógł zyskać tytuł mistrza DTM. Niestety, nie mógł jeszcze poszczycić się gwarancją zdobycia tytułu i musiał zmotywować się znacznie bardziej.
Teraz musiała mu wystarczyć nagroda w postaci przelotnego pocałunku, zakończonego skubnięciem jego wargi. To ściągnęło jego myśli z powrotem ku jego najjaśniejszemu Słońcu.
— Będę baardzo potrzebował twojego wsparcia i odpowiedniej regeneracji. Mogę na ciebie liczyć? — odpowiedział muśnięciem nosa na jej łagodny ruch, a przez jego twarz znów przebiegł zuchwały uśmiech. Na chwilę spojrzał w jej niebieskie oczy, zanim ponownie się do niego przytuliła.
Na wspomnienie o filmach pokręcił z wolna głową i zerknął na ciemność za oknem. To, że na razie mieli luksus w postaci prądu, wcale nie oznaczało, że będzie to trwało w nieskończoność.
— Chyba będziemy musieli zdać się na naszą kreatywność. Przed nami wielka chwila prawdy — zauważył z czającym się w kącikach ust rozbawieniem. Na propozycję nie musiał długo czekać. Wystarczyło odnaleźć w jej oczach wesołe iskierki, żeby podjął decyzję. — Zapraszam więc na parkiet — musnął przelotnie ustami jej wargi, po czym pomógł jej zejść na podłogę. Trzymając ją za rękę, poprowadził ją do części salonowej, gdzie było więcej miejsca.
— Uprzedzam tylko, że śpiewać nie umiem, musi ci zatem wystarczyć tyle, ile będę w stanie z siebie wykrzesać — zaznaczył, odwracając się do niej i obracając ją łagodnie wokół własnej osi, żeby ostatecznie przyciągnąć ją do siebie.
Jedną z dłoni pozostawił na jej lędźwiach i zacisnął palce, przysuwając jej ciało do siebie tak, że momentalnie poczuł na sobie bijące od niej ciepło. W tym czasie wsunął też swoje udo pomiędzy jej nogi, pozwalając sobie na jeszcze większą bliskość.
— Zaufaj mi i daj się poprowadzić, a wszystko przyjdzie naturalnie — mruknął z łagodnym uśmiechem, nie spuszczając z niej wzroku, po czym delikatnie zaczął kołysać się w miejscu, raz na jeden, raz na drugi bok. Drugą dłonią ujmował jej drobne palce i trzymał gdzieś w połowie wysokości, by było im wygodnie. Czuł, jak mimowolnie się spinała, a jej wzrok gdzieś umykał. — Nie walcz ze mną i poddaj się rytmowi, który nadaję. Nie musisz robić nic oprócz delikatnego kołysania biodrami. Spójrz na mnie — poprosił, by odwrócić jej uwagę od kroków. Jego jasne tęczówki przepełniały spokój i swoboda, które zamierzał jej przekazać. Jednocześnie zaczął nucić pierwszą piosenkę, jaka przyszła mu do głowy.
Szybko znaleźli wspólny rytm, więc od czasu do czasu, w odpowiednich momentach, odsuwał ją od siebie, by, wciąż nucąc, kręcić ją i znów przyciągać do siebie.
— A pomyśleć, że na początku w ogóle nie chciałem chodzić na lekcje — przyznał swobodnie, gdy ponownie wrócili do swoich objęć. — Mama mnie do nich zmusiła. Twierdziła, że to podstawa dobrego wychowania. I słusznie, bo teraz mogę wykorzystać te umiejętności na własny użytek. Na przykład bez nich nie mógłbym zrobić tego. — Pod wpływem chwili obrócił ją tak, że kiedy wpadła bezpiecznie w jego ramiona, z lekkością przechylił ją nad ziemią.
Jej cichy pisk wywołany niespodziewaną zmianą pozycji i uniesieniem przez nią nogi w górę wzbudził w nim rozbawienie, więc gdy podnosił ją z powrotem do pionowej pozycji, złożył na jej ustach pocałunek. Dla otuchy, i dlatego, że niezmiennie była u r o c z a.
Gdy przysunął ją do siebie, tym razem pozwolił jej zarzucić ramiona na swój kark. Swoje dłonie zaś ułożył na jej biodrach. Podobała mu się ta chwila intymności, a jednocześnie pozostawiająca między nimi lekkość. Jakby zupełnie nic ich nie ograniczało.
