ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spoiler
Obrazek
rissy
poważna obietnica:)
w takim razie będę czekać niecierpliwie
tylko się nie spóźnij, bo ucieknę
Wiadomość...

Oh, won't you kiss me on the mouth and love me like a sailor?


Leo czekał w aucie, opierając dłonie na kierownicy i wpatrując się w deszcz spływający po szybie. Była druga w nocy - dokładnie tak, jak się umawiali. Zaparkował w wąskiej uliczce nieopodal wejścia do The Fifth Social Club, wyłączył silnik i czekał, aż dołączy do niego Kingsley. Szczerze? Nie ogarniał tego wszystkiego, co działo się w ostatnich dniach. Zwykle twardo stąpał po ziemi, a perspektywa, że taka dziewczyna jak Rissy - pełna życia, nieprzewidywalna, cholernie piękna i przyciągająca spojrzenia wszystkich wokół - naprawdę chciała kontynuować z nim znajomość… cóż, brzmiało to co najmniej absurdalnie. Cholera no, leciał na nią tak bardzo, że aż kręciło mu się w głowie nawet wtedy, gdy nie było jej obok, tylko odczytywał od niej wiadomości.

Gdy minęło kilkanaście minut, a Kingsley wciąż nie wychodziła z klubu, Leo odruchowo poprawił skórzaną kurtkę i wysiadł z auta. Podszedł bliżej drzwi prowadzących do klubu, mijając po drodze kilka głośnych grupek imprezowiczów, którzy wciąż stali przed lokalem, głośno rozmawiali i palili papierosy. Rosenhall rozejrzał się uważnie i… w końcu ją zobaczył, akurat wychodziła. Podszedł do niej i zanim zdążyła go zauważyć, objął ją w pasie od tyłu, przyciągnął do siebie i złożył miękki, niespieszny pocałunek na jej odsłoniętym karku. Od razu oszołomił go zapach jej perfum. - Długa zmiana, Kingsley? - mruknął jej prosto do ucha z uśmiechem na ustach, po czym ujął jej dłoń i zaprowadził ją do zaparkowanego auta. Otworzył przed nią drzwi pasażera i poczekał, aż wygodnie usiądzie, zanim sięgnął do kieszeni swojej kurtki. Obiecał, że naprawi jej ten wieczór, prawda? A Leo Rosenhall zawsze dotrzymywał słowa, dlatego położył na jej kolanach pudełko z absurdalnie drogimi czekoladkami (tak szczerze to chciał sprawić jej przyjemność, więc pieniądze nie grały roli). - Obiecałem poprawić ci humor, więc łap starter - powiedział z uśmiechem, po czym zamknął za nią drzwi pasażera, okrążył auto i zajął miejsce w fotelu kierowcy. Zaraz odpalił silnik, nie ruszył jednak od razu - zamiast tego usiadł odrobinę bokiem i przeniósł wzrok na Rissy. - To jak, panno Kingsley… Gdzie jedziemy najpierw? - wymruczał, zanim zmierzył ją uważnym spojrzeniem, nachylił się w jej stronę i złożył na jej ustach powolny pocałunek w ramach prawdziwego powitania, bo tam przed klubem się nie liczyło. I dopiero teraz zdał sobie sprawę, że na ten pocałunek czekał cały dzień i pół nocy. Przez kilkanaście sekund pozwolił sobie po prostu chłonąć jej bliskość, a całe napięcie minionego dnia ostatecznie go opuściło, gdy tylko położył dłoń na jej udzie. - Dopiero teraz oficjalnie cześć - wyszeptał jej prosto w usta, nie odsuwając się od niej nawet na milimetr.

I don't believe in God, but I believe that you're my savior


love me like a sailor
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
Said you wanna be good but you're begging me to come over. I don't wanna hurt you but you live for the pain. Who's gonna love you like me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

No oczywiście. Ten jeden raz, gdy stwierdziła, że urwie się trochę szybciej z roboty, w barze rozpętało się istne piekło. To dlatego po wymienieniu paru wiadomości z Leo, Rissy wzięła się do ekspresowej pracy, żeby zostawić lokal w dobrym i bezpiecznym stanie. Obsłużyła stałych, lojalnych klientów, z którymi przeprowadziła żywe rozmowy — to bowiem stanowiło pewien standard, dzięki czemu zawsze wracali po więcej, notorycznie przyprowadzając bliskich sobie ludzi. Upewniła się, że każdy zna swoje obowiązki i oddała klucze do baru zaufanej osobie, przypominając jej, że po godzinie czwartej ma zacząć wypraszać pijanych gości. W innym wypadku nie wyjdą co najmniej do ósmej i skończy się to wzywaniem policji lub wyciąganiem ich siłą. No, ale to na szczęście nie będzie już jej zmartwieniem. Zapanowanie nad bałaganem zajęło jej trochę więcej czasu niż planowała, dlatego porwała torebkę i kurtkę chwilkę po drugiej. Pomachała jeszcze swoim współpracownikom na odchodne, wychodząc na chłodne powietrze; cholera, trochę padało. To nic, pogoda jeszcze nigdy nie była dla niej przeszkodą.

Paris zerknęła odruchowo w telefon, żeby upewnić się, czy nie dostała nowych wiadomości od Leo, gdy nagle poczuła czyjeś ręce na swojej tali. W pierwszym odruchu zacisnęła dłonie w pięści, chcąc pobić potencjalnego napastnika, gdy nagle przypomniała sobie, że teraz powinna uważać. Wyczuwając więc charakterystyczny pocałunek na swoim karku, Kingsley uśmiechnęła się dość niekontrolowanie. Przez parę ostatnich dni próbowała w s z y s t k i e g o, by nie myśleć o nim zbyt obsesyjnie, ale finał zawsze był ten sam. Pragnęła jego obecności niemal każdego dnia.
— Długa i nużąca. Brakuje mi rozrywki — wymruczała, odwracając się w jego stronę z nieco szerszym uśmiechem. Rizz zerknęła na ich splecione dłonie, po czym znów powróciła spojrzeniem do jego twarzy. Nie mogła się do tego przyzwyczaić, ale było to cholernie przyjemne. Kingsley zajęła miejsce pasażera; kolejna nietypowa dla niej rzecz, po czym uniosła z zaskoczeniem pudełeczko, które położył na jej kolanach. — Leo, to musiało kosztować fortunę — skarciła, szturchając go lekko w ramię. — Miałam pokazać ci dobrą zabawę, więc pojedziemy na tor — powiedziała z uśmiechem. Wyścig pewnie niedługo dobiegnie końca, ale nadal czekała ich impreza. Rosenhall powinien zobaczyć, jak wyglądała jej codzienność, prawda?

Gdy tylko nachylił się, żeby ją pocałować, Paris znowu uniosła kącik ust poprzez tą czułość i ułożyła palce na jego karku, żeby przyciągnąć go jeszcze bliżej. Czuła się, jakby ostatni raz całowała go wieki temu. Nie mogła nacieszyć się świadomością, że znów mogła to zrobić.
— Cześć — wymruczała, zanim znów ucałowała jego usta namiętnie. Był tak boleśnie uzależniający. — Gotowy na szaleństwo? — zapytała, gdy w końcu zdołała się nieco od niego odsunąć. Zaraz ułożyła się wygodnie na fotelu, wykładając na niego swoje długie nogi, łamiąc pewnie przy tym wszystkie możliwe reguły bezpiecznej jazdy. Ale who give a fuck? Otworzyła pudełko, wyciągając jedną ładnie ozdobioną czekoladkę. Odgryzła połowę, odchylając lekko głowę, bo to było coś, czego zdecydowanie potrzebowała po całym tym dniu. — Umrę. Spróbuj — zachęciła, nachylając się łagodnie w jego stronę, by z błyszczącymi oczami, podsunąć mu czekoladkę do ust.

obsesja
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet nie pomyślał o tym, że przed chwilą znowu o mały włos nie dostał wpierdolu od Paris, dokładnie tak samo jak ostatnio, gdy prawie oberwał od niej torebką. Na szczęście, dziś również dość szybko zorientowała się, że to on objął ją od tyłu, mimo że to było dość słabe zagranie z jego strony, zwłaszcza pod klubem pełnym obcym ludzi… Oh, well, przynajmniej sama stwierdziła, że brakowało jej rozrywki. - No to trafiłaś pod właściwy adres, Kingsley - skwitował, patrząc na blondynkę z ukosa. Chciał cokolwiek wyczytać z jej twarzy, ale przychodziło mu to z trudem. Czy naprawdę ucieszyła się, że po nią przyjechał? Czy podobał jej się ten drobny upominek, który jej podarował? Czy może wręcz przeciwnie, czuła się przy nim niekomfortowo i chciała mu powiedzieć, że to wszystko było jedną wielką pomyłką? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi, a Paris jedynie uśmiechała się delikatnie... Cholera, Leo serio nie potrafił czytać z kobiecej mimiki.


