ODPOWIEDZ
41 y/o
For good luck!
185 cm
projektant i krawiec w domu
Awatar użytkownika
depresja i wirujący seks zamknięte w ciele projektanta
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Uwielbiał pracę z ludzkim ciałem. Ogólnie uwielbiał ludzkie ciało. W końcu był projektantem. Uważał, że ludzkie ciało było idealne pod każdym względem i w każdej formie. Nie był jakimś perwersyjnym dziwakiem, który lubił się gapić i macać ludzi. Lubił ludzi, ale w sumie ze znaczną większością nie chciał mieć większego kontaktu. Był raczej prywatny. Nie mówiąc już o tym, że sława sprawiała że trafiał na ludzi, na których nie chciał. Prywatność była więc cechą, której się nauczył i którą szybko zaczął akceptować. Tak mu się tez żyło lepiej. Nie potrzebował wianuszka ludzi wokół siebie. Przez większość jego życia wystarczyła mu tylko obecność swojego partnera i adoptowanej córki.
   Całym jego życiem była bowiem jego praca. Lubił zaszywać się w swojej pracowni, przelewać swoje pomysły na papier a następnie wprowadzać je w życie. I był w tym cholernie dobry. Jego projekty pokazywane były na wybiegach na najważniejszych pokazach mody, zdobiły ciała największych gwiazd i w końcu kończyły na wystawach w muzeach. Miał swoich wielbicieli nie tylko wśród ludzi, których było stać na jego kreacje. Jemu jednak wystarczyły cztery ściany i dwie najważniejsze osoby w jego życiu. Był szczęśliwy i to przez wiele lat. Nigdy nie przypuszczał, że kiedyś okaże się, że wszystko to straci.
   Od dłuższego czasu jego kolekcje nie osiągały takiego sukcesu, jakiego wszyscy od niego oczekiwali. Jego ostatnia kolekcja zaliczyła spektakularną klapę i przypieczętowała jego los dyrektora kreatywnego marki, którą stworzył na własnych ramionach. Był wkurwiony. Nie… powiedzieć, że był wkurwiony było niedopowiedzeniem. Postanowiono więc dać mu jeszcze jedną, ostatnią szansę i wszystko układało się dobrze, do czasu wypadku.
   Ten lipcowy dzień na zawsze zapisze się w jego pamięci i chociaż nie było go przy tym, co się wydarzyło, to rozgrywał to wszystko w swojej głowie, jakby stał gdzieś z boku i widział wszystko w zwolnionym tempie. Pogrzeb jego partnera i nowonarodzonej córeczki był ostatnim ciosem, który sprawił, że szanse na podreperowanie kariery nastąpią. On to wiedział i wiedzieli to wszyscy inni. Zaszył się więc z daleka od wszystkiego co znał i kochał, a jedyną osobą, którą do siebie dopuszczał, była biologiczna córka jego partnera, która stanowiła ostatnią cząstkę, jaka po nim została. Simon stał się bohaterem tragicznym swojej własnej historii i jedyne, co trzymało go przy życiu była ta odrobina pracy, którą miał na Lazurowym Wybrzeżu i szycie ubrań dla stałej klienteli.
   W końcu jednak przyszła wiadomość, której się spodziewał, ale jednocześnie miał nadzieję, że uda mu się przed nią uciec. Wieść, że chcą go zastąpić była ostateczna. Mieli już osobę, która miała przejąć jego miejsce. Poprosił jednak o możliwość stworzenia ostatniej, zamykającej kolekcji, która byłaby jego pożegnaniem. Zgodzili się na to.
   Postanowił, że idealnym miejscem na tworzenie okaże się jego rodzinne miasto i właśnie dlatego wrócił do Toronto. Kupił tu dom, w którym założył swoją pracownię i w sumie na tym to się zakończyło, bo od momentu przeprowadzki nie udało mu się stworzyć żadnego sensownego projektu. Zamiast tego szyje dla ludzi bogatych i wpływowych.
   I to właśnie robił w tym momencie, gdy klęczał na podłodze i po raz kolejny poprawiał nogawkę spodni, która cały czas nie była taka, jaką chciał, by była. I strasznie go to irytowało. Nasunął okulary na oczy i spojrzał w górę na twarz blondyna.
