ODPOWIEDZ
30 y/o
Watermelon sugar high
186 cm
Dyrektor finansowy w Northland Power
Awatar użytkownika
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maybe you could help me?


Wszystko zaczęło się od plotki.
Ethan miał ważne spotkanie z jednym z członków zarządu. Jak zawsze pewny siebie, rzeczowo nakreślił kolejne plany biznesowe dla firmy. W głowie już niemal dopinał temat, bo zdążył dość dobrze poznać Richarda i wiedział, jak go podejść. Nic więc nie zapowiadało nadchodzącego po chwili milczenia pytania dotyczącego jego byłej firmy.
Wiesz, Ethan, ostatnio zaczęły docierać do mnie niepokojące wiadomości o twojej poprzedniej firmie. Niektórzy twierdzą, że była pralnią pieniędzy. Wiedziałeś o tym?
Mężczyzna nie był w stanie ukryć konsternacji, która na kilka sekund wymalowała się na jego twarzy, kiedy został tak raptownie osądzony o współudział, ale zaraz całkowicie temu zaprzeczył i uciął wszelkie pogłoski.
Oczywiście, po powrocie Sullivana zdążył omówić pewne kwestie z prawnikiem, które doprowadziły rodzinę do wydania oficjalnego oświadczenia wraz z wiarygodną historią mającą na celu ich wybielić, ale w tym momencie został całkowicie wzięty z zaskoczenia. Tylko szybka reakcja i emanowanie typową dla siebie pewnością siebie oraz opanowaniem pozwoliły mu załagodzić sytuację.
Żywił nadzieję, że to jednorazowy incydent, ale podczas innego spotkania biznesowego, kiedy temat ponownie wypłynął na wierzch, zaczął mieć dziwne przeczucie, które odbijało się cichym głosem w jego głowie — to nie był przypadek.
Ktoś ewidentnie rozsiewał o nim plotki, próbując uderzyć w jego reputację. Pytanie brzmiało: kto?
Nie musiał długo czekać na kolejny ruch. Jakiś czas później po powrocie do domu na blacie stołu zobaczył leżącą kopertę. Z niepokojem najpierw rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu innych śladów obecności włamywacza, ale mieszkanie wyglądało na nietknięte. Z niepokojem więc zajrzał do środka i znalazł w niej kartkę z wiadomością.

Jedna osoba siedzi. Jedna osoba wróciła.
Jedna wciąż udaje, że to wszystko już się skończyło.
Zastanów się, Ethan — kto z was powinien teraz najbardziej uważać?


Wraz z nią dołączony został stary wyciąg przelewów z firmy i jeden konkretny, zakreślony na czerwono.
Poznał go od razu. To o niego Sullivan po raz pierwszy zapytał, wysuwając podejrzenia dotyczące jego wspólnika. Wtedy też Ethan po raz pierwszy zbył brata, nie chcąc dopatrywać się w tym niczego więcej.
Tym razem nie mógł popełnić tego samego błędu. Został wzięty na celownik i musiał w końcu wziąć sprawy w swoje ręce. Przede wszystkim, nie chciał znowu obarczać tym Sullivana, który już wystarczająco ucierpiał na całej tej sytuacji i, po rozstaniu z Adeline, zasługiwał na odpoczynek w Europie. Wyrzuty sumienia nakazywały mu przejąć pełną odpowiedzialność za swoje czyny. A to oznaczało rozpoczęcie własnego śledztwa.
Nie czekał już na następne kroki nieznanego przeciwnika, od razu zabierając się za analizę sprawy. Przede wszystkim, najpierw zawitał do Adeline, która przekazała mu wszystkie dowody pozostawione przez Sullivana. To oraz artykuły dotyczące Victora i całej szajki, naświetliły mu sytuację, co do której postanowił zasięgnąć informacji od detektywa, zajmującego się tą sprawą i współpracującego do niedawna z Sullym.
Wszystkie tropy wskazywały na jedno, konkretne nazwisko — skorumpowanego gliny, który wiedział bardzo dużo i który akurat przypadkiem nie wrócił z przepustki, znikając w tajemniczych okolicznościach. Policja jak zwykle miała związane ręce. Ethan jednak miał pewne zasoby, które pozwalały mu na rozpoczęcie poszukiwań na własny użytek. Potrzebował od niego wyłącznie informacji.
Najprościej było zacząć od osoby, która do niedawna była najbliższą osobą w kręgu Daniela. Ethan miał przy tym nadzieję, że Beatriz Gonzalez zechce z nim współpracować i powie o swoim byłym partnerze coś więcej, czego nie powiedziała policji. Coś, co go naprowadzi na właściwy trop.

Idąc korytarzem, jeszcze raz spojrzał na kartkę z adresem, który wskazał mu zaprzyjaźniony mundurowy, a dostrzegłszy na drzwiach numer 38, przystanął przed wejściem i niepostrzeżenie westchnął. Mimowolnie rosło w nim poddenerwowanie, którego jednak nie mógł dać po sobie okazać.
Nagle po raz enty nasunęły mu się wątpliwości, czy na pewno postępował rozsądnie, nie angażując w to innych służb, które teoretycznie znały się na rzeczy. Zaraz przypomniał sobie, że skoro Sully był w stanie rozpracować część szajki, on też mógł dołożyć do tego swoją cegiełkę, a przede wszystkim próbować zapobiec dalszym poczynaniom oprawcy. Biorąc pod uwagę fakt, co wcześniej groziło jego bratu, obawiał się coraz śmielszych kroków wciąż nieznanego oprawcy. Tym razem nie zamierzał siedzieć bezczynnie i czekać na to, co się wydarzy.
Zadzwonił do drzwi i czekał cierpliwie, aż usłyszał wewnątrz przytłumione kroki. Biło od niego wyuczone opanowanie, które wraz ze szczękiem zamka wzmocnił lekkim uśmiechem. Nie miał przecież wobec kobiety złych zamiarów.
Gdy tylko stanęła w drzwiach, odezwał się pierwszy.
— Beatriz Gonzalez? Dzień dobry. Jestem Ethan Hartley — wyciągnął do niej dłoń, starając się zachować swobodny, uprzejmy ton. — Przepraszam, że zakłócam pani spokój, ale czy byłaby szansa na chwilę rozmowy? Myślę, że mamy wspólny mianownik — pani byłego partnera służbowego — wyjaśnił pokrótce, a na koniec kąciki jego ust drgnęły pod wpływem nieznacznego uśmiechu.

Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.
Ethan Hartley


Nie była do końca pewna, czy rozmowa z najemnikiem była słusznym, a tym bardziej owocnym, posunięciem. Właściwie już w chwili, gdy czekała na niego w ciemnym zaułku, zniżając się do poziomu gangstera wypatrującego swojej ofiary, miała przeczucie, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Och, ironia losu. Jeszcze kilka lat temu to ona stała po drugiej stronie podobnych spotkań, a teraz sama musiała szukać odpowiedzi w miejscach, do których nigdy nie powinna była zaglądać bez odpowiedniego zabezpieczenia.