Leo, to musiało kosztować fortunę.


Machnął ręką. - Stać mnie - odpowiedział krótko, wzruszając przy tym ramionami, gdy skarciła go delikatnym szturchnięciem w ramię. No co? - Poza tym obiecałem, że poprawię ci humor - powtórzył, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. A tak w sumie to była. Kurczę, nagle przemknęło mu przez myśl, że zwykle cholernie szybko angażował się w takie relacje, ale… miał nieodparte wrażenie, z Paris wszystko było inaczej. Miał wrażenie, że wiedział, czego mógł się po niej spodziewać; przy okazji chciał naprawić to, co spierdolił dawno temu i właśnie dlatego tak bardzo mu zależało, żeby się do niego nie zraziła. Każdy gest miał znaczenie. Miałam pokazać ci dobrą zabawę, więc pojedziemy na tor. Ach… tor. - Wow. Naprawdę wiesz, jak kupić moje serce. Wyznaczysz mi trasę? - powiedział i od razu podał jej swój telefon z odblokowaną mapą. Był… zachwycony to mało powiedziane. Był wniebowzięty tym pomysłem. Ostatni raz na torze w Toronto był… ponad trzy lata temu, a więc dzisiejsza wycieczka miała być powrotem na stare śmieci. Czuł ekscytację i… och, nie, lekki stres? Cholera, ludzie w tym środowisku na pewno go kojarzyli, wiedzieli o wypadku i o tym, jak się to wszystko skończyło. Jednak powrót na tor kusił nieziemsko. Postanowił zdusić negatywne emocje w zarodku i gdy tylko Paris wpisała adres w jego telefonie, dał gaz do dechy i z głośnym piskiem opon ruszył spod klubu, zostawiając imprezowiczów daleko w tyle.

Gotowy na szaleństwo? - Dla ciebie? Zawsze - odpowiedział z łobuzerskim uśmiechem, wrzucając wyższy bieg i przyspieszając. Akurat brał ostry zakręt, gdy Rissy bezceremonialnie wyciągnęła swoje długie nogi na jego kolanach. Fuck. Zerknął na nie kątem oka i jego dłoń niemal automatycznie wylądowała na jej udzie, gładząc je. - I ty myślisz, że w ten sposób będę skupiony podczas jazdy? Zaraz zamiast na tor zawiozę cię w jakieś ustronne miejsce… - mruknął pod nosem z uśmiechem błąkającym się w kąciku ust. Przy okazji posłał jej krótkie, maślane spojrzenie i westchnął ciężko. Cholera, podobała mu się ta noc, a jeszcze bardziej podobała mu się Paris. I te jej nogi… i rajstopy… i krótka spódniczka… Damn, jak on miał w takich warunkach prowadzić auto?

Pięć minut później zatrzymali się na czerwonym świetle (niestety) i Kingsley od razu wykorzystała tę okazję, żeby wcisnąć mu połówkę pysznej czekoladki prosto do ust. Mmm. Czekolada. Yummy. GŁĘBOKI SMAK, OWOCOWY AROMAT. Tak by chyba to skomentował Gordon Ramsay. - Mmm, faktycznie genialna - wymruczał. Jednak... jedno słówko Paris, które wypowiedziała, skupiło całą jego uwagę. Umrę, spróbuj. Umrę. Zielone światło rozbłysło przed nimi, a Leo od razu ruszył. - Nie umieraj, bo ja też umrę - dodał mimochodem ze spokojem, nawet na nią nie patrząc. Nie chciał jej znowu stracić.


That's what he meant.


passenger princess
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
Said you wanna be good but you're begging me to come over. I don't wanna hurt you but you live for the pain. Who's gonna love you like me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rissy zaśmiała się na jego komentarz, przesuwając opuszkami palców po pudełeczku. Nie była przyzwyczajona do tak romantycznych i jednocześnie miłych gestów, dlatego jej serce ścisnęło pewne... wzruszenie? Szybko odgoniła od siebie tę dziwną, nietypową dla siebie wrażliwość, skupiając się na tym, co było w środku, czyli czekolada. Pod tym względem nie zmieniła się nic a nic od czasów szkolnych, bo wciąż ciągnęło ją do słodkości. Teraz nie była jednak tak bardzo do siebie krytyczna, jak wtedy. Gdy była gówniarą, miała obsesję na punkcie swojej wagi, ale z wiekiem zwyczajnie z tego wyrosła i nie czuła się źle, gdy mogła posmakować takich rarytasów. — Wystarczy, że jesteś, Rosenhall. Już mam znacznie lepszy humor — przyznała, co nie było kłamstwem, bo oczekiwała z niecierpliwością na to spotkanie. Nie potrafiła przestać o nim myśleć nawet na chwilę, poważnie. Zaczepił się w jej głowie na dobre, a w jej sercu zaczęła kiełkować ta dziwna, złudna nadzieja, że może... Może w końcu odnalazła swoje stabilne miejsce i tę osobę, przy której poczuje się jak w domu. Po raz kolejny odgoniła od siebie natłok myśli, sięgając po jego telefon, by wyznaczyć trasę na tor. Ten wyścig był nieco bardziej ryzykowny niż zwykle, bo ścigali się w nieco bardziej oficjalnym miejscu. Jakiś bananowy student załatwił im dostęp do toru, ale nadal wiązało się to z ewentualnymi konsekwencjami. Nie, żeby było to coś, co mogłoby ją przed czymkolwiek powstrzymać.

Paris była ciekawa, jak Rosenhall zareaguje na jej środowisko i całe to nocne życie. Pozna dużą część jej znajomych, trochę poimprezują, może nawet zgarną samochód i nieoficjalnie się z kimś zmierzą? Kingsley zerknęła przelotnie na Leo, zdając sobie sprawę, że musiało mu tego brakować; szybkości, adrenaliny, toru. Chciała dać mu chociaż namiastkę tego, co kiedyś było jego codziennością. Gdy ruszyli z piskiem opon spod klubu, Paris uśmiechnęła się szeroko, wyciągając się wygodnie na miejscu pasażera. Prędkość to była zdecydowanie jedna z wielu rzeczy, która ich łączyła.

Wyczuwając jego dłoń na swoim udzie, dziewczyna przechyliła głowę do boku, nie spuszczając z niego spojrzenia. — Rany, Leo. Musisz jakoś popracować nad tym skupieniem, bo to jest najmniej pojebana rzecz, jaką jestem w stanie teraz zrobić — rzuciła ostrzegawczo, uśmiechając się przy tym krzywo. — Na torze też są ustronne miejsca. O to nie musisz się martwić — zaśmiała się swobodnie. — Powinniśmy utworzyć jakieś hasło na taką okazję. Hasło, oznaczające... Musimy zmyć się gdzieś tylko we dwójkę. Teraz — dodała, stukając palcami o oparcie. Dawno nie czuła się tak dobrze, lekko i komfortowo jak w tej chwili. Po raz pierwszy od wieków, nie robiła czegoś zupełnie w pojedynkę.

Nie umieraj, bo ja też umrę.


— To brzmi jak mocne wyznanie miłosne — powiedziała, wpatrując się w jego profil. Zsunęła spojrzenie na jego sylwetkę; na skórzaną kurtkę, w której wyglądał naprawdę dobrze, na jego dłoń, którą opierał na kierownicy. Boże, jak on jej się cholernie podobał. I pewnie nie tylko jej. — Jak przyjedziemy pewnie wszystkie laski się na ciebie rzucą — mruknęła, jakby nagle uderzyła ją ta świadomość. Wiele z nich przychodziło, żeby popatrzeć na bogatych, ładnych chłopców. Sama początkowo nie była lepsza, zanim osobiście zaczęła jeździć. Leo też przyciągnie ich uwagę, szczególnie ze względu na swoją karierę. — Jak się do którejś ładnie uśmiechniesz, to przysięgam, że połamię ci wszystkie palce — mruknęła marudnie, przenosząc spojrzenie na drogę, bo zbliżali się do toru.