— W przyszłym tygodniu organizujemy bankiet charytatywny. To coroczne wydarzenie, z motywem przewodnim i aukcjami, które pomogą nam zebrać pieniądze dla młodzieży, która nie ma wystarczających zasobów na spełnienie swoich marzeń. Mam nadzieję, że awaria nie pokrzyżuje nam planów — wyznał cicho. Praca w fundacji stanowiła dla niego ważną rolę, a taniec należał do części bankietowej, co również było jego obowiązkiem. W obliczu nowych okoliczności wydarzenie mogło stanąć jednak pod znakiem zapytania, co odrobinę go zmartwiło.


słońce
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Naprawdę muszę jeszcze wkupywać się w twoje łaski? — odpowiedziała natychmiast zaczepnym tonem, spoglądając na niego spod sugestywnie ściągniętych brwi. Wiedziała, że Lucien się z nią droczył, więc postanowiła pociągnąć tę grę. — Krem z dyni miał być na śniadanie, razem z grzankami. Liczyłam, że pozwolisz mi zostać na noc, ale właściwie, to miasto zdecydowało za ciebie.
Miło było schronić się w jego ramionach i tak z wolna spoglądać na ciemną panoramę Toronto, która zaczęła wzbudzać w Zoi grozę. Poruszyła się niespokojnie, gdy dodatkowo Lucien wspomniał, że mógłby nie wrócić do miasta, co mimowolnie wywołało u niej kolejną dawkę lęku. Uniosła więc głowę i celowo mocno wysunęła usta, układając je w podkówkę.
— I musielibyśmy dłużej czekać, aby się zobaczyć — zauważyła ponuro.
Gdyby jeszcze miesiąc temu ktoś powiedział Zoi, że będzie za kimś tak mocno tęsknić, roześmiałaby mu się w twarz. Teraz jednak nie było jej do śmiechu, bo poczuła, jak każdy atom jej ciała posmutniał na myśl, że rozłąka mogłaby przeciągnąć się o kolejne kilka dni. Albo tygodni. Dlatego, gdy ponownie spojrzała w stronę okien, natychmiast wzdrygnęła się, ale chcąc rozwiać niepokój, szybko nawiązała kontakt wzrokowy z Lucienem i po prostu pocałowała go w usta.
I dalej; poniekąd przeczuwała, że trzecie miejsce nie satysfakcjonowało Luciena, ponieważ dobrze znała potęgę jego ambicji. Mimo to uważała, że skoro nie spadł z podium, to samo w sobie było już sporym osiągnięciem, za które należały mu się szczere gratulacje.
Na jego kolejne słowa jedynie przytaknęła. Zbliżali się do końca sezonu, co oznaczało, że Lucien musiał przede wszystkim skupić się na związanych z tym obowiązkach. Rozumiała to. Doskonale to rozumiała i jeszcze mocniej wierzyła, że wszystko pójdzie po jego myśli, a on zdobędzie w tym roku mistrzostwo. Zamierzała kibicować mu z całych sił.
— Nie jestem pewna, czy przy mnie będziesz mógł zregenerować się tak, jak rzeczywiście tego potrzebujesz — odpowiedziała całkiem szczerze, jednocześnie odsuwając twarz od twarzy mężczyzny. Dostrzegła jego zuchwały uśmiech, ale trudno było jej stwierdzić, czy aby na pewno myśleli w podobnych kategoriach. Niemniej jedynie westchnęła, po czym ponownie mocno się do niego przytuliła, aby tym razem zregenerować siły w sposób, którego sama potrzebowała.
— Mhm — mruknęła.
Tak naprawdę oboje nie wiedzieli, co przyniosą im kolejne dni, a, o zgrozo, być może nawet tygodnie. Awaria prądu zaskoczyła nie tylko mieszkańców, ale przede wszystkim władze, które intensywnie pracowały nad rozwiązaniem problemu. Skoro jednak nadal nic nie drgnęło, Zoya uważała, że sprawa była naprawdę poważna.
Nie przeszkodziło im to jednak w tym, aby w obecnej chwili nacieszyć się swoją bliskością. Po kolejnym pocałunku złapała Luciena za ramiona, gdy ten z entuzjazmem zdjął ją z blatu i poprowadził na parkiet. Przez cały ten czas uśmiechała się trochę zmieszana, bo była pewna, że ten taniec towarzyski będzie znacznie różnił się od potupajek, na których zwykła się bawić.
— Och, kolejna rzecz, której nie potrafi ten cudowny i rozchwytywany Lucien Spencer. Niemożliwe! — zażartowała, a nawet zachichotała z nutką złośliwości.
