23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mona pokręciła głową z rozbawieniem, słuchając Pix. Oczywiście, że musiała znaleźć sposób, żeby obrócić wszystko na pozytyw. Dziewczyna od owadów i dziewczyna od koni. Trudno było z tym właściwie dyskutować, zwłaszcza że Fontaine miała tę przypadłość posiadania całkiem dobrych argumentów. Mo przez chwilę jeszcze udawała, że poważnie rozważa wszystkie jej słowa, po czym zerknęła na nią kątem oka.
– No dobrze, dziewczyno od owadów. Masz rację. Trochę. Nie przyzwyczajaj się.– Uśmiechnęła się pod nosem i znów spojrzała przed siebie. Właściwie jej przyjaciółka nie powiedziała niczego, czego Mona sama nie wiedziała. Konie rzeczywiście były częścią jej życia i nie miała żadnego powodu, żeby udawać, że jest inaczej. Może po prostu za bardzo próbowała wymyślić sobie, jak powinna wyglądać odpowiednia wersja jej profilu, zamiast wrzucić kilka zdjęć i przestać analizować każdy szczegół. Nie było przecież żadnego egzaminu z poprawnego przedstawiania siebie w aplikacji randkowej. Przynajmniej miała nadzieję, że nie istniał. – I może faktycznie nie ma sensu się tak nad tym zastanawiać. – Przyznała po chwili. – Po prostu nie chcę wyglądać, jakbym miała tylko jedną rzecz do zaoferowania.
Zabrzmiało odrobinę poważniej, niż zamierzała, więc szybko wzruszyła ramionami, jakby właśnie sama uznała, że zdecydowanie za dużo myśli o czymś tak głupim jak kilka zdjęć w telefonie. Nie musiała przecież wybierać jednej rzeczy i przedstawiać ją jako całą swoją osobowość. I nie musiała udawać, że znaczna część tego kim jest nie istnieje. – Ale dobra. Mogę kiedyś dodać zdjęcie z koniem. Jedno. – Zastrzegła, podkreślając ostatnie słowo z miną kogoś, kto właśnie negocjował wyjątkowo poważny kontrakt. – Żebyś nie powiedziała, że sabotuję własne życie uczuciowe.
Kiedy Pixie wskazała drogę przez las, Mona rzuciła jej krótkie spojrzenie, a potem bez większego protestu skręciła w odpowiednią stronę. Droga zrobiła się węższa, drzewa po obu stronach coraz gęstsze, a światło wpadające między gałęziami układało się na przedniej szybie w jasne, przesuwające się plamy. Przez chwilę prowadziła w ciszy, pozwalając, żeby rozmowa zeszła na dalszy plan, zanim przypomniała sobie jeszcze o jednym zarzucie Pixie.
– A co do przesuwania… pracuję nad tym. – powiedziała w końcu z całkowicie poważną miną. – I... - uniosła w górę palec prawej dłoni – ...następnym razem będę siedziała nad ekranem, aż cię znajdę. – Serio serio. I wtedy wyśle jej najbardziej romantycznie przesadzoną pierwszą wiadomość, żeby zrzucić Pixie z nóg.
Asfalt był nierówny na drodze, którą wzięły. Miejscami popękany, a pomiędzy drzewami nie było widać nikogo, ani niczego. Stara Tacoma radziła sobie bez większych problemów, choć jej silnik pracował trochę głośniej niż zwykle. Delacroix znała ten samochód wystarczająco dobrze, żeby rozpoznać, kiedy coś brzmiało inaczej, ale uznała, że skoro do tej pory nic się nie działo, nie ma sensu się tym przejmować. Dopiero kiedy przy kolejnym zakręcie silnik zakaszlał, szarpnął i nagle stracił moc, uniosła brwi. Samochód zwolnił niemal natychmiast, a po chwili zatrzymał się zupełnie na środku pustej drogi. Mona przez kilka sekund siedziała bez ruchu, z dłońmi nadal opartymi na kierownicy, słuchając cichego tykania silnika. Spojrzała przed siebie, potem na deskę rozdzielczą, jakby sama siłą woli mogła przekonać wszystkie kontrolki, żeby przestały właśnie sugerować, że ich spontaniczny wypad przybrał nieco bardziej spontaniczny obrót, niż planowała. Wygięła usta w delikatnym grymasie.
– No świetnie. – mruknęła w końcu, po czym przekręciła kluczyk jeszcze raz, licząc na cud. Tacoma odpowiedziała jej krótkim, pozbawionym entuzjazmu zakręceniem rozrusznika i niczym więcej. Chyba właśnie czekało ich siedzenie w lesie zamiast na klifach.


