ODPOWIEDZ
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

08.


Harris Morgan zdążył już dojść do wniosku, że pomysł wyjścia ze szpitala na lunch był jedną z tych decyzji, które na papierze wyglądały znacznie lepiej niż w praktyce. Od chwili, gdy opuścił Mount Sinai, musiał omijać grupy ludzi dyskutujących o przyczynach awarii, a telefon uparcie informował go o braku zasięgu. Nie wykluczał cyberataku, ale nie zamierzał prowadzić dochodzenia przy okazji poszukiwania kanapki.
Stanął przy niewielkiej budce z jedzeniem na wynos, wciśniętej między sklep z artykułami gospodarstwa domowego a zamknięty punkt usługowy. Właściciel, ewidentnie przyzwyczajony do pracy w wyjątkowych warunkach, przyjmował zamówienia i płatności gotówką. Harris zamówił coś, co przynajmniej z nazwy przypominało pełnowartościowy posiłek, zapłacił banknotem wyciągniętym z portfela i odsunął się na bok, żeby nie blokować miejsca kolejnym osobom.
Miał za sobą kilka godzin pracy w szpitalu, gdzie awaria prądu oznaczała znacznie więcej niż niedziałające światła i konieczność rezygnacji z płatności kartą. Zasilanie awaryjne podtrzymywało działanie najważniejszych systemów, a personel radził sobie z kolejnymi komplikacjami. Harris liczył na kilkanaście minut przerwy, zanim wróci do budynku i znów stanie się częścią szpitalnego mechanizmu.
Zerknął w stronę skrzyżowania. Brak sygnalizacji zmieniał zwykłą ulicę w niezbyt udany eksperyment społeczny. Kierowcy ustalali pierwszeństwo za pomocą gestów i klaksonów, piesi przedzierali się między samochodami, a każdy zdawał się liczyć na to, że pozostali wykażą się większym rozsądkiem. Harris właśnie doszedł do wniosku, że następnym razem po prostu zamówi jedzenie do szpitala, kiedy usłyszał długi klakson, pisk opon i głuchy huk.
Przez krótką chwilę wszystko zdawało się zatrzymane. Potem ktoś krzyknął, a z okolic skrzyżowania dobiegł kolejny głos, tym razem wyraźnie przerażony.
– Niech ktoś wezwie pomoc!
Harris odstawił zamówienie na blat i ruszył biegiem, przeciskając się między ludźmi. Przy krawężniku leżał mężczyzna, a kilka kroków dalej stał samochód z przednim zderzakiem przekrzywionym pod nienaturalnym kątem. Kierowca zatrzymał się na moment, ale zanim ktokolwiek zdążył podejść, auto gwałtownie ruszyło i zniknęło za skrzyżowaniem. Za uciekinierem posypały się krzyki i przekleństwa.
– Świetnie – mruknął Harris pod nosem, po czym skupił się na rannym. Mężczyzna był przytomny, ale zdezorientowany. Krew spływała mu po twarzy, a oddech miał wyraźnie przyspieszony. Harris przykucnął obok, przedstawił się i szybko ocenił jego stan, po czym powstrzymał go gestem, gdy próbował się podnieść. – Proszę zostać w tej pozycji. Nie próbujemy wstawać, dobrze?
Zaraz potem wskazał jednego z gapiów.
– Proszę zadzwonić pod 911 i podać dokładną lokalizację. Pieszy potrącony przez samochód, uraz głowy, ramienia, przytomny, ale zdezorientowany. Niech pan zostanie na linii z dyspozytorem.
Poprosił kolejną osobę o przyniesienie apteczki, a gdy ta się pojawiła, zabezpieczył krwawiącą ranę i polecił stojącej obok kobiecie przytrzymać opatrunek. Sam pozostał przy poszkodowanym, pilnując, by nie wykonywał gwałtownych ruchów, i utrzymując z nim kontakt. Mężczyzna próbował zrozumieć, co się stało, po chwili zaczął też dopytywać o żonę. Harris odpowiadał spokojnie, nie obiecując niczego, czego nie mógł zagwarantować.
– Pomoc jest w drodze. Proszę skupić się na mnie i powiedzieć, jak się pan nazywa.