Wright, bo to właśnie z nim postanowiła się spotkać, nie wydawał się szczególnie zadowolony z jej obecności. Nie mogła mu się zresztą dziwić. Przed laty, kiedy służyła w Mississauga i pracowała w jednostce powołanej specjalnie do rozbicia gangu narkotykowego, mężczyzna przekazał jej i Danielowi adres, który okazał się prawdziwym złotym strzałem. Ich ówczesne dochodzenie nabrało dzięki niemu tempa, a pod wskazanym adresem znaleźli kogoś znacznie ważniejszego, niż początkowo zakładali. Nie zwyczajną płotkę, lecz kuzyna Dużego Lemmy’ego. Informacja otworzyła przed nimi drzwi, do których wcześniej nawet nie mieli klucza, ale jej konsekwencje okazały się tragiczne. Chłopak przypłacił wszystko życiem za więziennymi murami.
Taki właśnie był urok narkotykowych złotych strzałów. Pozwalały posunąć sprawę naprzód, czasami nawet o kilka kroków, ale rzadko prowadziły do szczęśliwego zakończenia. Znacznie częściej oznaczały początek drogi, z której nie było już powrotu. Informacja Wrighta pomogła im rozpracować część układu, lecz jednocześnie przyczyniła się do śmierci człowieka, którego los prawdopodobnie nigdy nie znalazłby się w centrum ich zainteresowania, gdyby nie zdecydował się podzielić z kimś tym, co wiedział.
Beatriz nie potrafiła już rozstrzygnąć, czy mężczyzna rzeczywiście miał powody, by czuć do niej urazę, czy też zwyczajnie nie życzył sobie, by po latach znów wyciągała na światło dzienne dawne sprawy. Tak czy inaczej, przypomniała mu o tamtym wydarzeniu i spróbowała uświadomić mu, że tym razem potrzebują siebie nawzajem. Nie prosiła go o przysługę z czystej ciekawości. Stawką było znacznie więcej niż zawodowa ambicja czy potrzeba udowodnienia komuś własnej racji.
A jednak po ich rozmowie zapadła cisza.
Nie była to cisza, która pozwalała uporządkować myśli albo przeczekać chwilowy impas. Przeciwnie, ciągnęła się wystarczająco długo, by Betty zaczęła wątpić, czy w ogóle udało jej się cokolwiek osiągnąć. Nie otrzymała konkretnego tropu, nazwiska ani informacji, których mogłaby się uchwycić. Zamiast tego znów znalazła się w punkcie wyjścia, z tą samą garścią pytań i coraz mniejszą liczbą ludzi, którym mogła zaufać.
Jej dni zlewały się w jeden, obrzydliwie mechaniczny cykl. Budziła się wcześnie, najczęściej wyrywana ze snu przez silny, stresowy ból żołądka. Przez chwilę leżała nieruchomo, czekając, aż organizm przestanie przypominać jej o wszystkim, co próbowała odsunąć na dalszy plan, po czym wstawała i wypijała szklankę wody. Zgarniała loki w niedbałego kucyka, wciągała bluzę, wkładała buty do biegania i wychodziła z mieszkania, zanim zdążyła na dobre rozbudzić się do kolejnego dnia. Biegała sama albo w towarzystwie kilku znajomych twarzy, jeśli akurat udało się zgrać ich poranne plany. Wysiłek pomagał jej uporządkować myśli, choć nigdy nie na tyle, by zupełnie je uciszyć. Przynajmniej przez te kilkadziesiąt minut mogła skupić się na oddechu, rytmie kroków i pieczeniu mięśni, zamiast bezustannie roztrząsać własną sytuację.
Po powrocie brała prysznic, zabierała ze sobą bajgla na drugie śniadanie i wychodziła do pracy. Jedzenie stało się kolejnym obowiązkiem, który należało odhaczyć, choć ostatnio stres tak kurczowo ściskał jej żołądek, że przyjmowanie większych posiłków kończyło się na samych próbach. Nie miała apetytu, ale wiedziała, że nie może pozwolić sobie na całkowite zaniedbanie organizmu. Potrzebowała siły, nawet jeśli jej ciało zdawało się mieć na ten temat zupełnie inne zdanie.
Na komendę przyjeżdżała tak, by w miarę możliwości ominąć kolegów kończących nocną zmianę i tych, którzy dopiero ją zaczynali. Nie miała ochoty na pełne ukrytego znaczenia spojrzenia, półsłówka ani komentarze rzucane niby mimochodem, lecz na tyle głośno, by przypadkiem do niej dotarły. Znała ten mechanizm. Wiedziała, jak łatwo w policyjnym środowisku plotka staje się faktem, a podejrzenie zaczyna funkcjonować jak wyrok, zanim ktokolwiek zdąży cokolwiek udowodnić.
Jeszcze tu pracuje?
Szef jej jeszcze nie wylał?
Na chuj blokuje sierżanta?

Nie musiała słyszeć tych słów każdego dnia, by wyobrażać sobie, jak mogły brzmieć. Wystarczyło, że pamiętała spojrzenia ludzi, którzy jeszcze niedawno traktowali ją jak jedną z nich, a teraz nie potrafili już patrzeć na nią bez podejrzliwości. Być może część rzeczywiście miała ją za winną. Inni mogli zwyczajnie czekać, aż sytuacja sama się rozwiąże, żeby nie musieć zajmować stanowiska. Najgorsi byli jednak ci, którzy zachowywali pozory neutralności, jakby nie rozumieli, że ich ostrożny dystans także coś oznaczał. W pracy, w której zaufanie potrafiło być ważniejsze od niejednego dowodu, nawet milczenie nabierało znaczenia.
Schodziła więc schodami w dół, wybierała węższy, ciemniejszy korytarz i docierała do końca, gdzie znajdowały się drzwi z napisem „ARCHIWUM”. Początkowo Mildred dziwiło, że Betty zdążyła pojawić się na miejscu przed jej przyjściem. Z czasem przestała zwracać na to uwagę. Przyzwyczaiła się do obecności sierżant, do jej godzin pracy i do nowego porządku, w którym nie pozostawało jej wiele do powiedzenia.
Potem Gonzalez włączała komputer. Przeglądała dokumenty. Wprowadzała dane, sprawdzała stare akta, wracała do papierów, które niekiedy wymagały przekartkowania po kilka razy. W międzyczasie zjadała bajgla, czasami wychodziła po obiad, jeśli żołądek pozwalał jej uwierzyć, że jest w stanie przyjąć coś więcej. Później znów siadała przed ekranem i klikała, przeglądała, porządkowała. Godziny mijały, a ona coraz częściej zastanawiała się, czy właśnie tak będzie wyglądała jej przyszłość, jeśli sprawa nie zostanie wyjaśniona.
Archiwum miało w sobie coś niemal ironicznego. Trafiali tam ludzie i sprawy, które przestawały interesować tych, którzy wcześniej uznawali je za wystarczająco ważne, by poświęcić im czas. Wszystko miało swój numer, datę i miejsce, a odpowiednio uporządkowane dokumenty sprawiały wrażenie, że nad chaosem da się zapanować. Wystarczyło jednak pomyśleć o własnym nazwisku, by zrozumieć, jak niewiele znaczyła ta pozorna kontrola.