pixie fontaine
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka biologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mona zdecydowanie za dużo zastanawiała się nad tym, jak powinien wyglądać jej perfekcyjny profil na aplikacji randkowej, a przecież nie miała się czego wstydzić. Kochała konie, więc dlaczego miałaby nie wrzucać z nimi zdjęć? Tym bardziej że te nie wzbudzały takich reakcji jak fotografie mrówek czy karaczanów. Z nich dwóch to Pixie wychodziła na tę jebniętą. Nic dziwnego, że wiele osób uważało ją za dziwaczkę. Nie przejmowała się tym szczególnie, ale sama musiała pamiętać, że nie wszystkich kręciły owady. Zwłaszcza jeśli chodziło o ładne dziewczyny.
— Nie mówię, żebyś od razu zamieszczała sto tysięcy zdjęć z końmi. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność — wyciągnęła rękę, żeby pacnąć przyjaciółkę w ramię. — Wystarczy, że w galerii znajdzie się jedna fotka i tyle. Ale nie namawiać cię do aktualizacji profilu. No dobrze, może namawiam, ale tylko troszeczkę — mrugnęła do niej porozumiewawczo. Nie chciała dla niej źle! Chciała po prostu, żeby użytkownicy Maplindera poznali Delacroix taką, jaka była naprawdę. A jeśli przy okazji kilka osób uznałoby ją za jeszcze bardziej interesującą, tym lepiej!
Roześmiała się głośno, słysząc determinację w jej głosie i widząc dwa uniesione palce, którymi Mona składała uroczystą przysięgę, dając jej słowo skauta.
— A po co? Masz mnie na co dzień! Nie musisz mnie przesuwać w prawo, żeby spędzić ze mną czas — wyszczerzyła się do niej dumnie. To był przecież przywilej przyjaźni! — Ale dobrze, nie mogę się doczekać — dodała szczerze. Może przynajmniej w ten sposób Delacroix natknie się na profile osób, które wydadzą jej się wystarczająco interesujące, żeby przesunąć je w prawo. Pixie wciąż miała nadzieję, że przyjaciółka w końcu da tej aplikacji prawdziwą szansę.
Była zbyt zajęta podziwianiem widoków za oknem i wsłuchiwaniem się w lecący w tle utwór, żeby zwrócić uwagę na coraz dziwniejszą pracę silnika Przez chwilę czuła się jak w teledysku, a to zdecydowanie nie sprzyjało kontrolowaniu sytuacji na drodze. Dopiero kiedy poczuła szarpnięcie, a samochód zatrzymał się na środku jezdni, zamrugała kilkakrotnie i zerknęła niepewnie na przyjaciółkę.
— To koniec naszej wycieczki? — zapytała i znów zerknęła za okno. Znajdowały się w samym środku lasu, a w pobliżu nie przejeżdżały żadne inne auta. — Może silnik się przegrzał? — zasugerowała z nadzieją, że jak chwilę odczekają, to będą mogły ruszyć dalej. — Zajrzyjmy pod maskę i zobaczmy, co tam się stało. Ale najpierw otwórz bagażnik. Trzeba ustawić trójką ostrzegawczy — oznajmiła i nie czekając na reakcję Mony, po prostu odpięła pas i wysiadła na zewnątrz. Niby nie było tutaj ruchu, ale lepiej zadbać o bezpieczeństwo, zanim wjedzie w nich znienacka jakiś rozpędzony, szalony kierowca. Jeśli nie uda im się ustalić przyczyny awarii, której nie zdołają naprawić własnoręcznie, to nie pozostanie nic innego, jak wezwać pomoc drogową. Dobrze, że miały burgery, to przynajmniej nie umrą z głodu!

Mona Delacroix
bubek
nudy i braku zaangażowania
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mona uśmiechnęła się pod nosem, jeszcze przez chwilę mając w głowie własną deklarację, że następnym razem będzie przesuwać tak długo, aż znajdzie Pixie. Brzmiało to zdecydowanie łatwiej, kiedy mówiła to na głos, ale skoro już złożyła obietnicę, zamierzała przynajmniej spróbować jej dotrzymać. Nawet jeśli oznaczało to przekopywanie się przez pół Toronto w poszukiwaniu jednej konkretnej dziewczyny od owadów.
– I wtedy dostaniesz najbardziej romantyczną pierwszą wiadomość, jaką kiedykolwiek widziałaś. – zapewniła z całkowitą powagą, zanim znów skupiła się na drodze.
Muzyka ucięła się nagle, ale uwaga Mony zdążyła przenieść się na samochód. Tacoma od kilku chwil stała już nieruchomo na środku pustej drogi, a ona sama przez moment siedziała z dłońmi opartymi na kierownicy, próbując zdecydować, czy bardziej powinna się zirytować, czy po prostu przyjąć do wiadomości, że jej stary samochód najwyraźniej uznał, że spontaniczny wypad na klify jest odpowiednim momentem na własną inicjatywę. Znała swoją Tacomę wystarczająco dobrze, żeby rozpoznać, kiedy coś było nie tak, choć jej znajomość samochodów kończyła się właściwie na tym jednym egzemplarzu. Wiedziała, jak brzmiał jej silnik, znała jej humory i potrafiła mniej więcej ocenić, czy coś wymagało sprawdzenia, czy tylko było kolejnym drobnym kaprysem starego auta. Tym razem jednak nie miała pojęcia, co dokładnie postanowiło się zbuntować.
