ODPOWIEDZ
26 y/o
Welkom in Canada
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   O tej porze kościół prezentował się upiornie. Odkąd zaczął się ten dziwny blackout, pastor postanowił zorganizować również nocne msze, by pozwolić wiernym przyjść do kościoła. Dzięki temu, że kościół miał swój własny generator prądu, nie musieli się bać o to, że zostaną odcięci od świata i tego co się działo. Plebania nie miała takiego luksusu, więc ona samo pogrążona była w ciemności. Było już grubo po dwudziestej pierwszej. Normalnie Harry nigdy nie zostawał w kościele tak długo, ale od czasu, gdy w Toronto zgasły wszystkie światła, pastor pozwolił ludziom wchodzić i ładować swoje telefony. Godziny, gdzie generatory były włączone, były ograniczone, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy ten luksus się skończy, więc wraz z wybiciem godziny dwudziestej pierwszej, cały kościół gasł, pogrążając się w ciepłym, pomarańczowym blasku świec, które były porozpalane w kilku miejscach.
   Dillion skłamałby, gdyby powiedział, że mu się to podobało. Nigdy nie narzekał na taki wystrój, bo często zostawał w kościele jedynie przy blasku świec, ale jeszcze nigdy nie był tu ze świadomością, że gdy wyjdzie na zewnątrz, to zastanie go jeszcze większa ciemność. Było to paskudne uczucie, o którym w sumie nie chciał myśleć.
   Po skończeniu oporządzania organ i sprawdzania, czy wszystko jest z nimi okej, ukrył się w zakrystii. Ubrał na siebie gruby sweter, bo wiedział, że wraz z wyłączeniem generatorów wyłączone zostało również ogrzewanie i kościół zaraz zrobi się zimny. Grube, marmurowe ściany szybko się wychładzały, zwłaszcza w zimne, jesienne wieczory. Dodatkowo czując ciężar wełnianego swetra na swoich ramionach, Harry czuł się odrobinę lepiej. Pokręcił się chwilę po pomieszczeniu, sprawdzając, czy szafki, które powinny być zamknięte, takimi są i gdy już to sprawdził, to ruszył w kierunku szafy, w której znajdowała się miotła. Mocno chwycił za jej trzonek i pociągnął za sobą pod ołtarz.
   Nie był osobą wierzącą, więc miejsce to nic dla niego nie znaczyło. Udawał przed ludźmi, że było i inaczej i czasami nawet siebie potrafił okłamać, że było inaczej. Samotnie, będąc skazanym na tylko swoje własne towarzystwo po prostu stał w kolejnym budynku, w którym jedyna obecność, jaką czuł to swoja własna i ciężkiego swetra na ramionach.
   Miał jednak obowiązki do zrobienia również tutaj. Kościół szybko się brudził, zwłaszcza gdy przychodzili do niego ludzie, a na białych, marmurowych podłogach, kurz był widoczny niezwykle wyraźnie. Zamiatanie było więc częścią rzeczy, które musiał odbębnić. I początkowo mu to przeszkadzało, ze to na niego zrzucono ten przykry obowiązek. Szybko jednak zrozumiał, że nieskomplikowana czynność okazywała się idealna, do tego, by przestać myśleć o wszystkim poza ruchem ramion i napinania mięśni. Z czasem zamiatanie okazało się czymś, co go odprężało i co polubił.
   Zamiatanie zaczynał właśnie od ołtarza i przesuwał się w kierunku głównych drzwi. Babka, gdy jeszcze żyła, to powtarzała mu, że właśnie tak powinno się robić, bo dzięki temu wygania się złe energie na zewnątrz. Nie wiedział, jakie złe energie mogłyby chcieć zagnieździć się w kościelnych murach, ale nie miał zamiaru dyskutować z babcinymi mądrościami. No bo jak niby miałby to zrobić?
   Zaczął nucić, żeby wypełnić tę ciszę, która panowała w środku i odwrócić myśli od mroku, który panował na zewnątrz. Nucenie szybko przerodziło się w śpiewanie. Uwielbiał śpiewać i miał całkiem niezły głos. Gdy mieszkał w Nowym Jorku często pojawiał się na karaoke i występował również ze swoim amatorskim zespołem. Teraz dzięki temu zamiatanie szło mu sprawnie. Przez ciemności nie był w stanie widzieć, czy faktycznie pozbywa się wszystkich śmieci, ale nawet jeśli tak nie było, to kolejne zamiatanie było przed pierwszą poranną mszą, więc wtedy, w lepszym świetle, z pewnością uda mu się te niedopatrzenia naprawić. Przesuwał siew wiec dość energicznie i sprawnie między kolejnymi ławkami, gdy nagle wyłapał coś kątem oka, co przykuło jego uwagę. Szybko odwrócił się w tamtą stronę i zaciągnął powietrzem tak mocno, że aż zakuło go w żebrach, a z dłoni wypuścił miotłę, bo oto tuż przed im pojawiła się, ukryta w mroku, ciemna sylwetka.
   – Najmocniej przepraszam, myślałem, że jestem tutaj sam. – powiedział, starając się opanować drżenie rąk i głosu. Zrobił delikatny krok do przodu, ale przez słabe oświetlenie, nie był w stanie dostrzec, z kim miał do czynienia.