Zaraz pozwoliła, aby mężczyna łagodnie obrócił ją wokół własnej osi, a następnie przyciągnął do siebie. W pełni zdała się na niego, choć pierwsze ruchy mimowolnie sprawiły, że poczuła się bardzo spięta. W tańcu chodziło o swego rodzaju zmysłowość. Taką dwuznaczną, a jednocześnie absurdalnie wciąż odgrodzoną od seksualnego podtekstu, który zwykła odczuwać, kiedy Lucien zaczynał ją prowokować.
— Dobrze, postaram się — odpowiedziała, odwzajemniając łagodny uśmiech.
Potem zacisnęła palce na jego dłoni i próbowała podążać za narzuconym rytmem, wciąż jednak nie potrafiąc całkowicie pozbyć się napięcia. Co rusz zerkała na własne stopy, aby nie popełnić żadnego błędu.
Dopiero gdy Lucien zwrócił jej na to uwagę, gwałtownie uniosła głowę i speszona odnalazła wzrokiem te piękne, jasne oczy. Na prośbę, aby patrzyła na niego, zadarła wyżej brodę i zacisnęła usta, i jednocześnie zaparła się, aby przełamać tę dziwną nieśmiałość, jaka niespodziewanie w niej narosła. Spojrzenie Luciena było tak kojące, że z każdą kolejną chwilą coraz łatwiej przychodziło Zoi swobodniejsze zachowanie. Zapewne w końcu wyczuł tę subtelną zmianę pod opuszkami palców, kiedy rozlużniła mięśnie. Nawet jej źrenice straciły zlękniony blask, więc powoli poddawała się atmosferze, którą mężczyzna starał się między nimi stworzyć.
Ufała mu. Cholera, jak bardzo mu ufała i to nie tylko w kwestii tańca. I gdy sobie to uświadomiła, poczuła, że jej serce zabiło mocniej, a usta wygięły się w radosnym uśmiechu, którym dała mu do zrozumienia, że mogli śmiało kontynuować.
Ciche nucenie rozbrzmiewało między nimi, więc na kilka sekund przymknęła powieki. Zatracona w tym przyjemnym, osobliwym transie, pozwoliła, aby mężczyzna znowu nią pokierował. Podążała za jego ruchami. Odnajdywała jego ciepło za każdym razem, gdy ją odsuwał, a potem przyciągał z powrotem; obracał wokół własnej osi, aby zaraz pozwolić jej swobodnie odzyskać równowagę.
Cudownie.
W końcu otworzyła oczy i spojrzała na Luciena z zaciekawieniem, uprzednio delikatnie muskając opuszkami jego szyję. Chwilę później prychnęła z rozbawieniem i pokręciła głową.
— W moich stronach podstawą dobrego wychowania było mówienie sąsiadom ,,dzień dobry”. — Zoya ledwie zdążyła wtrącić anegdotę, gdy Lucien niespodziewanie obrócił ją z impetem, a następnie przechylił tak, że jej sylwetka zawisła nad podłogą. Jej ciemne włosy opadły końcówkami na podłogę, a jedna z nóg natychmiast powędrowała w górę. Sama nie wiedziała, kiedy z jej ust wyrwał się przerażony pisk, ale gdy tylko znalazła się w tej pozycji, wybuchnęła śmiechem.
Nawet teraz ufała Lucienowi na tyle, że wierzyła, że nie wypuści jej z ramion, choć obie dłonie zacisnęła z całej siły na materiale jego swetra.
Kolejny z wielu pocałunków, którymi obdarzyli się tego wieczoru, napełnił Zoyę nieopisaną radością.
— A gdzie ma się odbyć ten bankiet? — zainteresowała się. Gdy już stanęła prosto, skrzyżowała ramiona na karku mężczyzny. Potem przysunęła się bliżej, kiedy subtelnie ułożył dłonie na jej biodrach. Gdzieś czytała, że matka Luciena prowadziła fundację. Zresztą on sam wspomniał o tym na jachcie. Wówczas zaznaczył, że musiał zająć się jej sprawami, dlatego nie wyjechał na wakację. Zoya podejrzewała, że inicjatywa, o której teraz opowiadał, wyszła właśnie od pani Spencer. Teściowej, hehe — Z tego, co mówisz, to bardzo szlachetna akcja. Słyszałam o podobnych inicjatywach. U was też na aukcjach wystawiane są przedmioty należące do celebrytów i sponsorów? Zamierzasz coś przekazać? — dopytała, właściwie pewna, że Lucien dorzuci jakiś kask z autografem, strój wyścigowy albo coś innego, co bezpośrednio wiązało się z motywem bankietu.