Sprawa śmierci Rooke’a była tego najlepszym przykładem. Nie miała poczucia, żeby ktokolwiek naprawdę przejął się samym człowiekiem. Największe poruszenie wywołał fakt, że zginął potencjalny informator, ktoś, kto mógł jeszcze okazać się przydatny w kolejnych działaniach. Rooke stał się utraconą możliwością, niewykorzystanym źródłem informacji, a nie człowiekiem, którego śmierć powinna skłonić do zadania dodatkowych pytań. Nie potrafiła powiedzieć z całą pewnością, co wydarzyło się naprawdę. Wiedziała tylko, że sprawę szybko zamknięto, przyjmując wersję o samobójstwie, jakby samo nadanie wydarzeniu odpowiedniej nazwy zwalniało wszystkich z obowiązku dalszego dochodzenia.
Nie było już przecież nad czym dywagować. Tak przynajmniej twierdzili inni, choć jeszcze przez jakiś czas temat powracał w ich rozmowach. Potem, jak wszystko, co przestawało być bieżące, powoli odszedł w zapomnienie.
Betty nie miała złudzeń, że z nią może stać się podobnie. Jeśli nie zdoła wykazać swojej niewinności, zostanie skreślona, obciążona współodpowiedzialnością za działania Daniela i ostatecznie wyrzucona ze służby. Być może po latach ktoś wspomni ją w rozmowie, rzucając kilka słów o policjantce, która związała się z niewłaściwym człowiekiem. Ktoś inny doda własną wersję wydarzeń, kolejny uzupełni ją o zasłyszaną plotkę, aż w końcu powstanie historia, której nie rozpoznałaby nawet ona sama. Nikt nie będzie już zainteresowany szczegółami. Liczył się przecież wygodny finał, niekoniecznie prawdziwy.
Najgorsze było to, że nie potrafiła nawet w pełni winić innych za brak zaufania. Daniel był jej partnerem służbowym. Pracowali razem, dzielili obowiązki, powierzali sobie informacje i przez długi czas funkcjonowali w układzie, który wydawał się naturalny. Teraz okazywało się, że wiele z tego, co uważała za pewnik, mogło być jedynie złudzeniem. Nie wiedziała, na ile ją oszukał, ile zataił i jak długo prowadził własną grę, podczas gdy ona wierzyła, że rozumie zasady, według których oboje działali.
Mogła jedynie próbować znaleźć odpowiedzi, zanim inni zdecydują za nią, co powinna oznaczać jej przeszłość.
Do mieszkania wróciła po szesnastej. Ledwie przekroczyła próg, rzuciła plecak na kuchenny blat, znajdujący się tuż obok drzwi wejściowych, a buty kopnęła niedbale w kąt. Była zmęczona. Nie tyle samą pracą, ile monotonią, która od kilku tygodni odbierała kolejnym dniom jakąkolwiek wyrazistość. Nawet we własnym mieszkaniu nie potrafiła naprawdę odpocząć. Cisza, która jeszcze niedawno mogła być przyjemna, teraz tylko zostawiała jej więcej miejsca na myśli.
Przeciągnęła się, po czym podeszła do lodówki. Jedną dłoń zacisnęła na uchwycie, drugą oparła o bok urządzenia i pochyliła się nad jego wnętrzem. Przez kilka sekund wpatrywała się w niemal puste półki, jakby liczyła na to, że jedzenie samo się na nich pojawi, jeśli tylko da sobie wystarczająco dużo czasu. Światło lodówki padało na kilka przypadkowych produktów, które z trudem można było uznać za zapas na kolejne dni.
Westchnęła ciężko. Powinna zrobić zakupy. To była jedna z tych zwyczajnych rzeczy, których nie dało się wiecznie odkładać, nawet jeśli ostatnio i tak ledwo jadła. Tylko po co miałaby zapełniać lodówkę, skoro coraz częściej nie miała ochoty na nic, a jedzenie traktowała jak kolejny obowiązek? Zresztą, zakupy oznaczały wyjście do sklepu, stanie w kolejce, oglądanie ludzi, którzy prowadzili swoje zwyczajne życie, podczas gdy ona z trudem próbowała utrzymać w ryzach własne.
Zamknęła lodówkę, nie podjąwszy żadnej decyzji. Wtedy usłyszała pukanie do drzwi. Wyprostowała się powoli, odwracając głowę w stronę przedpokoju. Zmarszczyła brwi. Nie spodziewała się nikogo, a w ostatnim czasie nie miała zbyt wielu powodów, by liczyć na spontaniczne wizyty. Przez chwilę nasłuchiwała, jakby miała nadzieję, że odgłos się nie powtórzy, a nieproszony gość uzna pomyłkę i odejdzie.
Zapukano ponownie. Delikatny dreszcz przebiegł jej wzdłuż pleców. Pierwszą myślą był Daniel. Może dowiedział się, że wciąż próbuje czegoś się o nim dowiedzieć. Może ktoś zorientował się, że nie zamierza siedzieć bezczynnie, dopóki inni będą układać sobie wygodną wersję wydarzeń. Może Wright postanowił pozbyć się problemu, który pojawił się na jego drodze, a może ktoś z komendy uznał, że łatwiej będzie załatwić sprawę poza oficjalnymi procedurami. Nie miała żadnych dowodów, by zakładać najgorsze, ale ostatnio wystarczyła sama możliwość, by uruchomić w jej głowie cały ciąg niepokojących scenariuszy.
Ruszyła w kierunku przedpokoju ostrożnie, niemal bezszelestnie. Przyłożyła oko do judasza, wstrzymując oddech, choć nie miało to najmniejszego sensu. Po drugiej stronie stał nieznajomy mężczyzna. Nie rozpoznawała jego twarzy, nie kojarzyła sylwetki ani sposobu, w jaki trzymał ręce. Nie potrafiła przypisać go do żadnej znanej sobie sytuacji, co wcale jej nie uspokoiło. Nieznajomy pozostawał po prostu nieznajomym, a w obecnych okolicznościach nie zamierzała uznawać tego za okoliczność przemawiającą na jego korzyść.
Otworzyła drzwi tylko na tyle, by móc mu się przyjrzeć, pozostawiając między nimi metalowy łańcuch. Mężczyzna był widoczny w słabym świetle korytarza, choć nie na tyle dobrze, by mogła od razu wyczytać z jego twarzy cokolwiek poza tym, że przyszedł właśnie do niej.
– Tak? – zapytała, przyglądając mu się uważnie. Kiedy się przedstawił, jej spojrzenie natychmiast przesunęło się z jego twarzy na wyciągniętą w jej kierunku dłoń.
Ethan Hartley.
Nazwisko nie wywołało w niej żadnego skojarzenia. Nie wiedziała, kim był, czym się zajmował ani co mogło go sprowadzać pod jej drzwi. Tym bardziej nie rozumiała, dlaczego postanowił przedstawić się właśnie teraz, z taką swobodą, jakby ich spotkanie zostało wcześniej uzgodnione.
Myślę, że mamy wspólny mianownik – pani byłego partnera służbowego.
Dopiero wtedy ponownie spojrzała mu w twarz. Brwi ściągnęły jej się ku sobie, a oczy nieznacznie zwęziły, gdy próbowała ocenić, co kryło się za tym stwierdzeniem. Daniel Reed. Oczywiście. W ostatnim czasie wszystko zdawało się prowadzić właśnie do niego, niezależnie od tego, jak bardzo próbowała uporządkować poszczególne tropy i oddzielić fakty od domysłów.
