ODPOWIEDZ
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
182 cm
VP of Hockey Strategy & Innovation Toronto Maple Leafes
Awatar użytkownika
We all go a little mad sometimes.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Bycie spontanicznym to nowość dla Petera i sam nie wie jak się z tym czuć. Z jednej strony przypomina mu to spotkanie biznesowe - one często wpadają bez wcześniejszej zapowiedzi. Człowiek myśli, że ma wszystko zaplanowane, a tu nagle okazuje się, że jeden z dynamicznie rozwijających się startupów przesyła pitchdeck z jakimś niesamowitym produktem i Domi musi mu wtedy poprzesuwać rzeczy, żeby mógł się na nim pojawić. Albo kiedy wciska go na konferencje, żeby wygłosił jakąś prezentację, chociaż miał mieć luźniejszy dzień.
A jednak co w pracy to w pracy, ale poza nią Peter lubił mieć kalendarz ustawiony tak, żeby nie natrafiać na niespodzianki. Lubił na przykład to, że jego asystentka Domi tak mu bookowała tenisa, że zawsze omijały go korki, albo to, że miał okienko pół godziny na leniuchowanie, które mógł sobie wykorzystać tak jak chciał. I lubił to, że zawsze wiedział co będzie jadł, gdzie pojedzie danego dnia i nigdy, przenigdy, nie miał niezaplanowanego wyjścia towarzyskiego.
Ale dziś zrobił coś inaczej. I może to dlatego, że obijało mu się w głowie ciągle to jak Wendy zarzucała mu, że powinien się trochę bardziej wyluzować. Bo przecież gdyby się wyluzował, to właśnie siedziałby z nią i jej ekipką na pustynii na Burning Manie. Ale zamiast tego, on został w Toronto, a Wendy wydawała ostatnie pieniądze na tarzanie się w piasku. Męczyło go to, że zrezygnował z wyjazdu tylko dlatego, że mieli dużo pracy, a kiedy został, okazało sie, że i tak się nie może skupić.
I tak siedział w swoim biurze z otwartymi 40 zakładkami, i zamiast klikać to scrollował sobie Instagrama, kiedy wyskoczyła mu reklama Maplindera. Po chwili zastanowienia kliknął Pobierz, zrobił sobie profil i zaczął pisać do róznych dziewczyn. Niektóre nie odpisywały wcale, inne odpisywały odrazu. Ale z jedną złapał na tyle dobry vibik, że niewiele myśląc w kilka godzin umóili się na spotkanie po pracy.
Dziwne to było, ale Peter właśnie siedział w swoim sportowym Bentleyu pod Delacroix Equestrian. WIedział doskonale gdzie to jest, bo miejsce należało do jednych z bardziej prestiżowych statnin. Nie skumał oczywiście, że dziewczyna, z którą pisze może należeć do rodziny Delacroix, po pierwsze dlatego, że mieli oni mnóstwo członków i pomimo tego, że regularnie pojawiali się na imprezach charytatywnych jego rodziców, to Peter nie pamiętał wszystkich tych córek, a po drugie dlatego, że pewnie jeszcze imię Ramona by dało mu coś do myślenia, ale Mona?
Przekonany, że jedzie po jedną z pracownic, zastanawiał się, czy trochę nie przegina z tą całą otoczką. Tu Bentley, tu kwiatki, a co jak ona się poczuje przytłoczona tym jego bogactwem? Jakieś wątpliwości go dopadły i aż napisał ze stresu wiadomość do Wendy i do Galena i Williama, żeby się poradzić. Zanim jednak mu odpisali, to już siedział w aucie i patrzył na podjazd w oczekiwaniu na Monę. Wyszedł z autka i wziął kwiatki, a kiedy w końcu przyszła uśmiecha się do niej na przywitanie i podaje jej dłoń, w sensie, ona pewnie podała pierwsza bo tak jest wg etykiety conie.
- Mona? - upewnił sie, przedstawił i wręcza jej kwiatuszki. - Wiem, że miało być casualowo, ale jakoś nie mogłem się oprzeć. Zresztą, chyba bardzo się nie spóźniłem? To co, jedziemy, czy chcesz mi pokazać swojego konia? - zażartował trochę, ale jak tak się rozejrzał, to pomyślał, że dawno tu nie był.


Mona Delacroix
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

03. Tinder date



Mo właściwie nie planowała się specjalnie szykować.
Peter sam nazwał ich spotkanie spontanicznym, casualowym wypadem, więc nie widziała powodu, żeby robić z tego większe wydarzenie. A przynajmniej tak sobie tłumaczyła, kiedy po skończonej pracy w stajni zamiast po prostu zmienić koszulkę, poszła jednak pod prysznic i przebrała się w białą koszulę, jeansy i kowbojki. Niby nic szczególnego, zwłaszcza w miejscu takim jak Delacroix Equestrian, ale w porównaniu z bryczesami i roboczą koszulką miało to jednak zdecydowanie bardziej wyjściowy charakter. Naturalnie pofalowane włosy zostawiła rozpuszczone, a policzki wciąż miała lekko zaróżowione po prysznicu. Nie chciała pachnieć końmi, kiedy będzie siedziała obok niego w samochodzie – i na tym przecież kończyło się całe przygotowanie. Przynajmniej według jej własnej wersji wydarzeń, zwłaszcza że jej głowa była w zupełnie innym miejscu.