– Naprawdę? Teraz? – mruknęła pod nosem, zerkając na deskę rozdzielczą, jakby ta mogła dostarczyć jej jakiegoś bardziej satysfakcjonującego wyjaśnienia.
Sięgnęła po kluczyk i spróbowała uruchomić samochód jeszcze raz, ale bez większego rezultatu. Rozrusznik zakręcił, po czym zamilkł, pozostawiając Delacroix z tym samym problemem, tylko... odrobinę bardziej oficjalnie potwierdzonym. Westchnęła, odpięła pas i wysiadła, kiedy Pixie zaczęła już organizować akcję ratunkową. Sięgnęła po telefon, sprawdziła zasięg, który okazał się zdecydowanie bardziej symboliczny niż użyteczny, po czym schowała go z powrotem do kieszeni.
Obeszła samochód i odsłoniła kawałek tarpu na pace. Trójkąt ostrzegawczy leżał dokładnie tam, gdzie powinien, pomiędzy podstawowym zestawem rzeczy, które Mona woziła ze sobą właściwie na każdą ewentualność. Wyciągnęła go i pokręciła lekko głową.
– Dobrze, że wspomniałaś o trójkącie, kompletnie bym zapomniała – mruknęła i rzuciła wdzięczny uśmiech w stronę przyjaciółki, która była kilka kroków od niej. – Przynajmniej jedna z nas ma jakiś plan.
Ustawiła go za samochodem, po czym wróciła do przodu i uniosła maskę. Zajrzała pod nią zdając sobie doskalne sprawę z tego, że zdecydowanie nie była mechanikiem, ale za to znała swój samochód wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy coś wyglądało podejrzanie. Tacoma miała swoje lata, a Mona zdążyła nauczyć się jej humorów; wiedziała, kiedy zaczynała brzmieć inaczej, kiedy należało coś sprawdzić i kiedy samochód po prostu robił swoje typowe dla starego samochodu rzeczy. Teraz jednak wszystko wyglądało na tyle znajomo, że nie potrafiła wskazać niczego, co od razu odpowiadałoby za ich przymusowy postój.
Zmarszczyła nos, po czym opuściła maskę i oparła na niej dłonie.
– Nie wiem, co ci jest. – powiedziała do samochodu, jakby oczekiwała odpowiedzi. – Ale nie możesz się obrażać w środku lasu. – Spojrzała na Pixie, a potem na Tacomę, jakby obie mogły wspólnie podjąć decyzję, co powinny teraz zrobić. – Spróbuję jeszcze raz. Jak nie odpali, dzwonimy po pomoc. – Zawahała się na moment, po czym kącik jej ust uniósł się lekko. – Mamy burgery, możemy sobie zrobić piknik na pace.



pixie fontaine
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka biologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzała z rozbawieniem na Delacroix, ale w rzeczywistości była bardzo ciekawa, o jakiej romantycznej wiadomości mówiła przyjaciółka. Chyba powinna zacząć manifestować, żeby jednak sparowało je na tej aplikacji randkowej tylko po to, żeby się o tym przekonać.
Nie była mechanikiem. Nie potrafiła od ręki zdiagnozować, co zadziało się z samochodem, ale na pewno nie było to nic dobrego, skoro zatrzymał się gdzieś w środku lasu. Mogła jedynie stwierdzić, że dalej na razie nie pojadą.
— To nie jest żaden plan, Mona. Po prostu pilnuję, żeby nikt w nas nie przywalił — zastrzegła, bo może i droga nie była zbyt uczęszczana i raczej nikt nie pędził tutaj na wariackich papierach, bo inaczej porywałby sobie zawieszenie o wystające korzenie, ale już nie takie historie znał świat. Wystarczyła chwila nieuwagi, żeby niespodziewanie skończyć w przydrożnym rowie z rozwaloną twarzoczaszką. Pixie za bardzo kochała życie, żeby nie dbać o własne bezpieczeństwo.
Stanęła za przyjaciółką, która podniosła maskę i spojrzała jej przez ramię. Nie wyglądało to za kolorowo. Całe szczęście, że nic się nie dymiło, wtedy musiałyby porzucić samochód w środku lasu, żeby nie wylecieć w powietrze. Fontaine nie znała się na silniku i innych wnętrznościach pojazdów, ale jak na jej oko, to wszystko wyglądało całkiem normalnie.
