Niskorosły to jest twój kutas, chciała odpowiedzieć. Chciała. Ale oczywiście tego nie zrobiła. W końcu była kobietą z klasą i nie wypadało. Poza tym, Ernie chciał jej pomóc, a to, że przy okazji postanowił zroastować jej nogi i wzrost (który swoją drogą wcale nie był taki zły jak na kobietę), to już inna sprawa.
Zamiast odpowiedzieć, Mio jedynie machnęła ręką na te wszystkie tłumaczenia i komentarze. Nie było najmniejszego sensu ciągnąc tej dyskusji, a poza tym mieli lampę do naprawienia! I to waśnie tym trzeba się było zająć.
Nie było nawet takiej opcji, żeby Richsrdson pozwoliłaby mu stanąć na drewniany stolik do kawy, na którym sama wcześniej wywaliła buciory. Po pierwsze był on zajebiście niestabilny, a po drugie był to ręcznie wykonany stolik prosto z Hiszpanii, z dzikiego orzecha czarnego, drewna tak luksusowego, że samo w sobie wyglądało jak dzieło sztuki, a co dopiero przerobione na mebel.
—
Tak dla jasności — odwróciła się jeszcze w jego stronę, kiedy już łaskawie zgodził się ją podsadzić. —
Nie należę do osób najlżejszych ale też nie przekraczam siedemdziesięciu kilo, chociaż co prawda zjadam dzisiaj wielkiego burgera z frytkami na obiad — wyjaśniła po krótce, chociaż nawet nikt nie pytał, zadzierając głowę w górę i łapiąc to piwne spojrzenie, które w święte padających do sklepu promieni słońca wyglądało bardziej na pomarańczowe.
Ładniutkie, pomyślała sobie, pozwalając głowie na chwile słabości i przypominając sobie jak to oczy Rollanda potrafiły przechodzić z zieleni w szarość w zależności od pory dnia i światła na zewnątrz. Szybko jednak przywróciła się do porządku.
—
Dobra, dawaj — wsadziła taśmę z zęby, tak na wszelki wypadek, jakby trzeba było się asekurować przy upadku, gdyby Ernie stracił równowagę lub zwyczajnie postanowił jebnąć nią o ziemię. —
Trochę wyżej — rzuciła, gdy jej nogi w końcu oderwały się od podłoża, jednak cięło nie było wystarczająco wysoko, żeby sięgnąć żyrandola. —
No, teraz to można działać — pochwaliła go, zabierając się za obklejanie kabli, w duchu pochwalając się jak jeszcze nigdy, że tego dnia postanowiła założyć stanik. Zdarzały się dni, kiedy outfit tego wcale nie wymagał i wtedy Mio paradowała z melonami na wolności. Dobrze, że dziś nie było takiego dnia, bo Ernie mógłļy mieć niecodzienne widoki. No chyba, że często tak sobie podnosi dziewczyny dla zabawy.
—
No przecież się staram — odszczekała w sekundę, jak tyko zaczął ją poprawiać. Co on sobie myślał? Że Mio nie umiała władać taśmą izolacyjną? No chyba sobie żartował. Już była gotowa odszczekać mu o swoich dwudziestu latach doświadczenia w łataniu wszystkiego taśmą, jednak szybko ugryzła się w język. Musiała być ostrożna biorąc pod uwagę, że to właśnie od niego zależało, czy wróci na ziemię w jednym kawałku. —
Teraz jest okej? — spytała po chwili. Nie była pewna, czy to przez to, że była tak blisko lampy, czy może faktycznie tak to wyglądało, ale miałą wrażenie, jakby tej taśmy było więcej niż faktycznego materiału, z którego zrobiony był żyrandol. No nie wyglądało to najładniej, ale przynajmniej było bezpiecznie. Rozejrzała się, oglądając sklep z zupełnie nowej perspektywy.
—
A weź jeszcze podejdź tam do tej półki z rogu — wskazała dłonią przeciwną stronę pomieszczenia. —
Jakiś bachor wrzucił mi tam kiedyś pasek z Prady, kiedy czekał aż matka przymierzy wszystkie ciuchy — dodała z pogardą. Normalnie nic nie miała do dzieci, oczywiście jak były grzeczne, nie wydzierały się na lewo i prawo i nie srały pod siebie. Jednak niekiedy klientki przychodziły z takimi potworami, że Richardson najchętniej zamknęłaby je w piwnicy i nigdy nie wypuściła. Proste. —
No dawaj, dawaj — poprosiła, zrzucając taśmę na kanapę. A przynajmniej taki by zamiar, bo zamiast tego ta odbiła się od materiału i spadła na ziemie. I chuj, potem się podniesie.
Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy Ken zgodził się na jeszcze jedną przysługę. Z początku myślała, że może będzie chciał, żeby ta zeszła i podniesie ją na nowo, ale Ernie po prostu przeszedł z nią pół sklepu w powietrzu jakby była jakimś żałosnym ciężarkiem na siłowni.
—
O tutaj, w tym miejscu. Mały gnojek... — wskazała na wysoką, drewnianą szafkę, sięgającą praktycznie sufitu. Brązowy, elegancki pasek dało się dostrzec od razu; cały zakurzony przytulał się do ściany na samym końcu półki. Mio wyciągnęła po niego rękę, jednak bezskutecznie. —
Jest za daleko —wydusiła, prężąc się jak struna. —
Musisz mnie wypchać jeszcze wyżej. Jeszcze wyżej… jeszcze trochę… — malutki paluszek lewej ręki w końcu dosięgnął metalowej zapinki, powietrze w płucach już dawno się skończyło, przygniecione brzegiem półki, a Mio naparła cała sobą, by go dostać. Tak się napięła, że biedny Ernie zachwiał się przez zamek sekundy, a to zadziałało na nich jak źle wyciągnięty klocek z Jengi. I chyba nie musze tłumaczyć z jakim impetem jebli na ziemię, a raczej Mio na Erniego a Ernie na ziemię.
ernie andrews