   – Słuchaj no, kolego, noga ci się trzęsie i jak się nie uspokoi, to będę ją musiał przywiązać do jakiegoś kija od szczotki – zażartował. Pomimo irytacji na to, że praca nie szła tak, jak powinna, był w całkiem dobrym nastroju. Marcus był jego nowym klientem. Był młody, przystojny, dobrze się na niego patrzyło i na nim pracowało. Nie mówiąc o tym, że garnitur, który udało im się wspólnie stworzyć był prawdziwym dziełem sztuki.

Marcus West
25 y/o
For good luck!
186 cm
Hokeista Toronto Marlies
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/Jego
typ narracji3 os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Mac miał dwadzieścia pięć lat i coraz częściej dochodził do wniosku, że dorosłość była jednym wielkim oszustwem. Kiedy był dzieciakiem, wyobrażał sobie, że w tym wieku będzie miał już wszystko poukładane. Wiesz o czym mówię; własny samochód, świetna praca, mnóstwo pieniędzy i może nawet kogoś, kto będzie na niego czekał po powrocie do domu, czyli to wszystko co chciałby każdy człowiek na tej planecie. Cóż, samochód rzeczywiście posiadał, pracę również, chociaż na lodowisku regularnie mocno obrywał kijem hokejowym, a jego życie uczuciowe przypominało pustą lodówkę w niedzielny wieczór. Niby można było coś w niej znaleźć, ale zazwyczaj nie było to nic szczególnie zachęcającego i godnego uwagi. Z pieniędzmi też bywało różnie, bo choć zarabiał całkiem przyzwoicie, tak niestety posiadał niezwykły talent do wydawania ich na rzeczy, których absolutnie nie potrzebował. Ostatnio kupił chociażby sięgającego mu do pasa plastikowego flaminga, którego nazwał Burger. Czemu Burger, bo akurat był wtedy dosyć głodny. Ubrał go dodatkowo w okulary przeciwsłoneczne i postawił przy drzwiach wejściowych, żeby pilnował mieszkania, bo skoro na psa nie mógł sobie na razie pozwolić to coś innego musiało go godnie reprezentować. Zakupu dokonał o drugiej w nocy, będąc pijanym oraz święcie przekonanym, że to najlepsza inwestycja w jego życiu. Rano nie potrafił już wyjaśnić, dlaczego wydał osiemdziesiąt dolarów na różowego ptaka, ale skoro Burger zdążył już zostać jego przyjacielem, uznał, że oddawanie go byłoby niegrzeczne. Co więcej, od tamtej pory regularnie witał się z nim po powrocie z treningów, a kiedy pewnego dnia przewrócił go przeciąg, Marcus przez dobre pięć minut przepraszał go za niezapewnienie odpowiednich warunków w mieszkaniu. Czy to absurdalne zachowanie? Ktoś powiedziałby, że tak, ale Mac już taki po prostu był.
Mimo podejmowanych przez siebie absurdalnych, życiowych decyzji, tak przynajmniej hokej pozostawał właściwie jedyną dziedziną jego życia, w której naprawdę wiedział co robi. Na lodzie wszystko wydawało się znacznie prostsze. Były zasady, określony cel i przeciwnik, którego należało pokonać, nawet kiedy dostawał porządnie w kość, przynajmniej rozumiał dlaczego. Poza lodowiskiem sprawy wyglądały nieco inaczej, bowiem nie istniał żaden trener, który mógłby wskazać mu właściwy kierunek, ani tablica wyników informująca czy właśnie wygrywał, czy po raz kolejny wszystko spieprzył. Marcus potrafił podejmować fatalne decyzje z taką pewnością siebie, jakby ktoś wręczał za nie medale i zapewne nazbierała by się już nie mała kolekcja.
Obecnie stał przed lustrem w garniturze, którego cena zapewne przyprawiłaby jego ojca o zawał i pozwalał Simonowi poprawiać kolejne szczegóły stroju. Musiał przyznać, że efekt prezentował się naprawdę dobrze. Do tego stopnia, że przez krótką chwilę zastanawiał się, czy nie powinien zacząć częściej nosić podobnych ubrań. Pomysł porzucił równie szybko, gdy przypomniał sobie ile wysiłku wymagało samo przygotowanie się do przymiarki. Sam miał wystarczająco dużo problemów z przyszyciem guzika, a ostatnia próba wyprasowania koszuli zakończyła się zakupem nowej. Problem tkwił raczej w tym, że pozostawanie nieruchomo przez dłuższy czas wydawało mu się zajęciem kompletnie sprzecznym z ludzką naturą. Przyzwyczajony do ciągłego ruchu, treningów i pośpiechu już po kilku minutach zaczynał odruchowo przenosić ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Nie pomagało nawet obserwowanie własnego odbicia, chociaż trudno było odmówić mu odrobiny próżności. W końcu nie codziennie wyglądał jak ktoś, komu można bez obaw powierzyć kluczyki do luksusowego samochodu.