— Może musi chwilę odsapnąć. Przegrzała się czy coś — oznajmiła, bo Tacoma miała swoje lata i niejedno już przeszła. Trzeba było dać jej czas na dojście do siebie. Może jak ochłonie, to będzie skłonna do dalszej współpracy. Nie musiała już nawet zawozić je na klify, ale fajnie, gdyby zdołała dociągnąć do miasta. — Zjedzmy burgery — skinęła głową. Pomysł z piknikiem bardzo jej się spodobał. Od razu podeszła do drzwi od strony pasażera i sięgnęła na tylne siedzenie po papierowy torby z jedzeniem i napojami.
Wróciwszy do Mony upewnia się, czy maska nie jest gorąca. Nie była, więc rozsiadła się wygodnie i poklepała miejsce obok siebie, jednocześnie wyjmując to, co zamówiła im przyjaciółka. Vege burger był podpisany i wyglądał wspaniale. Od samego widoku Pix zrobiła się przeraźliwie głodna. Nie czekając ani chwili dłużej, po prostu wgryzła się w bułę.
— Mój jest rewelacyjny. Chcesz spróbować? — wyciągnęła rękę z burgerem w stronę Mony, żeby wzięła sobie porządnego gryzka. Ona tego mięsnego nie spróbuje, ale nie omieszka podkraść jej kilka frytek, pomimo że miała też swoje. — Mam nadzieję, że znajdziemy tutaj zasięg. Nie mam nic przeciwko nocowaniu w samochodzie, ale horrory udowodniły mi, że nie ma nic przyjemnego w spaniu w środku lasu — powiedziała z myślą o licznych filmach, w których wszyscy bohaterowie ginęli. No dobrze, może nie wszyscy, bo zawsze znalazł się jeden, o którym trzeba było nakręcić kontynuację. Osatecznie sequele i tak okazywały się beznadziejne.

Mona Delacroix
bubek
nudy i braku zaangażowania
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zanim całkowicie się poddała, Mona postanowiła spróbować jeszcze raz odpalić samochód. Wspięła się po stopniu trucka i wychyliła się w przód sięgając za kluczyk wystający ze stacyjki i ostrożnie poruszyła nim w prawo. I jeszcze raz. Silnik zakręcił, ale nadal nie zamierzał współpracować. Westchnęła cicho i zeskoczyła na siemię i zajrzała jeszcze raz pod maskę, tym razem zwracając większą uwagę na okolice układu chłodzenia. Nie dotykała niczego, co mogło być gorące, ale po chwili uznała, że przynajmniej nie wyglądało to tak, jakby Tacoma właśnie próbowała się zagotować.
– Raczej nie jest przegrzana. – stwierdziła w końcu, opuszczając maskę, która zamknęła się z cichym trzaskiem metalu. – Możemy jej dać chwilę. Może przemyśli i poprawi swoje zachowanie.
A skoro i tak nie miały na ten moment wiele więcej do zrobienia, usiadła na masce obok Pixie, opierając dłonie za sobą. Podciągnęła się w górę, aż dała radę wyciągnąć plecy wzdłuż przedniej szyby. W sumie, nie było najgorzej. Popołudniowe słońce przebijało się przez korony drzew i na chwilę musiała zmrużyć oczy przed odrobinę rażącym po oczach światłem. Dopiero, kiedy Pix wyciągnęła burgera w jej stronę podniosła się na łokciach i ugryzła kawałek, na spróbowanie. – Naprawdę dobry! – wymamrotała z na wpół pełnymi ustami i w końcu się wyprostowała, żeby samej zajrzeć w torbę. Poza swoim burgerem, od razu wyłapała coś, o czym zdążyła zapomnieć. – Ooo, frickles. Zapomniałam, że je wzięłam. – uśmiechnęła się pod nosem, sięgając po pudełko i kładąc je gdzieś w przestrzeni pomiędzy nimi. – Bezpieczne, wegańskie.
Dopiero wzmianka o spaniu w lesie sprawiła, że Mona rzuciła krótkie spojrzenie pomiędzy drzewami. Sama raczej nie była osobą, którą łatwo byłoby namówić na nocleg w takim miejscu, choć w dużej mierze wynikało to z tego, że jej rodzeństwo miało wyjątkowo zły gust w kwestii wspólnego oglądania horrorów. Mona zawsze twierdziła, że nie chce ich oglądać, potem siadała z nimi na kanapie, bo nie chciała być jedyną osobą, która nie wiedziała co się działo, a następnie przez kolejne pół filmu udawała, że wcale nie jest przestraszona.
– Nie zaczynaj. – parsknęła z rozbawionym uśmiechem, przypominając sobie coś. – My dosłownie ostatnio oglądaliśmy The Evil Dead. – Sama nazwa wystarczyła, żeby zerknęła jeszcze raz w stronę lasu, tym razem zdecydowanie mniej przekonana do pomysłu, że oczekiwanie na pomoc w środku nocy było całkiem rozsądnym planem. – I właśnie dlatego uważam, że horrory mają bardzo zły wpływ na ludzi. – dodała, sięgając po swoje jedzenie. – Najpierw człowiek ogląda film i myśli: „przecież nikt normalny nie poszedłby do takiego lasu”, a potem sam siedzi w takim miejscu i zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie słyszał czegoś między drzewami.
