Może to i lepiej.
Przeszło jej przez myśl tego samego popołudnia, kiedy udało jej się zobaczyć tylko tył głowy Fiji i zamykające się za nią drzwi, choć tak naprawdę chciała zawołać jej imię i zatrzymać ją w kawiarni na jeszcze chwilę dłużej. Może do zamknięcia? Zegarek pokazywał kolejne pół godziny, zanim zamierzała wypuścić baristkę do domu i posprzątać nieduże wnętrze. O ile przyjemniej by minęło gdyby…
Nie.
Zawsze zamykała Lucie’s samodzielnie; nie potrzebowała nikogo.
Na pewno nie potrzebowała kogoś, kto sprawiał, że słowa plątały jej się w ustach, a serce waliło jak szalone. Jej ciało nie rozumiało, że przyspieszony puls nie oznaczał niebezpieczeństwa i głowa nie była w stanie połączyć wszystkiego w jedną całość, jakby odpalające się synapsy nie potrafiły przekazać żadnych nowych informacji poza zapamiętanymi ścieżkami. Z każdą kolejną godziną oddalającą ją od tego zwykłego niezwykłego poranka czuła się coraz bardziej… wystraszona. Bała się, co może się stać, gdyby tylko pozwoliła komuś zobaczyć tę część życia, którą schowała w szafie razem z plecakiem ewakuacyjnym. Obiecała dziewiętnastoletniej Willeminie, że nigdy–
Westchnęła cicho i rzuciła lekki uśmiech w stronę Fiony, która zapytała o coś, czego Turner nie usłyszała. –
Czekaj, już idę. – Rzuciła, poruszyła ramionami, próbując otrząsnąć się z rozmyślania nad czymś, co i tak nie miało sensu, i odłożyła resztę papierowych kubków na dolne półki na zapleczu. Nie miała miejsca w swoim życiu na ryzyko. Nawet jeśli patrzyło na nią z szerokim uśmiechem i obiecywało więcej…
Czwartek
Will miała wrażenie, że podskakuje za każdym razem, kiedy słyszała znajomy dźwięk otwierających się drzwi. Czuła dziwne poczucie narastającej paniki, tak jakby poprzedniego popołudnia specjalnie nie wyszła z zaplecza. Nie była pewna, czy chciała wyjaśnić, czy nie wspomnieć nic.
Nie wiedziała, czy było co wyjaśniać… a mimo to układała w głowie odpowiednie słowa.
Odkładałam zamówienie i kiedy wyjrzałam zza drzwi, już wychodziłaś! I co potem?
Kiedy ostatni raz oglądałaś mecz hokeja? Ja nigdy, bo nie…
Z impetem wyciągnęła kolbę z maszyny i równie agresywnie pozbyła się z niej zużytej kawy – głośno odbijając brzeg metalowego koszyka o knock box. Szybkim ruchem rozkręciła dyszę, na chwilę pozbawiając się zupełnie możliwości widzenia i słyszenia. Pozwoliła sobie na całkowite skupienie, sięgając dłonią po kwitek z kolejnym zamówieniem. Espresso i americano. Szybko uniosła wzrok w górę i na chwilę, ponad maszyną, skrzyżowała wzrok ze znajomymi brązowymi oczami.
–
Hej, ja… – już prawie zapomniała i o panice, i o przemyśleniach poprzedniego dnia, mogła zapytać o jej rodzinę w Winnipeg albo o cokolwiek innego, bo Lucie’s było chwilowo puste, zaledwie kilku klientów przy stolikach, ale w tym samym momencie jej telefon obudził się na ekspresie. –
Muszę odebrać. – Zmarszczyła brwi w przepraszającym wyrazie twarzy i, przekazując maszynę baristce, wyszła na zewnątrz.
Piątek
Gdyby nie to, że wybrany przez Fiji ślusarz miał się pojawić, żeby naprawić jej zamek, zostałaby w mieszkaniu i pozwoliłaby otworzyć sklep komuś innemu. Jej zaspany poranek zwieńczył nieprzespaną noc. Nie mogła zasnąć i nie wiedziała, dlaczego. To znaczy, wiedziała, ale nie była pewna, czemu tak nagle i czemu właśnie ona…
Łup, łup.
Czemu wystarczyło, że przypominała sobie szczegół ze środowego poranka i jej serce przyspieszało?
Sobota
Zaróżowione policzki zrobiły się jeszcze bardziej czerwone kiedy wróciła myślami do krótkiej rozmowy ze śluzarzem, tuż przed tym jak po drugiej stronie ulicy zobaczyła kolejną z kolekcji neonową koszulkę i zanim dobrze pomyślała odwróciła wzrok i zniknęła wewnątrz Lucie’s.
To przecież nie tak, że była czegoś winna; nie kończyła długoletniej znajomości; po prostu była zajęta i rozmawiały — tak naprawdę rozmawiały tylko jeden raz.
Tylko jeden. Nie powinna na to wszystko tak reagować.
Nie powstrzymała się, żeby obrócić głowę i przez szybę zerknąć w miejsce, w którym przed chwilą ją widziała. Już jej nie było.
Will, przestań.
Niedziela
–
Waniliowe latte? – Zawołała znad maszyny, jednocześnie przykrywając papierowy kubek przykrywką. Posłała klientowi delikatny uśmiech i odruchowo życzyła miłego dnia. Lubiła dni, kiedy Lucie’s było pełne po brzegi pomimo niedużego rozmiaru kawiarni. Jej ciało wchodziło w rytm, wydawała zamówienia regularnie, kolejna kawa co minutę, ciasto na talerzyk, pamiętaj o łyżeczce, o to, przy którym stoliku siedzi regularny klient, a przy którym turyści, z mapą rozłożoną pod nosem i aparatem przewieszonym przez ramię.