Ściąganie aplikacji randkowej, pisanie z kimś przez jedno popołudnie i zakończenie tego samego popołudnia spotkaniem było tak oddalone od normalnego zachowania dla panny Delacroix, że dalej być nie mogło. Zazwyczaj rzeczowa, rezolutna i z rozpisanym planem dziewczyna rzuciła to wszystko w kąt, wysłała wiadomość do przyjaciółki z aktywną pinezką i, przekonując samą siebie w duchu, że w końcu dlaczego miała tego nie zrobić, wyszła z domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
Kiedy wyszła na podjazd i zobaczyła Petera czekającego przy samochodzie, przez krótką chwilę miała wrażenie, że może potraktowała ich spontaniczne spotkanie zbyt casualowo. Nie dlatego, że wyglądał przesadnie elegancko. Po prostu na żywo był jeszcze bardziej… zadbany niż na zdjęciach. Jasne włosy, które układały się idealnie bez większego wysiłku, dobrze dopasowane ubranie i ten lekki uśmiech, który sprawiał, że jego twarz od razu wydawała się mniej poważna. Mona zauważyła to wszystko trochę zbyt szybko, więc równie szybko przeniosła wzrok na samochód, zanim zdążyła przyglądnąć mu się dłużej.
Potem zobaczyła kwiaty i cała reszta zeszła na drugi plan.
Nie spodziewała się ich. Naprawdę nie. Jej twarz rozpromieniła się na sekundę, zanim zdążyła przypomnieć sobie, że prawdopodobnie powinna zachować nieco większy spokój. Tylko spokój cię uratuje, Ramona! Uśmiech jednak został, kiedy przyjęła bukiet, ostrożnie ujmując go w dłonie.
– Są piękne. Dziękuję. – powiedziała, a po chwili dodała z rozbawieniem: – I zdecydowanie bardziej eleganckie niż nasz oryginalny plan.
Dopiero wtedy podała mu dłoń na powitanie, choć jej spojrzenie na moment uciekło jeszcze w stronę kwiatów. Było coś trochę absurdalnie miłego w tym, jak zaskoczona się czuła – Peter przyjechał po nią sportowym Bentleyem i z bukietem kwiatów, podczas gdy ona jeszcze godzinę wcześniej zastanawiała się, czy wystarczy, jeśli po prostu zmieni ubranie po stajni.
Spojrzenie Mony powędrowało w stronę stajni, kiedy rzucił tą drobną sugestią poznania konia, którego wcześniej wysłała mu w wiadomości, a razem ze spojrzeniem wrócił na jej twarz ten sam nieco zbyt szeroki uśmiech. Widać było, że samo wspomnienie o koniach wystarczyło, żeby coś w niej odrobinę się zmieniło. Słowo klucz. Pierwszy szok poznania randki z aplikacji minął. Mona rozluźniła ramiona, a w jej głosie pojawiło się więcej swobody.

— Jasne. Jeśli chcesz… — podchwyciła żart i przekręciła głowę na bok — mamy ich tutaj trochę więcej, ale Loki jest mój. To znaczy… — zaśmiała się cicho, układając bukiet w zgłębieniu swojego ramienia. – Technicznie jest rodzinny. Ale od dawna wszyscy wiedzą, że to mój koń. Kiedyś się ścigał, teraz jest tylko rozpieszczany. – Zrobiła dwa kroki do tyłu, jakby chciała zachęcić go do ruszenia za nią, choć oczywiście wcale nie musieli. Mogli usiąść w samochodzie i pojechać… gdzieś. Mo lubiła jeżdżenie dla samego jeżdżenia, z muzyką w tle i miastem przesuwającym się w oknach.
I nie wiedziała co ją pokusiło do wyciągnięcia dłoni w jego stronę.
Spontaniczność uderzyła jej do głowy.


Peter Bylthe
Ostatnio zmieniony wt paź 13, 2026 9:40 pm przez Mona Delacroix, łącznie zmieniany 1 raz.
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
182 cm
VP of Hockey Strategy & Innovation Toronto Maple Leafes
Awatar użytkownika
We all go a little mad sometimes.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Dla takiego uśmiechu było warto - Wyszczerzył się tylko zadowolony na komentarz o tym, że wybrał eleganckie kwiatki. Oczywiście, że wybrał bukiet, który chciałaby dostać każda dziewczyna. Akurat w tym miał doświadczenie, bo przez pięć lat wysyłał swojej byłej Kristin bukiety pocztą kwiatową i sam je konfigurował na takiej stronie. Rzadko natomiast bywał w kwiaciarniach, ale kiedy wszedł dziś do jednej i pani za ladą usłyszała zamówienie, to oczy aż jej się zaświeciły i zaraz zaczęła kręcić swój najdroższy bukiet tego dnia.
Och gdyby tylko Peter wiedział, jakiego rodzaju wątpliwości przebiegały teraz przez myśli Mony, to zaraz by skomentował je jakimś rozbrajającym tekstem. Jak na jego oko to Mona wyglądała bardzo elegancko, a uroku dodawał jej lekki rumieniec, który nie wiedział, czy był spowodowany jego osobą, czy po prostu naturalnie się tak rumieniła przy uśmiechu, ale oczywiście ponieważ chyba jak każdy ma słabość do takich rzeczy, to nie może oderwać wzroku od dziewczęcia. Obserwuje jak wącha kwiatki i jak ucieszyła sie na propozycję, by pokazać mu swojego zwierzaka. I dopiero wtedy, kiedy wspomniała o tym, że należał on do stadniny rodzinnej przechylił lekko głowę jakby sobie coś uświadamiał. Chciał nawet o to od razu zapytać, ale wtedy zobaczył wyciągniętą w swoją stronę dłoń i uświadomił sobie jak dawno nie trzymał nikogo za rękę. Ten mały, acz jak słodki, gest, przyjął z otwartością na którą nie wiedział nawet, że jest gotowy. Ujął dłoń dziewczyny i ruszyli razem w stronę stajni. Idąc przez zieloną część posiadłości rodziny Delacroix nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dziś wygląda ona dużo przyjaźniej niż kiedy był tutaj ostatnio. Wspominając zaś to, zerka ukradkiem na dziewczynę, starając się odszukać we wspomnieniach moment, kiedy poznali się już wcześniej. Bo jeżeli należała do rodziny to musieli się znać, prawda? A może tak był zapatrzony w swoją ex przez ostatnie lata, że nie zauważał nikogo innego?
