29 y/o
Welkom in Canada
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
I could put my arms around every boy I see, but they'd only remind me of you.
I went to the doctor and guess what he told me, guess what he told me?
He said, "Girl, you better try to have fun no matter what you do," but he's a fool.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

I get myself twisted in threads
To meet you at The Alcott
I'd go to the corner in the back
Where you'd always be


Oleander Everhart rozumiał, że nie ma racjonalnych powodów do zdenerwowania. Spotkanie z Malcolmem było równie niezobowiązujące - i niosło z sobą równie nieistotne konsekwencje dla jego bieżącego, dorosłego życia - co rozmowa z mijaną na przystanku sąsiadką mieszkającą na tej samej ulicy. Nie zależały od niego przecież ani przyszłość Ollie'go, ani jego kariera czy zdrowie. W gruncie rzeczy, wizyta u dentysty powinna mieć dla bruneta większe znaczenie niż to, czy dzisiejszy wieczór upłynie mu przyjemnie, neutralnie, czy też zakończy się jakąś tektoniczną w skali katastrofą. Nie mówiąc już o egzaminach, które Ollie przecież zdawał co sesję, czy o pierwszych konsultacjach przeprowadzanych z pacjentami podczas praktyk na studiach, przed którymi nerwy i zmartwienia byłyby o wiele bardziej uzasadnione.
Wbrew wszystkiemu, Everhart tremował się jednak z nerwowością godną nastolatka zdającego najważniejszy egzamin w życiu. Ba, w głębi duszy chyba bał się lękiem, którego nie czuł nawet na moment przed wbiegnięciem prosto w płomienie liżące zawzięcie grożącym zawaleniem się budynek. A przecież był to tylko drink po zajęciach, na miłość boską!, a nie jakiś rytuał przejścia, od którego zależeć miały jego śmierć albo życie. I gdyby tylko ta jego racjonalna część potrafiła jakimś cudem wytłumaczyć to tej drugiej, targanej skrajnymi emocjami, Everhart z pewnością czułby się teraz jak zrównoważony, dwudziestodziewięcioletni mężczyzna, a nie zwój dynamitu gdzieś na granicy z eksplozją.

Otrzymana raptem parę dni wcześniej wiadomość od Malcolma, skutecznie wytrąciła go z tej samej równowagi, której odzyskanie po ich ostatnim spotkaniu zajęło mu ładne parę dni tygodni. Najpierw czekał, wmawiając sobie, że to tylko logiczne, bo przecież Mal wyraźnie zasugerował, że będzie w kontakcie - cóż więc było dziwnego w sprawdzeniu telefonu paręset razy dziennie w ciekawości, czy imię Bremersa wyrysuje się prostą czcionką na jego ekranie?
Potem, w miarę jak jego frustracja zaczęła rosnąć przeciwproporcjonalnie do jego nadziei, osiągnął jakiś zupełnie inny etap żałoby, na którym zaczął sobie wmawiać, że może ich spotkanie pod Obserwatorium nie tyle sobie wymyślił, co we własnej pamięci rozdmuchał je do kompletnie nielogicznej skali. Mało tego, może się przesłyszał? Może Malcolm wcale nie sugerował, że po ich pierwszym spotkaniu miejsce będzie miało następne? Może doszło do nieporozumienia, którym teraz żywiła się teraz ta romantyczniejsza część jego duszy, skazana na niewyobrażalne rozczarowanie?
Ostatecznie, Ollie'mu zaczęło się wreszcie wydawać, że zbliża się do fazy akceptacji. Pomogło zbliżające się rozpoczęcie roku akademickiego, i dodatkowe, rozpoczynające się we wrześniu, seminaria, na które zapisał się w nadziei, że nawiązane na nich kontakty pomogą mu na etapie szukania pracy. Dystrakcja nie była może najzdrowszym i najdojrzalszym sposobem radzenia sobie z trudnymi emocjami, ale z pewnością cechowała się tą skutecznością, której brakowało siedzenie w domu, słuchanie na okrągło tego samego, najsmutniejszego albumu The National, i przeglądanie paru podblakłych zdjęć, które ostały mu się z sielankowych paru miesięcy spędzonych w przeszłości z Malcolmem.
I, jak to w życiu bywa, dokładnie wtedy Mal Bremers postanowił jednak objawić się w jego życiu ponownie, cały ten desperacki spokój Oleandra burząc jedną raptem wiadomością.

hej, chcemy w końcu napić się tej kawy?
hej, mieliśmy iść na kawę?
hej, może

Wynikiem czego, zamiast - jak zwykle w środy - na siłownię, po drugim w tym roku seminaryjnym spotkaniu, Ollie Everhart skierował się ku wymownym w nazwie lokalowi. Jego wybór tłumaczył sobie faktem, że bar znajdował się przysłowiowy rzut beretem od budynku, w którym odbywał zajęcia - i bynajmniej nie tym, że za jego propozycją stało jakiekolwiek ironiczne znaczenie.
Kolejną rzeczą, którą Ollie sobie roił było to, że dzisiejszego poranka wcale nie spędził dobrych czterdziestu minut starając się wybrać odpowiedni poziom sprania odcień czerni podkoszulka, który sparował z ciemnymi jeansami, i skórzaną kurtką, wracającą do użytku po letnich miesiącach. Oraz to, że gdy przekraczał próg Poor Romeo i kierował się do barowej lady, wcale nie drżały mu dłonie.