Wokół narastał szmer rozmów. Ktoś twierdził, że samochód był czarny, ktoś inny upierał się przy granatowym. Inna osoba widziała część tablicy rejestracyjnej, ale nie była pewna, czy dobrze ją zapamiętała.
Dopiero kiedy z oddali dobiegł dźwięk syren, Harris spojrzał w stronę ulicy. Pierwszy radiowóz wjechał na skrzyżowanie, zmuszając kierowców do zatrzymania, a za nim pojawił się drugi. Funkcjonariusze zaczęli zabezpieczać miejsce zdarzenia i ustalać, w którą stronę odjechał samochód. Chwilę później obok policyjnych aut zatrzymała się karetka. Ratownicy wyskoczyli z niej z torbami medycznymi i podbiegli do poszkodowanego, a Harris od razu przekazał im najważniejsze informacje.
– Anestezjolog, Mount Sinai. Pieszy potrącony przez samochód, który uciekł z miejsca zdarzenia. Pacjent przez cały czas przytomny, ale zdezorientowany, rana głowy z obfitym krwawieniem, bolesne ramię. Możliwy uraz szyi, nie wykluczam też obrażeń wewnętrznych. Ucisk na ranę utrzymuje ta pani.
Gdy ratownicy przejęli opiekę nad mężczyzną, Harris odsunął się, żeby zrobić im miejsce. Dopiero wtedy spojrzał na własne dłonie. Krew zdążyła zaschnąć w zagłębieniach skóry, a mankiet koszuli był niemal całkowicie przesiąknięty na jednym brzegu. Przetarł palce gazą podaną przez ratownika i wyprostował się, pozwalając, by interwencję przejęli już inni.
W tym samym czasie z jednego z radiowozów wysiadła funkcjonariuszka. Harris początkowo tylko zarejestrował ruch na obrzeżach zbiegowiska, ale kiedy kobieta odwróciła się w stronę miejsca wypadku, rozpoznał znajomą sylwetkę.
Cobie.
Przez moment patrzył na nią z lekkim niedowierzaniem, stojąc pośród ludzi, policyjnych świateł i ratowników pochylonych nad poszkodowanym, z zakrwawioną koszulą i kawałkiem gazy w dłoni. Ze wszystkich możliwych sposobów, w jakie mogli znów na siebie trafić, ten zdecydowanie nie znajdował się wysoko na jego liście.


Cobie Takeda
32 y/o
For good luck!
155 cm
Detective Constable Toronto Police Service
Awatar użytkownika
Don’t mistake being gentle for being weak.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Minęło kilka lat, odkąd Cobie musiała ubrać mundur policyjny. Oczywiście zdarzały się jakieś wydarzenia oficjalne, ale to było coś zupełnie innego. Raz, że galowy mundur był z lepszych materiałów, a dwa, że po prostu wyglądała w nim zajebiście. Mundur codzienny był poliestrowy i po kilku godzinach w radiowozie czuła po prostu, że... Nie pachnie najlepiej, bo nie można powiedzieć o księżniczce, że śmierdzi...
Blackout był na tyle poważny, że TPS rzuciło do pracy wszystkie zasoby. Także tych policjantów, którzy pracowali w innych wydziałach niż drogówka. Oczywiście, gdyby trafiła na jakąś sprawę, to wróciłaby do swojej służby, ale póki co mogła przez jakiś czas pochodzić w mundurze i pomóc kolegom w codziennej pracy policji. Zabawne, że zazwyczaj taki dzień był formą kary – upomnienia za nieodpowiednie zachowanie albo wywyższanie się nad szeregowymi policjantami. Tym bardziej że technicznie rzecz biorąc nadal była konstablem, nawet jeśli pracowała jako detektyw.
Kiedyś nawet lubiła jeździć radiowozem i patrolować ulice. Tyle że jesień nadeszła dość gwałtownie, chłód wdzierał się we wszystko, a kontrolowanie ruchu, odpowiadanie na wypadki czy wezwania pomocy właściwie trzymało całą policję na nogach przez cały czas.