Ugryzła kawałek burgera, po czym zerknęła na telefon. Zasięg nadal był bardziej symboliczny niż użyteczny, więc schowała go z powrotem do kieszeni, postanawiając sprawdzić go za jakiś czas. Na razie pozostawało im jedzenie, trochę cierpliwości i nadzieja, że Taco rzeczywiście potrzebowała tylko chwili przerwy.
– Dobra. Skoro i tak chwilowo nigdzie nie jedziemy… – zaczęła, obracając w dłoniach frytkę, którą ostatecznie wycelowała w stronę przyjaciółki. – Gdybyś mogła się teraz teleportować gdziekolwiek, zamiast siedzieć tutaj ze mną i zepsutym samochodem, gdzie byś teraz byla?


pixie fontaine
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka biologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeśli samochód nie był przegrzany, Pixie nie miała pojęcia, dlaczego nie chciał odpalić. Mona często powtarzała, że Tacoma ma już swoje lata, więc może od dłuższego czasu coś było z nią nie tak, tylko dopiero teraz postanowiła odmówić współpracy. I tak długo wytrzymała! Przecież woziła im dupska dosłownie wszędzie. Ile razy jeździły nią na jakieś dalsze wypady, ile razy wracały nią późno w nocy, a zdarzało im się nawet spać w środku podczas większych wyjazdów. Szkoda byłoby, gdyby właśnie teraz zakończył swój żywot, ale taka była kolej rzeczy. Fontaine nie znała się szczególnie na samochodach, więc nie potrafiła powiedzieć, czy Tacomę dało się jeszcze jakoś uratować, czy mechanik tylko pokręci głową i oznajmi, że nadszedł jej czas. Tak czy inaczej, Delacroix powinna chyba w końcu zacząć rozglądać się za nową bryką. Niekoniecznie musiała od razu kupować coś prosto z salonu. Używany samochód też byłby przecież dobry! Byle jeździł i nie postanowił zdechnąć dokładnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowały. Mimo wszystko przyjaciółka będzie musiała pogodzić się z faktem, że Toyota nie będzie wozić im tyłków wiecznie.
— Mówiłam! — ucieszyła się, kiedy Mona pochwaliła wegańską wersję burgera. Naprawdę nie można było mu niczego zarzucić. Ba, jak tak lepiej się nad tym zastanowić, niektóre bezmięsne rzeczy były nawet znacznie smaczniejsze od tych z mięsem. Chociaż co Pixie mogła o tym wiedzieć? Nie jadła zwierząt od dekady, więc właściwie nie pamiętała już, jak mięso smakowało. I wcale jej to nie przeszkadzało. Nie tęskniła za nim, nie miała żadnej potrzeby sprawdzania, czy po tylu latach nagle zaczęłaby doceniać smak steka albo burgera z prawdziwej wołowiny. Miała swoje roślinne zamienniki, tofu i całą resztę rzeczy, które kiedyś pewnie wydawały jej się dziwne, a teraz były zupełnie normalną częścią jej diety. Poza tym nie żałowała swojej decyzji nawet przez sekundę. Skoro przez dziesięć lat radziła sobie bez jedzenia zwierząt, to najwyraźniej nie było jej to do niczego potrzebne. A jeśli przy okazji mogła jeszcze udowodnić Monie, że wegański burger potrafił być zajebisty, to tym lepiej.
Sięgnęła po smażonego w panierce ogórka i schrupała go ze smakiem. Ktoś, kto wymyślił fricklesy powinien dostać jakąś nagrodę. Albo przynajmniej gwarantowaną miejscówkę w niebie.
— Nie przesadzaj — machnęła ręką, a jednak sama rozejrzała się ukradkiem, czy nikt nie czai się na nie w zaroślach. — Nic nam nie będzie. Zresztą nie zamierzamy spędzić tutaj nocy, prawda? — spojrzała niepewnie na przyjaciółkę. Jeśli Tacoma nie odpali, to będą zmuszone wezwać pomoc drogową.
Uniosła wysoko brwi, spoglądając na nią znad kubka z 7upem. Pociągnęła przez słomkę kilka łyków i uśmiechnęła się szeroko.