malcolm bremers
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Chociaż nikt nie był świadkiem tego żenującego wystukiwania wciąż i wciąż kolejnych pytań, które finalnie nigdy nie docierały do adresata, Malcolm i tak czuł wyraźnie piekący wstyd na samo wspomnienie. Wiązał się on też z przeciągniętej liczbą dni, których potrzebował na to, by po obiecanym kontakcie, faktycznie go wykonać. Prawdą było jednak, że czuł się trochę niczym uzależniony człowiek, próbujący rozsądnie odsunąć od siebie szkodliwy nawyk, ale jednocześnie wracający do niego myślami tak często, że pewność złamania się, powoli zaczynał akceptować.
Uwierało go jednak zakończenie tamtej rozmowy w tak niewygodny sposób, odbijający się nerwowym ciepłem w policzkach, że na kilkanaście dni przekonał samego siebie, że nie powinien do niego pisać. Jakby w odpowiedzi na zderzenie się z sentymentem, zdecydował się nieco mocniej skupić na sypiącym małżeństwie. Chociaż i to poskutkowało w odwrotny do zamierzonego sposób, a wszelkie zrywy, jakich Malcolm się podjął, zakończone zostały kolejnymi wyrzutami i kłótniami.
Okazało się więc, że nawet jeśli nie mieli zbyt dużo czasu na tamtą rozmowę, to odbiła się silniejszym echem, niż powinna, doprowadzając w końcu do tego, że kliknął to nieszczęsne wyślij. Tylko resztki szacunku do samego siebie i powtórzone w głowie zachowuj się jak dorosły człowiek, powstrzymały go w tamtym momencie przed tym, by po wysłaniu tych kilku słów nie odwrócić telefonu ekranem do dołu, w napięciu czekając na odpowiedź.
Jakaś jego część brała pod uwagę, że Ollie nie odpisze. Część Malcolma nawet c h c i a ł a, by tego nie zrobił. Nie tyle z tchórzostwa i wygodnego przerzucenia odpowiedzialności na oleandrowe barki za to, że tym razem wszystko znowu by się zepsuło, ile przez uwierające go przekonanie, że zachowywał się po prostu dość niesprawiedliwie względem niego. Nawet jeśli można było przykleić mu kilka brzydszych łatek, to wyrachowany niekoniecznie by pasowała.
Wiedział jednak, że gdyby odpowiedź była jakkolwiek inna, rozczarowanie, które by odczuł, stanowiłoby wartość proporcjonalną do wstydu, który piekł go, gdy dobierał strój po pracy z taką starannością, że przyciągnął zainteresowane pytania Sarah. Zanim jednak udzielił odpowiedzi, którą w najlepszym wypadku można by było określić mianem prawie przekonującej, kobieta odpuściła, uznając, że nie chciała nie musiała wiedzieć.
Ta mieszanina uczuć, którą czuł w sobie, gdy ciągnął ciężkie drzwi, prowadzące do baru, wybranego przez Oleandra (a którego ironiczna nazwa nie umknęła Malcolmowi wcale), wydawała mu się nie tylko rozpisana widocznie na jego twarzy, ale też rozłożona na czynniki pierwsze — by nikomu nie umknęło, co Malcolm Bremers miał chwilowo w głowie. Nie zmieniło się to z całą pewnością w momencie, w którym przystanął przed Oleandrem i po rzuceniu szybkiego hej, wyciągnął ręce, by uścisnąć go w nieporadnym dość geście. Trwał jednak kilka krótkich chwil, po których przysiadł obok, próbując wyglądać, jakby wcale nie przeanalizował pospiesznie w głowie, czy nie było to przesadzone.
Wiedział, że gówniarską nonszalancję pożegnał lata temu i zastąpił ją niepotrzebną, dorosłą zachowawczością, ale ta jednak zdawała się znikać, zastąpiona niezręcznością, gdy tylko w grę wchodziło towarzystwo Oleandra.
— Czy wybór tego baru to wygoda, czy kryło się za tym coś jeszcze? — zapytał, okręcając się na barom krzesełku z najwyższą ostrożnością. Chciał siedzieć z twarzą zwróconą nieco bardziej w stronę mężczyzny, ale z całą pewnością nie chciał nachalnie opierać kolana o jego nogę (całe szczęście, bo mógłby spaść ze swojego miejsca, gdyby poczuł twardość protezy). — Bo jestem już trochę za stary na promocję dziesięciu szotów w cenie pięciu — dodał jeszcze luźno, siląc się na żart, który miał ukryć to, że w najlepszym razie nie miał pojęcia, jak dokładnie należało prowadzić z nim rozmowę. Jakby co najmniej to Ollie wystosował niespodziewane zaproszenie do baru, a nie Malcolm, który od powrotu do tego miasta, zachowywał się tak, jakby zapomniał po drodze wszystkich umiejętności komunikacyjnych, nabytych jako dorosły człowiek.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
29 y/o
Welkom in Canada
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
I could put my arms around every boy I see, but they'd only remind me of you.
I went to the doctor and guess what he told me, guess what he told me?
He said, "Girl, you better try to have fun no matter what you do," but he's a fool.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Dobry Boże, czy w tej narracji to właśnie Oleander byłby zatem tym szkodliwym nawykiem, do którego Bremersa ciągnęło jak do płomienia świecy - świadomego potencjalnego zagrożenia, a jednocześnie żałośnie niezdolnego, by mu się oprzeć?
Na jednej płaszczyźnie - na tej, na której operował dobry, prawy Ollie, nawykły gasić pożary i rzucać się w płomienie w trosce o słabszych - na samą myśl, że właśnie tak mogłoby by być, brunet poczułby żal i jakiś rodzaj wstydu względem samego siebie. Nie chciałby wszak stawać się przyczyną, dla której Malcolm mógł wystawiać na szwank starannie budowane do tej pory equilibrium swojego ułożonego, dorosłego, nudnego życia.
Ale na innym poziomie, skrytym gdzieś pod grubą warstwą moralnych wartości i dobrego wychowania, odzywał się w nim szczególny rodzaj haniebnej satysfakcji. Ten Ollie, który pożary chciał wzniecać, a nie powstrzymywać, budził się bowiem raptem do życia wraz z myślą, że przyczyną, dla której Mal mógł tyle zwlekać z nawiązaniem ponownego kontaktu po ich ostatniej rozmowie, była tocząca się w nim, wewnętrzna walka. Może, podszeptywał cichy, złośliwy nieco głosik gdzieś na zapleczu oleandrowej jaźni, Malcolm wiedział, że odnowienie ich relacji nie skończy się niczym dobrym (dla jego małżeństwa...), i właśnie dlatego Everhart musiał się najpierw trochę przemęczyć, w oczekiwaniu, czy szatyn zbierze się w końcu na ten akt odwagi. I desperacji, zapewne - zależy jak na to wszystko spojrzeć.

Prawdą było przy tym, że nigdy nie uważał Malcolma za wyrachowanego.
Za niezdecydowanego? Owszem, w momentach najgorszego gniewu (i stłamszonego pod nim bólu, sięgającego bezprecedensowy zamęt w jego osiemnastoletnim sercu) wyzywając go nawet od tchórzy i kapitulantów. Ale, może naiwnie, nie chciał, lub nie pozwalał sobie zakładać, że zniknięcie Bremersa było kiedykolwiek wynikiem podjętej zupełnie na chłodno, wykalkulowanej decyzji.
Może zdrowiej byłoby założyć, że Mal działał bezemocjonalnie. Może łatwiej byłoby Ollie'mu ruszyć ze swoim życiem w kierunku kompletnie niezwiązanym z pamięcią o Bremersie.
Może.
Ale na fali tej samej, cichej nadziei, która podszeptywała, że może dawny przyjaciel spotyka się z nim dzisiaj z racji czegokolwiek więcej niż zwykła nuda czy uprzejmość, Oleander nie przymusić się do uwierzenia, że mógł się tak bardzo co do Malcolma pomylić.
Bo to oznaczałoby przecież również, że pomylił się i co do samego siebie.

