Czyste szaleństwo.
To była pierwsza myśl, jaka przychodziła mu do głowy, gdy patrzył na wykrzywioną w uśmiechu twarz Paris i czuł zapach palonej gumy mieszający się z jej perfumami. Fakt, że siedziała teraz obok niego, wydawał się tak skrajnie nierealny, że aż nierzeczywisty. Dziesięć lat rozłąki, bagaże doświadczeń, wypadek, śmierć ojca Paris, choroba matki Leo… tak wiele wydarzyło się od czasu ich ostatniego spotkania, a jednak teraz znów był w tym samym miejscu, z tą samą blondynką na siedzeniu pasażera, znów gotowy zrobić dla niej
wszystko, bo był całkowicie podatny na jej wszelkie sztuczki. Miał do Paris cholerną, absurdalną wręcz słabość i wystarczyło jedno jej spojrzenie, jedno zmysłowe zniżenie głosu czy przelotny dotyk na udzie, żeby jego rozsądek szedł się bujać. Wyzwalała w nim takie cechy, o których dawno zdążył już zapomnieć. -
Paris - ostrzegł ją tylko cicho, gdy po raz kolejny zaczęła się z nim droczyć i ostrzegać, jak trudny będzie dla niego ten wieczór. Kurwa, ile razy on już ją upomniał? Jak jednocześnie mogła go irytować, pociągać i sprawiać, że chciał zedrzeć z niej ubrania? On już ledwo panował nad swoimi dłońmi, którymi trzymał kierownicę; nie potrzebował kolejnych zachęt. Poza tym… było w tym coś satysfakcjonującego, gdy widział, jak z każdą minutą z jej twarzy znikało zmęczenie po ciężkiej zmianie w klubie i zastępował je dawny, szalony blask. Udało mu się poprawić jej humor i tylko to się liczyło.
Gdzie indziej byś mnie teraz zabrał jak nie na tor, hm? -
Gdyby zależało to tylko ode mnie, raczej w ogóle bym cię stąd nie wypuścił - mruknął z uśmiechem w kąciku ust, pozwalając ponieść się wyobraźni. Kurwa, gdyby faktycznie decydował sam, ich dzisiejszy wieczór skończyłby się gdzieś na jakimś parkingu albo w jego sypialni, o ile zdążyliby do niej dotrzeć. Oczami wyobraźni już widział, jak zsuwała rajstopy z długich nóg, jak unosiła spódniczkę i jak całował każdy centymetr jej skóry, słuchając jej przyspieszonego oddechu. Jezu, on był na nią cholernie napalony, od ich pierwszego ponownego spotkania. Może to jednak dobrze, że dziś to Paris zdecydowała? Chciała, żeby zabrał ją na tor, to zabierał ją na tor.
Cholera, i chociaż wizja zjechania w pierwszą lepszą ciemną uliczkę kusiła go bardziej niż cokolwiek innego, zwłaszcza po tych kilku słowach, że nie zamierzała go powstrzymywać… widział, jak wiele niepewności i głęboko skrytych kompleksów w sobie nosiła, mimo że była zjawiskowo piękna, niezależna i bezczelnie pewna siebie na zewnątrz. Bała się utraty kontroli, konkurencji… zaufania mu? Jak wiele masek nosiła na co dzień? To był jednak temat na inną rozmowę, teraz rzucił okiem na jej łydki, które dalej spoczywały na jego udach. No co? Był tylko słabym mężczyzną. -
Tylko poczekaj, aż się stąd wyrwiemy - odpowiedział jej i posłał jej krótkie, palące spojrzenie, które miało być obietnicą tego, co miało wydarzyć się później. Po wyścigu.