— Jestem ze swoją przyjaciółką. Dlaczego miałabym chcieć być w jakimiś innym miejscu? — zapytała, kompletnie nie rozumiejąc, po co gdzieś się teleportować. — Tak, wiem, że to tylko czysto hipotetycznie. Hm, może do Borneo w Malezji? Mają tam endemiczne owady, których nie znajdzie się nigdzie indziej. Mają tam ogromne chrząszcze jelonkowate i cykady wydające dźwięki o ogłuszającej głośności. Albo do Peru! W rezerwacie Tambopata, znajduje się słynny hotel Refugio Amazonas Lodge, który prowadzi otwarte laboratorium entomologiczne. Turyści i naukowcy mogą tam uczestniczyć w projektach Citizen Science — wyjaśniła, kiwając przy tym głową. Nawet teraz wybór Pix był kierowany owadami. — A ty? Gdzie chciałabyś się zmaterializować? — zapytała, wpychając sobie kolejne frytki do buzi. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo była głodna!

Mona Delacroix
bubek
nudy i braku zaangażowania
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z głową opartą o szybę samochodu Mona słuchała kolejnych propozycji Pixie. Nie mogła powstrzymać się od szerokiego uśmiechu pomimo chwilowego, około-horrorowego napięcia. Powinna była się spodziewać, że jej przyjaciółka znajdzie sposób, żeby sprowadzić rozmowę na owady. Nie miała nic przeciwko temu, chociaż przy niektórych nazwach musiała się trochę bardziej skupić, żeby nadążyć za wyjaśnieniami. Oparła się wygodniej na masce, jedną dłonią podpierając się za plecami, a drugą sięgnęła po frytkę, którą przez chwilę obracała między palcami.
— Czekaj, czekaj. Czy chrząszcze jelonkowate mają rogi jak jelonki? — zapytała, marszcząc lekko brwi. — Widzę je w głowie bardzo wyraźnie, czarna połyskująca skorupka i piękne poroże.
Wyobraziła sobie niewielkiego owada z imponującym porożem, przeciskającego się między liśćmi. Nie była pewna, czy jej wyobrażenie miało wiele wspólnego z rzeczywistością, więc z niecierpliwością oczekiwała rozwiązania tej zagwozdki.
— A Peru brzmi super — dodała po chwili. — Wróciłabym z setką zdjęć owadów dla ciebie i kolejną setką lam i alpak dla siebie.
Pytanie o jej własny wybór okazało się jednak nieco trudniejsze… Mogła wymienić kilka miejsc, które chciałaby zobaczyć. Szkocję, z jej zielonymi wzgórzami i starymi zamkami, albo Włochy, gdzie mogłaby przez kilka dni jeść dobre jedzenie, włóczyć się bez planu i udawać, że nie istnieje coś takiego jak lista rzeczy do zrobienia. Chętnie zobaczyłaby też Nową Zelandię. Góry, jeziora, rozległe przestrzenie, drogi ciągnące się przez krajobrazy, przy których człowiek przestawał myśleć o tym, co powinien zrobić za godzinę, następnego dnia albo w przyszłym tygodniu.
Tyle że gdyby naprawdę mogła się teleportować, nie musząc martwić się o koszty, czas ani o to, czy Tacoma zechce później zabrać je z powrotem do domu, wybór wcale nie był taki prosty. Przez krótką chwilę pomyślała o miejscu, które nie miało nic wspólnego z żadnym krajem ani turystyczną atrakcją. O czasie, kiedy nie zastanawiała się nad tym, czy powinna jeszcze raz spróbować, czy może lepiej odpuścić. Kiedy jazda konna była po prostu częścią jej życia, a nie czymś, co zostawiła za sobą i czego nie potrafiła wyjaśnić nawet samej sobie bez uciekania się do wygodnego stwierdzenia, że zwyczajnie straciła zainteresowanie.
Nie chciała wracać do samego wypadku. Nie do bólu złamanego obojczyka, zawrotów głowy i dni, w których nawet najprostsze czynności przypominały jej, że ciało potrzebuje czasu, żeby dojść do siebie. Gdyby mogła wybierać, cofnęłaby się jeszcze odrobinę wcześniej, do zwyczajnego dnia, w którym nic nie zapowiadało, że coś się zmieni. Do chwili, kiedy nie musiała jeszcze zastanawiać się, czy potrafiłaby ponownie wsiąść na konia.
Myśl przemknęła przez nią tak szybko, że niemal od razu ją odsunęła. Nie było sensu psuć sobie popołudnia rozważaniami nad czymś, czego nie dało się zmienić. Zwłaszcza że obok siedziała Pixie, a ich największym problemem na tę chwilę była stara Toyota, która postanowiła urządzić sobie przerwę w pracy w środku lasu.
Mo odgryzła kawałek frytki i przechyliła głowę opierając policzek o chłodną szybę samochodu, jakby dopiero teraz ostatecznie zdecydowała się na odpowiedź.
— Chyba Nowa Zelandia. — powiedziała w końcu. — Chciałabym zobaczyć te wszystkie góry, jeziora i miejsca, w których można przejechać kawał drogi, nie mijając niczego poza zielenią. Wynająć jakiś samochód, pojechać przed siebie i zatrzymywać się tam, gdzie akurat coś mnie zainteresuje. Bez planu na każdą godzinę, chociaż wiesz, że lubię plany.