- Stanie w miejscu jest zbyt nużącym zajęciem. Nie wiem jak Ty to robisz, ale ja po dziesięciu minutach zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie wymyślili krzesła. - Odpowiedział z łobuzerskim uśmiechem na ustach. - Zresztą gdyby stanie w miejscu było dyscypliną olimpijską, to prawdopodobnie szybko zostałbym zdyskwalifikowany. Ale spokojnie, już się nie ruszam. - Ostatnie słowa wypowiedział z tak przekonującą pewnością siebie, że niemal sam był gotów w nie uwierzyć. Uśmiechnął się szeroko do swojego odbicia, po czym ponownie spojrzał na projektanta, tym razem już bez poruszania nogami. -Tak całkiem serio, kawał dobrej roboty. Wyglądam jak facet, który ma własną firmę, płaci podatki przed terminem i nigdy nie zapomniał o urodzinach swojej drugiej połówki. Co prawda nie mam ani firmy, ani nie jestem w związku, ale z podatkami akurat radzę sobie całkiem nieźle. Przynajmniej tak twierdzi mój księgowy - Dodał, unosząc lekko brwi i spoglądając w dół na Simona. Przyglądał mu się o tą jedną chwilę za długo i kiedy zdał sobie z tego sprawę, szybko powrócił wzrokiem do lustra. Obiecał mu stać nieruchomo, ale przynajmniej o gadulstwie nie było mowa.
- Tylko błagam, nie każ mi stać tak jeszcze przez godzinę. Bo jeśli zemdleję z nudów, będziesz musiał tłumaczyć ratownikom, że nie zrobiłeś mi nic złego, tylko próbowałeś uszyć spodnie.- Cóż gdyby nawet i mu tu zemdlał to nie miałby żadnych sprzeciwów ku temu, by Simon nagle zrobiłby mu usta-usta. Przystojny z niego mężczyzna, nie uszło to uwadze Marcusa, co prawda nigdy nie flirtował z wiele starszymi od siebie, ale czemu miałby tego nie zmienić. Tym bardziej, gdy był skazany na nieruchome stanie. - A tak właściwie, wszystkich swoich klientów tak długo trzymasz przy sobie, czy tylko tych przystojnych? Bo zaczynam podejrzewać, że to jakiś bardzo skomplikowany sposób na podryw. Wcześniej trwało to znacznie krócej.

Simon Rossi
41 y/o
For good luck!
185 cm
projektant i krawiec w domu
Awatar użytkownika
depresja i wirujący seks zamknięte w ciele projektanta
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Simon nie był już najmłodszy. Wchodził bowiem w piątą dekadę swojego życia i chociaż świadomość tego była przytłaczająca, bo przecież nikt nie chce być zestawiony z myślą o swojej własnej śmiertelności, to Rossi nie bał się starości. Jego spokojne nastawienie wynikało przede wszystkim z faktu, że mógł sobie pozwolić na to, by zapewnić sobie przyzwoite życie na starość. I nie chciał tego faktu ukrywać. Oczywiście nie myślał o tym, że będzie stary i o momencie, w którym to nastąpi, ale myślał, że był na to przygotowany. Z drugiej jednak strony na starość nie dało się tak dobrze przygotować.
   Śmierć męża pokazała mu, że życie potrafiło być ulotne. Doszedł do wniosku, że wiele osób traktuje je tak, jakby było ono komuś zagwarantowane, a nie była to prawda. Za każdym razem, gdy budził się rano i przeglądał w lustrze, wiedział, że los postanowił podarować mu kolejny dzień. Nie było to żadne uduchowione spostrzeżenie, lecz zauważenie faktu. Jeśli ktoś chciałby na to spojrzeć z jego perspektywy, to zrozumiałby, że w sumie, potężnie to upraszczając, miało się dokładnie pięćdziesiąt procent szans na to, że faktycznie otworzy się oczy. W sumie w każdą sekundę wchodziło się z tym samym prawdopodobieństwem, że będzie ona tą ostatnią. Oczywiście później pojawiało się setka czynników, które wpływały na to prawdopodobieństwo, ale ta delikatna równowaga gdzieś tam pozostawała.