Muzykę dało się słyszeć już z daleka. Podobnie jak od paru minut, mijali wiele pijanych ludzi, którzy szli lub wracali z imprezy na torze. Paris wskazała miejsce, w którym najlepiej by było, gdyby się zatrzymali i zabrała z niego swoje nogi; przez jej ciało przeszedł dreszcz ekscytacji. Ledwo zdołała wysiąść z samochodu, jak dobiegł ją głos Mike’a; chłopaka, który zwykle zajmował się zakładami. Od początku był po jej stronie, nagabując wszystkich wokoło, by to na nią stawiali, chociaż przez ostatnie tygodnie, ich relacje trochę się pokomplikowały. — Kingsley. Gdzieś ty się podziewała? — Rizz zerknęła na niego, krzyżując ręce na klatce piersiowej. — Nie wiem, Michael? Pracuję? — rzuciła kpiąco. — Te twoje grosze z zakładów, nie wystarczą na moje utrzymanie — dodała, odwracając głowę, by zerknąć na Leo. — Następnym razem lepiej stań na torze. G-Force znowu pierdoli, że stchórzyłaś — powiedział, sprawiając, że Kingsley uśmiechnęła się sztucznie, na wspomnienie znajomego imienia, prawie dostając szału. — Nie obchodzi mnie, co myśli. Dzisiaj mam lepsze zajęcie — rzuciła, chwytając Rosenhalla za rękę, żeby pociągnąć go w stronę tego całego tłumu. — Witaj w moim świecie — mruknęła, splatając ich palce razem i odwracając się do niego przodem, nadal nie zwalniając kroku.

welcome to my world
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wystarczy, że jesteś, Rosenhall. Już mam znacznie lepszy humor.

Uśmiechnął się pod nosem na te słowa i zerknął na Paris kątem oka. Jego dłoń powędrowała w górę biodra, pod jej spódniczkę, gdzie zacisnął palce na jej udzie. - Mhm - mruknął pod nosem, delikatnie mierzwiąc materiał jej rajstop. Naprawdę miał przez nią problemy ze skupieniem się na drodze. Cholera, nadal nie potrafił wymyślić powodu, dla którego tak bardzo do niej lgnął. Na pewno było w niej coś takiego, co sprawiało, że nie musiał udawać kogoś, kim nie był… W końcu znała go, zanim był sławny. No i… mimo że ich relacja przypominała pole minowe, a w głowie miał jeden wielki chaos, był przekonany, że Paris Kingsley była jego domem i jedynym miejscem na świecie, w którym naprawdę chciał się zatrzymać. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że znowu zakochał się po jednym dniu, ale z Paris… z nią naprawdę było inaczej, mimo że nie posiadał jeszcze żadnych argumentów potwierdzających jego teorię. - Jak będziemy wracać, to pokażesz mi, jakie są te bardziej pojebane rzeczy, które możesz zrobić? - spytał po chwili, rzucając jej krótkie, zaczepne spojrzenie. Wziął głęboki wdech, bo działała na niego jak żadna inna kobieta; była taka elektryzująca, świeża, seksowna i przyciągała go jak magnes. Demon, nie kobieta.

Znów na nią zerknął i spostrzegł na jej twarzy cwany uśmiech. Na torze też są ustronne miejsca. Excuse me? Uniósł do góry jedną brew. Momentalnie zrobiło mu się gorąco i oblała go tak silna fala pożądania, że na ułamek sekundy stracił panowanie nad sobą i prawie wjechał prawym kołem w krawężnik. Szarpnął kierownicą w ostatniej chwili, od razu korygując tor jazdy i przeklinając pod nosem. - Kingsley, zaraz w ogóle nigdzie nie pojedziemy, jak będziesz mówiła mi takie rzeczy - zaczął się z nią droczyć, a jego głośne westchnięcie zdradziło, jak wielką miała nad nim władzę, i to za pomocą ledwie kilku słów. I jeszcze to specjalne hasło na ewakuację? Kurwa jego mać. Mogli się zmyć w każdej chwili? Damn, to brzmiało aż za dobrze. Kurwa jego mać. - Może… czekolada? - zaproponował, po czym bezczelnie skradł jedną czekoladkę z pudełka znajdującego się na jej kolanach, i wrzucił ją sobie do ust z zawadiackim uśmiechem.

Czuł na sobie jej wzrok, ale tym razem uparcie patrzył na drogę. To brzmi jak mocne wyznanie miłosne. Przestał się uśmiechać, zatrzymał auto na kolejnym czerwonym świetle i powoli spojrzał w jej stronę. Wydawało mu się, że przeżywał deja vu; jakby odbyli już podobną rozmowę, jednak wtedy było inaczej; wtedy nie byli tak dojrzali, jak teraz. Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, aż w końcu… - Może nim jest - zasugerował ostrożnie. Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale ostatecznie zrezygnował. Zresztą, światło i tak zmieniło się na zielone, więc wrzucił bieg i ruszył przed siebie. Może jednak nie powinien jej nic sugerować? Nie chciał jej spłoszyć, a znając Rissy, zaraz mogłaby otworzyć drzwi auta i po prostu spierdolić.

Zaraz zmienili temat na bardziej przyziemny, a mianowicie Kingsley twierdziła, że laski na torze na pewno się na niego rzucą i zaraz zaczęła grozić mu połamaniem palców. Uśmiechnął się ledwo zauważalnie pod nosem na samą myśl, że panna Paris Kingsley mogłaby być o niego zazdrosna. To było… miłe? Zależało jej, nawet jeśli wolała połamać mu palce niż wyznać zauroczenie. W ogóle jak dużym Leo musiał być masochistą, skoro uwielbiał jej sposób komunikacji? Ech. Ciężkie życie z tymi kobietami. Zerknął przelotnie na profil blondynki - na rozwiane wiatrem włosy, śliczny, zadarty nosek i pełne usta, które tak namiętnie całował jeszcze kilkanaście minut temu, na przywitanie. Nie chciał żadnych innych lasek. Tak w sumie to nawet nie lubił wychodzić z domu i brać udziału w żadnych dużych wydarzeniach, ale skoro już tu był, z Rissy na siedzeniu pasażera… no to mógł to zrobić dla niej. Tak, tylko i wyłącznie dla niej. - Ja na przykład chciałbym rzucić się tylko na ciebie - odparł po chwili, odnajdując swoimi palcami dłoń Paris. - Serio, tylko ty mnie interesujesz, Rizz - dodał, zanim zjechał na boczny parking, który wskazała mu gestem, i wyłączył silnik. Ścisnął mocniej dłoń dziewczyny i złożył miękki pocałunek na jej wierzchu. Ociągał się chwilę z wyjściem, rozkoszując się ostatnią chwilą prywatności, ale Paris już wyswobodziła się z jego uścisku i pierwsza wyskoczyła z auta, natychmiast wdając się w dyskusję z jakimś kolesiem, ech.

Leo wysiadł zaraz po Rissy i poprawił skórzaną kurtkę akurat w momencie, gdy Paris skrzyżowała ręce na piersiach. Trafił chyba na końcówkę rozmowy, w której typ palnął, cytuję "G-Force pierdoli, że Kingsley stchórzyła". Paris? Stchórzyła? Dobre sobie. Parsknął śmiechem pod nosem i objął blondynę w pasie. - G-Force? Nie mógł wymyślić sobie lepszej ksywki? - mruknął rozbawiony do ucha Rissy i oparł się o bok auta. Trochę się denerwował tym całym… poznaniem jej świata, ale nie chciał dać po sobie nic poznać. Nagle mu się wydało, że jego obecność na torze była w chuj złym pomysłem, jednak zanim zdążył przekazać Rizz swoje obawy, chwyciła go za rękę i zdecydowanym krokiem pociągnęła go prosto w sam środek tłumu. I wtedy się zaczęło, dokładnie tak, jak przewidział, bo był jebanym jasnowidzem (szkoda tylko, że przewidział to pięć minut temu, zamiast, no nie wiem, zanim w ogóle ją odebrał spod pracy). Gdy tylko znalazł się w blasku latarni, ludzie zaczęli szturchać się łokciami i pokazywać go sobie palcami. Fuck. W końcu był kiedyś legendą, czyż nie? Kanadyjską gwiazdą, o której pisało się artykuły i którą zapraszało się do śniadaniówki… A to był tor. Środowisko stworzone przez miłośników aut, prędkości, ryzyka i adrenaliny.

Nie mógł trafić lepiej.


- Czy to Rosenhall? Leo Rosenhall?
- To naprawdę on?
- Ludzie, to Rosenhall!
- Jeju, co tu pan robi, panie Rosenhall?