Uśmiechnęła się lekko i spojrzała na prześwit między koronami drzew nad sobą.
— Poza tym podobno mają tam mnóstwo owiec. Więc nawet gdybym się zgubiła, mogłabym udawać, że to część planu zawodowego.
Zerknęła na Pixie z rozbawieniem, po czym sięgnęła po kolejnego frickla. Przez moment przyglądała mu się z namysłem, jakby dopiero teraz przyszło jej do głowy coś jeszcze.
— Ale wiesz co? Jeśli kiedykolwiek faktycznie polecimy do Peru, to najpierw pokażesz mi te swoje chrząszcze. Muszę zobaczyć, czy naprawdę mają rogi, zanim wydam pieniądze na bilet.


pixie fontaine
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka biologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Tak! — podekscytowała się niezdrowo, kiedy Mona zapytała o poroże. — To znaczy, to nie jest poroże samo w sobie, tylko ich żuwaczki, które odpowiadają za gryzienie i przenoszenie przedmiotów — wyjaśniła z entuzjazmem, który być może nie był do końca adekwatny do sytuacji, ale trudno było jej się powstrzymać, kiedy ktoś sam z siebie pytał ją o owady. Nie zmieniało to jednak faktu, że żuwaczki wyglądały jak poroże, stąd zresztą ich nazwa. Delacroix wcale nie pomyliła się aż tak bardzo.
Jej wybory nie były niczym nadzwyczajnym. Kierowała się przede wszystkim możliwościami prowadzenia badań nad owadami i odwiedzania miejsc, w których mogłaby przyjrzeć się z bliska gatunkom dotąd jej nieznanym. Albo takim, które już znała, ale o których wciąż nie wiedziała wystarczająco dużo. Wszystkie wymienione przez nie miejsca miały jej coś takiego do zaoferowania, dlatego trudno było jej wskazać jedno, które szczególnie wyróżniałoby się na tle pozostałych. Mogłaby oczywiście wybrać się w kompletną dzicz gdzieś na krańcu świata. Nie była jednak przekonana, czy wróciłaby stamtąd żywa, a jednak wolała nie kończyć kariery naukowej przez durny pomysł i brak rozeznania w terenie.
Zapchała się frytkami, czekając na odpowiedź przyjaciółki. Nie zamierzała jej ponaglać, bo przecież Mona potrzebowała chwili, żeby zebrać myśli. Wybieranie miejsc, do których chciałoby się pojechać, to nie było żadne hop-siup! Należało najpierw rozważyć dostępne możliwości i zastanowić się, co właściwie chciałoby się zobaczyć. Nawet jeśli rozmawiały wyłącznie hipotetycznie i żadna nigdzie w najbliższym czasie nie pojedzie.
Pokiwała głową, kiedy wybór padł na Nową Zelandię. Sama chętnie wybrałaby się do lasów deszczowych Fiordlandu. Chyba właśnie dlatego Fontaine tak bardzo ciągnęło do podobnych miejsc. Kochała przyrodę i uwielbiała spędzać czas na łonie natury. Właściwie to właśnie wtedy czuła się najlepiej. Tak jak teraz, kiedy siedziały na masce samochodu, otoczone gęsto rosnącymi drzewami. Co z tego, że niedługo się ściemni, a one nie mogły ruszyć w dalszą podróż, bo Tacoma przechodziła jakiś okres buntu.
— Oj, dobrze wiem, jak lubisz mieć plany — zaśmiała się, wymierzając w Monę frytką. Pixie również potrafiła być dobrze zorganizowana, zwłaszcza jeśli chodziło o studia i wszystko, co wiązało się z jej zainteresowaniami, ale nie miała większego problemu z tym, żeby od czasu do czasu zdać się na spontaniczność. Gdyby ktoś zadzwonił do niej z informacją, że ma się pakować, bo następnego ranka wylatuje do Peru, prawdopodobnie zaczęłaby od sprawdzenia, czy ma jakieś czyste skarpetki. Dopiero później, może nawet już w drodze na lotnisko, przemknęłoby jej przez głowę, że przecież na poniedziałek musi przygotować projekt. I to byłby ten jeden jedyny moment, w którym poczułaby ukłucie wyrzutów sumienia.
— Mogłabyś też udawać jedną z nich. Jesteś równie słodka, co one — oznajmiła, kiedy przyjaciółka wspomniała o owcach. — Serio chcesz lecieć ze mną do Peru? Ale wiesz, że równie dobrze możemy skoczyć do Nowej Zelandii? Tam też mają chrząszcze. Na przykład słoniowate ryjkowce. I uprzedzając twoje pytanie - tak, mają ryjek, który przypomina trąbę słonia — wyjaśniła, uznając, że warto od razu rozwiać wszelkie wątpliwości. Nazwy owadów nie brały się przecież znikąd! — Na razie to mamy problem, żeby dojechać na klify, a co dopiero wybrać się gdzieś za granicę — zauważyła z rozbawieniem i wgryzła się w resztkę swojego burgera. Bo taka była prawda. Mogły sobie planować wyprawy na drugi koniec świata, a tymczasem siedziały na masce samochodu i nawet nie dotarły jeszcze na klify. I istniało spore prawdopodobieństwo, że dzisiaj jednak tak nie dojadą.