Jednak... problemem rzeczywiście mogła okazać się awaria. Kolejne spojrzenie na pogrążoną w ciemności panoramę miasta nie napawało optymizmem, ale bankiet miał odbyć się dopiero w przyszłym tygodniu. Zoya założyła więc, że do tego czasu wszystko wróci do normy.
Wtedy spokojnie sięgnęła ustami po usta Luciena i przez chwilę trwała w tym pocałunku, muskając jego język swoim. W momencie, w którym nieznacznie się odsunęła, przesunęła dłonie na klatkę piersiową mężczyzny, po czym pokrzepiająco go poklepała.
— Na pewno wszystko się uda — zapewniła. Patrząc mu w oczy, w których zamajaczyły zmartwienia, chciała go pocieszyć. Albo jak na p r z y j a c i ó ł k ę przystało, porządnie wesprzeć. Niewiele jednak mogła zrobić. Toronto zgasło.
Spróbowała więc przekierować ich rozmowę. Pośpiesznie wyswobodziła się z objęć i nie spuszczając wzroku z Luciena, demonstracyjnie zsunęła z ramion czarny sweterek. Ten opadł na podłogę. Zaraz ponownie odnalazła dłonie mężczyzny i splotła z nimi swoje, aby następnie przybliżyć się i wspiąć na palce. Sięgnęła ustami do jego ucha, które najpierw musnęła delikatnym pocałunkiem, aby chwilę później owiać je ciepłym oddechem.
— Wiesz... — szepnęła zaczepnie. — Chcę ciebie — Brzmiało znajomo. Wyswobodziła jedną rękę, po czym subtelnie dźgnęła Luciena w sam środek torsu, po czym powoli zjechała palcem niżej, aż zatrzymała się na sprzączce od paska. — Teraz, Lucien —Uśmiechnęła się figlarnie, wysuwając przy tym język i uroczo zmarszczyła nosek.
Teraz, Lucien. Teraz.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

— Jeżeli miałoby to wyglądać tak, jak w drodze powrotnej… — zmrużył figlarnie oczy, celowo nie kończąc. Sposób, w jaki tydzień temu starała się wkupić w jego łaski, zdecydowanie zachęcał go do dalszego roszczenia sobie praw do odkupienia jej złych występków, ale… nie był chciwy. Kiedy więc patrzył na nią z niemym wyzwaniem, po iskrach w jego jasnych tęczówkach bez trudu dało się rozszyfrować, że ewidentnie sobie z nią igrał. — Możesz zostać tu, jak długo chcesz — stwierdził pewnym siebie tonem, całując ją w czubek głowy.
Ciemność, jaka zapadła w mieście, z pewnością nie napawała optymizmem, przyciągając do głowy Luciena dosyć posępne scenariusze, ale kiedy zobaczył zmartwioną buzię Zoi, kompletnie go rozbroiła.
— Ale jestem tu, więc nie ma co się smucić, Słońce — cmoknął ją w nos i posłał jej ciepły uśmiech, po czym jeszcze raz przytulił ją mocniej do siebie.
Nie wyobrażał sobie w tej chwili być gdziekolwiek indziej. Myśl o tym, że zostałaby w mieście sama, przerażała go, więc teraz próbował nacieszyć się jej obecnością jak najdłużej się dało. Jej truskawkowym szamponem, ciepłem jej ciała, oddechem otulającym jego skórę, przelotnymi muśnięciami warg i figlarnym uśmiechem, którym go czarowała. Drobnostki, których w ciągu tego tygodnia bardzo mu brakowało.
— O ile nie postanowisz z Adeline zdemolować kolejnej restauracji to chyba nie będę miał na co narzekać — odparł lekkim, żartobliwym tonem, zupełnie nieświadomy poruszenia wrażliwej struny.
Wbrew pozorom wcale nie potrzebował dużo. Życie zdążyło już tak mocno przetestować ich cierpliwość oraz wytrwałość, że wystarczyła mu już sama obecność i bliskość ciemnowłosej. W końcu mieli płynąć spokojnym nurtem i nie spieszyć się nigdzie, prawda? Lockdown prawdopodobnie umożliwi im tę drogę. Może to było egoistyczne i nie na miejscu, ale Lucien w tym momencie poniekąd cieszył się z powodu okoliczności, które wymogły na nich spędzenie tego czasu razem. Bez względu na to, ile miało to potrwać.