Pokusa przekonania się co będzie dalej, teraz, gdy pierwszy raz od lat życie dało mu na to jakąkolwiek realną szansę, była zresztą zbyt silna by zignorować numer telefonu rysujący się na wyświetlaczu telefonu. W najlepszym razie spotkałoby go pozytywne zaskoczenie. W najgorszym? Musiałby sobie wmówić, że spotykał się z Malem tylko w celu zaspokojenia przyświecającej mu, badawczej ciekawości. W końcu zawsze cechował się jakimś rodzajem przekory względem życia, która czasem pomagała mu dokonywać rewelacyjnych odkryć i uczyć się nowych rzeczy (a czasem pakowała go w sromotne tarapaty).
Może przesadą byłoby powiedzieć, że na widok Malcolma rozpromienił się jak pensjonarka, ale gdy tylko dostrzegł go w tłumie, wyraz jego twarzy z pewnością uległ pewnemu rozjaśnieniu: ciemne brwi przymarszczone u nasady nosa uniosły się lekko, a kąciki warg zadrżały cieniem uśmiechu. Chyba w gruncie rzeczy poczuł głównie ulgę na myśl, że jednak nie został wystawiony, albo nie pomylił adresu (który przecież sam zaproponował). Nie musiał się także obawiać, że będzie musiał się przez najbliższe pół godziny oganiać od natrętnych kelnerów chcących sprzedać mu pierwszego, i kolejnego drinka, oraz singielek (i singli?) widzących w nim dobrego kandydata na towarzystwo dzisiejszego wieczora.
- Jeśli coś więcej, to możesz winić tylko moją podświadomość - Odparł, odwzajemniając - równie niezręcznie - uścisk mężczyzny. Próbował przy tym nie poświęcać więcej niż sekundy na dogłębną analizę tego, czy przez ostatnie lata zapach Bremersa jakkolwiek się zmienił. Czy używał innego mydła? Droższych produktów do prania? Wody kolońskiej, którą kupiła mu żona? - Budynek mojego wydziału mieści się ze dwie przecznice stąd.
Wydawało mu się, może mylnie, że brzmi całkiem naturalnie i swobodnie, jakby sam nie zaczął się teraz szczerze zastanawiać czy wybierając Poor Romeo przypadkiem próbował coś Bremersowi zakomunikować.
On też wspiął się na barowy hoker, co nie było wybitnie trudne zważywszy na jego rosły wzrost i pewną swobodę ciała, mimo oczywistego uszczerbku na jego topografii, nadal pamiętającą sprawność ruchów, wpisaną w pamięć mięśni i ścięgien.
- A ja jeszcze trochę za biedny na drinki, które kosztują trzydzieści dolców za jednego - Spróbował odwzajemnić się podobnie lekkim żartem, w jego własnym odbiorze nawet całkiem udanym, i zaserwowanym tak gładko, jakby wcale nie rozważał dosłownie każdej swojej wypowiedzi. - Więc uznałem, że ten bar to taka trochę środkowa półka, która uchroni nas od bankructwa...
Poszukując zajęcia niespokojnym dłoniom, sięgnął po menu, chociaż nawet wodząc po nim wzrokiem, i tak w zasadzie niczego nie rejestrował.
- Więc? - Dlaczego tak długo Ci zajęło, żeby się odezwać, Mal? Wystosowałeś już papiery rozwodowe? Po co tu przyszedłeś? O co w ogóle w tym wszystkim chodzi? - Jak ci minął... tydzień?

malcolm bremers
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógłby wymienić kilkanaście powodów, odpowiadających za powolne sypanie się tego małżeństwa, a każdy z nich, ostatecznie i tak sprowadzałby się do imienia Malcolma. Dlatego może dobrze się stało, że ta głupia odwaga (naiwność, brak rozsądku lub po prostu głupota, zwał jak zwał) doszły do głosu na tyle, by zdołał kliknąć wyślij. Przez to, że ze wstydem, który odczuwał od kilkunastu lat, znał się lepiej, niż z większością ludzi, pojawiających się w jego życiu, wygodnie było odsuwać to, co nieuniknione. Wiedział więc, że szukał w tym wszystkim stale impulsu do zmiany, a jaki on by nie był i jak wdzięcznego imienia nie posiadał — wszystko i tak było, jak na życie Bremersa przystało, co najmniej skomplikowane.
Najszczerszą z prawd, które próbował sobie wmówić, było jednak to, że chciał się z nim zobaczyć, bo myślał o tym momencie więcej razy, niż należało, gdy pozwalał myślom dryfować luźno, nie nadając im konkretnego kształtu.
Gdyby Malcolm nie miał prawie trzydziestki na karku, która — jak próbował sobie wmówić — wymuszała na nim przynajmniej nieco dojrzałe zachowanie, rozważyłby drinka wypitego w innym barze przed spotkaniem. Może wtedy w końcu przypomniałby sobie, że nie musiał uczyć się prowadzenia rozmów z Olliem, bo gdzieś tam głęboko zakorzeniona była ta umiejętność. Sięgająca czasów, gdy nie analizował pospiesznie każdej myśli i wyrzucał słowa, które przypadkowo przychodziły mu na myśl.
Co podobno nigdy nie stanowiło dobrej cechy, ale ten jeden raz, pozwalało, by spięcie nie rozlewało się po całym ciele Bremersa, upośledzając nienaturalnie jego układ ruchowy. Jakby osiadło gdzieś pomiędzy łopatkami i sprawiało, że cały stawał się jeszcze bardziej pokraczny i nienaturalnie sztywny.
— Wygodne — skomentował jedynie, pozwalając, by jedna z jego brwi powędrowała ku górze, w nieco zaczepnym geście, dając do zrozumienia Oleandrowi, że może faktycznie dostrzegał w tym ukrytą złośliwość.
Ostatnim razem, podczas tego krótkiego, urodzinowego spotkania, Malcolm powiedział więcej, niż mówił komukolwiek innemu. Wystarczająco dużo, by Oleander nie przebił się z informacjami, które ciekawiły Bremersa, a gdy ten zrobił mu na to przestrzeń, nie wydawał się zainteresowany. Nic więc dziwnego, że podłapał to jedno słowo,
— Studiujesz? — zapytał więc luźno, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy. W sposób, który miał być wygodny dla niego i nie aż tak uporczywy. Nawet jeśli Malcolm chciał przyjrzeć mu się nieco uważniej, w tym przekłamującym, barowym świetle.
Parsknął krótkim i zupełnie niewymuszonym śmiechem, zanim powoli skinął głową. Drinki za trzydzieści dolców, wydawałyby się prawie wiążące. Niczym wystawna restauracja, których Malcolm i tak zawsze unikał. Sięgnął po menu, chcąc przeskanować je wzrokiem, jakby co najmniej pijał inne połączenie, niż gin z tonikiem.
Najwidoczniej i w alkoholu jego gust zatrzymał się na osiemnastoletnich upodobaniach.
— Prawdopodobnie i tak smakują tak samo — wygłosił pewnym tonem, jakby co najmniej pozostawał znawcą. Ten żart przyszedł mu już zdecydowanie bardziej naturalnie i stał się sygnałem, dla jego spiętej sylwetki, że chyba mógł powoli odpuścić. Może nawet za kilkanaście minut (i za dwa drinki) przestanie analizować w głowie najdrobniejsze gesty wykonywane w barze? — Bardzo pragmatyczne podejście — pochwalił, ale bez cienia złośliwości, układając usta w odrobinę leniwym uśmiechu.
Zerknął w poszukiwaniu barmana, ale młody chłopak, stojący tego dnia po drugiej stronie lady, zajęty był nalewaniem szotów dwóm kobietom, chichoczącym kilka metrów od nich. Przesunął więc niespiesznie spojrzenie na twarz Oleandra, z trudem powstrzymując mimowolny ruch ramieniem, przygotowany na inne zakończenie tego pytania. To, które finalnie padło z ust Everharta wywołało nawet lekki uśmiech na malcolmowych ustach.
— Bardzo… monotonnie? To chyba dobre odkreślenie. Miałem jednak nadzieję, że dziś rozmawiamy bardziej o tobie — przyznał luźno, prawie żartobliwie, zdradzając mimochodem, że odsunięcie się w rozmowie od niego, było co najmniej mu na rękę. Nie znaczyło to jednak, że to słowa padające z grzeczności, bo chciał trochę lepiej poznać tego dorosłego Olliego, a ostatnim razem nie miał ku temu okazji.
Liczył jednak, że Oleander nie musiał mówić mu za dużo już dziś i że zostanie trochę tych informacji na potem, na kolejne spotkania, na które mocno liczył.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
29 y/o
Welkom in Canada
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
I could put my arms around every boy I see, but they'd only remind me of you.
I went to the doctor and guess what he told me, guess what he told me?
He said, "Girl, you better try to have fun no matter what you do," but he's a fool.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