Do jego boku doskoczyła nagle młoda dziewczyna, pewnie około dwudziestki. Patrzyła na niego z rozdziawioną buzią i maślanymi oczami. Leo spojrzał na nią przelotnie, a potem przeniósł spojrzenie na Kingsley. Czy już miał szykować się na łamanie palców czy jeszcze nie? Hehe. - Kibicuję przyjaciółce - odparł dziewczynie, po czym uśmiechnął się i uniósł splecione dłonie - swoją i Paris - wysoko do góry, dając jasny sygnał wszystkim dookoła, że przyszedł tu razem z nią. Nagle z tłumu wyszedł do nich jakiś młody chłopak i dosłownie wcisnął Rosenhallowi komplet kluczyków do ręki. What the fuck? Leo zatrzymał się i spojrzał najpierw na kluczyki, a potem na chłopaka.


- Leo, Leo, pożyczę ci moje auto! Weź udział! Ty kontra G-Force!


Leo spojrzał na kluczyki w swojej dłoni, a po chwili… wzruszył ramionami. W jego oczach pojawił się łobuzerski błysk - najwyraźniej Bóg tak chciał, słuchajcie. Nie mógł - i nie śmiał - sprzeciwiać się woli niebios. Adrenalina, której tak bardzo unikał od czasu wypadku, nagle uderzyła mu do głowy. Na samą myśl o rywalizacji i zapachu palonej gumy serce mu przyspieszyło. Wow. Tak dawno nie czuł się w ten sposób. - Dobra - zgodził się krótko, a tłum zaczął wrzeć i skandować jego imię. Tym razem to on pociągnął Rissy za rękę, w stronę stojącego nieopodal jaskrawozielonego lambo, które wskazał mu chłopak. Ładne cacko, aż dziwne, że ten małolat bez mrugnięcia okiem chciał powierzyć Rosenhallowi swój samochód wart małą fortunę. Leo podszedł do auta od strony pasażera i otworzył drzwi przed Rissy. - Wsiadaj, Kingsley - uśmiechnął się jak rasowy łobuz, ale zanim wsiadła, objął ją w talii i pocałował, na oczach wszystkich. A potem wyszeptał jej prosto do ucha, żeby powiedziała mu wszystko o tych młodzikach, gdy tylko znajdą się w środku.

Rissy
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
Said you wanna be good but you're begging me to come over. I don't wanna hurt you but you live for the pain. Who's gonna love you like me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Paris dość nieświadomie wstrzymała oddech, gdy wyczuła jego dłoń, sunącą w górę jej biodra, prosto pod spódniczkę. Zerknęła przelotnie w jego stronę, przez sekundę mając wrażenie, że słyszy dudnienie własnego serca w swojej głowie. To chore, jak błyskawicznie na nią działał, wywołując w niej reakcje, których nie spodziewała się po samej sobie. Jak szybko, odciągał jej myśli do wszystkiego, co wkurzało lub zasmuciło ją minionego dnia. W chwili, gdy go widziała, liczył się tylko on — jakby to była najprostsza i najbardziej oczywista rzecz na całym świecie. Jakby wcale nie przyzwyczajała się na nowo do jego stałej obecności w swoim życiu. Wypuściła nieco drżące westchnięcie, zsuwając palce na jego dłoń, którą zacisnął na jej udzie. Miała ochotę rozkazać mu, żeby zatrzymał się gdzieś na poboczu w tej chwili, ale z trudem się powstrzymała. Nie zachowuj się jak gówniara, Kingsley. Chociaż czy wina naprawdę leżałaby wówczas po jej stronie? Dopiero jego pytanie, przywróciło ją nieco do rzeczywistości, przez co uśmiechnęła się zawadiacko. — Nie wiem, czy jesteś na to gotowy, Rosenhall — rzuciła złośliwie. — Skoro już teraz jest ci ciężko, to potem będzie jeszcze trudniej — ostrzegła pół-szeptem, mrużąc przy tym oczy jak najprawdziwsza kusicielka. A może po prostu chciała jeszcze bardziej namieszać w jego głowie?

Rissy roześmiała się, gdy szarpnął kierownicą. Jego reakcje sprawiały, że chciała dać z siebie jeszcze więcej; i jeszcze chętniej wprawiać go w zakłopotanie, rozdrażnienie lub roztrzepanie. Jakakolwiek intensywna, niemal skrajna emocja, usatysfakcjonowałaby ją tak samo, jak to jego spojrzenie, które rzucił jej w tym momencie. — To obietnica? — rzuciła, pochylając się, by przesunąć palcami po jego ramieniu. — Gdzie indziej byś mnie teraz zabrał jak nie na tor, hm? — dodała, ciągle śmiejąc się cicho pod nosem. Och, tak. Zdecydowanie korzystała z tego wieczoru pełną parą. Świetnie się bawiła, a to dopiero początek, prawda? — Okej. Czekolada — powiedziała z typową dla siebie wesołością, wytykając w jego stronę język. Sama zaraz sięgnęła po kolejną pralinkę, która niemal od razu roztopiła się w jej buzi. Było... idealnie. Dawno nie było tak dobrze. Na samą myśl, miała ochotę krzyczeć ze szczęścia.

Może nim jest.

Well, chciałaby, żeby nim było. W głębi duszy właśnie tego chciała; Leo Rosenhalla tylko dla siebie. Jego miłości, która odgoniłaby wszystko, czego tak bardzo bała się w życiu. A jednocześnie Rizz była przesądna i wierzyła w pieprzone fatum, bo jak inaczej miałaby wyjaśnić tego pecha, który spotykał jej bliskich? Paris po prostu przyglądała mu się w milczeniu, bo było zbyt szybko na głębsze deklaracje, przynajmniej dla niej. Kingsley zaraz przeniosła spojrzenie z powrotem na drogę, chociaż w głębi duszy wiedziała, że jeśli będą chcieli kontynuować tę relację, to rozmowa będzie nieunikniona.

— Nie zamierzam cię powstrzymywać — odparła ze śmiechem na wspomnienie, że chciałby rzucić się tylko na nią. Bo co ona miała powiedzieć? Leo był przystojny, popularny i działał na nią w zaledwie ułamek sekundy; znała go prawie całe swoje życie, podobał jej się wizualnie i z charakteru. A teraz, gdy siedział na miejscu kierowcy w tej pieprzonej, skórzanej kurtce, z delikatnym zarostem, z tym jasnym spojrzeniem, który rzucał w jej stronę i dłonią zagubioną na jej nogach... Cholera, nie potrafiła myśleć logicznie. To oczywiste, że bała się konkurencji, szczególnie że nie nazwali swojej relacji i gdyby chciał, mógłby wszystko. I nie mogłaby go za to winić. Na szczęście, mogłaby się o niego bić. Byłaby do tego zdolna.

Wyczuwając, jak Leo obejmuje ją w pasie, dziewczyna poczuła jak po jej ciele przechodzi przyjemny dreszcz. Nie potrafiła oswoić się ze swobodą, z jaką przy nim funkcjonowała.
— To kretyn, który podnosi rękę na laski. Nie spodziewałabym się po nim niczego lepszego — westchnęła, odwracając łagodnie głowę w jego stronę. Kingsley pociągnęła go w stronę tłumu i nie spodziewała się szaleństwa, które rozpęta się tak nagle wokół niego. Z jednej strony Rizz czuła dumę, że to właśnie z nim tutaj była, bo przecież sama zaczęła ścigać się ze względu na Leo. Pewnie jak wiele młodych osób w tym miejscu. Z drugiej zaś, zaczęła bać się, że postawiła go w niekomfortowej sytuacji. Widząc tę dziewuchę, która doskoczyła do jego boku, prawie krew ją zalała. Posłała jej tak zabójcze spojrzenie, że wystarczyło naprawdę niewiele, aby zacząć strzelać piorunami.

Rissy przyglądała się temu wszystkiemu z niemałą fascynacją. Szczególnie, gdy jakiś chłopaczek wcisnął Leo do ręki swoje kluczyki. — Nie daj się prosić — szepnęła, nachylając się w jego stronę. Przecież wiedziała, że za tym tęsknił. Może nie była to formuła, ale nadal motoryzacja i prędkość, która była dużą częścią jego życia. Mógł poczuć chociaż namiastkę swojej przeszłości i... wolności. Paris uśmiechnęła się szeroko, jak gdyby nigdy nic, podążając zaraz za nim w stronę auta. Kingsley zarzuciła ręce na jego ramiona, bez wahania odwzajemniając jego pocałunek. Boże, był tym brakującym elementem całej układanki w jej szalonym świecie. — Co to za pokaz, Rosenhall? — rzuciła z rozbawieniem, gdy przyciągnął ją do pocałunku. Zaraz zerknęła na ich rywala, który spoglądał na nią z kpiną; myślał, że próbuje się ratować Leo. Pewnie uważał, że się za nim ukrywała. Żałosne. — Ach. Jak go pokonasz... — mruknęła, zakrywając ręką usta i nachylając się do jego ucha, by te słowa dotarły tylko do niego. — To przysięgam, że nasza pierwsza noc była zaledwie rozgrzewką — obiecała, dopiero wtedy odpychając go łagodnie, by wsiąść do pojazdu.