Samo nazwisko byłego partnera wystarczyło, by jej ostrożność przerodziła się w podejrzliwość. Nieznajomy mógł być kimś, kto rzeczywiście miał dla niej ważne informacje. Mógł też być kolejną osobą z kręgu Daniela, wysłaną po to, by sprawdzić, co wie i jak daleko zamierza się posunąć. Nie miała pojęcia, czy mężczyzna stojący przed nią przyszedł z własnej inicjatywy, czy ktoś go do niej skierował. Nie mogła również wykluczyć, że za rogiem korytarza czekał ktoś jeszcze, gotowy wykorzystać jej chwilę nieuwagi.
Po Danielu spodziewała się już niemal wszystkiego, a to, że zaczynała brać pod uwagę podobne możliwości, było samo w sobie wystarczająco niepokojące.
Przez kilka sekund nie zareagowała. Nie wyciągnęła ręki, by uścisnąć dłoń Ethana, choć wiedziała, że w innych okolicznościach zostałoby to uznane za niegrzeczne. Teraz nie miało to dla niej znaczenia. Uprzejmość nie była ważniejsza od bezpieczeństwa, a ona nie zamierzała pozwalać, by zasady dobrego wychowania przysłoniły jej zdrowy rozsądek. Nie znała człowieka, który stał przed nią, i nie zamierzała udawać, że sam fakt, iż znał nazwisko Daniela, dawał mu prawo do jej zaufania.
Zamknęła drzwi, pozostawiając przez moment dłoń na łańcuchu. Zawahała się. Miała kilka możliwości, ale żadna nie wydawała się szczególnie dobra. Mogła odesłać mężczyznę, nie dowiadując się, co miał jej do powiedzenia. Mogła też wpuścić go do środka, ryzykując, że właśnie tego oczekiwał. Przez krótką chwilę rozważała nawet, czy powinna zadzwonić po kogoś z komendy, ale zaraz przypomniała sobie, w jakim miejscu zawodowym się znajdowała. Nie była pewna, komu mogła jeszcze ufać, a angażowanie kolejnych osób bez wiedzy o intencjach nieznajomego mogło przynieść więcej problemów niż pożytku.
Ostatecznie łańcuch opadł. Uchyliła drzwi nieco szerzej i pozwoliła Ethanowi wejść, nie przestając go obserwować. Kiedy znalazł się w środku, sama jeszcze przez moment wyjrzała na korytarz. Sprawdziła, czy nikogo tam nie było, czy za plecami mężczyzny nie pojawiła się nagle kolejna sylwetka i czy któryś z sąsiadów nie przyglądał się ich spotkaniu z uchylonych drzwi. Dopiero kiedy uznała, że nie dostrzega niczego podejrzanego, zamknęła za nim drzwi i przekręciła zamek.
Nie poczuła ulgi. Raczej świadomość, że właśnie podjęła decyzję, której konsekwencji nie potrafiła jeszcze przewidzieć. Odwróciła się do gościa, zachowując między nimi dystans. Nie zaprosiła go od razu dalej, nie zaproponowała niczego do picia. Nie miała ochoty odgrywać roli gospodyni przed człowiekiem, który zjawił się znikąd, znał jej adres i przyszedł rozmawiać o Danielu Reedzie. Najpierw chciała wiedzieć, z kim ma do czynienia. Dopiero potem mogła zdecydować, czy w ogóle warto kontynuować tę rozmowę.
– Kto pana przysłał? – zapytała twardo. Nie widziała powodu, by zaczynać od uprzejmych formułek. Jeśli ktoś pytał ją o Daniela, a później wysyłał pod jej prywatny adres nieznajomego mężczyznę, nie mogło to wróżyć niczego dobrego. Oczywiście istniała możliwość, że Ethan rzeczywiście miał jej coś do zaoferowania. Może dysponował informacjami, których do tej pory nie udało jej się zdobyć, albo wiedział coś o ludziach, do których sama nie potrafiła dotrzeć. Nie zamierzała jednak pozwalać, by sama nadzieja na przełom osłabiła jej czujność.
– I skąd ma pan mój adres?
To pytanie było niemal równie istotne jak pierwsze. Wiedziała, że jej dane nie stanowiły tajemnicy nie do odkrycia, szczególnie dla kogoś, kto potrafił poruszać się po odpowiednich kręgach. Mimo wszystko nie podobało jej się, że Ethan odnalazł ją w domu, nie uprzedzając jej o swojej wizycie ani nie dając jej możliwości samodzielnego zdecydowania, czy chce się z nim spotkać.
Przez cały czas przyglądała mu się uważnie, próbując wychwycić najdrobniejszą zmianę w jego zachowaniu. Nie wiedziała, czy bardziej obawiała się tego, co mógł jej powiedzieć, czy tego, że okaże się kolejną ślepą uliczką. Od tygodni próbowała przebić się przez mur milczenia, a teraz, kiedy ktoś sam zapukał do jej drzwi, nie potrafiła odróżnić nadziei od zagrożenia.
30 y/o
Watermelon sugar high
186 cm
Dyrektor finansowy w Northland Power
Awatar użytkownika
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ostrożność, z jaką Beatriz podeszła do stojącego u jej drzwi nieznajomego, wcale Ethana nie zaskoczyła. Wiedział, kim była i czym zajmowała się w policji w obecnej chwili. Zdegradowanie jej na czas rozwiązania sprawy powiązanej z jej byłym partnerem służbowym musiało być frustrujące. Podobnie, jak zdystansowanie się do niej przez pozostałych kolegów z pracy oraz niepochlebne opinie krążące po kątach komisariatu.
Wraz z otrzymaniem jej adresu ostrzegano go przed tym, że to ślepy zaułek i zwykła strata czasu, ale zamierzał sam się o tym przekonać. Zbyt dobrze wiedział, że w tak hermetycznej społeczności czasem ciężko było odróżnić, komu można zaufać, a komu nie.
Co nie znaczyło, że liczył z miejsca na zaufanie Beatriz. Miał świadomość tego, że najpierw należało sobie na nie zasłużyć. Na razie mógł więc pozostać wobec niej transparentny na tyle, na ile było to możliwe oraz żywić nadzieję, że zechce w ogóle z nim porozmawiać.
Gdy spod uchylonych drzwi wychynęła postać kobiety, postarał się, by zabrzmieć jak najbardziej naturalnie. Jej baczne spojrzenie i brak jakiegokolwiek powitania mimowolnie wzbudził w nim dodatkową czujność. Dłoń przez krótką chwilę wisiała w powietrzu, aż ją opuścił, dając jej czas do namysłu i zachowując typowe dla siebie opanowanie. Nie chciał narzucać się jej bardziej, ale wzmianka o Danielu wydała mu się odpowiednim krokiem, by zasiać w niej ziarno zainteresowania.
Nagłe zamknięcie drzwi przed nosem trochę zbiło go z tropu. Przestąpił z nogi na nogę i rozejrzał się po pustym korytarzu, w ciągu tych kilku dłużących się sekund zaczynając podawać w wątpliwość, czy aby na pewno właściwie podszedł do tematu. Gdy więc w następnej chwili usłyszał szczęk łańcucha i drzwi otworzyły się szerzej, momentalnie spojrzał na kobietę, bez słowa zapraszającą go do środka. Przełknął ślinę i skinął nieznacznie głową, po czym wszedł do wnętrza mieszkania, zatrzymując się w wąskim korytarzu.