Na jej nieco złośliwą uwagę parsknął jedynie śmiechem, wcale nie biorąc jej słów do siebie. Taniec, do którego zaprosił Zoyę, zdecydowanie różnił się od tego z festiwalu ziemniaka. Był znacznie spokojniejszy, intymny, a wraz z każdym, coraz pewniejszym krokiem ciemnowłosej zaczynał tworzyć między nimi niepowtarzalną atmosferę. Mimo sceny niczym z romantycznego filmu, jednocześnie pozostawiał w sobie coś swobodnego. Jakby trzymanie ciemnowłosej w swoich ramionach było dla mężczyzny najbardziej naturalną rzeczą, jaką przyszło mu robić. I wykonywał ją z ogromną przyjemnością, podziwiając płynność jej ruchów i szczęśliwy uśmiech, nieschodzący z jej twarzy.
Ufała mu. Nie dało się tego nie zauważyć. Nawet w chwili, kiedy postanowił ją sprawdzić, a pisk zaskoczenia zaraz ustąpił miejsca szczeremu, beztroskiemu śmiechowi, który poniósł się echem po jego mieszkaniu. Ten dźwięk zawsze wywoływał w nim radość i satysfakcję.
— Zwykle urządzany jest w posiadłości moich rodziców na York Mills. Tam się wychowałem — odpowiedział na jej pytanie. Mimo posiadania swojego własnego mieszkania w centrum, lubił tam od czasu do czasu przyjeżdżać. Było to czymś w rodzaju Huntsville dla Zoi. Gdy ta z zainteresowaniem podjęła temat i dopytała o przekazanie czegoś przez niego, pokręcił niejednoznacznie głową, starannie dobierając w głowie słowa.
— Taak, robimy wszystko, żeby zebrać jak najwięcej. Moja rozpoznawalność daje tę przewagę, że możemy wystawić całkiem fajne licytacje z moim udziałem. Na przykład główną z nich w tym roku ma być hot lap — wyznał, a widząc, jak ściąga brwi, pospiesznie wyjaśnił: — To jest takie pokazowe okrążenie, w trakcie którego zabiera się VIPa i wyciska z samochodu wszystkie limity, a przy okazji siódme poty z uczestnika — uśmiechnął się w rozbawieniu. Ludzie dawali mnóstwo pieniędzy za chwile pełne adrenaliny, specjalnie testując swoje granice. On z takiego przejazdu również miał spory fun.
Co nie zmieniało faktu, że to wydarzenie mogło w ogóle się nie odbyć. Teraz, kiedy wszystkie sprawy należało podopinać na ostatni guzik, bankiet znajdował się pod znakiem zapytania. Nie zależało mu na kolejnym widowisku dla śmietanki towarzyskiej Toronto, ale na pieniądzach, które mieli dostać podopieczni fundacji. Zdążył poznać większość z nich i rozumiał, jak ogromnie ważne to było dla każdego młodego chłopca, pragnącego podążać za marzeniami.
To właśnie zmartwiło Luciena na tyle, by Zoya bez trudu odczytała jego wewnętrzne dylematy i postanowiła się tym odpowiednio zająć. Jej łagodny, niespieszny pocałunek wraz z każdym muśnięciem ich języków rozwiał wszelkie negatywne myśli mężczyzny, utwierdzając go w przekonaniu, że ciemnowłosa potrafiła go pocieszyć.
Na pewno wszystko się uda zadźwięczało w jego uszach, na co pokiwał zgodnie głową, zajmując jednak myśli przede wszystkim zsuwającym się z ramion ciemnowłosej sweterkiem. Zaraz instynktownie splótł ich dłonie, gdy zbliżyła się do niego i stanęła na palcach, by sięgnąć ustami jego ucha. Na delikatną pieszczotę płatka i jej gorący oddech drażniący jego szyję po jego plecach przeszedł mimowolny dreszcz.
Następnie jej szept, w połączeniu z zsuwającym się po jego torsie palcem, który zatrzymał się na zapięciu jego paska, sprawił, że momentalnie uderzyła go fala gorąca. Bezwiednie opuścił spojrzenie w dół, żeby zaraz podnieść je na płomienne ogniki tańczące w jej oczach. Czuł, jak powietrze między nimi zaczynało tężeć coraz bardziej i… uśmiechnął się szelmowsko.
Nie potrzebował więcej. W ułamku sekundy wyciągnął dłoń, którą złapał za jej kark i przyciągnął do siebie, żeby złączyć ich usta w żarliwym pocałunku. Po chwili Zoya już znajdowała się na jego biodrach i bez wahania skierował swoje kroki na górę, do sypialni.

