ODPOWIEDZ
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

08.


Harris Morgan zdążył już dojść do wniosku, że pomysł wyjścia ze szpitala na lunch był jedną z tych decyzji, które na papierze wyglądały znacznie lepiej niż w praktyce. Od chwili, gdy opuścił Mount Sinai, musiał omijać grupy ludzi dyskutujących o przyczynach awarii, a telefon uparcie informował go o braku zasięgu. Nie wykluczał cyberataku, ale nie zamierzał prowadzić dochodzenia przy okazji poszukiwania kanapki.
Stanął przy niewielkiej budce z jedzeniem na wynos, wciśniętej między sklep z artykułami gospodarstwa domowego a zamknięty punkt usługowy. Właściciel, ewidentnie przyzwyczajony do pracy w wyjątkowych warunkach, przyjmował zamówienia i płatności gotówką. Harris zamówił coś, co przynajmniej z nazwy przypominało pełnowartościowy posiłek, zapłacił banknotem wyciągniętym z portfela i odsunął się na bok, żeby nie blokować miejsca kolejnym osobom.
Miał za sobą kilka godzin pracy w szpitalu, gdzie awaria prądu oznaczała znacznie więcej niż niedziałające światła i konieczność rezygnacji z płatności kartą. Zasilanie awaryjne podtrzymywało działanie najważniejszych systemów, a personel radził sobie z kolejnymi komplikacjami. Harris liczył na kilkanaście minut przerwy, zanim wróci do budynku i znów stanie się częścią szpitalnego mechanizmu.
Zerknął w stronę skrzyżowania. Brak sygnalizacji zmieniał zwykłą ulicę w niezbyt udany eksperyment społeczny. Kierowcy ustalali pierwszeństwo za pomocą gestów i klaksonów, piesi przedzierali się między samochodami, a każdy zdawał się liczyć na to, że pozostali wykażą się większym rozsądkiem. Harris właśnie doszedł do wniosku, że następnym razem po prostu zamówi jedzenie do szpitala, kiedy usłyszał długi klakson, pisk opon i głuchy huk.
Przez krótką chwilę wszystko zdawało się zatrzymane. Potem ktoś krzyknął, a z okolic skrzyżowania dobiegł kolejny głos, tym razem wyraźnie przerażony.
– Niech ktoś wezwie pomoc!
Harris odstawił zamówienie na blat i ruszył biegiem, przeciskając się między ludźmi. Przy krawężniku leżał mężczyzna, a kilka kroków dalej stał samochód z przednim zderzakiem przekrzywionym pod nienaturalnym kątem. Kierowca zatrzymał się na moment, ale zanim ktokolwiek zdążył podejść, auto gwałtownie ruszyło i zniknęło za skrzyżowaniem. Za uciekinierem posypały się krzyki i przekleństwa.
– Świetnie – mruknął Harris pod nosem, po czym skupił się na rannym. Mężczyzna był przytomny, ale zdezorientowany. Krew spływała mu po twarzy, a oddech miał wyraźnie przyspieszony. Harris przykucnął obok, przedstawił się i szybko ocenił jego stan, po czym powstrzymał go gestem, gdy próbował się podnieść. – Proszę zostać w tej pozycji. Nie próbujemy wstawać, dobrze?
Zaraz potem wskazał jednego z gapiów.
– Proszę zadzwonić pod 911 i podać dokładną lokalizację. Pieszy potrącony przez samochód, uraz głowy, ramienia, przytomny, ale zdezorientowany. Niech pan zostanie na linii z dyspozytorem.
Poprosił kolejną osobę o przyniesienie apteczki, a gdy ta się pojawiła, zabezpieczył krwawiącą ranę i polecił stojącej obok kobiecie przytrzymać opatrunek. Sam pozostał przy poszkodowanym, pilnując, by nie wykonywał gwałtownych ruchów, i utrzymując z nim kontakt. Mężczyzna próbował zrozumieć, co się stało, po chwili zaczął też dopytywać o żonę. Harris odpowiadał spokojnie, nie obiecując niczego, czego nie mógł zagwarantować.
– Pomoc jest w drodze. Proszę skupić się na mnie i powiedzieć, jak się pan nazywa.
Wokół narastał szmer rozmów. Ktoś twierdził, że samochód był czarny, ktoś inny upierał się przy granatowym. Inna osoba widziała część tablicy rejestracyjnej, ale nie była pewna, czy dobrze ją zapamiętała.
Dopiero kiedy z oddali dobiegł dźwięk syren, Harris spojrzał w stronę ulicy. Pierwszy radiowóz wjechał na skrzyżowanie, zmuszając kierowców do zatrzymania, a za nim pojawił się drugi. Funkcjonariusze zaczęli zabezpieczać miejsce zdarzenia i ustalać, w którą stronę odjechał samochód. Chwilę później obok policyjnych aut zatrzymała się karetka. Ratownicy wyskoczyli z niej z torbami medycznymi i podbiegli do poszkodowanego, a Harris od razu przekazał im najważniejsze informacje.
– Anestezjolog, Mount Sinai. Pieszy potrącony przez samochód, który uciekł z miejsca zdarzenia. Pacjent przez cały czas przytomny, ale zdezorientowany, rana głowy z obfitym krwawieniem, bolesne ramię. Możliwy uraz szyi, nie wykluczam też obrażeń wewnętrznych. Ucisk na ranę utrzymuje ta pani.
Gdy ratownicy przejęli opiekę nad mężczyzną, Harris odsunął się, żeby zrobić im miejsce. Dopiero wtedy spojrzał na własne dłonie. Krew zdążyła zaschnąć w zagłębieniach skóry, a mankiet koszuli był niemal całkowicie przesiąknięty na jednym brzegu. Przetarł palce gazą podaną przez ratownika i wyprostował się, pozwalając, by interwencję przejęli już inni.
W tym samym czasie z jednego z radiowozów wysiadła funkcjonariuszka. Harris początkowo tylko zarejestrował ruch na obrzeżach zbiegowiska, ale kiedy kobieta odwróciła się w stronę miejsca wypadku, rozpoznał znajomą sylwetkę.
Cobie.
Przez moment patrzył na nią z lekkim niedowierzaniem, stojąc pośród ludzi, policyjnych świateł i ratowników pochylonych nad poszkodowanym, z zakrwawioną koszulą i kawałkiem gazy w dłoni. Ze wszystkich możliwych sposobów, w jakie mogli znów na siebie trafić, ten zdecydowanie nie znajdował się wysoko na jego liście.