Kingsley wskazała mu miejsce, z którego będą startować i zapięła pasy, opuszczając szybę, by wychylić się przez nią w stronę ich przeciwnika. — Pierdol się, Force — krzyknęła, pokazując mu oba środkowe palce. Sama czy z Leo, chciała spuścić mu łomot. — Gazu — rzuciła przez ramię do chłopaka, gdy tylko dostali znak, żeby ruszyć. Blondynka opadła z powrotem na siedzenie, a włosy przez start miała jeszcze bardziej potargane niż do tej pory. — Rozwalmy go, Rosenhall — powiedziała z typową dla siebie radością, gdy uderzała w nią prawdziwa adrenalina.

show him what you've got
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czyste szaleństwo.


To była pierwsza myśl, jaka przychodziła mu do głowy, gdy patrzył na wykrzywioną w uśmiechu twarz Paris i czuł zapach palonej gumy mieszający się z jej perfumami. Fakt, że siedziała teraz obok niego, wydawał się tak skrajnie nierealny, że aż nierzeczywisty. Dziesięć lat rozłąki, bagaże doświadczeń, wypadek, śmierć ojca Paris, choroba matki Leo… tak wiele wydarzyło się od czasu ich ostatniego spotkania, a jednak teraz znów był w tym samym miejscu, z tą samą blondynką na siedzeniu pasażera, znów gotowy zrobić dla niej wszystko, bo był całkowicie podatny na jej wszelkie sztuczki. Miał do Paris cholerną, absurdalną wręcz słabość i wystarczyło jedno jej spojrzenie, jedno zmysłowe zniżenie głosu czy przelotny dotyk na udzie, żeby jego rozsądek szedł się bujać. Wyzwalała w nim takie cechy, o których dawno zdążył już zapomnieć. - Paris - ostrzegł ją tylko cicho, gdy po raz kolejny zaczęła się z nim droczyć i ostrzegać, jak trudny będzie dla niego ten wieczór. Kurwa, ile razy on już ją upomniał? Jak jednocześnie mogła go irytować, pociągać i sprawiać, że chciał zedrzeć z niej ubrania? On już ledwo panował nad swoimi dłońmi, którymi trzymał kierownicę; nie potrzebował kolejnych zachęt. Poza tym… było w tym coś satysfakcjonującego, gdy widział, jak z każdą minutą z jej twarzy znikało zmęczenie po ciężkiej zmianie w klubie i zastępował je dawny, szalony blask. Udało mu się poprawić jej humor i tylko to się liczyło.

Gdzie indziej byś mnie teraz zabrał jak nie na tor, hm? - Gdyby zależało to tylko ode mnie, raczej w ogóle bym cię stąd nie wypuścił - mruknął z uśmiechem w kąciku ust, pozwalając ponieść się wyobraźni. Kurwa, gdyby faktycznie decydował sam, ich dzisiejszy wieczór skończyłby się gdzieś na jakimś parkingu albo w jego sypialni, o ile zdążyliby do niej dotrzeć. Oczami wyobraźni już widział, jak zsuwała rajstopy z długich nóg, jak unosiła spódniczkę i jak całował każdy centymetr jej skóry, słuchając jej przyspieszonego oddechu. Jezu, on był na nią cholernie napalony, od ich pierwszego ponownego spotkania. Może to jednak dobrze, że dziś to Paris zdecydowała? Chciała, żeby zabrał ją na tor, to zabierał ją na tor.

Cholera, i chociaż wizja zjechania w pierwszą lepszą ciemną uliczkę kusiła go bardziej niż cokolwiek innego, zwłaszcza po tych kilku słowach, że nie zamierzała go powstrzymywać… widział, jak wiele niepewności i głęboko skrytych kompleksów w sobie nosiła, mimo że była zjawiskowo piękna, niezależna i bezczelnie pewna siebie na zewnątrz. Bała się utraty kontroli, konkurencji… zaufania mu? Jak wiele masek nosiła na co dzień? To był jednak temat na inną rozmowę, teraz rzucił okiem na jej łydki, które dalej spoczywały na jego udach. No co? Był tylko słabym mężczyzną. - Tylko poczekaj, aż się stąd wyrwiemy - odpowiedział jej i posłał jej krótkie, palące spojrzenie, które miało być obietnicą tego, co miało wydarzyć się później. Po wyścigu.

🍁 🍁 🍁


Tuż przed startem wyścigu wreszcie wyłapał spojrzenie G-Force’a, obrzydliwe pewnego siebie cwaniaczka, który już siedział w swoim aucie i posyłał im kpiące uśmieszki. Jak Leo miał spojrzeć na niego inaczej niż jak na debila - zwłaszcza po tym, co powiedziała mu Rizz? - Serio? Podnosi rękę na laski? - rzucił, zanim jeszcze wsiedli do auta. Zaraz mięśnie na jego żuchwie zadrżały niebezpiecznie i objął Paris mocniej. - Uderzył cię kiedyś? - spytał bezceremonialnie, bo słowa Rissy nie dawały mu spokoju. Jeśli ten fagas kiedykolwiek zrobił jej krzywdę, to… nie ręczył za siebie. - Zaraz go rozpierdolimy, skarbie - rzucił, znów obdarowując ją pocałunkiem, który skończył się pytaniem o pokaz. Czy to naprawdę był pokaz? Nie, w jego głowie po prostu wyrażał do niej uwielbienie, a to że mieli przed sobą tłum gapiów nie miało żadnego znaczenia. - Jaki pokaz, Kingsley? Po prostu dałem wszystkim do zrozumienia, z kim dzisiaj przyjechałem - odparł z rozbawioną miną. Był z nią szczery, on naprawdę tak myślał. Nie udawał kogoś innego przed tłumem gapiów. Paris była dla niego cholernie ważna i chciał jej to udowodnić za wszelką cenę. Chciał, żeby wiedziała, że nie była tylko kaprysem i wspomnieniem ze szkolnych lat, ale kobietą, o którą był gotów walczyć.

Nagle stanęła na palcach i zbliżyła usta do jego ucha. Ach. Jak go pokonasz… To przysięgam, że nasza pierwsza noc była zaledwie rozgrzewką. Cholera, Leo nie był gotowy na taką sprośną, zakazaną obietnicę. Kurwa. - Rizz, ty naprawdę igrasz z ogniem - wymruczał i pocałował ją ponownie, tym razem intensywniej, bardziej natarczywie, zatracił się w tym pocałunku dosłownie na ułamek sekundy i pozwolił, czy adrenalina uderzyła mu głowy. Oderwał się od niej w momencie, gdy go leciutko odepchnęła i zaczęła wsiadać do auta. - W tym momencie oficjalnie kolesiowi współczuję - parsknął Leo, po czym zatrzasnął drzwi od strony pasażera i usiadł za kierownicą zielonego lambo.

Musielibyście widzieć jego uśmiech, gdy Paris otworzyła szybę i wrzasnęła, żeby Force się pierdolił. That’s my girl. Jezu, tak bardzo mu tego brakowało. Gazu. Rozwalmy go, Rosenhall. - Z wielką przyjemnością, Kingsley - odpowiedział i docisnął pedał gazu do samej podłogi. Lambo ruszyło z kopyta, a pisk palonych opon na ułamek sekundy zagłuszył krzyki tłumu. Silnik zaryczał i… ruszyli. Szli łeb w łeb; G-Force miał lepszy start, ale zielone cacko, do którego kluczyki otrzymał Leo, miało lepsze przyspieszenie. Leo prowadził płynnie i intuicyjnie, przypominając sobie każdy odruch, manewr i całe swoje samochodowe doświadczenie; jednak się tego nie zapominało, to naprawdę było jak jazda rowerem. Czterysta metrów za startem Leo zaczął skręcać od wewnętrznej, spychając auto Force’a na zewnętrzną krawędź toru; serce waliło mu jak szalone, ryk silnika wypełniał jego umysł, a tuż obok niego, u jego boku, śmiała się dziewczyna jego życia. To był obłęd. Był dwa metry przed G-Forcem, już czuł na języku smak wygranej, okrążenie dobiegało końca, ale nagle… niebo nad torem rozświetliło się na czerwono i niebiesko.