Zanim odwrócił się w stronę Gonzalez, przemknął pobieżnie wzrokiem po znajdujących się w głębi pomieszczeniach. Przez cały czas czuł na sobie jej przenikliwy wzrok, co wywołało u niego pewien dyskomfort, ale wiedział, co było tego wynikiem — miała go za intruza.
Jej twardy głos, kiedy zadała pierwsze z pytań, sprawił, że podświadomie uniósł wyżej brodę.
— Nikt. To sprawa osobista i wolałbym, żeby na razie tak pozostało — wyjaśnił spokojnie, patrząc na ciemnowłosą z powagą.
Miał powody, by szukać odpowiedzi na własną rękę. Gdyby dostatecznie ufał policji, już dawno zgłosiłby podejrzane działania nieznajomego pochodzenia. Kierowała nim nie tylko chęć postawienia sprawy w swoje ręce, ale również potrzeba ochrony swojego sekretu, pozycji oraz przede wszystkim osób, na których mu zależało. Specyfika sytuacji wymagała wzmożonej ostrożności. Zwłaszcza, że znaki pozostawione przez swojego oprawcę również wskazywały na osobisty zatarg.
— Słyszała pani o ostatnim, dość głośnym przymknięciu grupy przestępczej piorącej brudne pieniądze przez jednego, cudem ocalałego bogacza? — zagadnął na jej kolejne pytanie i na kilka sekund znacząco zawiesił głos. Powrót Sullivana do świata żywych po roku od jego wypadku, który, jak się niedawno okazało, był nieudaną próbą zabójstwa, stanowił w mieście nie lada wydarzenie. Media miały z tego niezłą pożywkę, przez jakiś czas niemal nagminnie naruszając prywatność Hartleyów. A oni, jako rodzina, musieli pieczołowicie pilnować swojej oficjalnej wersji zdarzeń, żeby uniknąć porządnego skandalu — wyjścia na jaw niewygodnych szczegółów, które ostatnio zaczęły budzić wątpliwości wśród jego kontrahentów.
— Ten bogacz to mój brat. Andrew Warren zajmował się jego sprawą — doprecyzował finalnie, w razie, jakby kobiecie jednak umknęło to uwadze. Nie każdy musiał interesować się tym, co działo się w kręgu śmietanki towarzyskiej Toronto.
Niemniej nazwisko, które padło w jego ostatnim zdaniu, już powinna kojarzyć. Detektyw, który, podążając za tropami podsuniętymi mu przez Sullivana, wpakował Victora i jego kumpli za kratki, dzięki tej sprawie znacznie wybił się ponad margines szarości. I choć wyglądało na to, że wyraźny sukces nie zachęcił go do rozszerzenia poszukiwań o kolejne powiązania i poświęcił się kolejnym tematom, tak znajomość z Hartleyami, jeszcze sprzed kilku lat, skłoniła go do spotkania z Ethanem.
Przysługa dla rodziny została wymieniona na adres, pod który brunet właśnie zaszedł w złudnej nadziei, że może akurat jemu uda się coś od niej wyciągnąć. A żeby zyskać na to jakąkolwiek szansę, wiedział, że musiał dać coś od siebie. Zwilżył nerwowo wargi.
— Mimo zakończenia śledztwa mam powody, by sądzić, że policji nie udało się złapać wszystkich zamieszanych w sprawę. Victor siedzi, ale ktoś ewidentnie poczuł się zobowiązany dokonać na mnie za niego zemsty — zaczął po chwili, po czym westchnął ciężko. Odwrócił na chwilę wzrok w stronę okna, starając się w myślach dobrać odpowiednie słowa, by wyjaśnić wszystko najprościej i najszybciej, jak się dało. Po kilku sekundach zmielił w ustach ślinę i ponownie wrócił do Gonzalez swym zielonym spojrzeniem.
— Wspólnik, z którym założyłem firmę, okazał się przestępcą. O tym, że prał brudne pieniądze przekonałem się dopiero w momencie, w którym uciekł, zerując wszystkie firmowe konta — przyznał wyuczonym, naturalnym tonem. Właściwie nie minął się z prawdą — wcześniej miał zwyczajnie klapki na oczach. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja. — Sullivan wywęszył spisek trochę wcześniej, ale ja w swojej naiwności mu nie uwierzyłem. Jego wypadek został tak upozorowany, że nikt nie przypuszczał, że ktoś próbował targnąć się na jego życie. Sully zniknął, ale nie na zawsze. Wrócił z dowodami, które wskazały na Victora, a ten w pace złożył zeznania, w których padło nazwisko Daniela. — Wraz z wypowiedzeniem znajomego jej imienia spojrzał na nią wymownie. Właśnie dotarł do sedna sprawy. — Podobno kupował od niego informacje, ale zanim policja zdążyła to potwierdzić, Reed zniknął. Ale o tym pewnie już pani wie — przekrzywił nieco głowę na bok, stwierdzając to, co wydawało mu się oczywiste. — Szukam odpowiedzi, które Daniel mógłby znać. Pani z kolei była jego partnerką służbową, więc musiała go pani dość dobrze poznać. — Powaga w jego oczach mieszała się z nutą nadziei, którą pokładał w kobiecie.
Po wszystkim, co Ethan powiedział, nietrudno było zgadnąć, że szukał u niej pomocy. Zdawał sobie przy tym również sprawę, że mogło wyglądać to na czysty akt desperacji, ale nie miał zbyt wielkiego wyboru. Biorąc pod uwagę jego obecne zachowanie, w tej chwili wręcz idealnie pasowało do niego stare powiedzenie — tonący brzytwy się chwyta.

Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ethan Hartley


Betty nie odpowiedziała od razu. Wysłuchała go w milczeniu, nie spuszczając z niego wzroku, choć z każdą kolejną informacją jej początkowa podejrzliwość ustępowała miejsca czemuś znacznie bardziej niepokojącemu. Nie zaufaniu, rzecz jasna. Do tego było zdecydowanie za daleko. Raczej ostrożnemu zainteresowaniu, które pojawiało się w niej zawsze wtedy, gdy ktoś nieoczekiwanie potwierdzał, że trop, za którym podążała, nie był wyłącznie wytworem jej uporczywych domysłów.
Nazwisko Andrew Warrena nie było jej obce. W policyjnych kręgach trudno było zupełnie przeoczyć sprawę, która odbiła się takim echem, zwłaszcza jeśli jej finał wiązał się z rozbiciem grupy przestępczej zajmującej się praniem brudnych pieniędzy. Podobnie jak trudno było nie usłyszeć o człowieku, który po roku uznawania go za ofiarę tragicznego wypadku powrócił do życia z informacjami zdolnymi pogrążyć ludzi odpowiedzialnych za jego zniknięcie. W podobnych historiach prawda rzadko bywała jednak równie schludna jak oficjalne komunikaty. Zwykle kryło się w nich wystarczająco wiele przemilczeń, niedopowiedzeń i wygodnych uproszczeń, by po zakończeniu śledztwa pozostało kilka pytań, na które nikt nie miał już ochoty odpowiadać.