Upojne chwile spędzone w łóżku przyniosły długo wyczekiwane spełnienie. Leżeli we własnych objęciach, okryci jedwabiem, zupełnie nie przejmując się drogą wyznaczoną jakiś czas temu przez ich ubrania rozrzucone w pośpiechu na podłodze. Mrok za oknem również przeszedł na drugi lub trzeci plan, gdyż myśli Luciena zajmowała wyłącznie Zoya.
Ciepło jej ciała, kiedy się w niego wtuliła, było przyjemnie kojące. Objął ją ramieniem, drugą dłoń zatrzymując na jej udzie, by kciukiem delikatnie gładzić jej skórę. Ogarniało go błogie zmęczenie i spokój, które mogło trwać na zawsze. Przez chwilę delektował się tym stanem w ciszy, pozwalając myślami dryfować w nicości.
— Właściwie… może zechciałabyś sprawić mi tę przyjemność i przyjść na ten bankiet? — zaproponował spokojnie, a gdy uniosła na niego wzrok, obdarzył ją ciepłym uśmiechem. — Zakładając, że do niego dojdzie — dodał zaraz. — Co prawda, ze względu na zobowiązania nie mógłbym być przy tobie przez cały czas, ale jako przyjaciółka mogłabyś zdać się na towarzystwo Ellie, Maggie i Henry’ego. Albo zabrać ze sobą Ade — spojrzał w jej niebieskie tęczówki z prośbą w swoich oczach, której nie sposób było odmówić.
Proszę, zgódź się, Zoyu.

słońce
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z uwagą słuchała odpowiedzi Luciena, a kiedy wspomniał, gdzie mieszkali jego rodzice, mimowolnie spróbowała odtworzyć w pamięci okolicę, którą miała okazję zobaczyć, gdy go odebrała z imprezy. Pamiętała dostojne, a momentami wręcz tajemnicze posiadłości, skryte za niebotycznymi ogrodzeniami. Nah..
Zoya po raz kolejny uświadomiła sobie, jak bardzo różniły się środowiska, w których dorastali, i... jak rozsądną decyzję podjęli odnośnie ich relacji. Nie byli parą, nie kochali się ani nie planowali wspólnej przyszłości. Dzięki temu Zoyka nie musiała mierzyć się z wymaganiami [świata Luciena. Świata, do którego sama nigdy nie należała i w którym nie była pewna, czy potrafiłaby się odnaleźć. Pocieszała się tym.
— Hot lap? — dopytała i prędko uzyskała odpowiedź, po czym energicznie potaknęła. — Ło, rzeczywiście fajna sprawa — przyznała z uznaniem, szczerze chwaląc pomysł na licytację. Niewielu ludzi miało okazję uczestniczyć w podobnej inicjatywie, a jeszcze mniej mogło liczyć na towarzystwo samego Luciena Spencera. Zoya nie miała wątpliwości, że taka propozycja wzbudzi spore zainteresowanie, a kwota mocno zasili budżet fundacji.
Zoya naprawdę była pod wrażeniem bezinteresowności matki Luciena. Podobało jej się, że nie ograniczyła się ona do pustych deklaracji, jak to lubieli robić bogacze, ale rzeczywiście starała się pomóc dzieciom. Czuła wobec niej pewien podziw, przez co coraz bardziej ciekawiła ją ta kobieta. Właściwie miała ochotę poznać ją osobiście i przekonać się, jaka była na co dzień i czy jej życzliwość szła w parze z międzyludzkimi interakcjami.
To jednak było nierealne, dlatego stłumiła to osobliwe pragnienie. Te na szczęście szybko ustąpiło, gdy postanowiła wznieść między siebie a Lucienem miłą, flirtującą atmosferę. Mężczyzna bez trudu podchwycił jej nastrój i najwyraźniej sam poczuł narastające pożądanie, bo pośpiesznie zamknął ich usta w żarliwym pocałunku. Zanim się obejrzała, znalazła się już w jego ramionach i wspólnie podążali w kierunku sypialni.

Zoya wtuliła się w ciało Luciena, nie myśląc już o niczym konkretnym. Oparła głowę na barku mężczyzny tuż przy torsie i wsłuchiwała się w rytm jego serca, który wciąż był przyspieszony po ich niedawnym wysiłku.
Jedną dłoń delikatnie ułożyła na jego brzuchu, czując pod palcami, jak z każdą chwilą ten oddech stawał się spokojniejszy. Przymknęła powieki i, o ile to możliwe, jeszcze mocniej przywarła nagim ciałem do boku Luciena.
Było jej dobrze. Ciepło, cicho i właśnie tak, jak powinno być.