- Mimo, że kupiłem konia to w porównaniu z Tobą jestem najwyraźniej ignorantem, bo nigdy tak na prawdę nie zgłębiłem psychiki tych zwierząt. Skoro jest Twój, to czy to znaczy, że sam Cię wybrał, czy raczej nie mogłaś mu się oprzeć i to zadziałało w drugą stronę? - zastanawia się, nagle zauważając, że ich kroki są wyjątkowo wolne, tak jakby wcale im się nie śpieszyło do tego, żeby szybko "odbębnić" wizytę w stajni. Raczej przypominało to spotkanie dwóch lekko nieśmiałych osób, które jeszcze nie wiedzą do końca o czym rozmawiać, ale na pewno wiedzą to ich ciała, które się synchronizują w uroczej przechadzce. - Przepraszam, ale muszę Cię spytać, bo nie wytrzymam - zaśmiał się nagle, keidy już mieli wchodzić do części stadninnej - Czy nazywasz się Mona Delacroix? I czy to znaczy, że już kiedyś się poznaliśmy? Twoja rodzina jest blisko z Bylthami, moja matka Barbara Bylthe, od zawsze zaprasza was na swoje przyjęcia- uniósł spojrzenie na potężne drzwi - To tu?

Mona Delacroix
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mona przez chwilę patrzyła na niego z uniesionymi brwiami, a potem jej uśmiech zrobił się odrobinę bardziej niepewny. Nie dlatego, że pytanie było szczególnie trudne. Właściwie odpowiedź była zaskakująco prosta – nazwisko Blythe znała przecież doskonale. Rodzina Petera od lat pojawiała się gdzieś na obrzeżach życia Delacroixów, przy okazji przyjęć, wydarzeń charytatywnych i wszystkich tych okazji, na których dorośli spotykali się ze sobą znacznie częściej, niż ich dzieci miały na to ochotę.
A jednak dopiero teraz nazwisko, które tak dobrze znała, połączyło się w jej pamięci z twarzą stojącego obok niej mężczyzny.
– Czekaj... Peter Blythe? – powtórzyła, jakby samo wypowiedzenie tego na głos miało pomóc poukładać jej wspomnienia. Po chwili roześmiała się cicho. – No dobrze. Teraz zaczyna mieć to sens. Świat jest mały.
Pokręciła głową z niedowierzaniem i uniosła podbródek w górę, przyglądając mu się przez moment, jakby próbowała znaleźć w jego twarzy coś, co rzeczywiście mogłaby pamiętać sprzed lat. Może dlatego wydawał jej się znajomy. Albo może po prostu jej mózg dopiero teraz gorączkowo przeglądał stare obrazy, próbując znaleźć go wśród innych gości.
– Oczywiście, że znam twoją rodzinę. – Przyznała w końcu. – I pewnie rzeczywiście bywaliśmy na tych samych przyjęciach. Tylko...
Urwała, a kącik jej ust uniósł się z lekkim rozbawieniem. – Nie byłam wtedy szczególnie zainteresowana przyjęciami. Do tego, ciężko mnie było oderwać od… – Obróciła głowę na boki, rozglądając się po dziedzińcu prowadzącym do stajni, sugerując, że to było to miejsce. To było chyba najdelikatniejsze określenie całej sprawy. W wieku, w którym rodzice coraz częściej próbowali zabierać ją ze sobą w świat dorosłych, Ramona zdecydowanie wolała spędzać czas gdzie indziej. Przy koniach. Na treningach. W stajni, gdzie wszystko wydawało się prostsze i miało znacznie więcej sensu dla nastolatki niż kolejne nazwiska, uściski dłoni i rozmowy, których nie rozumiała albo nie chciała rozumieć.
Później też przestała mieć powody, żeby pojawiać się na takich wydarzeniach tak często. Kontuzja, leczenie, rehabilitacja zajęły dużo przestrzeni w jej życiu i w jej głowie. Wspomnienie tego okresu przemknęło gdzieś na obrzeżu jej świadomości, zbyt szybko, żeby pozwoliła mu się rozwinąć. Nie zamierzała przecież opowiadać Peterowi na pierwszej randce całej historii o tym, dlaczego pewne rzeczy w jej życiu potoczyły się inaczej.
Zamiast tego zerknęła na drzwi stajni i uśmiechnęła się trochę szerzej.
– Więc chyba jednak się poznaliśmy. Tylko najwyraźniej oboje byliśmy wtedy zbyt zajęci… – wzruszyła lekko ramionami, po czym spojrzała na niego z udawaną powagą w głosie. – Miło cię poznać jeszcze raz, oficjalnie.
Dopiero wtedy zorientowała się, że wciąż trzyma jego dłoń. Jej palce drgnęły lekko, ale tym razem nie odsunęła ręki od razu. Jeszcze nie. Zamiast tego odwróciła głowę w stronę stajni i odpowiedziała na jego wcześniejsze pytanie, jakby potrzebowała wrócić do bezpieczniejszego tematu. Te cholerne rumieńce.
– A co do Lokiego… — zaczęła, a w jej głosie znów pojawiło się to charakterystyczne ożywienie. – Myślę, że po prostu dobrze się rozumieliśmy. Nie wiem. Wyszło naturalnie. Pewnie tak samo jak wiesz, że Rocky jest twój.
