Ostrożność, z jaką Beatriz podeszła do stojącego u jej drzwi nieznajomego, wcale Ethana nie zaskoczyła. Wiedział, kim była i czym zajmowała się w policji w obecnej chwili. Zdegradowanie jej na czas rozwiązania sprawy powiązanej z jej byłym partnerem służbowym musiało być frustrujące. Podobnie, jak zdystansowanie się do niej przez pozostałych kolegów z pracy oraz niepochlebne opinie krążące po kątach komisariatu.
Wraz z otrzymaniem jej adresu ostrzegano go przed tym, że to ślepy zaułek i zwykła strata czasu, ale zamierzał sam się o tym przekonać. Zbyt dobrze wiedział, że w tak hermetycznej społeczności czasem ciężko było odróżnić, komu można zaufać, a komu nie.
Co nie znaczyło, że liczył z miejsca na zaufanie Beatriz. Miał świadomość tego, że najpierw należało sobie na nie zasłużyć. Na razie mógł więc pozostać wobec niej transparentny na tyle, na ile było to możliwe oraz żywić nadzieję, że zechce w ogóle z nim porozmawiać.
Gdy spod uchylonych drzwi wychynęła postać kobiety, postarał się, by zabrzmieć jak najbardziej naturalnie. Jej baczne spojrzenie i brak jakiegokolwiek powitania mimowolnie wzbudził w nim dodatkową czujność. Dłoń przez krótką chwilę wisiała w powietrzu, aż ją opuścił, dając jej czas do namysłu i zachowując typowe dla siebie opanowanie. Nie chciał narzucać się jej bardziej, ale wzmianka o Danielu wydała mu się odpowiednim krokiem, by zasiać w niej ziarno zainteresowania.
Nagłe zamknięcie drzwi przed nosem trochę zbiło go z tropu. Przestąpił z nogi na nogę i rozejrzał się po pustym korytarzu, w ciągu tych kilku dłużących się sekund zaczynając podawać w wątpliwość, czy aby na pewno właściwie podszedł do tematu. Gdy więc w następnej chwili usłyszał szczęk łańcucha i drzwi otworzyły się szerzej, momentalnie spojrzał na kobietę, bez słowa zapraszającą go do środka. Przełknął ślinę i skinął nieznacznie głową, po czym wszedł do wnętrza mieszkania, zatrzymując się w wąskim korytarzu.
Zanim odwrócił się w stronę Gonzalez, przemknął pobieżnie wzrokiem po znajdujących się w głębi pomieszczeniach. Przez cały czas czuł na sobie jej przenikliwy wzrok, co wywołało u niego pewien dyskomfort, ale wiedział, co było tego wynikiem — miała go za intruza.
Jej twardy głos, kiedy zadała pierwsze z pytań, sprawił, że podświadomie uniósł wyżej brodę.
—
Nikt. To sprawa osobista i wolałbym, żeby na razie tak pozostało — wyjaśnił spokojnie, patrząc na ciemnowłosą z powagą.
Miał powody, by szukać odpowiedzi na własną rękę. Gdyby dostatecznie ufał policji, już dawno zgłosiłby podejrzane działania nieznajomego pochodzenia. Kierowała nim nie tylko chęć postawienia sprawy w swoje ręce, ale również potrzeba ochrony swojego sekretu, pozycji oraz przede wszystkim osób, na których mu zależało. Specyfika sytuacji wymagała wzmożonej ostrożności. Zwłaszcza, że znaki pozostawione przez swojego oprawcę również wskazywały na osobisty zatarg.
—
Słyszała pani o ostatnim, dość głośnym przymknięciu grupy przestępczej piorącej brudne pieniądze przez jednego, cudem ocalałego bogacza? — zagadnął na jej kolejne pytanie i na kilka sekund znacząco zawiesił głos. Powrót Sullivana do świata żywych po roku od jego wypadku, który, jak się niedawno okazało, był nieudaną próbą zabójstwa, stanowił w mieście nie lada wydarzenie. Media miały z tego niezłą pożywkę, przez jakiś czas niemal nagminnie naruszając prywatność Hartleyów. A oni, jako rodzina, musieli pieczołowicie pilnować swojej oficjalnej wersji zdarzeń, żeby uniknąć porządnego skandalu — wyjścia na jaw niewygodnych szczegółów, które ostatnio zaczęły budzić wątpliwości wśród jego kontrahentów.