   Ciężko mu było podnieść się po wypadku. Świadomość, ze utracił ukochanego była czymś okropnym. Przez jakiś czas, żeby poczuć się lepiej, utwierdzał się w kłamstwie, że jego partner po prostu postanowił od niego odejść i zniknąć z jego życia, zaszywając się w jakimś niedostępnym dla Simona miejscu. Tego typu rozłąka była dla niego niezwykłym pocieszeniem, bo nawet jeśli nieprawdziwa, to dawała mężczyźnie wizję tego, że jeszcze kiedyś mogliby się spotkać. Rzeczywistość, w której był okazywała się więc wyjątkowo tragiczna. Śmierć była bowiem finalna, nieodwracalna. Simon nie wierzył w duchy, więc nie miał możliwości, by pozwolić sobie na to, że jego partner skontaktuje się z nim zza grobu. Już nigdy nie mógł go spotkać. I było to najgorszym uczuciem, jakie mógł poczuć.
   Zniknął więc ze świata, radząc sobie ze swoją żałobą na własną rękę przez trzy, długie lata. Jedyne co trzymało go od utraty zmysłów była jego adoptowana córka i praca. Praca była kolejną miłością w jego życiu. Pewnie ktoś mógłby go nazwać pracoholikiem, gdyby nie zdawał sobie sprawy z tego, że Rossi w rzeczywistości nie oddaje z siebie wszystkiego. Starał się zachowywać zdrowy umiar i dbał też o swój czas wolny. Był ogarnięty i była to rzecz, z której naprawdę był dumny, bo uważał to za dość trudne do osiągnięcia.
   A więc w wieku czterdziestu jeden lat był człowiekiem, który swoje życie miał w miejscu, w którym chciał. Oczywiście fakt, że chcieli się go pozbyć z jego własnego domu mody było poważną i głęboką rysą na tym wszystkim, ale… cóż, wiedział, że jeśli straci posadę, to komfort jego dalszej egzystencji nie zmieni się zbyt drastycznie. Niewiele osób mogło sobie na taki komfort pozwolić.
   Dlatego też, być może, nie spieszył się ze stworzeniem swojej ostatniej kolekcji i zamiast tego wolał pracę z rzeczywistym klientem. Możliwość rozmowy z kimś była przyjemna. Jeszcze wtedy, gdy był zaszyty na Lazurowym Wybrzeżu zrozumiał, że całkowita izolacja nie wchodziła w grę. Bycie zamkniętym ze swoimi tylko myślami było okropne i potrzebował jakiegoś innego głosu i opinii.
   Marcus wśród jego klienteli pojawił się dość nagle i zupełnie niespodziewanie. Rossi był znany w świecie mody niemalże wszystkim, jednak większość z jego klientów była ludźmi w jego wieku i rzadko pracował z kimś młodym i energicznym. Możliwość pracy z kimś takim jak West początkowo przyprawiła go o grymas niezadowolenia, jednak szybko otworzyły się przed nim drzwi do wyzwania i okazji do eksperymentowania.
   O chłopaku wiedział tylko tyle, że był młodym sportowcem, bo inne rzeczy nie miały w jego zawodzie znaczenia. Marcus nie był kobietą, przez co jego strój nie musiał oddawać charakteru, bo od mężczyzn się tego nie wymagało. Było to olbrzymią wadą męskiej branży modowej, bo rzadko można było pozwolić sobie na eksperymentowanie i zabawy formą. I nawet teraz w tym przypadku, chociaż sam zdecydował się na lekkie eksperymenty, to garnitur i tak prezentował się dość normalnie. Był z niego jednak zadowolony, bo chociaż jego wygląd nie odstawał na tle innych, to wprawne oko ludzi, którzy zajmowali się analizowaniem strojów mogli dość łatwo dostrzec jego próby na przełamanie tradycji. Miał nadzieję, że próby te zostaną docenione i nie uznane za szaleńcze podrygi osoby próbującej ratować resztki swojej kariery.