Zza ostatniego łuku, tuż przy mecie, wyłoniła się cała kolumna radiowozów. - Kurwa - przeklął Leo pod nosem i zamiast wcisnął hamulec jak spanikowany amator, po prostu ocenił swoje szanse. W tym samym czasie G-Force, zaskoczony i jadący z prawej strony, zablokował koła, wpadł w poślizg i uderzył bokiem swojego pojazdu o jeden z radiowozów. Ha, bałwan. Nie dał rady. Leo zredukował bieg, pociągnął za kierownicę i ściął zakręt przez łącznik; minął się z radiowozem na kilka centymetrów. Udało mu się skręcić w boczną bramę i trafił prosto na ciemne, miejskie ulice Toronto, ale… to nie był koniec wyścigu. Zaczęły ścigać ich radiowozy. Leo znów przyspieszył i z ulgą zaobserwował, że światła na skrzyżowaniu nie działały, więc nie mógł dostać mandatu za jazdę na czerwonym świetle. Leo wbił ostre spojrzenie w lusterko wsteczne, gwałtownie zmieniając pas. - Rizz, telefon, mapa, cokolwiek - rzucił do niej naprędce. - Znasz tę okolicę lepiej ode mnie - zauważył, znowu zmieniając pas.

run
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
Said you wanna be good but you're begging me to come over. I don't wanna hurt you but you live for the pain. Who's gonna love you like me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rissy wciąż co chwilę zerkała w kierunku Leo, jakby cały czas zastanawiała się, czy nie była pod wpływem którychś z prochów, które zdarzało jej się wciągnąć od czasu do czasu. Bywały momenty jak brała, kiedy miała niekończące się zwidy; wydawało jej się wtedy, że widzi swoją matkę, która zmarła jeszcze jak Kingsley była gówniarą. Patrzyła na nią surowo, nie potrafiąc uwierzyć, że Paris wyrosła na taką dzikuskę. Albo wyobrażała sobie jak chodzi po wodzie jak Jezus czy inny Mojżesz, próbując złapać balans jak na pieprzonej linie, dopóki z fal nie wyłaniał się jakiś rekin. Mega schiza. Spoglądanie na Leo było więc znacznie przyjemniejsze od tych szalonych i nieco przerażających wizji, ale nadal wydawało jej się nieco nieprawdopodobne. Mówi się, że świat jest naprawdę mały, ale jak to możliwe, że wpadli na siebie dopiero po tych dziesięciu latach, jakby nigdy wcześniej nie mieli ze sobą nic wspólnego. Mieli wspólnych znajomych, wspólne rodzinne miasto, wspólne ulubione bary i nawet hobby. A mimo to, ich drogi nie przecięły się nawet raz, jakby los czekał na ten właściwy moment, by znów ich ze sobą połączyć. To, dlatego też — między innymi — stale go dotykała, jakby w ten sposób przypominała sobie, że Rosenhall był bardziej prawdziwy niż kiedykolwiek wcześniej. Szczególnie, gdy wymawiał jej imię w ten charakterystyczny, ostrzegawczy sposób, przez który rozkręcała się jeszcze bardziej, zamiast schylić pokornie głowę. Przypominała ogień, który zamiast się zmniejszać, pochłaniał ze sobą całe lasy... Ach, czy to nie przypominało pewnej destrukcji?

— Zachłanny jesteś, Rosenhall — skomentowała z zadowolonym uśmiechem, bo usłyszała wszystko, co chciała. Lubiła te gry słowne, które prowokowały do dalszych potyczek i spontanicznych gestów. Najbardziej odnajdywała się w tym wszystkim, czując się w pełni sobą. — Muszę ci dawkować te wszystkie wrażenia, bo szybko się znudzisz — dodała zaczepnie, śmiejąc się pod nosem. A choć teraz obracała to wszystko w żart, tak w głębi duszy naprawdę się tego obawiała. Tego, że całe to uczucie i płomień między nimi, był przejściowy, spowodowany tęsknotą i sentymentem, a nie.… miłością? Jakkolwiek przerażająco to nie brzmiało.

Tylko poczekaj, aż się stąd wyrwiemy.
— Co teraz, Leo? Jestem trochę niecierpliwa. Nie wiem, czy wytrwam — westchnęła teatralnie. Oczywiście, że celowo grała mu na nerwach. No, bo słysząc taką obietnicę, sama z trudem potrafiła zachować trzeźwość umysłu. Wciąż przecież pamiętała, jak dobrze czuła się, przyciśnięta przez ciężar jego ciała do materaca. Jak dobrze mogłoby być, gdyby ich ruchy były jeszcze bardziej ograniczone w tak niewielkiej przestrzeni? Rizz przymknęła na krótką chwilę oczy, naprawdę nie mogąc nadziwić się samej sobie i temu, jak zachowywała się, gdy był blisko niej. Istne szaleństwo, nad którym chyba sama (!!) nie potrafiła za bardzo nadążyć.

***

— Jak zaczyna brakować mu argumentów — odparła, opierając ciężar swojego ciała na biodrze, w ten też sposób komfortowo przylegając do boku starszego chłopaka. Nie bała się swojego przeciwnika, bo od samego początku uważała go za tchórza i frajera. Przypominał jej takiego pieska, który głośniej szczeka niż gryzie. Nie potrafił zapanować nad swoim ego, a przy tym bezustannie musiał coś samemu sobie udowadniać. — Prawie — przyznała obojętnie. — Ale tor nie jest miejscem, w którym mogłoby mi coś grozić — stwierdziła. Wokoło zawsze kręciło się dużo jej bliskich znajomych, którzy zareagowaliby, gdyby ten kretyn próbował ją realnie skrzywdzić. — Skarbie? — powtórzyła zaraz za nim, a na jej ustach znów pojawił się krzywy uśmiech, który szybko zniknął pod jego pocałunkiem. — Jezu, lubię jak się tak popisujesz — mruknęła w jego wargi. Kingsley przesunęła palce z jego ramion na klatkę piersiową, po czym zsunęła je na jego pas, który dość odruchowo objęła. Coś za swobodnie jej to wychodziło. — Dobra robota, Rosenhall. Nikt mnie już dzisiaj nie poderwie — zaśmiała się, bo każdy chyba zrozumiał przekaz jego wiadomości. Czy jej to jakoś szczególnie przeszkadzało? Nie. Czy gdyby zrobił to jakikolwiek inny chłopak to wpadłaby w szał? Jak najbardziej.

— Och, nie lubisz, jak jest tak gorąco? — zapytała niewinnie, znów śmiejąc się złośliwie pod nosem. Zdecydowanie była w swoim żywiole, co z łatwością można było dostrzec w tych jej błyszczących oczach. Choć jego pocałunek był potwierdzeniem wszystkich niewypowiedzianych jeszcze przez nich myśli, dlatego też objęła go jeszcze mocniej, czując jak szybko biło jej serce. Przez niego? Przez adrenalinę? A może przez tą nieznaną jej jak dotąd kombinację? Niezależnie od tego, co to było, Kingsley była naprawdę usatysfakcjonowana. — To jest właśnie pewność siebie, której potrzebuję u mojego faceta — rzuciła, zupełnie nieprzemyślanie, nie zdając sobie z tego sprawy nawet wtedy, gdy weszła już do środka. To zabawne, jak naturalnie te słowa wyszły z jej ust, hm?

Wyścigi były jej całym życiem. Gdyby miała rzucić absolutnie wszystko i postawić na jedno, to właśnie one były tym, czemu mogłaby się całkowicie poświęcić. W momencie, w którym tylko prędkość wbiła ją w fotel, Paris rozciągnęła wargi w szerokim uśmiechu. Wiedziała, że Leo jest świetnym kierowcą; ba, była tego świadkiem i Rosenhall zawsze był jej inspiracją. To jednak pierwszy raz, gdy ścigał się, mając ją na miejscu pasażera. Ciekawa odmiana — cholernie elektryzująca i uzależniająca. Rissy zerkała przez okno, obserwując jak Leo przejmuje prowadzenie; serce waliło jej jak oszalałe, a w oczach błyskała niezdrowa ekscytacja. Wszystko szło naprawdę płynnie, dopóki nie zobaczyła radiowozów; zaklęła pod nosem, zaciskając palce na pasie, oplatającym jej ciało. Minęło sporo czasu od ostatniego razu, gdy przed nimi zwiewała. Jak tylko wyjechali z toru, Kingsley wychyliła łagodnie łepetynę przez okno, żeby swobodnie określić dzielący ich realny dystans.