Ostrożnie wysunęła dłoń z jego dłoni, kiedy podeszli bliżej drzwi podwieszonych na stalowych szynach. Może nie było to najbardziej dziewczęce zachowanie, kiedy zaparła się o nie bokiem i starając się ze wszystkich możliwych sił nie stęknąć z wysiłku, w pierwszych kilku opornych sekundach, przesunęła je na tyle, żeby pojawiło się przed nimi wejście. Wyprostowała się i zdmuchnęła z nosa kosmyk włosów, który opadł jej na twarz.
Jeszcze przez moment stała, prawie dotykając drzwi plecami, i patrzyła na Petera. Czy przed tym opierała się przez kilka ostatnich lat, nie spotykając się z nikim szczególnym? Bo jak do tej pory, ich rozmowa przez aplikację, początek ich spotkania… teraz… wszystko to było po prostu miłe. Dziwne, jak spokojnie się czuła.


Peter Bylthe
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
182 cm
VP of Hockey Strategy & Innovation Toronto Maple Leafes
Awatar użytkownika
We all go a little mad sometimes.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Faktycznie mały - Peter uśmiecha się w stronę Mony z błyszczącymi oczami, bo oto okazało się, że jego przeczucie było trafne. - Chociaż spróbuj zamówić taksówkę, nigdy nie trafisz na tego samego taksókarza a jest ich na pewno dużo mniej niż kobiet na Tinderze. - zażartował, chociaż czy to nie oznaczało, że się przechwalał jak dużo miał matchy na Tinderze? Koniec końców może się okazać, że ten jeden i ta natychmiastowa randka to jedyny, który był mu potrzebny, ale nie zapeszajmy.
Delacroix byli ludźmi, których jego matka szanowała, co było już pierwszym plusem dla Mony w głowie Petera, jakkolwiek nie zabrzmi to interesownie. Niby jest już dwudziesty pierwszy wiek i takie wiązania pomiędzy rodzinami wydawałoby się, że odeszły do lamusa, ale jak sie okazuje w pewnych sferach to wciaż było istotne. Na przykła rodzina Bylthów powszechnie była uważaną za tą, która jest otwarta: urządzali przyjecia, gościli ludzi w swoim domu, a rodzeństwo Petera i on sam, chodzili na randki z ludźmi z każdej klasy. A jednak jego siostra Queenie wzięła ślub z Wyattem, a więc kolejnym bogaczem. Na pewnym poziomie każdy z rodziny wiedział, że małżeństwo to również świetna okazja biznesowa, a dobre małżeństwo zapewni nie tylko dobrobyt, ale również pozwoli na rozwój, który nie jest możliwy w pojedynkę.
Te myśli nigdy nie wpadały do głowy Petera i nawet go zdziwiło, że o tym pomyślał tym razem. Zwykle skupiał się głównie na sparks, które widział w nowej potencjalnej dziewczynie. Jeżeli sprawiała, że jego serce biło mocniej, a oczy nie mogły się od niej oderwać, to mu wystarczało.
-To całkiem zrozumiałe - odpowiedział, spoglądając na stadninę, którą mu prezentuje. Ciekawe, że tak łatwo to zrozumiał, ale tak na prawdę było to możliwe dlatego, że się z tym utożsamił. Spogląda gdzieś w dół a później znów na nią unosi wzrok, podejmując temat: - Możesz mi uwierzyć albo nie, ale kiedyś zaliczyłem jednego dnia śniadanie w Astralii po Australian Open i imprezę charytatywną, bo matka powiedziała, że nie wybaczy mi, jak się na niej nie pojawię. To był najgorszy lot w moim życiu 20h i nawet nie zdążyłem zjeść śniadania z Sinnerem, bo musiałem łapać samolot - uniósł lekko brwi, uświadamiając sobie, jak bardzo to było dziwne, że odpuśił sobie taką okazję do zjedzenia śniadania z wygranym AO, tylko dlatego, że mama go poprosiła, żeby wpadł na imprezę.
Ale wracając do stajni, to bardzo miło było sobie spacerować z Moną trzymaną za rękę. Zastanawiał się, czy jego przyjaciele William i Galen by to pochwalili, chociaż podejrzewał, że oni nie potrafią się wspiąć na takie wyżyny romantyzmu. Znając ich to pewnie po 5 minutach randki zdejmują gacie. Swoje albo partnerki. Skinął głową na słowa o Lokim i o Rockym, nie mógł tego chyba aż tak porównywać, bo ona z Lokim była już dłużej związana, ale skoro to wyszło od niej, to nie protestował. Kiedy jednak postanowiła, że otworzy drzwi, to z początku się nie zorientował że ma jej pomóc, ale koniec końców przyłożył do ego i swoją dłoń, żeby było jej łatwiej uchylić drzwi. Poszło i tak dość opornie, ale z sukcesem. Mona zatrzymała się na chwilę, sprawając, że nie ruszyli się z miejsca. Ona plecami oparta o wielkie drzwi i on z ręką na drewnie. Miał wrażenie, że zauważa na jej policzkach lekki rumieniec, ale to równie dobrze mógł być efekt wysiłku fizycznego.
-Myślisz, że z ludźmi jest podobnie? I czy to jest taka miłość od pierwszego wejrzenia? Wierzysz w coś takiego? - rzucił tak nagle, sam nie wie do końca skąd to przemyślenie, ale kiedy je powiedział, to poczuł, że chciałby znać jej zdanie na ten temat.
W jego przypadku brak randek w ostatnich latach wynikał z tego, że Peter był w związku na odległość. Teraz zdawało mu się, że musiał bardzo dużo stracić w tym czasie, bo na przykład to spotkanie teraz niczym nie przypominało randek na facetime, które utrzymywały go przy życiu przez ostatnie miesiące.