   – Postaraj się, bo okaże się później, że jedna nogawka jest dłuższa a druga krótsza… chyba nie chcesz żeby ludzie myśleli, że masz nogi różnej długości – stwierdził. Czasami źle skrojony strój mógł wpływać optycznie na proporcje czyjegoś ciała. No a Simon był na takim etapie swojej kariery, że nie mógł sobie pozwolić na takie podstawowe błędy. Na potwierdzenie tych słów złapał nogawkę w kolanie, zebrał odrobinę materiału i spiął go agrafką tak, że nogawka zwęziła się tak, jak tego chciał. Zmiana nie była zbyt duża i pewnie dla kogoś innego okazałaby się wyjątkowo mało istotna, jednak dla jego oka robiła różnicę.
   – Dostrajanie zawsze jest procesem czasochłonnym… poza tym, jeśli chcesz być przez ludzi brany na poważnie, to musisz się prezentować nienagannie – powiedział, gdy już zabrał się za drugą nogawkę. Jego oczy ciągle utkwione były w materiale, którego jakość była zatrważająco doskonała. Simon był pełen podziwu, że chłopaka było stać nie tylko na jego usługi, ale również na zakup takich tkanin. Nie śmiał więc wątpić w jego zdolności do płacenia podatków.
   – Każdego… tych przystojnych wolę rozbierać – powiedział, chociaż żartował. Był już w tym wieku, że nie myślał o podrywaniu i byciu podrywanym. Nie mówiąc już o tym, że takie rzeczy nie przychodziły mu do głowy, gdy pracował. No ale skoro West już o tym zaczął, to Simon musiał przyznać, że z osobami pięknymi i przystojnymi pracowało mu się znacznie przyjemniej. Uśmiechnął się lekko podwijając jego nogawkę, żeby pozaznaczać, do jakiej długości ją skrócić.
   – Poza tym zawsze myślałem, że młodym sportowcom nie brakuje wytrwałości… więc jak to jest z tobą, co? We wszystkim nie potrafisz wytrzymać zbyt długo, czy tylko w staniu nieruchomo? – zapytał, nie wiedząc, czy próbuje z nim faktycznie flirtować, czy obraża go w jakiś dziwny sposób.

Marcus West
25 y/o
For good luck!
186 cm
Hokeista Toronto Marlies
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn/Jego
typ narracji3 os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Ludzie podobno najbardziej bali się śmierci, chociaż on sam uważał, że zdecydowanie gorsza była w tym wszystkim niewiedza. Śmierć stanowiła coś ostatecznego, coś czego na pewno nie można było już cofnąć ani zmienić, niezależnie od tego jak bardzo człowiek tego pragnął. Marcus tak samo jak Simon doskonale wiedział, jak to jest stracić bliską mu osobę. Choć w jego przypadku nie był to nagły wypadek, a wręcz zamierzony cel skończenia swojego żywota. Jego matka odebrała sobie życie i to on na nieszczęście jako pierwszy ją znalazł. Nie zostawiła mu nawet jakiegokolwiek listu, który pomógłby mu zrozumieć podjętą przez nią decyzję. Nie przejawiała wcześniej konkretnych objawów depresji przez co latami zastanawiał się, czy czegoś nie zauważył. Czy powinien był częściej z nią rozmawiać, a może wydarzyło się coś takiego o czym nigdy mu nie powiedziała. Ojciec jej coś zrobił? Ona coś zrobiła i poczucie winy nie dawało jej spokój? A może stało się coś innego? Najbardziej nie potrafił zrozumieć, dlaczego mu to zrobiła, dlaczego zostawiła go samego z ojcem alkoholikiem, mającym go tak naprawdę w dupie. Dlaczego pozwoliła, żeby ostatnim wspomnieniem jakie miał z nią związane był dzień w którym znalazł ją leżąca z podciętymi żyłami? Kochał ją, cholernie za nią tęsknił, a jednocześnie czasami był na nią tak wściekły, iż sam nie potrafił sobie z tym poradzić. Mógł jedynie zgadywać co nią kierowało, a zgadywanie przez kilkanaście lat potrafiło doprowadzić człowieka do szaleństwa.