Na dźwięk pytania leniwie uniosła powieki, a następnie z równą opieszałością podniosła głowę, aby spojrzeć na mężczyznę. Przez twarz Zoi przemknęło zaskoczenie. Najwyraźniej zaproszenie na bankiet było ostatnią rzeczą, jakiej mogłaby się teraz po nim spodziewać, dlatego przez moment przyglądała mu się z rezerwą. Chyba nie była do końca przekonana do tego pomysłu, jednak gdy dokończył i wspomniał o reszcie towarzystwa, poczuła, że to początkowe zawahanie zaczęło ustępować.
— Pokłóciłam się kilka dni temu z Adeline. Nie będzie chciała się ze mną spotkać jeszcze przez długi czas — wyjaśniła i poruszyła się niespokojnie, aby następnie odsunąć się od Luciena. Zaraz ułożyła się obok niego, podpierając na łokciach. Z tej pozycji łatwiej było patrzeć mu w twarz. Półmrok skrywał większość szczegółów, ale Zoya była pewna, że na linii jego żuchwy i szyi, i paru innych miejsach, pozostawiła po sobie urocze, sine ślady. — To by było podejrzane, gdybyś miał spędzić cały wieczór wyłącznie ze mną — zauważyła z uśmiechem.
Właśnie stąd brały się te początkowe obawy. Nie chciała, aby ktokolwiek niesłusznie (no, przecież) nadał ich relacji miano związku. Na tego rodzaju bankietach gromadziła się sama śmietanka towarzyska. Była świadoma, że byli to ludzie, których nazwiska i wpływy mogły przełożyć się na konkretne sumy podczas licytacji. A Zoya? Nie miała wysokiego statusu. Gdyby rzeczywiście spędziła cały wieczór u boku Luciena z pewnością szybko staliby się obiektem plotek.
Nachyliła się i złożyła na ustach mężczyzny czuły pocałunek. Następnie polizała jego dolną wargę, po czym delikatnie rozchyliła wargi i odnalazła jego język w kolejnym, nieśpiesznym gescie.
— Przyjdę — szepnęła, jeszcze zanim zdążyła odsunąć się od Luciena. W spojrzeniu Zoi nadal majaczyła niepewność, jednak skoro dostrzegła, że zależało mu na jej obecności, to nie potrafiła odmówić. Poza tym miło będzie spotkać się z Ellie i Henrym, a nawet z Maggie.
— Tak właściwie, to jacy są twoi rodzice? — zapytała znienacka, uświadamiając sobie, jak niewiele wiedziała o tej części życia Luciena. I chociaż wcześniej była zafascynowana osobą pani Spencer, to realna perspektywa udziału w bankiecie sprawiła, że jej entuzjazm niespodziewanie przygasł.
Lucien zdążył już poznać większość jej najbliższych. Adeline, Ronalda, Alexa, Williama i Zachary’ego. Wiedział też trochę o Charlesie Weasleyu, a nawet znał grafik współlokatora, przez co nie mogli spotykać się u Zoi. Na dodatek rozmawiał z recepcjonistką w klinice weterynaryjnej, kiedy próbował zdobyć informacje na jej temat.
Wiedział już całkiem sporo o jej otoczeniu, podczas gdy dla niej wiele kwestii związanych z Lucienem wciąż pozostawało niewiadomą. Z drugiej strony być może przez tę jasną-niejasną relację, drążenie ciekawostek było zwykłym nadużyciem.

Lucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przyjemne ciepło rozchodziło się po jego wnętrzu, kiedy tak zwyczajnie, bez żadnego pośpiechu, w pełni bezpiecznie, mógł trzymać Zoyę w swoich ramionach.
Myśli związane z bankietem powróciły do niego bardzo nieoczekiwanie, ale właśnie ta upajająca mieszanka emocji podsunęła mu obrazy wydarzenia, podczas którego oczami wyobraźni zobaczył Zoyę. Momentalnie pojawiło się w nim pragnienie, żeby zaprosić ją na event i cieszyć jej obecnością nawet, jeśli nie będzie mógł spędzić całego wieczoru przy niej. Musieli pamiętać o swoich ograniczeniach, ale świadomość, że byłaby blisko i mógłby widzieć ją bawiącą się ze znajomymi gdzieś w tłumie, wydawała się być już wystarczająco pokrzepiająca. W tak ważnym dla niego dniu warto było mieć przy sobie wszystkie ważne dla niego osoby.
Jej początkowe zaskoczenie malujące się w niebieskich oczach, kiedy uniosła na niego spojrzenie spod długich rzęs, było całkowicie zrozumiałe, ale plan, który jej przedstawił, dla Luciena brzmiał logicznie i zupełnie niewinnie. A przede wszystkim starał się zabrzmieć lekko i niezobowiązująco, by nie wywierać na Zoi niepotrzebnej presji.