Mona Delacroix
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mona nie spodziewała się, że spontaniczna przejażdżka samochodem zacznie się od kwiatów, rodzinnych koneksji i rozmowy o miłości od pierwszego wejrzenia. Jeszcze mniej spodziewała się, że okaże się, że swoją randkę właściwie powinna kojarzyć już od dawna. Ich rodziny od lat przecinały się na tych samych wydarzeniach charytatywnych, a rodzina Blythe regularnie zapraszała Delacroixów na organizowane przez siebie imprezy i vice versa. W Toronto nie było to zresztą niczym szczególnym, w pewnych kręgach ludzie prędzej czy później zaczynali kojarzyć swoje nazwiska, nawet jeśli niekoniecznie mieli okazję zamienić ze sobą więcej niż kilka uprzejmych zdań.
Znała ten świat. I nie mogła powiedzieć czy za nim przepadała, czy nie. Na pewno potrafiła się w nim odnaleźć, z uśmiechem pojawiając się tam, gdzie musiała. I wiedziała, że nazwisko Delacroix coś znaczy, zdążyła się przyzwyczaić do tego, że jej rodzice znają połowę sali, a druga połowa przynajmniej kojarzy ich z widzenia. Nie była na tyle naiwna, żeby nie rozumieć, że za niektórymi uśmiechami kryły się interesy i wzajemne przysługi, ale też nie zamierzała zakładać, że każdy nowo poznany człowiek jest przede wszystkim swoim nazwiskiem. Zresztą, gdyby miała oceniać Petera wyłącznie na tej podstawie, pewnie nie dowiedziałaby się, że potrafił poświęcić śniadanie z Jannikiem Sinnerem, żeby złapać samolot powrotny na prośbę własnej mamy.
Na tę historię zareagowała szczerze rozbawiona. Dwadzieścia godzin lotu po Australian Open i konieczność podporządkowania planów rodzinnej imprezie – Mo nie była pewna, czy bardziej podziwiać jego oddanie, czy współczuć mu utraconego śniadania. – Dwadzieścia godzin lotu i poświęcone śniadanie z Darth Sinnerem? — rzuciła. — Wow... Mam nadzieję, że przynajmniej impreza miała dobry catering?
Teraz jednak, kiedy Peter oparł dłoń o drzwi tuż obok, wszystkie te rozważania zeszły na dalszy plan. Nadal stała z plecami opartymi o drewno, a on znajdował się na tyle blisko, że mogła bez problemu dostrzec szczegóły jego twarzy.
I, co musiała przyznać, całkiem przyjemnymi dla oka.
Mogła się odsunąć. Wystarczyłby jeden krok w bok, jakiś niewinny pretekst albo konieczność dalszego otwarcia drzwi. Zamiast tego pozostała na miejscu, unosząc nieznacznie podbródek. Ciepło, które wcześniej zabarwiło jej policzki, wcale nie zamierzało ustępować, ale nie miała zamiaru pozwolić, żeby załatwiło za nią całą rozmowę.
– Myślę, że można kogoś zobaczyć i od razu poczuć, że jest w nim coś, co przyciąga uwagę — odpowiedziała po chwili namysłu. — Że chce się dowiedzieć o nim czegoś więcej. Ale czy to już miłość? Nie wiem. Chyba potrzebuję trochę więcej dowodów niż para ładnych oczu.
Ostatnie słowa wypowiedziała z lekką przekorą. Nie zamierzała jednak wycofywać się z nich ani nerwowo dopowiadać, co dokładnie miała na myśli. Zamiast tego spojrzała na Petera z rozbawieniem, pozwalając, by przez moment to on musiał zastanowić się nad jej intencjami. Nie była pewna, czy naprawdę próbowała go sprowokować, czy po prostu spodobało jej się, że może pozwolić sobie przy nim na taki komentarz...
– Myślę, że trzeba jeszcze poznać tę osobę, kiedy nie próbuje zrobić na nas dobrego wrażenia. Kiedy jest zmęczona, marudna i ostatnią rzeczą, na jaką ma ochotę, jest bycie czarującą. – Wzruszyła lekko ramionami. – Takie drobiazgi. – Przez moment przyglądała mu się jeszcze uważniej, po czym przechyliła głowę. W jej spojrzeniu pojawiła się nuta ciekawości, a uśmiech nabrał nieco bardziej zaczepnego charakteru. – A ty? Pytasz, bo wierzysz w takie rzeczy, czy próbujesz ustalić, czy powinieneś już teraz uznać naszą znajomość za wyjątkowo obiecującą?
Wciąż stała w tym samym miejscu, prawie przypięta tu jego ramieniem, kiedy zadała pytanie. Nie próbowała też natychmiast rozładować chwili kolejnym żartem. Tym razem była zwyczajnie ciekawa odpowiedzi. I może odrobinę ciekawa samego Petera.
Z wnętrza dobiegło ich stuknięcie kopyta o podłoże. Mona zerknęła w stronę wejścia, jakby przypomniała sobie o jeszcze jednym uczestniku tego spotkania.
– Chyba powinniśmy zdecydować, czy wchodzimy do środka, czy jedziemy — zauważyła, unosząc lekko brwi, mimo, że to ona sama pociągnęła go chwilę wcześniej w stronę stajni i włożyła wysiłek w odsuwanie ciężkich drzwi.