Marcus nie lubił rozmawiać o matce. Właściwie nie lubił rozmawiać o żadnej części swojego życia, która sprawiała, że ktoś spojrzałby na niego ze współczuciem. Wkurzały go te spojrzenia innych ludzi, te niezręczne momenty ciszy i wszystkie zapewnia o lepszym jutrze, czy czasie leczącym rany. Skąd ludzie mogli to wiedzieć? Czy posiadali jakąś magiczną kulę, która pozwalała im przewidywać przyszłość? Jeśli tak Marcus chętnie pożyczyłby ją na kilka godzin, chociaż prawdopodobnie wykorzystałby ją przede wszystkim do sprawdzenia wyników najbliższych meczów lub wygranych liczb w grze o miliony dolarów. Zamiast opowiadać o swojej przeszłości, wolał więc żartować. Robił to tak często, że większość znajomych prawdopodobnie uznałaby go za człowieka, który nigdy w życiu nie miał żadnego poważnego problemu i właśnie o to mu chodziło. Nikt nie zadawał trudnych pytań komuś kto potrafił zrobić z siebie idiotę jeszcze przed śniadaniem, a Marcus był w tym naprawdę dobry.
W obecności Simona również nie zamierzał zmieniać swojej strategii. Mężczyzna nie musiał wiedzieć o jego przeszłości, problemach z ojcem, dokonanymi kradzieżami, częstym piciem ani o wszystkich sprawach, które Mac tak chorobliwie ukrywał przed światem. Był tutaj przecież po garnitur, a nie po darmową sesję terapeutyczną. Chociaż patrząc na cenę eleganckich ubrań, zaczynał podejrzewać, że za podobne pieniądze mógłby wykupić sobie przynajmniej pół roku spotkań z psychologiem.
- Ja prawdopodobnie już dawno uznałbym, że obie nogawki wyglądają wystarczająco podobnie, a ewentualną różnicę można zwalić na krzywą podłogę.- Odezwał się w końcu, spoglądając na Simona z lekkim rozbawieniem. Marcus miał takie pojęcie o modzie, co był zaginionym księciem Londynu, czyli zerowe. Zostawił więc wszystko w rękach starszego od siebie mężczyzny i specjalnie starał się chociaż na trochę utrzymać nogi nieruchomo, byleby za bardzo nie utrudniać mu jednak pracy. Nie był jednak do końca przekonany, czy garnitur rzeczywiście mógł sprawić, iż ludzie zaczęliby postrzegać go inaczej. Ale jeśli istniała choćby niewielka szansa, że dzięki odpowiednio dobranej marynarce jego trener przestanie traktować go jak wyjątkowo niesfornego nastolatka, był gotów zaryzykować.
- Zatem pytanie czy według Ciebie zaliczam się do grona tych przystojnych i czy w obecnej usłudze uszycia mi garnituru, znalazłoby się również nagłe ściągnięcie go ze mnie. - Marcus od razu wyczuł, że Simon sobie żartował, jednak sam postanowił trochę to podkręcić. Chciał wiedzieć na ile może sobie pozwolić i czy mężczyzna podłapie próby dalszego flirtu. Trzeba było jakoś zabić czas, w dodatku niezłe z niego ciacho więc nie miałby żadnych przeciwwskazań, by trochę się z nim zabawić. Testosteron w nim buzował, dawno z nikim nie spał, był wolny i frywolny zatem nic dziwnego, że trochę mu się teraz odpaliło.
- Uwierz mi, z wytrzymałością nie mam najmniejszych problemów. Niestety od kilku dni nie byłem na lodowisku, więc wyjątkowo dzisiaj rozpiera mnie energia - Odpowiedział zgodnie z prawdą. Przez badania lekarskie i spotkania z prawnikiem odnośnie dokonanej kradzieży, musiał odpuścić sobie parę treningów. Jednak od jutra zamierzał już wrócić, zresztą nie mógł pozwolić sobie na zostanie wywalonym. Zależało mu w końcu na zostaniu zawodowcem w najlepszej drużynie w Toronto, to jego największe marzenie. -Ale jeśli pytasz o wytrzymałość w innych sytuacjach to obawiam się, że musiałbyś sam to sprawdzić. - Dodał z niewinnym uśmiechem, który nie miał w sobie absolutnie nic niewinnego. - Nie chciałbym przecież składać obietnic bez pokrycia.

Simon Rossi
ODPOWIEDZ

Wróć do „#109”