O ironio, o możliwości, żeby przed spotkaniem z Malcolmem faktycznie pozwolić sobie na porcyjkę alkoholu dla kurażu, Oleander w ogóle nie pomyślał - i pewnie szkoda, bo procenty w ciele zawsze stanowiły przyjemną obietnicę poluzowania tego sztywnego gorsetu tremy, który teraz nakazywał mu rozkładać na czynniki pierwsze absolutnie każde wypowiedziane słowo, i każdą kłębiącą się w ciele emocję. Był tak zafrasowany założeniem, że z Malem spotka się po zajęciach - bo to przecież rozsądne, sensowne, praktyczne rozwiązanie, które drinka z przyjacielem pozwoli mu wmanewrować w plan jego dnia jak gdyby nigdy nic, a nie zrobić zeń główny punkt całego dziennego repertuaru... - że ani razu nie przyszło mu do głowy, że przecież znalazłby chwilę na samotną eskapadę do innego lokalu za rogiem. Teraz, oczywiście, było już na podobne rozwiązania zdecydowanie za późno, bo siedzieli z Bremersem ramię w ramię, w obezwładniającym poczuciu zdenerwowania. I trzeźwości.
To, jak potoczyła się ich ostatnia rozmowa, była Oleandrowi w jakimś sensie na rękę - przede wszystkim przez wzgląd na to, jak niewiele nakazywała mu ujawniać i tłumaczyć na temat własnego życia i tego, jak los obszedł się z nim w ostatniej dekadzie. Jakkolwiek sprzecznych emocji nie budziła w nim narracja prowadzona wówczas przez Malcolma, fakt, że to szatyn zdradził na swój temat o wiele więcej, był zwyczajnie wygodny. O dziwo jednak, teraz - choć zakładał, że gdy wreszcie, nieuniknienie, padnie pierwsze pytanie o jego własne życie - pierwsza z poruszonych przez Bremersa kwestii okazała się o wiele mniej krępująca, niż wcześniej w wyobraźni Oleandra. Studia były bezpiecznym, znajomym tematem, o który ludzie regularnie pytali go w reakcji na wzmiankę, że właśnie wyszedł z uczelni, albo idzie na zajęcia. Ollie zdawał sobie sprawę, że wiekowo różni się od większości typowych studentów - no, chyba, że robiłby doktorat, którego oczywiście nie robił - a więc i informacja, że studiuje, musiała budzić jakąś dozę ciekawości. Co? Dlaczego akurat teraz? Co zamierzał robić potem? Na cały ten zestaw typowych pytań, miał przygotowaną feerię odpowiedzi, którą to mógł teraz wysupłać z przysłowiowego rękawa niczym szczęśliwego asa.
- Mhm - Kiwnął więc głową, bezwiednie pocierając koniuszkiem palca wyświechtany nieco róg obracanego w dłoniach menu - Psychologię. Właśnie zaczynam trzeci rok - Dodał zaraz dla poszerzenia kontekstu. Spodziewał się, że ta informacja może pociągnąć za sobą całą falę ciekawości - postanowił ją więc zgrabnie wyprzedzić - Cztery lata temu odszedłem ze straży... - Wzruszył ramionami, pomijając póki co okoliczności tego odejścia (i fakt, że było ono aktem przymusowym, a nie wynikiem dobrowolnego i świadomego wyboru, na który był w pełni gotowy). - I chyba przeszedłem coś na kształt kryzysu ćwierćwiecza, z braku lepszego określenia.
Niby w lustrzanej tafli odbijającej bliźniacze oblicze potrzeb samego Malcolma, Ollie odkrył w sobie dokładnie takie samo pragnienie: zdradzić wystarczająco dużo, aby ich konwersacja nie utknęła na mieliźnie kompletnej jednostronności, a jednak niewystarczająco wiele, aby Mal całe swoje zainteresowanie oleandrowym życiem nasycił za jednym zamachem, tym samym odbierając im okazję do kolejnych rozmów.
Kiwnął głową, jakby na potwierdzenie, że owszem, tym razem nie będzie aż tak bardzo się hamował. Co nie oznaczało jednak wcale, że Mal mógł czytać zeń teraz jak z otwartej księgi (o ironio, wystarczało zerknąć pod barową ladę, żeby odkryć największą - i jednocześnie najbardziej banalną - tajemnicę Everharta; szczęśliwie, Malcolm był zbyt zajęty wodzeniem wzroku od towarzyszącego mu bruneta, do zajętego dwoma klientkami barmana, żeby wpaść na taki pomysł).
- Niech zgadnę - Uśmiechnął się półgębkiem, skupiając wzrok na tym punkcie karty drinków, na którym drugi mężczyzna przed chwilą zawieszał spojrzenie - Gin z tonikiem? - Niewinnie, lekko, jakby w ramach drobnego toastu względem ich wspólnej przeszłości - teraz, kiedy w przyszłości egzystowali tak bardzo osobno - Ja też niewiele się pod tym względem zmieniłem. Zamówię coś z tequilą - Jak zawsze - I pewnie najtańszego. - Puścił do Bremersa nie tyle (jeszcze?) flirciarskie, ale z pewnością żartobliwe oko.