Cobie Takeda
32 y/o
For good luck!
155 cm
Detective Constable Toronto Police Service
Awatar użytkownika
Don’t mistake being gentle for being weak.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Minęło kilka lat, odkąd Cobie musiała ubrać mundur policyjny. Oczywiście zdarzały się jakieś wydarzenia oficjalne, ale to było coś zupełnie innego. Raz, że galowy mundur był z lepszych materiałów, a dwa, że po prostu wyglądała w nim zajebiście. Mundur codzienny był poliestrowy i po kilku godzinach w radiowozie czuła po prostu, że... Nie pachnie najlepiej, bo nie można powiedzieć o księżniczce, że śmierdzi...
Blackout był na tyle poważny, że TPS rzuciło do pracy wszystkie zasoby. Także tych policjantów, którzy pracowali w innych wydziałach niż drogówka. Oczywiście, gdyby trafiła na jakąś sprawę, to wróciłaby do swojej służby, ale póki co mogła przez jakiś czas pochodzić w mundurze i pomóc kolegom w codziennej pracy policji. Zabawne, że zazwyczaj taki dzień był formą kary – upomnienia za nieodpowiednie zachowanie albo wywyższanie się nad szeregowymi policjantami. Tym bardziej że technicznie rzecz biorąc nadal była konstablem, nawet jeśli pracowała jako detektyw.
Kiedyś nawet lubiła jeździć radiowozem i patrolować ulice. Tyle że jesień nadeszła dość gwałtownie, chłód wdzierał się we wszystko, a kontrolowanie ruchu, odpowiadanie na wypadki czy wezwania pomocy właściwie trzymało całą policję na nogach przez cały czas.
Skończyła właśnie raportować do centrali całe zdarzenie. Przez szybę radiowozu obserwowała Harrisa z małym uśmiechem uznania. Podobało jej się to, jak bardzo był opanowany w tej trudnej sytuacji. Zabawne, że ta sama cecha – opanowanie – tak bardzo ją frustrowała...
- Karetka właśnie odjechała, zbieramy zeznania, a ja zaraz pogadam z lekarzem, który zajął się ofiarą. – powiedziała do radia i odwiesiła mikrofon na swoje miejsce, by wygramolić się z samochodu.
W mundurze wyglądała inaczej. Ciężej, ale czego się spodziewać po drobnej dziewczynie okutanej w policyjną kurtkę i kamizelkę taktyczną. Szyję miała zasłoniętą czymś w rodzaju komina i... Trzeba było przyznać, że chyba tylko mundur, broń przy pasie i paralizator budowały respekt, bo wyglądała troszkę komicznie. Tylko troszkę.
Podeszła z delikatnym półuśmiechem na twarzy. Miała zaróżowione od chłodu policzki, ale dalej pełen makijaż.
- Panie doktorze... – przywitała się, próbując zachować żartobliwy ton.
Od obiadu w jej rodzinnym domu właściwie nie mieli kontaktu. Padło wtedy dużo różnych słów. Dostała kosza... Ale tak nie do końca. Zresztą to wszystko było bardzo skomplikowane. Rozumiała, na tyle, na ile była w stanie bez takich doświadczeń, co przeżywał Harris, i naprawdę było jej głupio, że tak bardzo przyspieszyła tempo między nimi. Ale mimo wszystko uparcie w jej głowie huczało jedno zdanie:
A ja nie chcę ryzykować tobą, Nate'em ani tym wszystkim, co dopiero zaczynam odzyskiwać.
Wpatrywała się w niego przez chwilę skupionym, ale miękkim spojrzeniem, a potem omiotła go i z zaskoczeniem na twarzy zobaczyła krew na jego mankiecie i dłoniach.
- Wszystko gra? Nie jesteś ranny? – delikatny ruch w jego stronę opanowała prawie od razu.
Podniosła spojrzenie, z pytaniem w oczach.
Harris L. Morgan
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”