Peter Bylthe
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
182 cm
VP of Hockey Strategy & Innovation Toronto Maple Leafes
Awatar użytkownika
We all go a little mad sometimes.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

No i właśnie takie zaskakujące rzeczy mogą człowieka spotkać, kiedy skusi się na bycie spontanicznym. Jak już ustaliliśmy, oboje - Mona i Peter, nigdy spontaniczni nie bywali, a jednak jakoś gwiazdy tak się ustawiły, że pod ich wpływem równocześnie sięgneli po aplikację randkową. I kilka godzin później stali sobie zupełnie słodko flirtując, jakby to było absolutnie dla nich naturalne. A nie było, to znaczy za Monę się nie będziemy wypowiadać, ale Peter nie zwykł łazić i randomowo zagadywać do dziewczyn, a właściwie to właśnie zrobił.
Jego osobiste doświadczenie z ludźmi z ich sfer, było całkiem szerokie, bo skoro wciąż się nie wyprowadził od rodziców, to miał na codzień kontakt z najnowszymi ploteczkami (przy śniadaniu), poza bym byli z rodziną na tyle blisko, że pewnie nawet bez tego by się dowiadywał podczas telefonów do mami. A zresztą często ojciec brał Petera na mecz z partnerami biznesowymi, albo w formie widowni albo jako gracze. Faktem było, że chociaż sam starał się pracować na swoją przyszłość, to na pewno te znajomości, które zrobił dzięki nazwisku potrafiły otworzyć drzwi. Szczególnie, jeżeli się utrzymuje dobre relacje również prywatnie. Czy lubił ten świat? Innego nie znał, czuł się raczej zadowolony z życia, więc chyba lubił. Zimny prysznic realiów pozostałej części świata dostawał przy rozmowach z Wendy, ale ostatnio miał wrażenie, że te światy są po prostu zbyt daleko, aby można było znaleźć wspólny grunt.
Peterowi oczęta rozbłysły, kiedy usłyszał, że Mona mówi po tenisowemu i odrazu skumała kim jest Sinner i jakie ma przezwisko. Nawet wśród śmietanki towarzyskiej, czasami trafiało się na dziewczyny, które zupełnie nie były zainteresowane sportem. Jeżeli uśmiech może być jeszcze szerszy, to własnie taki się stał.
- Niestety mini burgerki były niebiańskie, więc jakoś przełknąłem tę stratę. Ale obiecałem sobie, że kolejnym razem postaram się stawiać swoje potrzeby na pierwszym miejscu. Matka jak usłyszała całą historię, to sama mi przyznała, że zachowałem się nieroztropnie. Kobieta, która żyje swoimi przyjęciami, chciała mnie odesłać spowrotem do Australii, żebym nie czuł, że coś straciłem. Ale dość o tym. Więc... tenisa tylko oglądasz czy też grasz? - zapytał ciekawy, czy Mona okaże się kimś, z kim mógłby zacząć chodzić na debelki miksta. Chyba właśnie te małe rzeczy były najbardziej ekscytujące, chociaż póki co nie wybiegał daleko myślami i nie planował już ich kolejnej randki, ale może jak wróci dziś do domu, to rozejrzy się czy nie ma wolnego kortu jutro na który mógłby zabrać Monę.
To pytanie o miłość od pierwszego wejrzenia było nieco ryzykowne. Jeżeli Mona powiedziałaby z góry, że coś takiego jej nie interesuje, to dostając taką z góry negatywną odpowiedź, mógłby się nieco zamknąć. Nie był chyba nadmiernie romantyczny, więc sam nie do końca wierzył w coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, ale faktycznie czasami wystarczyło jedno spojrzenie, żeby przyciągnąć jego wzrok. Podobne spojrzenie wrzuciła mu teraz z lekką ironią wspominając o ładnych oczach. Odpowiedziała rezolutnie i coś czuł, że gdyby spytano go o to samo, to odpowiedziałby coś podobnego.
- Takich jak sprawdzenie jak odzywa się do kelnerów w resturacji, albo jak rozwiązuje problem z tym, że ktoś usiał na jej miejscu w twarze? - odpowiada nieco grając z tematem dowodów na miłość. Uniósł lekko spojrzenie ponad jej głową, jakby nawet zamierzał się wysprzęglić, że nigdy by nie mógł pokochać kogoś kto robi awantury ludziom w teatrze, ale jednak spuścił spowrtem na nią spojrzenie, skoro kontynuowała. Zachacza wzrokiem o jej czerwone usteczka, zanim odpowiedział:
- Mam dwie teorie. Pierwsza jest trochę bliższa twojej. Małe rzeczy, odkrywane z biegiem czasu, tworzą człowieka którego da się pokochać. Ale ta druga mówi, że można pokochać kogoś nawet nie do końca go jeszcze znając. Czasami coś po prostu klika momentalnie - i jak tak na nią patrzył, to mogła sobie wybrać którą wersję by chciała wziąć, chociaż Peter już jej podsuwa rozwiązanie, parafrazując to co powiedziała - Może jestem trochę romantyczny, bo myślę, że zapowiada się obiecująco
Nie wie co się tutaj wydarzyło, ale faktycznie zachowywał się bardziej romantycznie niż zwykle. Może o to właśnie chodziło, że jak się spotka odpowiednią osobę, to te rzeczy przychodzą naturalnie? Mały rumieniec na jej policzkach dodawał jej tylko uroku, ale jakiś też ślad rumieńca wstąpił na jego poliki, zdradzając, że to co powiedział nie było tylko czczym gadaniem.
Tę chwilę jak z powieści przerywa element humorystyczny, bo ktoś się do nich dobija.
- Nie chciałbym, żeby Loki musiał na nas za długo czekać - zadecydował, więc oboje ruszają do srodka, a kiedy ich oczom ukazał się ulubieniec Mony, Peter przez moment stoi z założonymi do tyłu rekoma i dopiero, kiedy ona pogłaskała konia, wyciągnął do niego rękę.