Skończyła właśnie raportować do centrali całe zdarzenie. Przez szybę radiowozu obserwowała Harrisa z małym uśmiechem uznania. Podobało jej się to, jak bardzo był opanowany w tej trudnej sytuacji. Zabawne, że ta sama cecha – opanowanie – tak bardzo ją frustrowała...
- Karetka właśnie odjechała, zbieramy zeznania, a ja zaraz pogadam z lekarzem, który zajął się ofiarą. – powiedziała do radia i odwiesiła mikrofon na swoje miejsce, by wygramolić się z samochodu.
W mundurze wyglądała inaczej. Ciężej, ale czego się spodziewać po drobnej dziewczynie okutanej w policyjną kurtkę i kamizelkę taktyczną. Szyję miała zasłoniętą czymś w rodzaju komina i... Trzeba było przyznać, że chyba tylko mundur, broń przy pasie i paralizator budowały respekt, bo wyglądała troszkę komicznie. Tylko troszkę.
Podeszła z delikatnym półuśmiechem na twarzy. Miała zaróżowione od chłodu policzki, ale dalej pełen makijaż.
- Panie doktorze... – przywitała się, próbując zachować żartobliwy ton.
Od obiadu w jej rodzinnym domu właściwie nie mieli kontaktu. Padło wtedy dużo różnych słów. Dostała kosza... Ale tak nie do końca. Zresztą to wszystko było bardzo skomplikowane. Rozumiała, na tyle, na ile była w stanie bez takich doświadczeń, co przeżywał Harris, i naprawdę było jej głupio, że tak bardzo przyspieszyła tempo między nimi. Ale mimo wszystko uparcie w jej głowie huczało jedno zdanie:
A ja nie chcę ryzykować tobą, Nate'em ani tym wszystkim, co dopiero zaczynam odzyskiwać.
Wpatrywała się w niego przez chwilę skupionym, ale miękkim spojrzeniem, a potem omiotła go i z zaskoczeniem na twarzy zobaczyła krew na jego mankiecie i dłoniach.
- Wszystko gra? Nie jesteś ranny? – delikatny ruch w jego stronę opanowała prawie od razu.
Podniosła spojrzenie, z pytaniem w oczach.
Harris L. Morgan
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy widok Cobie w policyjnym mundurze powinien go zaskakiwać bardziej niż okoliczności, w jakich się spotkali. Ale uznał, że nie ma sensu rozstrzygać tej kwestii, zwłaszcza że kobieta właśnie ruszyła w jego stronę, a on wciąż trzymał w dłoni zakrwawioną gazę. Jeszcze kilka minut temu koncentrował się wyłącznie na poszkodowanym, a teraz musiał przypomnieć sobie, jak zachowywać się wobec kogoś, z kim ostatnia rozmowa pozostawiła więcej niedopowiedzeń niż odpowiedzi.
— Detektyw Takeda — odpowiedział, unosząc lekko brwi. — Muszę przyznać, że liczyłem na nieco przyjemniejsze okoliczności naszego następnego spotkania. Najlepiej takie, w których nie trzeba nikogo opatrywać, a ja nie wyglądam, jakbym właśnie przegrał bójkę z rzeźnikiem.
Spojrzał na własny mankiet, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że jego stan może budzić uzasadnione wątpliwości. Krew zdążyła wsiąknąć w materiał, a próba przetarcia dłoni gazą przyniosła raczej mierny efekt. Nie był to widok, który szczególnie go cieszył, zwłaszcza że koszula była stosunkowo nowa. Z drugiej strony trudno było uznać ubranie za najważniejszą ofiarę całego zdarzenia.
— Nic mi nie jest. To krew poszkodowanego. Zająłem się nim, zanim przyjechała karetka, ale ratownicy już go zabrali. Był przytomny, ale zdezorientowany. — Przesunął gazę między palcami, po czym rozejrzał się krótko po skrzyżowaniu. Policjanci odgradzali miejsce wypadku, a część świadków wciąż próbowała przekonać się nawzajem do własnej wersji wydarzeń. Samochodu, który potrącił mężczyznę, nie było już widać. Harris miał nadzieję, że ktoś zapamiętał wystarczająco dużo szczegółów, żeby ułatwić jego odnalezienie. Nie zazdrościł Cobie ani jej kolegom zbierania zeznań w takich warunkach.