— Za jubilerem skręć w prawo i wtedy od razu w lewo za bankiem — powiedziała szybko, opierając palce na podłokietniku. — Ale super zabawa — jęknęła pod nosem, znów skupiając się na drodze przed nimi. Uwielbiała ryzyko. Żyła dla takich chwil. — Nie zwalniaj przez cały tunel, a zaraz za nim odbij w lewo. Wjedziemy pod most. Jak powiem stop to rzucamy wszystko i wiejemy — rzuciła, wlepiając rozgorączkowane spojrzenie w jego profil. — Ufasz mi, prawda? — powiedziała poważnie, zanim znów odwróciła się, zerkając na radiowóz za nimi. Jeśli Rosenhall nie zmniejszy prędkości to za bankiem powinni nadrobić dwie minuty. Dwie minuty, które wystarczą im na ucieczkę.

Rizz wstrzymała oddech, gdy wjechali do tunelu, wymijając pojedyncze auta na drodze. Najgorsze w tym wszystkim było to, że to pieprzone lambo rzucało się w oczy. Całe szczęście, że nie należało do nich. Kingsley pochyliła się, by drżącymi dłońmi zdjąć swoje wiązane szpilki i przewiesić je przez torebkę, jakby robiła to niemal każdego dnia. Dopiero wtedy, Paris nieco naiwnie odpięła pas, gotowa do biegu. — Stop! — rzuciła, ale zanim zdołała sięgnąć do drzwi...

W mieście zapanowała całkowita ciemność. Jedyne, co migotało na niebie to słabe gwiazdy i księżyc, schowany za ciemnymi chmurami.

Czy oni umarli?

it's... dark?
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Działała na niego jak pieprzony magnes. Wyglądała niesamowicie seksownie, emanowała niekontrolowaną dzikością… a teraz wciągnęła go w sam środek nielegalnych wyścigów. Czy dla faceta takiego jak Leo mogłoby istnieć jakiekolwiek bardziej kuszące połączenie? Obłędnie atrakcyjna kobieta, ryczące auta i adrenalina krążąca w żyłach. Dobra robota, Rosenhall. Nikt mnie już dzisiaj nie poderwie. Przygryzł płatek jej ucha, zanim wsiadła do auta. Nawet jej słowa sprawiały, że czuł się jak… jak jakiś jebany bóg. Posłał jej pewny siebie uśmiech. - Taki był plan, Kingsley - odparł prosto w mostu. Chciał pokazać każdemu skurwielowi w tym miejscu, że należała do niego, i że żaden inny facet nie miał prawa nawet na nią spojrzeć, a co dopiero dotknąć. Pytanie brzmiało - czy miał w ogóle do tego prawo? Cóż, aktualnie Rosenhall i tak miał gdzieś odpowiedź. Sam wręczył sobie to prawo i nie zamierzał z niego rezygnować, skoro nie protestowała. Pewnie gdyby jej się to nie podobało, już dawno dostałby w ryj, a na razie nic takiego się nie stało.

Gdy po raz kolejny sprowokowała go niewinnym uśmiechem i pytaniem, czy nie lubił, jak było gorąco, wypuścił powietrze z płuc. Ta kobieta prędzej czy później wpędzi go do grobu, był tego pewien. - Uwielbiam i właśnie w tym problem - westchnął, kręcąc głową. Paris była ogniem, który nigdy nie gasł. Zawsze musiała mieć ostatnie słowo, zawsze szła pod prąd i… właśnie dlatego tak go przyciągała? Przez te wszystkie lata rozłąki nie zapomniał o jej temperamencie ani na moment, a teraz, gdy była tuż obok… pragnął jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chciał się sparzyć, chciał doświadczać tego wszystkiego całym sobą i nie chciał niczego żałować. To jest właśnie pewność siebie, której potrzebuję u mojego faceta. Zerknął na nią przelotnie, ale nie skomentował tego zdania; uśmiechnął się zuchwale, sięgnął po jej dłoń i pocałował jej wierzch. Nazwała go swoim facetem i najwidoczniej nawet nie zarejestrowała tych słów, które wyrwały się z jej ust. Postanowił nie robić z tego afery, nie teraz. Dla niego to był jasny sygnał, że Paris powoli zaczynała się przyzwyczajać do wizji przyszłości, którą mogli wspólnie tworzyć i… podświadomie otwierała przed nim drzwi do swojego serca. Potrzebowała czasu, a on zamierzał jej go dać. I nie płoszyć jej po drodze.

A potem wcisnął gaz. Tęsknił za tym, poważnie. Naprawdę cholernie za tym tęsknił, a do tej pory nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Podobno albo to kochałeś, albo nienawidziłeś, a Leo… nie, on nie uwielbiał tego stanu, on go wręcz czcił. Kochał prowadzić; kochał czuć moc pod prawą nogą. Kiedyś wyścigi były całym jego życiem, a tego po prostu się nie zapominało; to wracało w sekundę, jak odruch bezwarunkowy… Aż do momentu, gdy zza zakrętu wyłoniła się policja. Kolejny powód, żeby adrenalina w ich żyłach zaczęła szaleć. - Za jubilerem w prawo i w lewo za bankiem - powtórzył zwięźle po Rizz. Pędził na złamanie karku, wymijając auta innych na trasie. Gdy skręcili za bankiem w lewo, Lambo zarzuciło bokiem na mokrej nawierzchni; opony zapiszczały głośno, a Leo gwałtownie skontrował kierowcą, ledwo wyciągając auto i prawie wjeżdżając na krawężnik, byle tylko nie potrącić jakiejś podchmielonej dziewczyny idącej slamomem przy krawędzi jezdni. Wyprostował w ostatniej chwili. Każdy inny kierowca pewnie by się już dawno rozjebał. Ufasz mi, prawda? - Zawsze, Kingsley - odpowiedział bez wahania, skupiając się na drodze i omijając jakąś studzienkę.

Minęła kolejna minuta szaleńczego wyścigu, przejechali kolejne kilka przecznic, a silnik ryczał za każdym razem, gdy Leo dodawał gazu. - Mów, kiedy - rzucił Leo, gdy wjechali do tunelu. Otaczało ich teraz żółte oświetlenie, a ryk silnika odbijał się echem od ścian. Leo wstrzymał powietrze i zerknął na radiowóz w lusterku; byli daleko, ale nie na tyle daleko, żeby mogli ich bezkarnie zgubić. Kurwa. Do tej pory raz w życiu spierdalał przed policją; i to właśnie z Paris, w ich rodzinnym mieście, kiedy mieli po jakieś… siedemnaście lat. Wtedy to wydawało się dziecinną zabawą, a teraz miał wrażenie, że… miał do stracenia zbyt dużo. Nie mogli dać się złapać. Nie zwolnił przez cały tunel, a zaraz za nim odbił gwałtownie w lewo i…


STOP!


Zatrzymał się z piskiem opon pod mostem, a dokładnie w tej samej sekundzie w całym mieście zapanowała ciemność. Co się stało? Awaria? Globalna? Zmroziło go na ułamek sekundy, ale instynkt samozachowawczy zadziałał natychmiast. Musieli wiać, nieważne, że Toronto pogrążyło się w ciemnościach. Tak naprawdę ten nagły brak prądu dał im odrobinę przewagi - coś musiało stać się w tunelu, bo dalej słyszeli policyjne syreny, ale nie wyjechali na drogę… - Biegniemy, już! - ponaglił Paris i chwycił ją mocno za dłoń, gdy już wysiedli z auta. Rzucili się pędem w stronę pobliskiego parku, który zaczynał się tuż za mostem; było… w chuj ciemno. Syreny wciąż wyły na głównej drodze, ale oni już zniknęli pomiędzy drzewami. Nie było szans, żeby ich znaleźli. Gdy tylko Rosenhall upewnił się, że byli bezpieczni, przyciągnął Paris do siebie i pchnął ją lekko w taki sposób, że oparła się plecami o pień pobliskiego drzewa. Cholera, schodziło z niego całe napięcie, które odczuwał przez ostatni kwadrans, a miejsce presji zajęła fala pożądania. Dopadł do ust Paris bez ostrzeżenia i pocałował ją namiętnie, a jego dłonie szybko odnalazły po ciemku jej talię. Właśnie w taki sposób chciał świętować każdy sukces, do końca życia.

Oderwał się od dziewczyny po dłuższej chwili, gdy oparł czoło o jej czoło. - Jak ja, kurwa, za tym tęskniłem - wymruczał prosto w jej usta, przeciągając kciukiem po jej rozgrzanym policzku. Nie spodziewał się, że będzie aż tak… podekscytowany tym całym wieczorem. Zupełnie jak ona. Dopiero po tych słowach jego wzrok zaczął przyzwyczajać się do panującej wokół ciemności. Leo zmarszczył brwi i spojrzał w stronę głównej drogi i ścieżki spacerowej, które powinny być oświetlone. A tymczasem… żadna latarnia miejska się nie świeciła. Ani jedna. Nawet okna w oddalonych wieżowcach były całkowicie czarne. - Co jest…? - mruknął pod nosem, mrużąc oczy i zaciskając dłonie na talii Rissy, bo wokoło panowała taka… dziwna, niepokojąca cisza.