malcolm bremers
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rodzinne p o w o ł a n i e Everhartów było przecież w ten bolesny sposób na tyle znajome Malcolmowi, że zwyczajnie zakładał, że była to ścieżka, którą kontynuował. Fakt, że z tego aktualnie zrezygnował, jednocześnie nie potrafiąc odpuścić w momencie, w którym Malcolm go o to poprosił, odbiło się jakimś gorzkim echem w zakamarkach umysłu Bremersa. Tak szybko, jak tylko ten wniosek gdzieś się pojawił, Mal wyciszył go, wiedząc doskonale, że zestawianie gówniarskich decyzji, dotyczących życia z tymi, podejmowanymi, gdy już płat czołowy się w pełni rozwinął, było co najmniej głupie.
Jakoś w tej pospiesznej analizie, w chwilowym poczuciu goryczy i późniejszym sprowadzeniu się na ziemię, nie wziął nawet pod uwagę tego, że nie wszystko mogło być wynikiem świadomej decyzji. Zapomniał, że niektóre rzeczy zostawały wymuszane — co miałoby o tyle więcej sensu, że zawód, który cała jego rodzina wykonywała ciężko było określić mianem bezpiecznego.
Dlatego, kiedy kiwał głową, przyjmując jego wyjaśnienie do wiadomości, pozwolił sobie jednak odczuć swego rodzaju ulgę, że tym razem Ollie dzieli się z nim czymkolwiek więcej. Na kilka chwil uciekł wzrokiem gdzieś ponad jego ramieniem, jakby widok otwierających się co rusz drzwi, mógł pomóc mu wyłuskać z tego chaosu, który miał w głowie, jakąkolwiek świadomą myśl.
— To zaskakujące — przyznał na koniec, uznając, że najlepiej oddawało to, co czuł w związku z tą nowiną. Z drugiej jednak strony — czy sam dziewiętnastoletni Bremers nie zapierał się rękami, a może i nogami, że nie wróci do rodzinnego miasteczka? Jakoś zgubił w ciągu kolejnych lat tę stanowczość. — Szybko cię dopadło — podsumował w następnej chwili, trochę zaczepnym tonem. Chciał rozłożyć tę informację nieco skrupulatniej, dokopując się do sedna i odkrywając więcej. Przekraczanie granic przychodziło mu jednak z pewną dozą ostrożności, jakby w którymś momencie miał odbić się od ściany na tyle skutecznie, że wróciłby na sam początek.
Nie sądził, że taki drobny fakt, jak umiejętność odgrzebania z meandrów pamięci informacji, co takiego pijał na krok przed swoją dwudziestką, okaże się tak przyjemnie miły. Wywołało to jednak jakąś niespodziewaną falę ciepłą, przeszywającą malcolmowe ciało, która odbiła się w szerszym uśmiechu, z którym skinął niewinne głową, potwierdzając, że Ollie trafił w swoich założeniach idealnie.
— Całe szczęście, nie chciałbym być powodem twojego bankructwa. Przynajmniej nie przy jednym spotkaniu — wyznał tak śmiało, że dźwięk tych słów zdołał zaskoczyć samego Malcolma. Nie spodziewał się, że nawiąże w jakikolwiek sposób do potencjalnego spotkania, rozegranego w niedalekiej przyszłości. Byłby może skłonny poczuć nieco więcej dumy w związku z tym, jak płynnie to zrobił, gdyby nie poczuł jednocześnie nieco żenującego ciepła w policzkach, zdradzającego, że to zakłopotanie, które go dopadło, znalazło jednak sposób, by — dla kogoś, kto znał go kiedyś tak dobrze — okazać się bardziej widoczne.
Był gotów odchrząknąć, zmieniając ten temat, bez czekania na odpowiedź, gdyby nie dźwięk telefonu, który wyrwał go z chwilowego otępienia. Sam sms nie był idealny, ale ten przerywnik stanowił przyjemną formę ucieczki, z której chętnie skorzystał. Kiedy jednak sięgał po telefon, starając się odnaleźć go w odpowiedniej kieszeni kurtki, którą na początku przerzucił przez opacie fotela, dostrzegł w końcu ten inaczej ułożony materiał spodni na nodze Oleandra.
Potrzebował tym samym kilku krótkich chwil, zanim trybiki w jego głowie, działające na tak zwiększonych obrotach, że ich przyspieszona praca na pewno musiała być słyszalna dla siedzącego obok Olliego, w końcu połączyły odpowiednie części układanki.
— Och — podsumował to jedynie krótkim sapnięciem, w którym zdziwienie, wymieszało się z zagubieniem, gdy przesunął wzrok na twarz Oleandra, jakby badając, czy ta część historii, była czymś, czym chciałby się z nim podzielić, czy niekoniecznie. — Jestem prawdopodobnie najmniej spostrzegawczą osobą na świecie — dodał jeszcze, wybierając nagle żartobliwy ton jako reakcję na odkrycie, które powinien zauważyć wcześniej. Mógłby, gdyby ich pierwsze spotkanie nie było jedynie malcolmowym show.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
29 y/o
Welkom in Canada
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
I could put my arms around every boy I see, but they'd only remind me of you.
I went to the doctor and guess what he told me, guess what he told me?
He said, "Girl, you better try to have fun no matter what you do," but he's a fool.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oleander mimo wszystko naprawdę by zrozumiał (lub przynajmniej usilnie próbowałby sobie wmówić, że rozumie) żal, który na moment rozbudziłoby w Malcolmie to jego nieostrożne, może trochę nadmiernie gorliwe wyznanie, że raptem parę lat po ich rozstaniu jednak zboczył ze ścieżki, której wcześniej tak zawzięcie się trzymał. Może nawet w jakiś sposób schlebiłoby mu to, że Bremers poczułby ukłucie niesprawiedliwości na myśl, że jednak nie był dla Ollie'go aż tak ważny (był; ale faktycznie, sprawy miały się zupełnie inaczej gdy człowiek zbliżał się do trzydziestki, i inaczej kiedy nadal jedną nogą tkwił w adolescencji). Sprawa jednak miała się oczywiście tak, że Mal budował sobie aktualnie wewnętrzną narrację z co najmniej niepełnego zbioru informacji. Najważniejsza z nich, jak można było się spodziewać, tkwiła w półmroku pod ladą, do pary z nieszczególnie urodziwymi zrostami blizn pokrywających męski bok - których, oczywiście, szatyn nie miał prawa choćby się domyślać.
- Tak... Uch. No cóż - Odchrząknął, trochę gubiąc się we własnych myślach i trudności, by wyłuskać jedną z nich z całej tej niesamowitej plątaniny, która aktualnie kłębiła się w jego głowie - Nie mogę powiedzieć, żeby było to w pełni planowane... - Nie, nie tłumaczył się - a przynajmniej nie robił tego świadomie. Próbował zwyczajnie, chyba przez wzgląd na ich wspólną przeszłość, i coś na kształt krótkotrwałej przyjaźni, zanim ta nie zmieniła się w miłość miłostkę, a potem przepadła w natłoku coraz to doroślejszych błędów i problemów, rozszerzyć nieco kontekst, na którym Malcolm nieuchronnie miał budować wszelkie założenia i hipotezy odnośnie spędzonej osobno dekady. - Mam na myśli ten kryzys. Wiesz, to nie tak, że jednego dnia się obudziłem, i postanowiłem zrobić zamach na wszystko, co do tej pory było dla mnie sensem życia... - Wzruszył ramionami, i dopiero po fakcie - to jest kiedy te szczere, ale bądź co bądź dość gorzkawe słowa zdążyły między nimi wybrzmieć - zorientował się, że mogło to wypaść jak jawny przytyk względem Malcolma. Bo czy Mal nie zrobił właśnie czegoś podobnego? W odbiorze Oleandra tak - przynajmniej gdyby spytać go o zdanie dziesięć lat wcześniej. Dziś na całą sprawę naprawdę usiłował spoglądać przez znacznie bardziej dorosły, zdroworozsądkowy i empatyczny pryzmat. Czasem się udawało. Jak widać - nie zawsze.
Być może chociaż to nostalgiczne ciepło, rozchodzące się po ciele Bremersa miękką falą, złagodziło impakt, który w innym razie mogły mieć słowa Ollie'go. Z pomocą - choć na krótko - nieoczekiwanie przyszedł brunetowi także krótki, melodyjny dźwięk nadchodzącej wiadomości, na sekundę skutecznie przyciągający uwagę Malcolma. Korzystając z pauzy w rozmowie, Everhart dał sobie szansę nie tylko na to, by wziąć głębszy wdech i ustabilizować nieco to głupie, zbędne rozedrganie, w które w dużej mierze sam się przed chwilą wprawił, ale i aby przyjrzeć się towarzyszowi z ukosa. Omiótł wzrokiem kołnierz jego pilotki, w tym świetle oliwkowozielonej w kontraście z bielą podkoszulka; zarejestrował sposób, w jaki kosmyki włosów Bremersa - nigdy tak naprawdę kręconych, ale też i nie zupełnie prostych - układały się na jego karku, błagając o małe podcięcie; potknął się spojrzeniem o próg męskiej brwi, nagle zmarszczonej w akcie jakiejś ewidentnej konsternacji.
A potem, oczywiście, podążając wzrokiem po linii malcolmowego spojrzenia, zorientował się, jakie spostrzeżenie musiał aktualnie czynić jego rozmówca.
Ach, czyli było po wszystkim. Po podtrzymywaniu tego złudzenia, że nie, wcale się nie zmienił, i wcale nie był teraz wybrakowany. I tylko trudno było przy tym wszystkim Everhartowi stwierdzić, czy poczuł na tę myśl bardziej rozpacz, że teraz z pewnością w oczach Bremersa stanie się zwyczajnym inwalidą, czy raczej ulgę, że przynajmniej może porzucić całą tę farsę niezmienionej sprawności.
- Spokojnie - Powiedział, jakimś cudem zachowując lekkość tonu - Mojej matce zajęło to pełen tydzień. Chociaż z drugiej strony w jej przypadku da się wszystko wyjaśnić ekstremalnym wyparciem, a nie nieuwagą - Spróbował się uśmiechnąć, drobny przytyk względem Mala zmieniając w kolejną próbę zaczepki. Jakby wcale nie rozmawiali o zdarzeniu, które zniszczyło zmieniło całe jego życie - I tak miałem szczęście, że mogli amputować tylko od kolana w dół. Mało brakowało, a skończyłoby się znacznie gorzej.

