Może powinna podejrzewać, że u Noego wcale nie był tak kolorowo jak ktoś mógłby przypuszczać. Bo jak samo oczekiwanie narodzin dziecka wydawało się raczej dosyć radosnym czasem, tak w jego przypadku problem stanowiła matka ich nienarodzonego dzieciątka. Chociaż może nie tyle ona, co relacja jaka łączyła tych dwojga. W końcu on i Gabi kłócili się równie często, co godzili, a napięcie między nimi rosło z każdą kolejną awanturą. Tak jakby każde z nich badało granicę, którą nieustannie przesuwali. Tylko kiedyś jedno z nich musiało ją przekroczyć tym samym grzebiąc to, co łączyło ich przez ostatnie lata. I choć Elsa miała cichą nadzieję, że to nagłe spotkanie z przyjacielem było spowodowane jego nagłą tęsknotą za jej osobą, tak kiedy ujrzała jego minę po wejściu do kawiarni, wiedziała, że owa
tęsknota to totalny
bullshit. . W końcu nie znali się od wczoraj. I tak jak on coraz rzadziej dawał się nabrać na jej maskę szczęścia i beztroski, którą zakładała ilekroć jej psychika trafiała do głębokich dołów, tak ona potrafiła już czytać z niego jak z otwartej księgi. Nie zamierzała jednak na starcie robić mu analizy psychologicznej opartej na spiętych mięśniach szczęki czy tej małej zmarszczki, która pojawiała mu się na czole za każdym razem, gdy tylko za długo się czymś martwił. Chciała dać mu szansę, aby sam wyrzucił z siebie te wszystkie negatywne emocje, a następnie zalał je gorącą kawą i dopchał jednym z tych pysznie wyglądających ciast na witrynie.
Delikatnie dźgnęła go w policzek, w miejsce, gdzie chwilę wcześniej przyłożyła swoje miękkie i jednocześnie lekko zmarznięte usta, gdy tylko nazwał ją pracoholiczką. Nieważne, że miał w tym rację… przecież nie zamierzała się do tego przyznawać.
– Wiesz, że prowadzenie dziennika to wcale nie taki głupi pomysł? Wylewanie na papier wszystkiego, co siedzi ci w głowie bywa naprawdę… emmm… wyzwalające, o, to chyba dobre słowo. A jak po wszystkim możesz go spalić i patrzeć jak ginie w odmętach płomieni… świetna sprawa. – Zaśmiała się nerwowo, ściągając jeszcze płaszcz i wieszając go na jednym z haczyków przy ich stoliku. Sama w końcu prowadziła niezliczoną ilość pamiętników, dzienników bądź innych
myślników, w których pozwalała sobie na zapisywanie wszelakich głupot – od planów na przyszłość, przez nazwy restauracji, które chciałaby w najbliższym czasie odwiedzić, aż po negatywne emocje i głupie myśli, które zaprzątały jej głowę. Dla tych ostatnich założyła nawet specjalny notes i dosyć regularnie w nim notowała po niemym zerwaniu z Dantem. Zapełniła go w ciągu dwóch lat. Duży zeszyt liczący ponad sto kartek, z czego przynajmniej co trzecia z nich miała ślady po wyschniętych plamach łez, nigdy jednak nie doczekał się swoistego spalenia. Nadal leżał gdzieś na dnie szafy, tak jakby sama jego właścicielka czuła, że może jeszcze kiedyś będzie musiała do niego wrócić i dokleić kilka dodatkowych stron.
Nie uniosła filiżanki do ust, podczas całej historii Noego, delektowała swoje dłonie jej przyjemnym ciepłem. Nie przeszkadzało jej to, że zaraz mogła wystygnąć, w końcu zdążyła się przyzwyczaić do picia zimnej kawy. Jakby się tak zastanowić to nie pamiętała, kiedy ostatni raz w spokoju mogła skosztować gorącego naparu… chyba któregoś ranka, jak upiła łyk z kubka Dantego, po chwili biegnąc do pracy.
Z każdym kolejnym słowem chłopaka, coraz bardziej marszczyła czoło, próbując połączyć to wszystko w jedną, choćby odrobinę logiczną całość. A to było naprawdę trudne zadanie! Oczywiście, że zamierzała stać po stronie Noego. To jego chciała w tym wszystkim wspierać, ale przecież nie miałaby skrupułów, aby go zrypać z góry na dół, gdyby wina leżała po jego stronie.
– Hej, spokojnie… to że się wreszcie postawiłeś… to oznacza, że właśnie z tobą wszystko w porządku. No bo tutaj chodzi o szacunek do człowieka. Jesli ona potraktowała cię w taki sposób, robiąc z ciebie ten worek treningowy, to o czym my tu mówimy? Ja sobie nie wyobrażam, żeby wyzywać od najgorszych obcą osobę, a co dopiero kogoś na kim mi zależy… — Uśmiechnęła się i rozgrzaną od filiżanki dłoń ułożyła na stoliku tuż obok tej należącej do Noego. Oczywiście, zdarzyło jej się, że w nerwach nazwała Dantego idiotą, kretynem albo zapytała czy mógłby włączyć wreszcie te umierające szare komórki w jego mózgownicy, ale… po wypowiedzi przyjaciela domyślała się, że w tym przypadku poszły znacznie gorsze określenia. I jasne, stres, nerwy… człowiek różnie reagował pod ich wpływem, ale jeśli nie panował nad swoimi emocjami do tego stopnia, żeby krzywdzić osobę, którą się rzekomo bardzo lubiło to świadczyło o konkretnych problemach tej osoby. Może wizyta u psychoterapeuty byłaby dobrym pomysłem?
— Dobrze, że to wreszcie ukróciłeś. Nic dobrego by z waszej relacji chyba nie wyszło skoro pojawia się problem już w samej klinice ginekologicznej i udawanie szczęśliwej rodzinki, którą nigdy byście się nie stali przyniosłoby pewnie tylko więcej szkód i… — Drgnęła niespokojnie, jakby coś właśnie do niej dotarło. Czy Noe… czy on powiedział…
— Syn..? — Jej kąciki ust uniosły się w promiennym uśmiechu, a jej brązowe oczy zaświeciły delikatnymi iskierkami.
— Och, Noe! Gratuluje! Jeśli odziedziczy po tobie tę przystojną buźkę to nie będzie mógł się odgonić od dziewczyn i chłopaków! Ale spokojnie, już na starcie będę go uczyć, że to ciocia Elsa jest najpiękniejszą kobietą na świecie. — Zaśmiała się cicho i podniosła po chwili z krzesła, aby przytulić chłopaka w geście gratulacji. Gdzieś tam w serduszku żałowała, że to jednak nie była dziewczynka, bo już oczami wyobraźni widziała jak plecie jej najpiękniejsze warkocze i inne niesamowite fryzury, ale przecież chłopca również zamierzała rozpieszczać! I naprawdę miała nadzieję, że odziedziczy masę genów po swoim ojcu. Przecież był niesamowicie przystojny, odpowiedzialny, a co najważniejsze miał bardzo dobre serce. A to było najważniejsze.
Noe Villeneuve-Scott