River Gurney
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ludzie często dziękowali Bogu – składali ręce do modlitwy i unosili głowy, klękali i drżącymi dłońmi wykonywali znak krzyża, jakby obawiali się, że mógłby w każdej chwili jeszcze zmienić zdanie, stwierdzić, że ich wdzięczność była niewystarczająca, ich wiara nie dość silna. Dziękowali mu za życie, choć zazwyczaj nie było w nim nic wartościowego – przepukliny, zrosty, przewlekły ból i długotrwała rehabilitacja. Trudno ci to zrozumieć, powiedziała mu kiedyś jedna z pielęgniarek – nie był pewien, która, nigdy nie dołożył starań, żeby zapamiętać ich imiona – ale większość ludzi chce żyć, nieważne, na jakich zasadach. Uważał to za bzdury, ale zmarszczył tylko brwi, przyglądając się pacjentce, która przeżyła dzięki Bogu, choć wyglądała, jakby życia, które w niej pozostało, miało starczyć najwyżej dla średniej wielkości psa, a potem spojrzał na swoje dłonie, na zaschniętą pod paznokciami krew i zaczerwienione odciski w kształcie półksiężyców w miejscach, gdzie cudze palce zacisnęły się na jego nadgarstku, wbijając paznokcie głęboko w skórę. Nie potrzebował wdzięczności – nigdy nie zależało mu na ludziach, którzy przychodzili, żeby uścisnąć mu dłoń, objąć go ramieniem, powiedzieć, że uratował im życie (jakby nie wiedział – jakby to było coś, co zrobił zupełnie przypadkiem, z dobrej woli). Nie akceptował podziękowań, podobnie jak nie akceptował przeprosin – nic dla niego nie znaczyły.
Być może Bóg traktował swoje powinności tak samo – życie i śmierć, może nie miał wyboru. Uniósł głowę, przyglądając się wyrzeźbionemu korpusowi Chrystusa, przytwierdzonemu do krzyża – taką samą pasyjkę, choć srebrną i wykonaną z metalu, nosiła jego matka na srebrnym łańcuszku, pamiętał, że kiedy był dzieckiem, lubił zaciskać na nim palce, bo Jezus nagrzewał się od ciepła jej ciała, a ostre krawędzie krzyża wbijały mu się w śródręcze, pozostawiając na skórze poprzeczne odciski. Nie był człowiekiem wierzącym – nigdy nie przeżegnał się przed kościołem ani nie klęczał przy łóżku, prosząc o zbawienie. Nie wysłuchał mszy – ludzie unosili się i siadali, opierali kolana na drewnianych klęcznikach i powtarzali słowa modlitwy, które schodziły się w jego głowie w monotonny szum. Wszyscy wypowiedzieli głośno amen – siedząca obok kobieta szturchnęła go ramieniem, napominając go jak nieposłuszne dziecko, a on przypomniał sobie, jak na pogrzebie ktoś szturchnął go tak samo, amen, River, to musiała być jego matka, powiedz głośno, żeby babcia słyszała. Ale babcia była martwa i nie słyszała już nikogo z nich. Nie odezwał się, a kobieta wstała, hymn modlitwy zastąpiło szuranie butów, szelest naciąganych rękawów, stukot obcasów o granitową posadzkę.
Musiało być już późno, bo na dworze było zupełnie ciemno, a w kościele zaczynało robić się zimno – chłód przenikał przez mury, a ciepło unosiło się pod wysokie sklepienia. Czuł, jak drętwiały mu dłonie, ale nie poruszył się z miejsca. Był zmęczony – nudności i zawroty głowy co jakiś czas myliły mu się z sennością. Nie wiedział, na co czekał – być może nie chciał jedynie wracać do domu. Musiał zasnąć, bo kiedy otworzył oczy, przez wnętrze kościoła niosło się echem ciche nucenie, a on nie mógł przypomnieć sobie, jak długo trwało – uniósł głowę, ostrożnie rozglądając się po świątyni. W środku panował półmrok – pojedyncza sylwetka poruszała się pomiędzy opustoszałymi ławami, oświetlona jedynie blaskiem świec. Obok – zniekształcony, syjamski kształt poruszał się cieniem po ścianie. Czuł się jak drapieżnik, czekając, aż mężczyzna go zauważy – jedno z tych zwierząt, które upodabniały się do otoczenia, sit-and-wait predators, powiedziałby Min, a on posłałby mu rozdrażniony uśmiech. Czy nie to właśnie robił? Siedział i czekał, aż coś się wydarzy – ale nic nigdy się nie działo. Nieznajomy w końcu odwrócił się w jego stronę i drgnął, a on poczuł rozdrażnienie na myśl o jego reakcji, choć było zbyt ciemno, żeby mógł w pełni zobaczyć jego twarz.
– Sam? – powtórzył bez przekonania. – Podobno Bóg jest wszędzie. – wstał, a światło ze świec, które wcześniej zasłaniał plecami, osunęło mu się powoli po barkach i oświetliło twarz stojącego naprzeciwko mężczyzny. Zmrużył oczy – rozpoznawał go, ale potrzebował chwili, żeby dopasować twarz do wspomnienia. Kącik jego ust drgnął, prawie się uśmiechnął – nie było jednak w tym geście nic życzliwego. – Medycyna nie wypaliła? Przynajmniej tutaj nikt nie oczekuje, żebyś cokolwiek udowadniał.

Harry Dillion
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”