Najbardziej zainteresowało ją jednak inne nazwisko. Daniela Reeda. Nie dlatego, że stanowiło dla niej jakiekolwiek zaskoczenie. Przeciwnie. Właściwie od chwili, gdy Reed zniknął, Betty coraz częściej miała wrażenie, że jego nieobecność stała się czymś na kształt pustego miejsca przy stole, do którego wszyscy od czasu do czasu zerkali, choć żaden nie miał zamiaru głośno przyznać, że czegoś im brakuje. Wystarczyło jednak, by ktoś wspomniał o jego dawnych kontaktach, podejrzanych przysługach czy informacjach pozyskiwanych z niejasnych źródeł, a całe dotychczasowe porządkowanie faktów zaczynało przypominać próbę układania rozsypanej talii kart, w której niektóre figury od dawna znajdowały się w niewłaściwych rękach.
Od aresztowania potwierdziło się, że Daniel nie był człowiekiem, za jakiego chciał uchodzić. Pracowali razem wystarczająco długo, by zdążyła zauważyć, że jego skuteczność nie wynikała wyłącznie z doświadczenia, policyjnego instynktu czy umiejętności prowadzenia przesłuchań. Potrafił dotrzeć do ludzi, którzy zwykle nie rozmawiali z funkcjonariuszami. Umiał zdobywać informacje, których nie znajdowała w raportach ani oficjalnych zeznaniach. Bywał przy tym tak przekonujący, że przez długi czas łatwiej było uznać jego metody za niekonwencjonalne niż przyznać, że być może od początku operował na zasadach, których pozostali nie znali lub nie chcieli znać.
Nie oznaczało to jednak, że zamierzała przyjąć za pewnik wszystko, co mówił jej obcy mężczyzna. Zwłaszcza że samo pojawienie się Daniela w cudzej historii nie czyniło z jej bohatera wiarygodnego świadka. Równie dobrze mogła mieć przed sobą człowieka rzeczywiście próbującego dotrzeć do prawdy, jak i kogoś, kto liczył na to, że wystarczy rzucić nazwiskiem byłego partnera, by otworzyć sobie drzwi do informacji, których Betty nie powinna była nikomu udostępniać.
Skrzyżowała ręce na piersi, bardziej po to, by utrzymać między nimi choćby symboliczną granicę, niż z zamiarem przyjęcia konfrontacyjnej pozy. Wciąż nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że wizyta Ethana była zbyt dobrze zgrana z tym, czym ostatnio sama się zajmowała. Przypadki oczywiście się zdarzały, ale ostatnio zaczęła podchodzić do nich z coraz większą rezerwą. Szczególnie wtedy, gdy prowadziły prosto do Daniela Reeda.
– Czyli przyszedł pan do mnie, ponieważ uważa pan, że były partner policyjny może pomóc panu rozwiązać sprawę, z którą policja sobie nie poradziła? – upewniła się, a w jej głosie nie było ani krzty rozbawienia. Nie zamierzała wkładać w jego usta słów, których nie wypowiedział, chciała jednak usłyszeć, jak sam określi cel swojej wizyty. – A właściwie nie tyle były partner, ile człowiek, który najprawdopodobniej sprzedawał informacje przestępcom, zanim zniknął bez śladu, przebywając na warunkowym zwolnieniu.
Ostatnie zdanie wypowiedziała nieco ciszej. Nie było w nim oskarżenia skierowanego pod adresem Ethana, raczej surowe przypomnienie, że nazwisko Reeda nie otwierało już drzwi tak łatwo jak dawniej. Przynajmniej nie te, za którymi znajdowały się oficjalne procedury i służbowe archiwa. Daniel pozostawił po sobie zbyt wiele niejasności, a Betty nie miała zamiaru udawać, że nie dostrzegała ich skali. Nawet jeśli na razie nie zamierzała mówić na głos wszystkiego, co wiedziała.
Przez moment zerknęła w stronę głębi mieszkania. Nie miała szczególnej ochoty prowadzić tej rozmowy na środku przedpokoju, ale nie czuła się również na tyle swobodnie, by od razu zapraszać nieznajomego do salonu i proponować mu kawę, jak gdyby był dawno niewidzianym znajomym. Ostatecznie odsunęła się nieco, wskazując dłonią dalszą część mieszkania. Gest był oszczędny, pozbawiony gościnności na pokaz, lecz wystarczający, by dać mu do zrozumienia, że przynajmniej na razie nie zamierza wyrzucać go za drzwi.
Sama pozostała jednak w miejscu jeszcze przez chwilę, obserwując go z uwagą. Próbowała oddzielić jego słowa od własnych przypuszczeń, nie pozwalając, by nadzieja na zdobycie kolejnych informacji zbyt szybko wzięła górę nad rozsądkiem. Miała już dość sytuacji, w których czyjaś pozorna szczerość okazywała się jedynie starannie przygotowaną przynętą.
– Niech mi pan wyjaśni jedną rzecz. – Ponownie skupiła na nim wzrok, tym razem nieco bardziej przenikliwy. – Skoro pański brat przeżył próbę zabójstwa, a pański wspólnik okazał się człowiekiem powiązanym z przestępczością zorganizowaną, to dlaczego właściwie szuka pan Daniela? Czego konkretnie miałby pan się od niego dowiedzieć?
Zawiesiła na moment głos, dając mu przestrzeń na odpowiedź, zanim dodała:
– I proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie pytam, żeby utrudnić panu życie. Po prostu nie zamierzam angażować się w kolejną cudzą sprawę tylko dlatego, że ktoś coś panu o mnie wspominał.
Jej twarz pozostała spokojna, ale pod tą pozorną obojętnością kryła się czujność, która nie pozwalała jej przejść do porządku dziennego nad żadnym szczegółem tej wizyty. Była zainteresowana tym, co Ethan miał do powiedzenia. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała oddać mu choćby cząstkę informacji, zanim sama nie uzna, że wie wystarczająco dużo, by podjąć taką decyzję.
30 y/o
Watermelon sugar high
186 cm
Dyrektor finansowy w Northland Power
Awatar użytkownika
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na pytanie Beatriz, mimo zawartej w nim powagi i rzeczowego tonu, z miejsca poczuł się osądzony. Miał świadomość tego, jak jego zaangażowanie w sprawę z pominięciem odpowiednich służb mogło wyglądać — bogacz, którego doświadczenie w sprawach znajdujących się na krawędzi prawa najpewniej wynosił z filmów akcji, zadzierał nosa na tyle, by postanowić pójść śladem swojego brata i pobawić się w prywatnego detektywa. Musiał kierować się ogromnym poczuciem niesprawiedliwości oraz innymi, osobistymi pobudkami, żeby zamiast oddać sprawę policji i potulnie poczekać na efekty ich długiej, monotonnej pracy, zacząć poszukiwania odpowiedzi na własną rękę.
Z tym, że Ethan zdążył już przekonać się, że na mundurowych nie zawsze można było polegać. W innym razie śmierć Sullivana nie zostałaby zamieciona pod dywan i uznana jako zwykły wypadek, a później, po dostarczeniu dowodów na zamknięcie grupy przestępczej, nie spoczęliby na laurach, tak łatwo zawierzając starszemu Hartleyowi o skrupulatnym wypełnieniu obywatelskiego obowiązku.