— Kierowca zatrzymał się na moment, a potem po prostu odjechał. Ludzie widzieli różne kolory samochodu, więc zakładam, że przynajmniej część z nich będzie potrzebowała chwili, żeby uzgodnić ze sobą, co właściwie zobaczyli — dodał z cieniem rozbawienia. — Jeśli chcesz ze mną porozmawiać w charakterze świadka, uprzedzam, że moja wiedza na temat tablicy rejestracyjnej jest wyjątkowo rozczarowująca.
Dopiero wtedy wrócił spojrzeniem do Cobie. Mundur nadawał jej bardziej oficjalny wygląd, niż zapamiętał z rodzinnego obiadu, choć nie przesłaniał mu znajomych rysów twarzy. Zaskoczyło go, jak naturalnie przyszło mu zwrócenie się do niej po nazwisku, jakby rzeczywiście byli tylko lekarzem i funkcjonariuszką spotykającymi się na miejscu zdarzenia. Było to bezpieczne rozwiązanie, przynajmniej na początek, ale niekoniecznie takie, które zamierzał utrzymywać przez całą rozmowę.
— A ty? Wszystko w porządku? — zapytał, dostrzegając zaróżowione od chłodu policzki. — Wygląda na to, że miasto postanowiło zapewnić wam dzisiaj pełen zakres obowiązków. — Przyjrzał jej się jeszcze przez chwilę, po czym schował zabrudzoną gazę do pustego opakowania, które trzymał w drugiej dłoni. Miał ochotę zapytać, jak się ma, ale pytanie wydawało mu się zbyt osobiste jak na pierwsze sekundy rozmowy, a jednocześnie zbyt zwyczajne po tym, jak ostatnio zostawił ją z własnymi wątpliwościami. Nie chciał udawać, że tamta rozmowa się nie wydarzyła, ale nie zamierzał też roztrząsać jej przy radiowozie, wśród syren i ludzi próbujących ustalić przebieg wypadku.
Zamiast tego posłał jej lekki, nieco zmęczony uśmiech.
— Powiedz mi tylko, że nie zamierzasz wystawić mi mandatu za zaśmiecanie miejsca zdarzenia. — Dodał zerkając na pozostałości po apteczce i puste opakowania po sterylnych gazach. — Wtedy chyba naprawdę będę musiał uznać, że to nie jest mój dzień.


Cobie Takeda
32 y/o
For good luck!
155 cm
Detective Constable Toronto Police Service
Awatar użytkownika
Don’t mistake being gentle for being weak.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Chyba nazwanie jej detektywem odrobinę ją zawstydziło, bo swoje zmieszanie schowała za tajemniczym uśmiechem, z którym próbowała walczyć. Uciekła spojrzeniem gdzieś na bok, odpowiadając.
- Technicznie rzecz biorąc jestem Detective Constable, czyli właściwie mam ten sam stopień co zwykły constable. - podniosła oczy i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jego tęczówki, z tym samym, ale już spokojniejszym uśmiechem. - Ale to miłe... Dziękuję. Może zapewni mi awans.
Nie komentowała tego, że liczył na przyjemniejsze okoliczności spotkania, chociaż jeden z kącików ust powędrował nieco wyżej, pogłębiając dołeczek w policzku. Powolne zamknięcie i otwarcie powiek. I kolejna chwila ciszy między nimi. Jakby wypróbowywała, ile on wytrzyma bez gadania.
- Masz mój numer telefonu, w razie czego.
Z wyraźną ulgą przyjęła informację, że nic mu nie jest. Chociaż jeszcze chwilę jej oczy fiksowały się na zakrwawionym mankiecie jego koszuli. Musiała naprawdę starać się przywołać do porządku, żeby zacząć zapisywać informacje, których udzielał.
- No dobrze, zatem potrąciłeś przechodnia i co było potem? - zapytała, pozornie skupiając uwagę na swoich notatkach, ale cały czas kontrolując to, jak zareaguje na jej żarcik.
Spojrzała na niego z rozbawieniem i dodała:
- Opowiedz to, co Ty widziałeś... Innymi świadkami zajmą się inni policjanci. - zaproponowała i kiwnęła głową zachęcająco.
