ODPOWIEDZ
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeszcze przed blackoutem

Kolejna transakcja, tak sobie wmawiał Marco za każdym razem gdy dostał cynk, że ktoś jest chętny do interesów. Z jednej strony to było proste, prześwietlał taką osobę pod wszelkim kątem, a dopiero potem ustalał warunki. Zazwyczaj robił wszystko po swojemu. To on przewodził tej całej akcji, to on obmyślał wszelkie możliwe scenariusze uwzględniając także ewentualny nalot policji, nigdy nie wiadomo czym pała się druga strona.
Zaciagnął się dymem papierosowym opierając się o swój czarny samochód, lustrując powoli wzrokiem okolicę. Miał już rozstawionych ludzi, którzy w razie jakichkolwiek kłopotów mogli zareagować chroniąc jego dupę, było to zdecydowanie przywilejem bycia szefem tego całego syfu i bagna w które wdepnął jeszcze jako dziecko.
Wypuścił dym ze swoich płuc, unosząc lekko głowę do góry, napinając swoje ciało w charakterystyczny sposób, doskonale wiedział, że jego aparycja sprzyjała jakimkolwiek interesom, zwłaszcza, że nie wyglądał na kogoś kogo można by oszukać.
Marco miał swoje żelazne zasady, których się po prostu trzymał, było to zakodowane w jego nauczaniu, które odbył mając zaledwie siedem lat. Jego ojciec był bardzo wymagający, co przełożyło się na to, że mężczyzna wiedział co chciał osiągnąć. Mogłoby się wydawać, że jakiś czas temu stracił głowę dla pewnej rudowłosej, ale ojciec zawsze go ostrzegał, że kobiety to całe zło tego pieprzonego świata. Leniwie skierował swoje spojrzenie w stronę pojawiającego się światła za rogiem budynku za którym stał swoim autem.
Mimowolnie jego palce powędrowały do trzymanego glocka za koszulką na plecach, przesuwając lekko palcami po znanej strukturze, w pewien, pokręcony sposób go to nawet uspokaja. Dopalił jeszcze papierosa a niedopałek rzucił sobie pod nogi, przygniatając je butem gdy wyszedł na spotkanie ze swoim potencjalnym klientem. Chodziło tutaj głównie o przeszmuglowanie towaru za granicę, a Marco ogólnie to nie zadawał pytań. Kiedy światła go oślepiły to nawet nie mrugnął stojąc niczym pieprzony słup na środku drogi prowadzącej do opuszczonej fabryki gdzie mieli się spotkać. Zerknął jeszcze na zegarek na jego ręce.
Punktualnie.
To akurat sobie cenił.
Leniwie przesunął spojrzeniem po samochodzie zatrzymującym się prawie przed jego twarzą, zacmokał delikatnie jakby dawał reprymendę małemu dziecku, próbując wypatrzyć kierowcy, ale przez te światła nie był za bardzo w stanie, zmrużył delikatnie oczy.
Zaczerpnął mocno powietrza w płuca gdy zobaczył postać wychodzącą z samochodu. Transakcje czas zacząć….