Mona Delacroix
bubek
nudy i braku zaangażowania
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mona pokiwała głową, słuchając wyjaśnień Pixie o jelonkach rogaczach. Żuwaczki zamiast prawdziwego poroża zarejestrowała w głowie, nie kwestionując, jak to naprawdę działa. Wciąż jednak miała przed oczami błyszczącego, czarnego chrząszcza z imponującymi wyrostkami i była całkiem pewna, że na żywo zrobiłby na niej większe wrażenie niż na zdjęciach.
— Dobrze, nie będę się kłócić o anatomię. Z daleka wyglądają jak rogi, więc uznaję, że miałam częściowo rację. — Jej własny burger, który miała w torbie, powoli znikał razem z fricklesami, które były zdecydowanie zbyt uzależniające. Nawet nie zorientowała się, jak głodna była po dniu na uczelni do momentu, w którym zaczęła jeść.
Wywróciła oczami na komentarz o tym, że lubiła plany. No lubiła i ciężko było ją przekonać, że dzień bez jakiejś, nawet drobnej listy może być… produktywny. Plan dawał jej jakieś poczucie spokoju. Za chwilę jednak uśmiechnęła się szerzej na uwagę o owcach. Nie pierwszy raz ktoś sugerował jej, że potrafi być równie urocza jak zwierzę, choć zwykle porównania dotyczyły koni. Owce wydawały się całkiem przyjemną odmianą, szczególnie jeśli w pakiecie z nimi dostawała krajobrazy Nowej Zelandii. Góry, jeziora, zielone doliny i drogi, na których można było zatrzymać się bez konieczności sprawdzania, czy kolejny punkt wycieczki nie zacznie się za piętnaście minut. Sam pomysł miał w sobie coś kojącego, a to, że Pixie mogłaby pokazywać jej po drodze kolejne osobliwe stworzenia, tylko dodawało mu uroku.

— Będę udawać jedną z nich, jeśli obiecasz, że nie zostawisz mnie na pastwisku. — Zerknęła na przyjaciółkę z rozbawieniem. — A Peru też brzmi dobrze. Właściwie chyba mogłabym pojechać wszędzie, jeśli będziesz mi pokazywać te wszystkie owady. Tylko musisz się liczyć z tym, że ja będę się zatrzymywała przy każdej jednej alpace, która będzie się dawała pogłaskać.
Trudno było powiedzieć, czy bardziej podobała jej się sama perspektywa podróży, czy możliwość wyrwania się na jakiś czas z codziennego rytmu. Co ostatnio zdawało się być regularną myślą w jej głowie. Nie musiały od razu wybierać między Peru a Nową Zelandią, ani nawet ustalać, kiedy miałyby tam pojechać. Na razie wystarczyło, że mogły o tym rozmawiać, siedząc na masce samochodu i dzieląc się jedzeniem, które kupiły z myślą o znacznie przyjemniejszym przystanku. Mona zerknęła na Tacomę, jakby chciała przypomnieć jej, że to jeszcze nie koniec wycieczki. Samochód nie odpowiedział, oczywiście, a przecież mógł chociaż kaszlnąć, czy coś. Mogłaby się wtedy poderwać i dać staruszce jeszcze jedną szansę. Możliwe, że jej życie powoli dobiegało końca, a Mo będzie musiała ustalić datę pogrzebu (oddania na złom?) Toyoty.
— Ale tak, zanim do Peru i Nowej Zelandii, najpierw jednak musimy dotrzeć na te klify. Małymi krokami. — Zaśmiała się i oparła głowę na szybie. — Jak nie dzisiaj, to innym razem.
Wyciągnęła telefon i sprawdziła ekran, licząc, że tym razem uda jej się złapać choć odrobinę zasięgu. Przez kilka sekund nic się nie zmieniało, aż urządzenie zawibrowało w jej dłoni. Jedna kreska. Niewiele, ale wystarczająco, by spróbować. Mona odnalazła numer pomocy drogowej i od razu nacisnęła przycisk połączenia, zanim sygnał zdążył zniknąć. Przyłożyła telefon do ucha, wstrzymując się od kolejnych prób sprawdzania ekranu.
Po chwili usłyszała sygnał połączenia i rzuciła Pixie bezgłośne “jest sygnał!”.


pixie fontaine
ODPOWIEDZ

Wróć do „Scarborough Bluffs”