Ciekawe, co bardziej mu się podobało? Spódnica i głęboki dekolt czy raczej mundur i okutanie po samą szyję? Włosy upięte wysoko, związane w koński ogon czy całkowicie rozpuszczone? Długopis na moment przerwał podawanie tuszu, więc spróbowała go rozpisać na boku notesika i wróciła do zapisywania kolejnych informacji, zła na siebie, że znowu daje się rozkojarzyć.
- Hmmm? - odpowiedziała z zaskoczeniem na jego pytanie, a jej dłoń zaznaczyła ostatnią kropkę w notatniku. - O co tak naprawdę pytasz?
Uniosła lekko brwi, uśmiechając się z rozbawieniem.
- Jesteś bezpieczny! Nie dostałam bloczka z mandatami, a żeby Cię skuć, musiałabym mieć poważniejsze przesłanki.
Schowała swoje rzeczy do kieszeni i podniosła na niego odrobinę zmęczone spojrzenie.
- Jest w porządku... Mamy sporo pracy, dlatego kto może, ten pomaga, a że w moim wydziale nie ma teraz nic pilnego, co wymagałoby mojej obecności, to... Mój sierżant uznał, że dobrze będzie nam wszystkim przypomnieć o tym, jak się pracuje w mundurze. Chyba nie jest z nas zadowolony. - puściła mu delikatne oczko. - Ale przyznam, że marzy mi się gorąca kąpiel i masaż.
Harris L. Morgan
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Harris parsknął cicho, kiedy Cobie wyjaśniła mu różnicę między pracą detektywa a zwykłą służbą patrolową. Przez chwilę przyglądał jej się z rozbawieniem, próbując pogodzić znajomą twarz z mundurem, który widział na niej po raz pierwszy. — Dobrze, detektywie Takeda. Postaram się zapamiętać — zapewnił ją, choć zaraz potem zerknął na swoje dłonie i zakrwawiony mankiet. Zachowywał spokój, a jednak zdezorientowanie wkradało się w najmniej spodziewanych momentach, więc mrugnął kilka razy, starając się nie wyglądać na zbyt rozproszonego. Ale było ciężko, zwłaszcza z perspektywy zmęczenia po operacjach preprowadzanych w mniej niż idealnych warunkach, światłach awaryjnych sprawiających, że szpital wyglądał żywcem wyrwany z serialu science fiction. Plus, jego pusty żołądek przypomniał mu o jego zamówieniu, które albo stało zine na brzegu budki, albo dawno już go tam nie było…
— Huh? — Na jej przypomnienie o numerze telefonu uniósł wzrok. Oczywiście, że go miał. Pamiętał też ich ostatnią rozmowę w jej rodzinnym domu, chociaż nie bardzo wiedział, co właściwie powinien z tym wspomnieniem zrobić. Na razie wystarczyło, że Cobie stała przed nim i rozmawiała z nim niemal tak swobodnie jak dawniej. — Mam. Nie zgubiłem — odpowiedział, zanim znów zerknął w stronę miejsca, gdzie jeszcze niedawno leżał poszkodowany. — I nie, nie potrąciłem go. — Rzucił jej spojrzenie, w którym zmęczenie mieszało się z rozbawieniem i pokręcił głową.

Krótko wyjaśnił jej, co się wydarzyło: usłyszał klakson i huk, a kiedy podbiegł do jezdni, zobaczył potrąconego mężczyznę. Kierowca zatrzymał się tylko na moment, po czym odjechał, zostawiając poszkodowanego na drodze. Zajął się krwawiącą raną głowy, poprosił świadków o wezwanie pomocy i został z mężczyzną do przyjazdu karetki. Zwyczajna sprawa, nie mógł nie pomóc. Nawet gdyby nie był lekarzem… Nie zapamiętał numeru rejestracyjnego, a samochód widział zbyt krótko, żeby być pewnym jego marki czy koloru. — Zresztą, jacyś przechodnie zdążyli już pokłócić się nawet o tę ostatnią kwestię. — Wtrącił. — Jeśli to pomoże, mogę pokazać ci miejsce, z którego podbiegłem, ale to miej więcej wszystko. — Rozejrzał się dookoła i kiwnął głową w stronę budki i ruszył powoli, wciskając dłonie w kieszenie spodni.