Elijah Nightingale
Corvo
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
33 y/o
For good luck!
185 cm
💰 właściciel w Nightingale Investments
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#9
Nigdy nie załatwiał takich interesów osobiście. Od tego byli pośrednicy, ludzie, którzy brudzili sobie ręce w jego imieniu, tak by nazwisko Nightingale nie padło w żadnej z tych rozmów. Tym razem było inaczej. Transakcja była zbyt delikatna, a nikt z jego najbardziej zaufanych ludzi nie mógł się nią zająć. Wszyscy mu to spotkanie odradzali, każdy na swój sposób i z tą samą troską w głosie. Wysłuchał ich cierpliwie, skinął głową i mimo to pojechał.
Elijah przez całą drogę obserwował zza przyciemnionej szyby, jak światła miasta rzedną, a szklane wieżowce ustępują miejsca magazynom i pustym parkingom. Cadillac Escalade ESV wtoczył się na drogę prowadzącą do opuszczonej fabryki powoli, niemal leniwie, jakby miał całą noc do dyspozycji. Reflektory przecinały ciemność i rzucały długie, ostre cienie na ściany pobliskiego budynku. W środku nie zostało ani jedno wolne miejsce. Za kierownicą siedział szofer, w pozostałych rzędach tłoczyło się sześciu uzbrojonych ochroniarzy, a on sam zajmował miejsce z tyłu, z rękami splecionymi na kolanach. Nikt się nie odzywał, a jedynym dźwiękiem był równy pomruk silnika.
Nie był pewien Marco. Zdążył go sprawdzić wcześniej, tak jak zapewne i tamten jego. Z dokumentów wyłaniał się obraz zwykłego bandziora, który przeceniał własne możliwości, przez co wpadł i teraz ciągnął za sobą ogon w postaci kuratora. On jednak nie widział w tym wady, lecz raczej zabezpieczenie. Jeśli coś pójdzie nie tak, a ten człowiek spieprzy robotę, Nightingale wyjdzie z tego czysty. Wystarczy wskazać, że gość nabroił już niejeden raz, więc powrót do dawnych zwyczajów nikogo nie zdziwi. Jeśli zaś jego nazwisko gdzieś się pojawi, łatwo będzie je przytuszować. Niejedna gruba ryba chciałaby mu zaszkodzić, mimo jego dobrych intencji. On sam był jeszcze gorszy przykładnym obywatelem.
Samochód zatrzymał się kilka kroków przed Morettim. Elijah nie wysiadł pierwszy. Najpierw drzwi otworzyli ochroniarze, jeden po drugim, każdy z bronią w zasięgu ręki, rozchodząc się po placu z wyćwiczoną precyzją. Dopiero gdy zajęli pozycje, pojawił się pan inwestor. Zimny podmuch poruszył połami jego płaszcza i potargał jasne włosy, które poprawił jednym ruchem dłoni. Nie ruszył w stronę Włocha. Stał przy aucie i przyglądał mu się w milczeniu, z lekko przechyloną głową, jakby oglądał obraz, którego autentyczności jeszcze nie rozstrzygnął. Światła samochodu wciąż wydłużały sylwetkę drugiego mężczyzny na asfalcie, a gdzieś za fabryką zazgrzytało coś metalowego.
– Żadnych kłopotów po drodze? – zapytał spokojnie, nie odrywając od niego wzroku.
Pytanie wyglądało na skierowane do Marco, ale prawdziwym adresatem była niewielka słuchawka w jego uchu. Po drugiej stronie usłyszał krótkie potwierdzenie: droga czysta, nikt ich nie śledził, wszystko przebiegało zgodnie z planem. Dopiero wtedy się rozluźnił. Z ramion zeszło napięcie, a na ustach pojawił się uśmiech, swobodny i pozornie uprzejmy. Ruszył w stronę gangstera niespiesznym krokiem, tak jakby to spotkanie nie różniło się niczym od towarzyskiej kolacji.
Zatrzymał się w niewielkiej odległości. Rozejrzał się dookoła, obejmując wzrokiem rozstawionych ludzi, mrok między budynkami oraz smugi światła na betonie. Pokiwał głową z chłodnym uznaniem.
– Jesteś wyjątkowo nieufny, jak na kogoś, kto chce ze mną robić interesy – rzucił lekkim tonem. – Ale to nie moja sprawa. – Po krótkiej pauzie jego uśmiech zbladł, a głos stał się chłodniejszy. – Chcę jednak mieć pewność, że podołasz temu przerzutowi. To bardzo delikatna transakcja, a za tobą ciągnie się… swąd. Człowiek z państwowej pensji, który lubi zaglądać tam, gdzie nie powinien. Na pewno nie będzie z tym problemu?
Skinął na jednego z ochroniarzy, który bez słowa podał mu czarną teczkę. Elijah ujął ją pewnie, z zamiarem wręczenia jej Morettiemu dopiero wtedy, gdy usłyszy odpowiedzi na swoje pytania.

Marco Moretti
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”