Daniel Reed przez kontakty z przestępcami oraz naruszenie warunków zwolnienia w najbardziej dogodnym momencie bez wątpienia nie należał do osób, którym można było ufać i tak po prostu oczekiwać od niego informacji, licząc na sprawną współpracę. Dla kogoś takiego jak Ethan, kompletnie obcego, bogatego dupka, wciąż jawił się jako niebezpieczny, skorumpowany glina. Niestety, jednocześnie był dla niego jedynym powiązaniem, dzięki któremu mógłby odnaleźć człowieka stojącego za coraz śmielszymi pogróżkami, zanim dojdzie do czegoś znacznie gorszego.
— Wiem, że to nie jest najbezpieczniejsza z opcji, ale nie mam wyjścia. To mój jedyny trop — przyznał szczerze i nieco bezradnie wzruszył ramieniem.
Nie był pewien, czy właśnie tej odpowiedzi kobieta od niego oczekiwała, ale gest dłoni zapraszający go do wejścia w głąb mieszkania dał mu pewne pokrzepiające przekonanie, że jak na razie nie został przez nią skreślony. Miał jeszcze szansę. Właściwie cieszył się już samym faktem, że nie trzasnęła mu przed nosem drzwiami i dała mu możliwość wyjaśnienia sprawy. Bez względu na to, czy Gonzalez postanowi mu pomóc, czy nie, przynajmniej mężczyzna będzie miał poczucie, że spróbował.
Skinął łagodnie głową, a kącik jego ust drgnął nieznacznie ku górze tuż przed tym, jak odwrócił się, by przejść do salonu. Bez większego zainteresowania przesunął wzrokiem po pomieszczeniu, aż ponownie zatrzymał go na jego właścicielce.
Na kolejne trafne pytanie, które padło z jej ust, wypuścił ciężko powietrze, starając się w głowie uformować swoją odpowiedź. Jedyny niesprawdzony i mocno niepewny trop wiódł w kierunku nazwiska, które w ciągu tej krótkiej rozmowy zdążyło już paść kilkukrotnie. Dla jego sprawy było ono bardzo istotne, ale w gruncie rzeczy pozostawało jedynie przystankiem do celu. Zanim jednak odpowiedział, Beatriz wyjaśniła swoje stanowisko w tej sprawie.
— Jak najbardziej to rozumiem — odparł z przekonaniem. — Nie chcę pani angażować w coś, co pani nie dotyczy, a jedynie znaleźć dalszą drogę — zapewnił spokojnie.
To był przede wszystkim jego problem. To dlatego nie chciał więcej zajmować nim głowy bratu, który praktycznie od zawsze wyciągał go z każdego bagna. Miał wobec niego dług wdzięczności, którego już teraz nie był w stanie spłacić, więc najlepsze, co mógł zrobić, to pozwolić Sullivanowi żyć po swojemu, z dala od Toronto. Z tego samego powodu rozstał się z Cherry. Nie chciał niepotrzebnie narażać jej na kolejne stresy w swoim życiu i obarczać ją swoją przeszłością, zamiast tego odsunął ją od siebie, żeby pozostała bezpieczna. Beatriz również miała prawo nie chcieć zagłębiać się w cudze sprawy.
— Niemniej, mimo szczęśliwego powrotu Sully’ego, zamknięciu mojego wspólnika i awansu Warrena, sprawa wcale się nie zakończyła. Mam wrażenie, że wręcz przeciwnie: przybrała jeszcze bardziej osobisty format i jednak ktoś ewidentnie próbuje mi to życie utrudnić — wyznał, powracając do jej pytań, na koniec celowo parafrazując jej własne słowa, przy których w jego głos wdarło się niewielkie zmęczenie. — Daniel znał Victora, więc możliwe, że wiedział coś więcej o strukturze jego grupy. Kto wie, może wskazałby kogoś, dla kogo Victor był na tyle bliski, żeby teraz zechcieć się zemścić na mnie bezpośrednio?
Po raz kolejny wzruszył ramionami. To, że chciał dostać się do Daniela, mogło brzmieć jak czyste szaleństwo, ale jeśli istniała jakakolwiek szansa na wyprzedzenie swojego dręczyciela, musiał ją wykorzystać. Tu chodziło nie tylko o jego reputację, ale i bliskich. Westchnął zaraz i, wsunąwszy ręce w kieszenie swojej kurtki, na chwilę odwrócił wzrok gdzieś w bok.
— Człowiek, którego szukam, jest w posiadaniu wrażliwych danych, ale najwyraźniej ma też całkiem spore zaparcie, żeby podjąć się na mnie okrutnej gry. Nie wiem, dokąd jest w stanie się posunąć, ale mam powody, by sądzić, że stawką jest nie tylko moje życie, ale i najbliższych — zwilżył nerwowo wargi i spojrzał na Beatriz ponownie. — A ja nie mogę stać z założonymi rękami i mu na to pozwolić — przyznał zdecydowanym tonem.
Wydawało mu się, że teraz chyba określił się już wystarczająco jasno. Miał dobrą motywację, żeby samodzielnie zająć się tą sprawą, a kobieta wydawała się najlepszym możliwym źródłem informacji nawet, jeśli było to szukaniem igły w stogu siana. Przecież, gdyby tak łatwo dało się Daniela znaleźć, już ktoś by to zrobił. Choćby jego była partnerka, która przez niego została zawieszona w pracy i zdegradowana do pracy w archiwum.
— Mam pieniądze, które z pewnością otworzyłyby kilka furtek, ale potrzebuję również do nich dostępu. Zrozumiem, jeśli nie chce pani mieć z tym wszystkim nic wspólnego, ale przyszedłem poprosić panią chociaż o wskazanie miejsca lub osób, które mogłyby wiedzieć coś więcej — i może byłyby skłonne za opłatą współpracować, dopowiedział sobie w myślach.
Posiadanie grubego portfela z pewnością wiele w życiu ułatwiało, zwłaszcza, jeśli chodziło o wyciąganie od kogoś informacji. Albo kupowanie milczenia. Wtedy najważniejszym pytaniem nie było co?, a ile? Ethan zamierzał zrobić wszystko, żeby dopaść swojego prześladowcę, więc jeśli do tego celu musiał otworzyć portfel to wcale się nie wahał.

Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ethan Hartley


Ironia losu polegała na tym, że Gonzalez w pewnym sensie rozumiała mężczyznę, który znalazł się w jej mieszkaniu i z każdą kolejną minutą odsłaniał przed nią coraz więcej szczegółów swojej historii. Hartley szukał odpowiedzi na własną rękę, próbując poskładać w całość fragmenty, które najwyraźniej nie chciały do siebie pasować. Niewiele różniło go to od niej samej. Oboje próbowali znaleźć wyjście z sytuacji, w której nawet najlepsze intencje zderzały się z ograniczeniami, na jakie nie mieli większego wpływu. Wiedzieli, że gdzieś istnieje droga prowadząca do celu, ale nikt nie zamierzał podsunąć im mapy.