A potem usłyszeli trzask łamanej gałązki tuż obok nich.

sexy demon
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
Said you wanna be good but you're begging me to come over. I don't wanna hurt you but you live for the pain. Who's gonna love you like me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podobało jej się to wszystko. Leo, pokazujący ludziom wokoło, że należała tylko do niego, mimo że nic wcześniej nie ustalali. Jego natarczywe, gorące pocałunki, od których kręciło jej się w głowie, bo nikt inny nigdy nie robił tego tak dobrze jak on. Jego obecność na torze i sam fakt, że kroczył tuż przy niej, a ona mogła dumnie zadrzeć głowę. Paris wielokrotnie wcześniej zastanawiała się, jakby to wyglądało, gdyby nigdy nie stracili ze sobą kontaktu. Czy wtedy Rosenhall też przyjeżdżałby, żeby wesprzeć ją w wyścigach? A może to właśnie z nim musiałaby rywalizować o zwycięstwo? Czy już wcześniej udałoby im się na nowo zbliżyć? A może, gdyby nigdy nie mieli tej przerwy, ich relacja byłaby teraz na znacznie... wyższym i bardziej życiowym poziomie? Te myśli przechodziły przez jej umysł w chwilach słabości i samotności. Wtedy, gdy brakowało jej bliskości. Tej szczerej, nie tylko związanej z fizycznością. Ale im dłużej o tym wszystkim myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że los zepchnął go na jej drogę w najwłaściwszym momencie. Choć wtedy jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.

— Nie słyszałeś, co się robi z problemami? — rzuciła, uśmiechając się przy tym jak największa cwaniara na świecie. Kingsley już taka była niemal od zawsze; kusiła, mąciła, prowokowała, igrała. Testowała granice. Rozgrzewała. A potem... zwykle znikała, chociaż teraz nigdzie się nie wybierała. Przynajmniej na razie, póki czuła się bezpiecznie, póki ta znajoma panika, nie zaciskała się na jej gardle, pozbawiając jej oddechu. Jak widać jej podświadomość nieco ją wyprzedzała, skoro tak odważnie nazwała go swoim facetem, ale może to i dobrze, że do końca, nie zdała sobie sprawy z tego co powiedziała. Uśmiechnęła się jedynie zadziornie, gdy Leo ucałował wierzch jej dłoni, a ciepło przyjemnie rozlało się po jej sercu.

Cholera, naprawdę nie była do tego przyzwyczajona. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegokolwiek podobnego. Jej poprzednie związki były szybkie i intensywne, ale pozbawione tej głębi, która łączyła ją z Leo. Przy nim czuła się w pełni... sobą. Czuła się zauważona i zaopiekowania. Nie musiała zastanawiać się, co zrobić, żeby go zadowolić. Nie musiała grać. Nie musiała się z niczego tłumaczyć. To było tak uzależniające, że jednocześnie wręcz onieśmielające. Gdy była z nim, zaczynała samolubnie chcieć więcej, a jeszcze więcej sama chciała od siebie dawać. Chciała go uszczęśliwiać. Czy tak działała ta cała miłość, której unikała jak ognia, przed kolejną obawą straty? Nie powinna tego analizować. To znów sprowadzi na nią nieszczęście.

Rosenhall dostarczył jej prędkości, której bardzo teraz potrzebowała. Był szybki. Zdecydowany. W swojej jeździe nawet nieco... brutalny? Co w jej oczach było cholernie pociągające, dlatego poza zerkaniem w lusterka, notorycznie przenosiła rozgorączkowane spojrzenie na jego twarz. Boże, w tym stanie podobał jej się jeszcze bardziej niż na co dzień. Zawsze marzyła, żeby mieć swojego partnera w zbrodni, a on... On dotrzymywał jej tempa i nie zadawał zbyt wiele pytań. Był idealny. Adrenalina była więc jeszcze słodsza, gdyby mogła się nią dzielić.
Rizz miała wrażenie, że coś naprawdę musi nad nimi czuwać, bo ten nagły black out, nie mógł być przypadkiem akurat w momencie, gdy spieprzali przed policją. Kingsley nie miała jednak zbyt wiele czasu do namysłu, bo porwała swoje rzeczy, rzucając się biegiem przed siebie, ściskając jego dłoń i śmiejąc się pod nosem, jak kompletna wariatka. Rissy była po prostu w swoim żywiole. Czuła, że żyje. Syreny wyły w oddali, a miasto było pogrążone w zupełnej ciemności. Czuła się jak bohaterka jakiegoś mrocznego i ekscytującego filmu, a już szczególnie wtedy, gdy Leo przyciągnął ją do siebie, a ona swobodnie zarzuciła ręce na jego ramiona. Nie miała nawet chwili na uspokojenie oddechu, bo Rosenhall złączył ich usta razem. Całowała go natarczywie, a jednocześnie z pewną wdzięcznością; zamruczała wprost w jego wargi, odrywając się od niego, by odchylić głowę i znowu roześmiać się głośno. Życie nagle stawało się... piękniejsze? Godne zgrzeszenia. Ułożyła dłonie na jego policzku, wlepiając spojrzenie w jego jasne oczy. — A ja tęskniłam za tobą. Potrzebowałam kogoś takiego jak ty tak bardzo — westchnęła w jego usta, skradając kolejny mozolny pocałunek, jednocześnie zsuwając palce na jego skórzaną kurtkę, na której mocno zacisnęła palce, nie potrafiąc się zbytnio kontrolować. Ostatecznie jednak odwróciła głowę w kierunku drogi; no tak, było ciemno i cicho. Przerażająco cicho. — To musi być jakaś globalna awaria... — rzuciła, ale urwała, gdy tylko usłyszała czyjeś kroki i trzask łamanych gałęzi. Rizz zakryła jego usta dłonią i znieruchomiała, uważnie nasłuchując. To nie była najbezpieczniejsza dzielnica, ale zwykle... Zwykle miała szczęście, gdy przypadkiem tu trafiała.

Jej serce zaczęło walić jeszcze szybciej niż do tej pory. Zsunęła torebkę z ramienia i rzuciła ją w krzaki tuż przy drzewie obok nich i to samo zrobiła ze swoim telefonem. Starała się myśleć logicznie i nie panikować na zapas, a jednocześnie chciała ograniczać niepotrzebne rozmowy, które ściągnęłyby na nich szybszą uwagę. Wyciągnęła jeszcze portfel i komórkę Leo z jego kieszeni, wszystko wrzucając w gęste krzaki, by je ukryć. Zostawiła mu tylko pieprzone kluczyki do lambo, które pewnie w biegu wyciągnął ze stacyjki. Dopiero wtedy przylgnęła do niego całym ciałem, gdy ktoś wyszedł im nagle zza drzewa. Dwóch mężczyzn. Coś błysnęło w świetle księżyca, a przy gardle Leo dostrzegła... Nóż? Paris poczuła, jak oblewa ją fala zimna. Nie, nie, nie. To miało być prostsze. To miały być tylko głupie groźby i bezpieczne przepychanki. — Zgubiliście się, gołąbeczki? — Kingsley zdusiła krzyk, widząc ostrze przy skórze Rosenhalla. — Nie ruszaj się — szepnęła, rozszerzając oczy, gdy poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu. I to zdecydowanie nie była ręka Leo. — Powinniśmy się trochę... Potargować? Ile wart jest ten chłopaczek? — rzucił mężczyzna, zarzucając rękę na ramię Rissy, która od razu instynktownie wepchnęła mu łokieć w żebra. To był błąd. — Niunia, nie rzucaj się, bo poleje się krew — westchnął, zaciskając na niej mocniej palce. — To jak kochanie? Ile mogłabyś mi dać za ładną buźkę twojego towarzysza?

— Skąd mam mieć pewność, że jak ci coś dam to będziemy bezpieczni? Udowodnij — rzuciła ostro. — Chcesz pieniędzy? Fury? — zapytała, nieruchomiejąc. — Coś za coś. Zabierz ten nóż od mojego chłopaka i wtedy pogadamy wszyscy jak pieprzeni, cywilizowani ludzie — rzuciła, próbując zrzucić jego rękę ze swojego ramienia.

fuck, what's going on?
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”