Tuż przed startem wyścigu wreszcie wyłapał spojrzenie G-Force’a, obrzydliwe pewnego siebie cwaniaczka, który już siedział w swoim aucie i posyłał im kpiące uśmieszki. Jak Leo miał spojrzeć na niego inaczej niż jak na debila - zwłaszcza po tym, co powiedziała mu Rizz? -
Serio? Podnosi rękę na laski? - rzucił, zanim jeszcze wsiedli do auta. Zaraz mięśnie na jego żuchwie zadrżały niebezpiecznie i objął Paris mocniej. -
Uderzył cię kiedyś? - spytał bezceremonialnie, bo słowa Rissy nie dawały mu spokoju. Jeśli ten fagas kiedykolwiek zrobił jej krzywdę, to… nie ręczył za siebie. -
Zaraz go rozpierdolimy, skarbie - rzucił, znów obdarowując ją pocałunkiem, który skończył się pytaniem o
pokaz. Czy to naprawdę był pokaz? Nie, w jego głowie po prostu wyrażał do niej uwielbienie, a to że mieli przed sobą tłum gapiów nie miało żadnego znaczenia. -
Jaki pokaz, Kingsley? Po prostu dałem wszystkim do zrozumienia, z kim dzisiaj przyjechałem - odparł z rozbawioną miną. Był z nią szczery, on naprawdę tak myślał. Nie udawał kogoś innego przed tłumem gapiów. Paris była dla niego cholernie ważna i chciał jej to udowodnić za wszelką cenę. Chciał, żeby wiedziała, że nie była tylko kaprysem i wspomnieniem ze szkolnych lat, ale kobietą, o którą był gotów walczyć.
Nagle stanęła na palcach i zbliżyła usta do jego ucha. Ach.
Jak go pokonasz… To przysięgam, że nasza pierwsza noc była zaledwie rozgrzewką. Cholera, Leo nie był gotowy na taką sprośną, zakazaną obietnicę. Kurwa. -
Rizz, ty naprawdę igrasz z ogniem - wymruczał i pocałował ją ponownie, tym razem intensywniej, bardziej natarczywie, zatracił się w tym pocałunku dosłownie na ułamek sekundy i pozwolił, czy adrenalina uderzyła mu głowy. Oderwał się od niej w momencie, gdy go leciutko odepchnęła i zaczęła wsiadać do auta. -
W tym momencie oficjalnie kolesiowi współczuję - parsknął Leo, po czym zatrzasnął drzwi od strony pasażera i usiadł za kierownicą zielonego lambo.
Musielibyście widzieć jego uśmiech, gdy Paris otworzyła szybę i wrzasnęła, żeby Force się pierdolił.
That’s my girl. Jezu, tak bardzo mu tego brakowało.
Gazu. Rozwalmy go, Rosenhall. -
Z wielką przyjemnością, Kingsley - odpowiedział i docisnął pedał gazu do samej podłogi. Lambo ruszyło z kopyta, a pisk palonych opon na ułamek sekundy zagłuszył krzyki tłumu. Silnik zaryczał i… ruszyli. Szli łeb w łeb; G-Force miał lepszy start, ale zielone cacko, do którego kluczyki otrzymał Leo, miało lepsze przyspieszenie. Leo prowadził płynnie i intuicyjnie, przypominając sobie każdy odruch, manewr i całe swoje samochodowe doświadczenie; jednak się tego nie zapominało, to naprawdę było jak jazda rowerem. Czterysta metrów za startem Leo zaczął skręcać od wewnętrznej, spychając auto Force’a na zewnętrzną krawędź toru; serce waliło mu jak szalone, ryk silnika wypełniał jego umysł, a tuż obok niego, u jego boku, śmiała się dziewczyna jego życia. To był obłęd. Był dwa metry przed G-Forcem, już czuł na języku smak wygranej, okrążenie dobiegało końca, ale nagle… niebo nad torem rozświetliło się na czerwono i niebiesko.
Zza ostatniego łuku, tuż przy mecie, wyłoniła się cała kolumna radiowozów. -
Kurwa - przeklął Leo pod nosem i zamiast wcisnął hamulec jak spanikowany amator, po prostu ocenił swoje szanse. W tym samym czasie G-Force, zaskoczony i jadący z prawej strony, zablokował koła, wpadł w poślizg i uderzył bokiem swojego pojazdu o jeden z radiowozów. Ha, bałwan.
Nie dał rady. Leo zredukował bieg, pociągnął za kierownicę i ściął zakręt przez łącznik; minął się z radiowozem na kilka centymetrów. Udało mu się skręcić w boczną bramę i trafił prosto na ciemne, miejskie ulice Toronto, ale… to nie był koniec wyścigu. Zaczęły ścigać ich radiowozy. Leo znów przyspieszył i z ulgą zaobserwował, że światła na skrzyżowaniu nie działały, więc nie mógł dostać mandatu za jazdę na czerwonym świetle. Leo wbił ostre spojrzenie w lusterko wsteczne, gwałtownie zmieniając pas. -
Rizz, telefon, mapa, cokolwiek - rzucił do niej naprędce. -
Znasz tę okolicę lepiej ode mnie - zauważył, znowu zmieniając pas.
run