Śmiercią.

malcolm bremers
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dosłownie spłonąłby (a Ollie nic nie mógłby zrobić) ze wstydu, gdyby pozwolił tej swojej frustracji znaleźć odzwierciedlenie w słowach, zanim udało mu się zbudować pełen obraz sytuacji. Całe szczęście miał w sobie dużo więcej zachowawczości, więc nie powiedział nic, przełykając po prostu niewygodne słowa. Bo jeśli na czymś mu tego dnia zależało, to na możliwości poznania go lepiej, na odkryciu tego, jak minęła mu ostatnia dekada i pozbyciu się tej niezręczności, która nad nimi wisiała. Pobożne życzenie, bo wiedział doskonale, że przekłucie jej w coś bardziej naturalnego, kosztowało więcej, niż kilka drinków, wypitych w jednym z tańszych barów. Całe szczęście miał wystarczająco dużo siły i energii, by karmić samego siebie naiwnościami. Co przychodziło mu zawsze łatwiej, gdy łączyły się z imieniem Oleandra.
Chociaż jego wyjaśnienie nie dawało mu w zasadzie nic, to drgnął lekko, zanim skinął głową, jakby przyjmował to wyjaśnienie do wiadomości i r o z u m i a ł, co dokładnie chciał mu przekazać. Stopowało to jakoś tę frustrację, która chwilę temu wybudziła się i próbowała dojść do głosu. Żałował w tej chwili, że na przestrzeni tych ostatnich, dorosłych lat, nauczył się taktu, który powstrzymywał go przed zadawaniem pytań tylko dlatego, że formułowały się w jego głowie. A chciał zadać ich całą masę, próbując dowiedzieć się czegokolwiek więcej.
— Gdybyś tak zrobił, prawdopodobnie bym się o ciebie zmartwił — przyznał żartobliwie, trochę nie wiedząc, co innego miał powiedzieć. Niewiele rozumiał, chociaż Ollie odkrywał przed nim coraz więcej szczegółów. Chciał się jednak dowiedzieć, zrozumieć i jakoś to poukładać w głowie, zdobywając pełną historię. Naciskanie na niego byłoby jednak przekroczeniem pewnej granicy, dlatego czekał. Z nadzieją, że mu dobuduje do tego pełniejszy kontekst sam, bez ciągnięcia go za język.
Uderzyło w niego to poczucie wstydu, że był tak ślepy i skupiony na sobie, by nie zorientować się wcześniej. Mógł jedynie cieszyć się z przełknięcia pchających się na usta wyrzutów, dzięki którym nie wtrącił nic, przez co teraz faktycznie uciekłby w popłochu ze swojego miejsca. Chciał zapytać o tyle rzeczy, ale nie umiał na kilka chwil złapać żadnej z myśli, wolno dryfującej mu w głowie.
Przesunął na niego spojrzenie, w którym trochę skruchy mieszało się z zagubieniem. Trwało to jednak kilka sekund, bo zaraz potem zaśmiał się bardziej, niż prawdopodobnie powinien, bo żart ten może i nie był najwyższych lotów, ale tak bardzo go potrzebował, że z ulgą go przyjął. Pokiwał głową na jego słowa, po raz pierwszy w głowie przetwarzając słowo a m p u t a c j a. Brzmiało trochę chłodno i bardzo nienaturalnie.
— To dobrze, wypadam całkiem nienajgorzej. Inna sprawa, że nie pokazywałeś mi za bardzo kolan — zauważył jeszcze żartobliwie. Nie sądził, że jeszcze potrafi odnajdować jakieś ewakuacyjne wyjście w żartach, które opowiadał. Może w innym towarzystwie nadal tego nie umiał, ale Oleander budził w nim przyzwyczajenia, o których istnieniu prawie zapomniał. — Teraz już całkiem rozumiem ten kryzys i rezygnację ze ścieżki kariery. Przykro mi, myślałem, że zakończyłeś ją na własnych zasadach — przyznał. Nie miał pojęcia, co dokładnie powinien powiedzieć. Spodziewał się, że temat ten nie mógł być też wygodny dla Oleandra. Był ciekaw, co tamtego dnia się wydarzyło, jak bardzo wtedy oberwał. Zadziwiające jak różne pojmowanie jego dawnej pracy można mieć, gdy Malcolm nie był świadkiem namacalnych dowodów mierzenia się z żywiołem, bo gdy do niego to w tak widoczny sposób dotarło, poczuł nawet ulgę, że to zakończony w jego życiu etap.
Dopił w międzyczasie swojego drinka, odstawiając na bar pustą szklankę. Nie zdawał sobie do końca sprawy, że unoszenie jej weszło mu w nerwowy nawyk, dopóki kostki lodu nie uderzyły o jego usta, sygnalizując, że na jej dnie nie znajdzie już nic poza nimi, plastrem cytryny i smutnym, na wpół zwiędniętym listkiem mięty.
— Brakuje ci strażakowania? — zapytał po prostu. Gdyby jego ścieżka kariery nagle skręciła, być może by tęsknił za znaną codziennością. Brał jednak pod uwagę, że u Everhartów niektóre oczekiwania po prostu były przekazywane w genach. A to mogło wpływać na odbiór sytuacji.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
29 y/o
Welkom in Canada
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
I could put my arms around every boy I see, but they'd only remind me of you.
I went to the doctor and guess what he told me, guess what he told me?
He said, "Girl, you better try to have fun no matter what you do," but he's a fool.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