- Jest piękny, wystepował w zawodach?


Mona Delacroix
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaśmiała się na wzmiankę o miniaturowych burgerach, które najwyraźniej zdołały wynagrodzić Peterowi przynajmniej choć trochę trudów podróży. Trudno było jej ocenić, czy bardziej imponowało jej to, że po dwudziestu godzinach lotu wciąż miał siłę pojawić się na rodzinnym przyjęciu, czy fakt, że jego matka po wszystkim sama przyznała się do błędu. W rodzinie Delacroixów również nie brakowało zobowiązań i próśb, którym ciężko było odmówić, więc akurat tę część historii rozumiała aż za dobrze. Nie oznaczało to jednak, że na jego miejscu zachowałaby się równie rozsądnie.
— Można przekupić cię mini burgerami? — Zaśmiała się. — Jeśli Jannik nadal był wtedy w Australii, to chyba byłabym bliska zarezerwowania lotu powrotnego — przyznała z rozbawieniem. — Oczywiście pod warunkiem, że mama nie zdążyłaby wcześniej znaleźć mi kolejnego obowiązku.
Pytanie o tenis sprawiło, że jej uśmiech stał się nieco szerszy. Może nie wyglądała na osobę, która spędzała każdą wolną chwilę przed ekranem, śledząc kolejne mecze, ale miała swoje sportowe słabości, a wielkoszlemowe turnieje zdecydowanie do nich należały. Zdarzało jej się zarwać wieczór albo przestawić inne plany, kiedy rozgrywka robiła się szczególnie interesująca.
— Gram, ale nie spodziewaj się po mnie cudów. Nie byłam na korcie już dłuższą chwilę, więc moja forma może być raczej kwestią wiary niż faktów. — Uśmiechnęła się, zerkając na niego z ukosa. — Ale chętnie bym zagrała. Pod warunkiem, że dasz mi trochę forów. Tylko trochę, Peter. — Zaznaczyła.
Brzmiało to jak całkiem przyjemny pomysł na kolejny dzień, choć na razie nie zamierzała wybiegać myślami zbyt daleko. Może właśnie na tym polegała przyjemność z poznawania kogoś nowego — nie na wielkich deklaracjach, ale na odkrywaniu kolejnych drobnych rzeczy, które pozwalały zobaczyć w nim kogoś więcej niż twarz z aplikacji. I nazwisko zapamiętane z gal i przyjęć.
Zresztą Peter sam zdawał się rozumieć, że ostatecznie liczą się szczegóły. Jego przykłady dotyczące sprawdzania, jak ktoś traktuje kelnerów albo reaguje na zajęcie miejsca w teatrze, wywołały u Mony kolejny uśmiech. I nie mogła się powstrzymać przed dorzuceniem własnych kryteriów.
— Dodałabym jeszcze… jak ktoś zachowuje się, kiedy pomyli drogę i musi przyznać, że nie miał racji. — Przechyliła głowę, udając, że poważnie rozważa listę. — Można też sprawdzić, czy oddaje wózek sklepowy na miejsce.
Nie uważała, by miłość od pierwszego wejrzenia musiała być czymś niemożliwym. Nie była też przekonana, że jedno spojrzenie wystarcza, żeby wiedzieć o drugim człowieku cokolwiek poza tym, że przyciągnął uwagę. Ale rozumiała, co Peter miał na myśli, mówiąc o tym specyficznym momencie, kiedy coś po prostu klika. Nie trzeba było od razu nazywać tego miłością ani snuć planów na przyszłość, żeby poczuć, że chce się sprawdzić, co wydarzy się dalej. A jego uwaga, że ich znajomość zapowiada się obiecująco, wciąż przyjemnie pobrzmiewała jej gdzieś z tyłu głowy.
— Okej, dobrze wiedzieć. — Odpowiedziała tylko cicho na jego romantyczny komentarz i na pewno zarejestrowała delikatny rumieniec, który pojawił się na jego twarzy.
Na szczęście wejście do stajni i odwiedzenie Lokiego były doskonałym pretekstem, żeby zająć czymś ręce i nie zastanawiać się nad niczym zbyt długo. Co za dużo spontaniczności, to niezdrowo. Koń wychylił łeb z boksu, a Mo pogładziła go po chrapach i przesunęła dłonią wzdłuż jego szyi, witając się z nim tak, jak robiła to setki razy wcześniej.
— Ścigał się — odpowiedziała, spoglądając na Petera. — I był naprawdę dobry. — Jak na potwierdzenie jej słów, Loki szturchnął ją pyskiem w ramię. Mona wywróciła teatralnie oczami i podrapała go w ulubionym miejscu tuż pod grzywą. Koń nie zamierzał jednak ograniczać się do swojej właścicielki. Kiedy Peter wyciągnął do niego rękę, Loki natychmiast zainteresował się nowym źródłem uwagi, wyciągając szyję w jego stronę i lekko trącając go pyskiem, jakby chciał upewnić się, że gość nie zamierza poprzestać na jednym geście.
— Albo cię polubił, albo myśli, że masz przy sobie coś do jedzenia. Na tym etapie trudno odróżnić jedno od drugiego. — Zmarszczyła nos z rozbawieniem, po czym ponownie spojrzała na konia. — Teraz oboje jesteśmy już emerytami rencistami — dodała z udawaną powagą, wracając na chwilę do tematu wyścigów. — Przynajmniej jedno z nas świetnie odnajduje się na emeryturze. Loki ma wystarczająco dużo ludzi do adorowania, żeby nie zauważyć, że przestał startować w zawodach. — Koń znów szturchnął ją w ramię, tym razem mocniej, jakby nie zgadzał się z sugestią, że mógłby kiedykolwiek nie być w centrum zainteresowania. Mona oparła policzek na moment o jego szyję, a potem odsunęła się na tyle, by spojrzeć na Petera z rozbawieniem. — Tylko nie daj się zwieść tej niewinnej minie. Jeśli będziesz go odwiedzał częściej, bardzo szybko nauczy cię, że przychodzenie z pustymi rękami jest poważnym błędem.