— Co się stało? — na wspomnienie o kłótni z Adeline z niepokojem ściągnął brwi. Kiedy dziewczyna się od niego odsunęła, by spocząć na poduszce obok, sam przekręcił się na bok. Zignorował niewielki dyskomfort w okolicach jego biodra i karku spowodowany wbitymi w niego wcześniej paznokciami i wsunął ramię pod poduszkę, na której oparł głowę, żeby mieć na nią lepszy widok. Z ciemnymi włosami w nieładzie i blednącymi już rumieńcami na twarzy wciąż wyglądała i d e a l n i e. — Wolałbym spędzić go przede wszystkim z tobą, ale nie wymigam się od obowiązków — stwierdził cicho, odnajdując jej dłoń, by spleść ich palce. Następnie uniósł je ku swoim wargom i delikatnie musnął nimi jej skórę. Dopiero wtedy, wciąż trzymając ich splecione dłonie, położył wygodnie w przestrzeni pomiędzy ich ciałami.
Nie mógł towarzyszyć jej przez cały wieczór, bo oprócz przemówień i licytacji, w których musiał uczestniczyć, wypadało podejść chociaż do najważniejszych z gości i uraczyć ich chwilą rozmowy. Zrobić odpowiedni PR i zachęcić do otwarcia swoich portfeli, wszystko w szczytnym celu. Wbrew pozorom nie stanowiło to dla niego zabawy, tylko część jego pracy. Odetchnąć mógł dopiero po zakończeniu części oficjalnej.
Jej usta na chwilę całkowicie przysłoniły mu umysł, gdy poddał się tej pieszczocie, ponownie delektując się ich słodyczą. Spokojnie, z poczuciem, że nie mieli dokąd się spieszyć i w końcu mogli nacieszyć się sobą w pełni. A potem uśmiechnął się nie tylko z powodu przyjemnego pocałunku, ale i jej twierdzącej odpowiedzi.
Z kolei na pytanie ciemnowłosej o rodziców odetchnął głębiej, na chwilę odwracając wzrok gdzieś na sufit. W tym czasie próbował dobrać w głowie odpowiednie słowa i powiedzieć jej coś, czego nie dowie się z gazet. Chciał, by poznała jego perspektywę. W zamyśleniu poprawił uścisk jej dłoni.
— Tata jest… wyważony. Bardzo ciężko wytrącić go z równowagi, a zdarzało mi się kilka razy próbować — uśmiechnął się na myśl o kilku sytuacjach, w których testował jego cierpliwość. Z perspektywy czasu był dla Nicholasa pełen podziwu, że nigdy nie dawał się jego dziecinnym psikusom, a i tak mieli przy tym mnóstwo śmiechu. — W pierwszej chwili nawet może sprawiać wrażenie trochę sztywnego, ale jest po prostu ostrożny. Ma znacznie lepsze poczucie humoru niż mama — ściągnął trochę brwi, ale w jego oczach czaiło się pewne rozbawienie na to porównanie. — Ją za to określiłbym jako opiekuńczą. Czasem aż za bardzo — przyznał zaraz szczerze, marszcząc nieco nos, po czym westchnął i poruszył głową, żeby lepiej umieścić się na poduszce. — Ale wiem, że dla najbliższych zrobi wszystko. Swój upór w dążeniu do celu odziedziczyłem chyba po niej — uśmiechnął się do Zoi z nutą arogancji i spoglądał w jej błyszczące w tym półmroku oczy.
Nie widział Isobel w złym świetle. Może nie była idealna, ale w zasadzie nikt nie był. Przede wszystkim Lucien rozumiał, że zawsze chciała dla niego dobrze, mimo iż czasami jej podejście do sprawy nie zawsze spotykało się z jego aprobatą. Kiedy wierzyła w sprawę, walczyła o nią jak lwica tak, jak robiła to każda matka.
— A jaka była twoja mama? — zagadnął ze szczerym zaintrygowaniem i powoli przesunął kciukiem po wierzchu nadal trzymanej przez niego jej dłoni.
Miał wrażenie, że wiedział już o ciemnowłosej wiele, ale wciąż nie było to dla niego wystarczające. Ich relacja niemal od początku była pozbawiona płytkości, która zwykle znacznie wszystko upraszczała. W ich przypadku nic nie wyglądało na czarno białe. Zatracali się w odcieniach szarości.
A on nie chciał z nią tylko sypiać, ale też jej słuchać.

Zoyka
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”