—
Ten bogacz to mój brat. Andrew Warren zajmował się jego sprawą — doprecyzował finalnie, w razie, jakby kobiecie jednak umknęło to uwadze. Nie każdy musiał interesować się tym, co działo się w kręgu śmietanki towarzyskiej Toronto.
Niemniej nazwisko, które padło w jego ostatnim zdaniu, już powinna kojarzyć. Detektyw, który, podążając za tropami podsuniętymi mu przez Sullivana, wpakował Victora i jego kumpli za kratki, dzięki tej sprawie znacznie wybił się ponad margines szarości. I choć wyglądało na to, że wyraźny sukces nie zachęcił go do rozszerzenia poszukiwań o kolejne powiązania i poświęcił się kolejnym tematom, tak znajomość z Hartleyami, jeszcze sprzed kilku lat, skłoniła go do spotkania z Ethanem.
Przysługa dla rodziny została wymieniona na adres, pod który brunet właśnie zaszedł w złudnej nadziei, że może akurat
jemu uda się coś od niej wyciągnąć. A żeby zyskać na to jakąkolwiek szansę, wiedział, że musiał dać coś od siebie. Zwilżył nerwowo wargi.
—
Mimo zakończenia śledztwa mam powody, by sądzić, że policji nie udało się złapać wszystkich zamieszanych w sprawę. Victor siedzi, ale ktoś ewidentnie poczuł się zobowiązany dokonać na mnie za niego zemsty — zaczął po chwili, po czym westchnął ciężko. Odwrócił na chwilę wzrok w stronę okna, starając się w myślach dobrać odpowiednie słowa, by wyjaśnić wszystko najprościej i najszybciej, jak się dało. Po kilku sekundach zmielił w ustach ślinę i ponownie wrócił do Gonzalez swym zielonym spojrzeniem.
—
Wspólnik, z którym założyłem firmę, okazał się przestępcą. O tym, że prał brudne pieniądze przekonałem się dopiero w momencie, w którym uciekł, zerując wszystkie firmowe konta — przyznał wyuczonym, naturalnym tonem. Właściwie nie minął się z prawdą — wcześniej miał zwyczajnie klapki na oczach. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja. —
Sullivan wywęszył spisek trochę wcześniej, ale ja w swojej naiwności mu nie uwierzyłem. Jego wypadek został tak upozorowany, że nikt nie przypuszczał, że ktoś próbował targnąć się na jego życie. Sully zniknął, ale nie na zawsze. Wrócił z dowodami, które wskazały na Victora, a ten w pace złożył zeznania, w których padło nazwisko Daniela. — Wraz z wypowiedzeniem znajomego jej imienia spojrzał na nią wymownie. Właśnie dotarł do sedna sprawy. —
Podobno kupował od niego informacje, ale zanim policja zdążyła to potwierdzić, Reed zniknął. Ale o tym pewnie już pani wie — przekrzywił nieco głowę na bok, stwierdzając to, co wydawało mu się oczywiste. —
Szukam odpowiedzi, które Daniel mógłby znać. Pani z kolei była jego partnerką służbową, więc musiała go pani dość dobrze poznać. — Powaga w jego oczach mieszała się z nutą nadziei, którą pokładał w kobiecie.
Po wszystkim, co Ethan powiedział, nietrudno było zgadnąć, że szukał u niej pomocy. Zdawał sobie przy tym również sprawę, że mogło wyglądać to na czysty akt desperacji, ale nie miał zbyt wielkiego wyboru. Biorąc pod uwagę jego obecne zachowanie, w tej chwili wręcz idealnie pasowało do niego stare powiedzenie — tonący brzytwy się chwyta.
Beatriz Gonzalez