Tym razem, kiedy dostrzegła Fiji, znieruchomiała tylko na sekundę. Kiwnęła głową i wymusiła na ustach uśmiech. Tak jak wymusiła na sobie obojętność, tę, która utrzymywała ją przy zdrowych zmysłach przez ostatnie kilka lat. Musiała tylko patrzeć przed siebie, nie przywiązywać się do nikogo, bliskość nie była jej potrzebna, bliskość była niebezpieczna.
Odruchowo potarła dłonią dwa zesztywniałe palce u drugiej ręki i pozwoliła sobie odpłynąć, skupić się na serwisie.
Poniedziałek
Uciekła na zaplecze.
Wtorek
Zatrzymała się na rogu ulicy, kiedy dostrzegła jej sylwetkę.
Środa
Wymieniły kilka krótkich zdań, kiedy podała jej americano z trzęsących się dłoni.
Czwartek
Stała w cieniu, które rzucały drzwi prowadzące na zaplecze. Znajome poczucie ciężkości w brzuchu, które pojawiło się tydzień wcześniej, dalej jej nie opuściło. Tylko się wzmagało, kiedy widziała Fi wchodzącą do środka.
Fi. Skróciła w myślach jej imię, jakby miała do tego jakiekolwiek prawo. Na pewno nie teraz, kiedy unikała jej od poprzedniego czwartku. Ale próbowała, naprawdę próbowała znaleźć jakiś sposób, żeby uspokoić jej szalejące emocje. Mieszanka paniki, strachu, napięcia, kiedy widziała ją w kawiarni, i zawodu, kiedy wychodziła.
To nie było normalne.
Nie dla niej.
Piątek
Turner zatrzymała się kilka kroków przed wejściem. Wielka pajęczyna na witrynie, uszkodzone drzwi i bałagan widoczny przez szybę nie pasowały do miejsca, które znała. Klucze zadrżały jej w dłoni. Weszła do środka, a zapach spalenizny uderzył ją mocniej, niż się spodziewała. Połamane krzesła leżały w kącie, rozsypane ziarna mieszały się z syropami z potłuczonych butelek, a profesjonalny ekspres, o który tak dbała, miał głębokie wgniecenie na obudowie. Na ścianie ktoś wymalował czarno-czerwonego byka, a na środku sali pozostały zwęglone resztki ogniska i popiół z nadpalonych czasopism.
Nie mogła się ruszyć.
Lucie’s było czymś więcej niż kawiarnią. Zbudowała je sama, kawałek po kawałku, po latach ciężkiej pracy. Tutaj sama decydowała o zamkach, drzwiach i tym, kogo wpuszczała do środka.
To miejsce miało być jej. Było jej.
A teraz ktoś wszedł do niego i zniszczył je tak, jakby nic nie znaczyło.
Ból pojawił się niemal natychmiast, choć nie dotyczył żadnej z widocznych ran. Will poczuła go w palcach, w nadgarstkach, w łokciu, który kiedyś pękł pod siłą cudzego uderzenia. W żebrach i plecach, gdzie siniaki zmieniały kolor, zanim zdążyły zniknąć, i w rozcięciach, po których zostały blizny — oraz tych, po których nie zostało nic poza pamięcią. Przypomniała sobie chwyt na ramieniu, szarpnięcia, upadki, ból rozlewający się po ciele, kiedy próbowała zasłonić głowę. Najgorsze było jednak wspomnienie dłoni zaciskających się na jej szyi. Brak powietrza, rozpaczliwe próby zaczerpnięcia oddechu, panika, która odbierała zdolność myślenia. Tamte chwile wróciły tak wyraźnie, jakby wcale nie minęły lata, a ona znów nie miała dokąd uciec.
Zacisnęła palce na kluczach, aż metal wbił jej się w skórę. Próbowała oddychać, skupić wzrok na ladzie, na framudze, na czymkolwiek, co należało do teraźniejszości, ale zniszczone wnętrze nie pozwalało jej zapomnieć.
To tylko rzeczy. Wymienię krzesła i szkło, posprzątam, naprawię ekspres.
Wtedy zauważyła kubek. Leżał niedaleko lady, pomięty i przybrudzony, z przekrzywionym wieczkiem. Na jego boku wciąż dało się rozpoznać Snoopy’ego.
Podniosła go i ostrożnie starła kurz i popiół, skutecznie rozmazując resztki rysunku.
Od tygodnia unikała Fiji. Wmawiała sobie, że potrzebuje dystansu, że łatwiej będzie wrócić do zwyczajnej obojętności, jeśli przestanie dopuszczać do siebie te wszystkie niepokojące myśli. Nie musiała przecież niczego komplikować. Mogła pozwolić, by ich rozmowy stały się po prostu miłym wspomnieniem, kiedy i tak ostatecznie wyjedzie z Toronto, w stronę Winnipeg…
Teraz, patrząc na kubek, żałowała tego bardziej niż potrafiła zrozumieć. Nie wiedziała, czy Fiji jeszcze wróci, czy znów zobaczy jej uśmiech i usłyszy kolejną dygresję… Odebrała sobie nawet tę niewielką możliwość, bo przestraszyła się własnych emocji, a może nawet uczuć, zanim zdążyła sprawdzić, czym właściwie są. I nawet nie miała jej numeru telefonu, żeby ją przeprosić…
Coś w niej pękło.
Kolana ugięły się pod jej ciężarem, a Will oparła się o ścianę, przyciskając dłoń do ust. Łzy napłynęły jej do oczu, oddech rwał się w piersi, a cały starannie budowany spokój rozsypywał się razem z jej kawiarnią. Nie potrafiła rozdzielić żalu po tym, co straciła, od strachu, który znów przejmował nad nią kontrolę.
Fiji Zivai