Dopiero jej kolejne pytanie sprawiło, że spojrzał na nią uważniej. — O ciebie pytam, Cobie. Czy wszystko w porządku? — doprecyzował, chociaż może nie do końca tak jak tego oczekiwała. Nie chodziło mu o służbę ani o to, jak radziła sobie z zamieszaniem na ulicach. Po prostu chciał wiedzieć, jak się czuje. Po kolacji… w trakcie jednego z największych blackoutów Toronto, po prostu. Chciał żeby to nie było wielkie pytanie, po prostu takie, zwyczajne. Jakie można zapytać kiedy, tak jak powiedział to tego jednego wieczoru, chce się kogoś poznać. Chciał ją poznać. Ale kiedy rozmowa zeszła na brak bloczka z mandatami i przymusowy powrót detektywów do pracy w mundurach, pozwolił jej zmienić temat.
Uśmiechnął się pod nosem, słuchając o planach na gorącą kąpiel i masaż. Brzmiały całkiem rozsądnie, zwłaszcza po dniu, w którym całe miasto zdawało się działać na przekór wszystkim. — Kąpiel brzmi dobrze. Chyba sam powinienem sobie taką zafundować, chociaż najpierw muszę wrócić do szpitala i jakoś się wyjaśnić — powiedział, spoglądając na mankiet. Dopiero teraz zaczynał odczuwać zmęczenie, a myśl o powrocie do obowiązków nie napawała go szczególnym entuzjazmem.



Cobie Takeda
32 y/o
For good luck!
155 cm
Detective Constable Toronto Police Service
Awatar użytkownika
Don’t mistake being gentle for being weak.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Wyszedłeś na lunch? - zapytała, kiedy w swojej opowieści wskazał budkę z żarciem na wynos. - I zamiast zjeść, ratowałeś człowieka.
Spojrzała na niego ciepło, wręcz miękko, z tym swoim delikatnym, nieco tajemniczym uśmiechem. Gdzie podział się ten dzieciak, który robił głupoty z jej bratem? Pewnie w tym samym miejscu, w którym zniknęła dziewczyna, która kochała się w przyjacielu tego samego brata.
- Chodź, może coś się uda uratować, pewnie jesteś głodny. - dodała i ruszyli powolnym krokiem w kierunku budki.
Zupełnie niepasującym do chaosu blackoutu, przekrzykujących się ludzi i zbieranych zeznań. Szkło z rozbitego reflektora samochodowego zachrzęściło pod jej stopami, więc się zatrzymała i przywołała jednego z policjantów, który akurat nie przesłuchiwał świadków, prosząc go, żeby wezwał ekipę do zabezpieczenia potencjalnego śladu. Nie ma co się oszukiwać, przy tak różnych zeznaniach trudno byłoby znaleźć sprawcę. Ale każdy drobiazg może mieć znaczenie. Chociaż przy takim natłoku pracy pewnie mu się upiecze.
- Zabrali go do Twojego szpitala? Czy gdzieś indziej? Nie wiem, jakie są procedury, niby Twój jest najbliżej. - na upartego pewnie dałoby się go przewieźć po prostu na noszach.
Kiedy zbliżyli się do punktu gastronomicznego, uśmiechnęła się do niego znów w ten miękki sposób. Po prostu z serdecznością.
- Jest dobrze, Morgan... - sięgnęła dłonią do jego przedramienia i ścisnęła je lekko. - Między nami jest okej.
Chyba wolałaby, żeby dla odmiany to on doprecyzowywał to, co się między nimi działo. Z drugiej strony chyba już to doprecyzował na kolacji u rodziców. Dobra, przestań sobie sama mieszać w głowie. Jest jak jest i jest dobrze. Tyle.
Zagryzła wargi, żeby znowu nie wyskoczyć z dwuznacznym żartem do niego. A tak się prosiło z tą kąpielą i masażem.
- Dobrze, że Tobie się nic nie stało...
Harris L. Morgan
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”