Nie było ukrywać, nawet żałosna gra w papier, kamień i norzyce nie szła za bardzo po jej myśli. Zaczęła dobrze, bo on prowadzenia i dwukrotnego remisu, jednak potem im dalej w las, tym Erniemu łapa chodziła jakoś o wiele bardziej szczęśliwie. Kiedy ona dawała kamień on rzucał papier, kiedy zaś decydowała się na norzyce, ten tępił je swoją zamkniętą pięścią. I co? I skończyło się to jedną, wielką, żałosną kapitulacją. Tak. Mio Richarsdon oficjalnie przegrała cały jebaniutki dzień rozgrywek na pierdolonym festynie. A najgorsze w tym wszystkim było to, że musiała się do tej porażki przyznać oficjalnie.
—
Nie będę się sprzeczać — przerwała mu w pół słowa, bo się chyba Ernie nieco za bardzo rozhulał z tym swoim gaworzeniem na lewo i prawo, a to podobno ona miała być gadułą w tym duecie?! —
Słuchaj no, przegrałam, bo los tak chciał i chuj. Tak? — rozłożyła ręce, bo tu już serio nawet nie było się do czego dopierdolić. Dobra, może jakby się bardzo postarała, to dałoby się jakoś ograć fakt, że przy ostatnim kamieniu Ernie jakoś tak dwa palce miał bardziej z przodu niż w pięści i w sumie pewnie chciał dać nożyce zamiast kamienia ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i jakoś to podciągnąć pod jebaniutkie oszustwo, tylko po co? Już i tak straciła wygraną, po co jeszcze gubić przy tym resztki godności.
—
Gratulacje — mruknęła niezadowolona, chociaż gdzieś tam przez ten grymas przedzierał się uśmiech, bo jednak jakby tak usiąść i się nad tym zastanowić, to wcale nie bawiła się tak źle. Jasne, to wszystko były konkurencje pod presją o wielką stawkę, jednak pomimo ciągłych kłótni i wymian zdań, bawiła się przednio. I trzeba to było przyznać. Jedne co jej się BARDZO nie podobało, to fakt, iż musiała oddać temu zasrańcowi swoje słodkie pluszaki! —
Oba? — spojrzała na niego z miną zbitego kota, ale takie jeszcze z resztkami godności, po czym westchnęła i sięgnęła dłonią do torebki. Rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na prześliczne misie, po czym przekazała je w ręce Erniego z niemałym żalem. I szczerze? Za chuja nie sądziła, że to jej spojrzenie cokolwiek zadziała, a tym bardziej że złamie ono jakiś lody w chłodnym sercu Andrewsa, jednak tak najwidoczniej się stało.
—
Hę? — zadarła głowę, spoglądając mu w oczy zaskoczona, jakby miała wrażenie, że się przesłyszała. —
Czy ty powiedziałeś, że… — cwany uśmieszek wymalował się na jej buźce, a kiedy Ernie przewrócił oczami z politowaniem, Mio wiedziała, że już go miała. On naprawdę chciał iść z nią na te worki. CHCIAŁ. Widziała to. Jebany gówniak pewnie od początku miał chrapkę na tą największą wygraną, tylko przez cały czas tylko się zgrywał. ŻAŁOSNE. Przez chwile rozważała jeszcze, żeby mu to zawodowo wytknąć, jednak szybko odwiodła te myśli z głowy.
—
Excelente! — klasnęła w dłonie zadowolona, łapiąc go za skrawek bluzy i pociągnęła w stronę wyścigów w workach. —
To po hipszańsku wspaniale, jak coś — wyjaśniła, bo w sumie to nie wiedziała, czy wiedza Erniego na temat języka hiszpańskiego kończyła się tylko i wyłącznie na słowie
no, czy może jednak coś tam jeszcze kojarzył, dlatego lepiej było wyjaśnić to i owo, nie?!
Przy budce z workami kręciło się jeszcze sporo ludzi, chociaż przez te kilka ostatnich godzin zdecydowanie ubyło na dzieciakach, co mogło jedynie cieszyć. Mio podeszła do lady zapisując na karteczce ich imiona oraz płacąc swoje ostatnie dziesięć bilecików, jakie miała wykupione, by w ogóle móc wziąć udział.
—
Worki są tutaj za stołem. Ostatni wyścig zaczyna się za trzy minuty — młodziutka blondynka posłała jej szeroki uśmiech, wskazując odpowiednie miejsce gestem dłoni. Mio szybko przywołała do siebie Erniego.
—
Dasz wiarę, że załapaliśmy się na ostatnią turę?! — prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. Bo przecież jak to nie było zrządzenie losu, to sama nie wiedziała co. —
Widzę, że jeszcze nikt nie wygrał tego miśka o tam. Widzisz? Ten największy z zieloną koszulką i czapką kowboja. Marzy mi się taki do salonu, żeby posadzić go na kanapie. Miałabym nawet dla niego buciki i gacie z dziecięcego — rozmarzyła się na moment. Serio był wielki, sięgałby jej chyba do pasa i był pierwszą rzeczą, na jaką Mio zwróciła uwagę przychodząc na festyn. No piękny był, co tu więcej mówić. Aż się jebaniutka uśmiechnęła pod nosem, kiedy Ernie zgarnął dla nich worek i zaczął się do niego przymierzać.
—
W twoich snach, laleczko — męski głos odezwał się zza jej pleców, nie wiedzieć dokładnie skąd. Ruda szybko odwróciła się na pięcie, a jej oczom ukazał się nabity facet z brodą. Tylko nie tak seksi nabity, bardziej jakby przez całe swoje życie robił tylko ćwiczenia na ręce, zapominając kompletnie o nogach.
—
Ty do mnie mówisz? — Mio uniosła brew wysoko w górę, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.
—
No do ciebie, a do kogo innego. Zgarniam tego misia dla mojej niuni w domu — cmoknął obleśnie w powietrzu, po czym zmierzył Mio wzrokiem od góry do dołu. —
No chyba że pokręcisz mu tu ładnie tyłeczkiem, to może pozwolę ci go na chwilę potrzymać.
ernie andrews