Beatriz znała frustrację wynikającą z poczucia, że rozwiązanie znajduje się na wyciągnięcie ręki, a jednak za każdym razem wymyka się spomiędzy palców. Przypominało to szukanie klucza w niewidzialnych kajdankach: człowiek szarpał się, obracał na wszystkie strony, próbował dosięgnąć zamka, aż w końcu pozostawał z niczym poza otarciami i świadomością własnej bezsilności. Właśnie to uwierało ją najbardziej. Nie brakowało jej determinacji, lecz pewności, w którą stronę powinna zrobić następny krok.
Odprowadziła Hartley'a wzrokiem, gdy ten, przyjąwszy zaproszenie, przeszedł obok niej w głąb mieszkania. Nie usiadł. Zamiast tego wsunął dłonie do kieszeni, jakby w ten sposób mógł znaleźć dla nich jakieś zajęcie, a spojrzeniem co rusz wymykał się poza jej zasięg. Ciężkie westchnienia przerywały jego wypowiedź, zdradzając zmęczenie, którego być może sam nie chciał pokazywać. Beatriz obserwowała go z ramionami ponownie skrzyżowanymi na piersi. Co jakiś czas przechylała głowę o kilka stopni, przyglądając mu się z uwagą, która mogła uchodzić za nieufność.
Nie miała powodów, by z góry uznawać go za kłamcę. Przyszedł po pomoc i nie udawał, że dysponuje odpowiedziami, których w rzeczywistości nie miał. Nie oznaczało to jednak, że powinna bez zastrzeżeń przyjąć jego wersję wydarzeń. Historia Hartley'a dotyczyła Daniela Reeda, człowieka, którego przez długi czas uważała za znacznie lepiej sobie znanego. Wystarczyło, by zachowała ostrożność. Wiedziała, jak łatwo cudza desperacja potrafi przesunąć granicę między tym, co konieczne, a tym, co rozsądne. Nie zamierzała pozwolić, by własna potrzeba znalezienia Daniela zwolniła ją z myślenia.
– Mogłam się spodziewać, że Reed będzie zamieszany w więcej wątpliwych interesów – odezwała się w końcu, a w jej głosie pobrzmiała rezygnacja, której nie próbowała już maskować.
Każda nowa informacja zmuszała ją do ponownego przyjrzenia się wspólnym wspomnieniom i sytuacjom, nad którymi wcześniej się nie zastanawiała. Nie potrafiła rozstrzygnąć, czy przeoczyła coś, co od początku powinno wzbudzić jej podejrzenia, czy też Reed rzeczywiście tak dobrze ukrywał to, kim był poza ich wspólną pracą. Żadna z tych możliwości nie napawała jej optymizmem.
Zacisnęła usta, spoglądając na chwilę w bok, po czym wzruszyła ramionami. Gdy Hartley wspomniał o pieniądzach, które mogłyby otworzyć kilka furtek, Beatriz uniosła nieznacznie brwi. Pieniądze potrafiły ułatwić dostęp do ludzi i informacji, ale nie gwarantowały ani prawdy, ani lojalności. Tym bardziej nie rozwiązywały problemu, z którym oboje się mierzyli. Hartley potrzebował kogoś, kto wskaże mu właściwy kierunek, a ona nie zamierzała udawać, że zna go lepiej, niż w rzeczywistości.
– Beatriz – poprawiła go w końcu.
To całe „pani” brzmi, jakby mieli zaraz usiąść przy stole i omawiać warunki kredytu. Pozwoliła sobie na tę drobną uwagę, bo formalny dystans wydawał jej się w tej chwili zbędny. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała rezygnować z ostrożności. Przesunęła ciężar ciała na drugą nogę, rozluźniła skrzyżowane ramiona, po czym znów splotła je na piersi.
– Wszystko rozumiem, aż nazbyt dobrze, ale… – Urwała, ważąc w myślach kolejne słowa.
Przez chwilę kołysała się delikatnie na boki, przenosząc wzrok z Hartley'a na podłogę i z powrotem. Powinna była mieć dla niego przynajmniej jeden konkretny trop: nazwisko, adres, kogoś, kto mógłby wiedzieć więcej. Nie chciała zostawiać go bez pomocy, ale nie zamierzała też rzucać pierwszego nazwiska, które przyszłoby jej do głowy, tylko po to, by sprawiać wrażenie bardziej kompetentnej, niż była w rzeczywistości. W jej pracy przypuszczenie nie stawało się faktem tylko dlatego, że komuś bardzo zależało na odpowiedzi. A prywatne zaangażowanie nie zwalniało z odpowiedzialności za własne decyzje.
– … nie dość, że nie wiem, gdzie jest Reed, to sama dowiaduję się o nim coraz to nowszych rzeczy. – Westchnęła ciężko, przygryzając od wewnętrznej strony policzek. – I szczerze mówiąc, nie mam nawet pojęcia, kogo mogłabym ci wskazać.
Nie podobała jej się własna bezradność, ale jeszcze mniej podobała jej się perspektywa działania na oślep. Znała różnicę między szukaniem informacji a dopasowywaniem faktów do z góry przyjętej wersji wydarzeń. Hartley mógł mieć dobre powody, by podejrzewać konkretne osoby, jednak na razie dysponowała wyłącznie jego relacją. Nie zamierzała potraktować jej jak wystarczającej podstawy do wyciągania wniosków, a już na pewno nie do podejmowania pochopnych działań.
Zawahała się, a jej spojrzenie zatrzymało się na mężczyźnie. Nadal mogła wycofać się z całej sprawy i nie bez powodu rozważała taką możliwość. Wystarczyło jedno nieprzemyślane posunięcie, by z osoby szukającej odpowiedzi stać się osobą, która musiałaby tłumaczyć się z własnych decyzji. Nie zamierzała narażać swojej pracy ani sięgać po środki, których nie uzasadniałyby ani dostępne informacje, ani jej zawodowe obowiązki. To, że sprawa dotyczyła byłego partnera, nie czyniło jej prywatnym śledztwem, w którym wszystkie chwyty były dozwolone.
Mogła jednak zacząć od ustalenia, co właściwie wiadomo o ludziach, których nazwisko przewijało się w tej historii. Bez wyciągania wniosków na zapas. Bez obietnic, których nie mogła dotrzymać.
– Ale… mogłabym spróbować dowiedzieć się czegoś więcej na temat osób, które wymieniłeś – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Sprawdzić, czy pojawiają się w materiałach, do których mam dostęp. Coś może się znaleźć w aktach.
Nie obiecywała, że znajdzie odpowiedź. Nie powiedziała też, że przekaże Hartley'owi wszystko, na co natrafi. Na razie oferowała jedynie sprawdzenie, czy istnieje jakikolwiek punkt zaczepienia, i sama zamierzała najpierw ocenić, co właściwie uda się ustalić. Nie chciała angażować się głębiej, zanim nie pozna faktów, a tym bardziej nie zamierzała pozwolić, by cudza desperacja podyktowała jej sposób postępowania.
Przesunęła dłonią po przedramieniu, zatrzymując palce na chwilę przy łokciu. Wciąż miała związane ręce, lecz nie musiała przecież rozrywać kajdanek za wszelką cenę. Wystarczyło, że nie zrobi niczego, co zacisnęłoby je jeszcze mocniej. Na początek mogła sprawdzić to, co mieściło się w granicach jej możliwości. Resztę zamierzała rozważyć dopiero wtedy, gdy będzie miała ku temu wystarczające powody.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#38”