W składanej na trzy części, neutralnej w barwach (Oleander do dziś nie znosił tego specyficznego połączenia beżu, granatu i bieli) ulotne subtelnie podsuniętej jego matce przez zatroskaną pielęgniarkę na oddziale rehabilitacyjnym, znajdował się cały obfity paragraf odnośnie koszmarów sennych, które ofiary tragicznych zdarzeń mogły podobno nękać i przez całe lata po danym incydencie. Autor notatki nazywał to, jakże empatycznie, normalną reakcją na nienormalną sytuację, zapewniając, że zdarzyć się to może nawet najodporniejszym psychicznie osobnikom i wcale nie stanowi oznaki słabości czy nieprzystosowania do życia. Pani Everhart długo wpatrywała się w połyskujący świstek plastyfikowanego papieru, a potem - nieszczególnie subtelnie posyłając synowi przepełnione smutkiem spojrzenie - wsunęła go do wewnętrznej kieszeni torebki, tej samej, w której nosiła dokumenty, niezapłacone mandaty i mały, drewniany różaniec. Poklepała skórzany bok torebki jakby upewniając się, że ulotka jest tam bezpieczna. Tak na wszelki wypadek.
Cała ironia polegała jednak na tym, że Oleander - choć ostatecznie dopadły go inne objawy stresu pourazowego, nadal jeszcze lubiące o sobie czasami przypomnieć - nigdy nie miał koszmarów o pożarze. No, przynajmniej nie po wypadku. Nikt go jednak nie zapytał, czy senne zmory nie spotykały go przed nim. A wtedy odpowiedź brzmiałaby zupełnie inaczej.
Najgorsza z nich zawsze zaczynała się i kończyła dokładnie tak samo: na pętli autobusowej przy wylotówce prowadzącej za granice Toronto, w wyjątkowo chłodny, wczesnojesienny poranek. Ollie znajdował się na nim bez większej przyczyny - a przynajmniej zawsze myślał tak na początku. Potem dobiegał go jakiś szelest, i echo znajomego głosu, i nogi - we śnie zawsze obydwie - same wyrywały się w kierunku, z którego dochodziły dźwięki. Dopiero potem widział płomienie. Zawsze błękitne, nigdy w standardowym, pomarańczowo-czerwonym kolorze znanym ludziom z filmów i dziecięcych rysunków. Zachłanne jak głodne zwierzęta, wiły się naokoło sylwetki Malcolma, który we śnie zawsze stał ledwie parę kroków dalej, ale ilekroć Ollie próbował go dosięgnąć, napotykał na niewidzialną barierę zatrzymującą go w miejscu. Noc w noc, Mal otwierał usta, i Oleander zawsze spodziewał się usłyszeć przerażające błaganie o pomoc. Ale Bremers zaraz zwyczajnie się uśmiechał, mówiąc coś, czego brunet nie mógł rozszyfrować.
Więc, co tu dużo mówić, nawet gdyby Malcolm rzeczywiście spłonął (rumieńcem), i Everhart nie mógłby nic na to poradzić, nie byłby to pierwszy raz, kiedy musiałby jakoś uporać się z tym rodzajem nieznośnej bezsilności.
- Kup mi następnego drinka, i jeszcze może się to odmienić - Wypalił w reakcji na uwagę o kolanach, najwyraźniej pragnąc odrobiny humoru, pomagającego mu poradzić sobie z tą niezręcznością, równie silnie jak potrzebował jej Malcolm. Jego ton pozostał lekki, ale równocześnie naznaczony tą samą głębią, którą heteroseksualni mężczyźni silili się na lekko-dwuznaczne żarty w towarzystwie kolegów. Jak gdyby nigdy nic, ze wzruszeniem ramion i przymrużeniem oka, ale i z dbałością, żeby nie przedłużyć kontaktu wzrokowego ani o jedną, zbędną sekundę za wiele. Na wypadek, gdyby zwyczajny wygłup mógł zamienić się we flirt.
Nie chodziło nawet o to, że żartobliwy charakter prowadzonej przez nich wymiany zdań nagle zwiądł i zdechł, bo stało się raczej coś innego, bardziej naturalnego, i z tej właśnie przyczyny o wiele bardziej niebezpiecznego. Konwersacja zdawała się przejmować nad nimi kontrolę, albo może Olliemu tylko się tak wydawało? Jakby ani on, ani Mal nie mieli już panowania nad tym, w jakich obszarach prowadzonej teraz rozmowy zaraz się znajdą, i na ile. Było w tym coś znajomego, znanego. Jak wszystkie te niekończące się dywagacje, które przez krótki, ale intensywny czas ich znajomości sprzed lat potrafili prowadzić tygodniami, z przerwami na sen, garstkę szczeniackich obowiązków (żaden z nich nie płacił jeszcze wtedy podatków...) i jakiś lunch, głównie złożony z węglowodanów i czegoś słodkiego, z bąbelkami, na popicie. Oleander zapomniał już, że rozmowy mogą toczyć się tak... naturalnie. Reminiscencja okazywała się być jednak bolesna i odsłaniająca.
- Szczerze? - Popatrzył na szatyna spode łba, zadając to pytanie tonem wskazującym na fakt, że było retoryczne. Ollie już zdecydował: nie było miejsca na nic innego niż szczerość - Każdego dnia. - Pociągnął krótko nosem - I nie mówię tego z żalem, wiesz? To zwyczajne, przyziemne stwierdzenie faktu. Zdaję sobie sprawę z tego, ile miałem szczęścia... - Pokiwał głową, jakby do niewidzialnego obserwatora, który mógłby go teraz podsłuchać i uznać za niewdzięcznego - Ale czasem czuję się jak koń wyścigowy, który zwichnął ścięgno i teraz całe dnie musi... Nie wiem, Mal. Wozić na plecach dzieci na nadmorskiej promenadzie. Nie mówię, że to co robię nie daje mi satysfakcji... - Westchnął, orientując się, jak bardzo - i jak szczerze - się rozgadał. - Ale wydaje mi się, że to już nigdy nie będzie to samo.