Peter Bylthe
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
182 cm
VP of Hockey Strategy & Innovation Toronto Maple Leafes
Awatar użytkownika
We all go a little mad sometimes.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Tak na prawdę to na pewno łatwiej po dwudziestu godzinach podróży pojawić się na wydarzeniu, jeżeli nie jesteś ściśnięty w ekonomicznej klasie, tylko podróżujesz na zmianę klasą pierwszą oraz prywatnym odrzutowcem - czyli tak jak podróżował sobie Peter. Pewnie gdyby coś poszło niezgodnie z planem i musiałby się męczyć w biznesie albo co gorsza w ekonomicznej, to by wolał zostać tydzień dłużej w tej Australii i poczekać aż wpadnie jakaś opcja na lepszy transport. Ale że mają w rodzince stały dostęp do prywatnej opieki samolotowej, no to wiadomo, że skorzystał.
- No nie mów mi, że Twoja mama by nie zrobiła czegoś podobnego, chociaż... okay, zawsze podejrzewałem, że Barbara jest dość wyjątkowa - wywrócił oczami, uznając, że może najlepiej będzie, jak na pierwszej randce nie będzie jednak komentował jej rodziny ale się ograniczy do swojej. Była zresztą wystarczająco porąbana, żeby temat nie musiał się wyczerpać. - No i tak, można. Ale zdradzę ci coś jeszcze: tak na prawdę to można mnie przekupić każdym jedzeniem - wyszczerzył się prezentując swoje białe ząbki. - Od podstawówki gram w hokeja, więc możesz sobie tylko wyobrazić ile jem - pochwalił się, ale tak prawdę powiedziawszy, to jak na hokeistę to był za chudy i to zdecydowanie. Natomiast rzeczywiście, kiedy był w szczycie swojej formy, to miał też dużą masę mięśni, co niestety stracił razem z momentem, kiedy z zawodowego hokeja musiał przenieść się na ten dla amatorów.
Cóż za niesamowity zbieg okoliczności z tym tenisem. Peter jest absolutnie zachwycony tym so słyszy. Zawsze dobrze jest mieć jakiś wspólny język, może się okazać, że ten tenis to jest właśnie to, czego potrzebował. A jeżeli nawet się nie dogadają w kwestiach życiowych, to może przynajmniej się dogadają w kwestii sparingów.
- No dobrze, obiecuję, że będę delikatny - rzucił również spoglądając na nią z boku, a jeżeli spotkali się spojrzeniami, to pewnie musiała być zaskoczona widząc ten błysk w jego oku. Przez moment zastanawiał się, czy powinien zamiast na przejażdżkę zabrać ją na kort, ale jednak uznał, że może lepiej jej nie zaskakiwać aż tak. Niby ostatnio odrkywał swoją spontaniczną część natury, ale chyba taka drastyczna zmiana otoczenia, kiedy tu było całkiem milusio, nie była jeszcze tym, co był gotów zrobić. - Ciekawe czy chodziliśmy do tych samych trenerów, wcale bym się nie zdziwił. Miałaś zajęcia z Rudolfem? - zastanawia się nagle, wspominając swojego pierwszego trenera, który grał w klubie do którego należeli również rodzice Mony. Z tego co pamiętał, to Rudolfa zwolnili jakiś czas temu z jakiegoś bardzo podejrzanego powodu. Peter nie wiele się tym zajmował, bo pewnie już grał u kogoś innego, ale może Mona pamiętała.
Wspaniałe były te ich typy sprawdzenia drugiej połówki przed definitywnym ocenieniem, czy ktoś się nadaje na poważnego kandydata, bo pokazują bardzo dobrze co jest dla nich w życiu ważne i jak się okazuje, Peter nie jest aż takim powierzchownym człowiekiem, jak niektórzy chcieli mu wbić w łepetynę. Wręcz odwrotnie, jest kimś kto szanuje ludzi i też od kobiety, która miałąby być przy nim tego by wymagał. Ale robi notatkę w głowie, że jeżeli się pomyli w drodze, to żeby nie wybuchać. Rzecz jasna, to nawet nie byłoby do niego podobne, bo akurat cierpliwość to on ma anielską, ale woli sobie zapamiętać to teraz, niż żeby później mu było przykro.
Loki okazał się przystojniakiem i Peter już wiedział, że co jak co, ale pewnie będzie nie raz zmuszony z nim konkurwoać o uwagę Mony, ale na pewno jest to konkurent, który może przy okazji zostać jego koleżką. Wyciągnął do niego dłoń, której ten nie odtrącił i już się cieszył w środku, słysząc że to dobry omen.
- Niestety nie mam - wytrzeszczył oczy na dziewczynę - Może powinienem dla niego też skombinować jakiś bukiecik - zażartował, ale dalej go głaszcze. Dopiero kiedy Mona oparła się o jego szyję, przeniósł spojrzenie z pięknego łba na jeszcze ładniejsze oczy jego właścicielki.
- O tak? Czy to jakaś cecha którą dzielicie? - odpowiedział równie uśmiechnięty co ona, na chwilę zatrzymując rękę, co spowodowało, że Loki poruszył głową, domagając się tulasków. Peter obejrzał się na niego i zreflektował.
- Brakuje Ci wyścigów?

Mona Delacroix
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”