malcolm bremers
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Śmiech, który wyrwał się z gardła Malcolma nie był jedynie przejawem ulgi, że Ollie podał mu tę rękę, prowadząc go do wyjścia ewakuacyjnego, którego sam usilnie szukał. To poczucie odciążenia wiązało się nie tyle z jego słowami, ile z faktem, że coraz bardziej naturalnie chwilami przychodziło im żartowanie. Co bardzo szybko zakrywało wspomnienia, odbijającej się na policzkach niezręczności. Zanim odpowiedział, pozwolił sobie pokiwać powoli głową, dając Oleandrowi sygnał, że zgadzał się na te — nie ma co udawać — nieszczególnie wyszukane, czy drogie warunki.
— Mam cichą nadzieję, że to oferta dedykowana mnie i nie wyceniasz ich tak nisko częściej — przyznał trochę żartobliwie, z zadziwiającą zuchwałością, która, wyjątkowo, nie wywołała w nim nawet zawstydzenia. Co przecież zdarzało się wyjątkowo często w towarzystwie Olliego, który wydawał się znajomy na tylu płaszczyznach, ale też całkowicie obcy. O ile Oleander mocno zakreślał granicę między żartem a flirtem, tak Mal zdawał się ją trochę zbyt śmiało zacierać. Nie mógłby zrzucać tego na alkohol — nawet niesięgający po niego zbyt często Bremers, nie czuł jeszcze rozluźniającego szumienia, które w przypadku przesady, stawałoby się wygodną wymówką.
Nie umiałby wskazać, czy to wszystko faktycznie szło tak gładko, czy może niektóre fragmenty tego spotkania sam idealizował, przekonując samego siebie, że było lepiej, niż się temu spiętemu jeszcze o poranku Malcolmowi, mogło wydawać. Bez drinka wypitego w innym barze dla odwagi, bez idealnego scenariusza rozmowy i z trochę nerwowym odkryciem, jak ślepy i głupi był podczas ich pierwszej rozmowy.
Uniósł brwi, a głowa lekko mu drgnęła w ramach potwierdzenia, którego Ollie wcale nie potrzebował. Wreszcie czuł, że trochę lepiej poznaje tego dorosłego Oleandra. Nie mógł może nadrobić podczas najbliższych spotkań kilkunastu lat, gdy ich kontakt nie istniał, ale odkąd znowu na niego wpadł (chociaż w p a d ł stanowiło eufemizm, skoro pojawiał się w obserwatorium z pełną premedytacją), wiedział, że byłby więcej, niż rozczarowany, gdyby było to chwilowe.
Malcolm niewiele myślał w tej chwili o tym, jak odbijało się to na jego życiu, które i tak nie układało się tak, jak powinno. Nie chciał myśleć, jak świadczyło o nim to, że w jego myślach Oleander rozepchał się na tyle skutecznie, że nie znalazło się tam miejsca na wnioski, odkąd tutaj z nim siedział, jak nie fair zachowywał się w stosunku do swojej żony. Uderzyło go jednak za to, że pierwszy raz, od dawna miał wrażenie, że jakoś więcej było w nim dawnego Malcolma. Tego, którego nie stłamsiła dorosłość, nieudane małżeństwo, czy często ponad ośmiogodzinna praca.
— To bardzo barwne porównanie — zauważył, pozwalając sobie wygiąć usta w uśmiechu. Rozbawionym, szczerym, ale z całą pewnością nieprześmiewczym. Wyciągnął jednak z całej wypowiedzi sens, a ten sprawił, że na kilka chwil zawiesił spojrzenie na jego twarzy, śmiało dość szukając wzroku Oleandra. — A czemu? W sensie co najbardziej lubiłeś? — zapytał po prostu. Nie silił się na psychologiczną analizę, nie o to chodziło. Odkrywał dopiero tego dorosłego Oleandra i chciał wiedzieć więcej. W końcu Malcolm miał okazję obcować z dwoma, skrajnie różnymi wersjami — tą, która wiedziała, że tego chce i podporządkowała sobie pod to dorosłość oraz aktualną, która już tę część swojego życia miała za sobą.
— Oczywiście, jeśli chcesz w ogóle omawiać swoją zakończoną karierę. Jak ci się to nie uśmiecha, możesz po prostu kazać mi spadać z pytaniami — zapewnił go, by wiedział, że uszanuje w pełni każdy unik, jaki Oleander zdecyduje się wykonać. Uniósł przy tym lekko kącik swoich ust, co miało podziałać jakoś przekonująco i niezobowiązująco.
Zsunął też z niego to baczne spojrzenie, nawiązując kontakt wzrokowy wreszcie z barmanem, więc gdy ten przystanął obok, zamówił im następną kolejkę tego, co pili chwilę temu. Co wcale nie wiązało się jakoś ściśle z obietnicą pokazania kolan, jeśli tym razem Bremers przyjmie płatność na siebie.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”