27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
Must be the season of the witch
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Optymizm Reece nie był póki co zaraźliwy, właściwie to kiedy dla niego "poczekamy tu kilka godzin albo dni" brzmiało jakby nawet bardzo się tym nie przejmował, tak kiedy to dotarło do Peach, to coś ją ścisnęło w przełyku. Kilka dni w samotności, bez dostępu do internetu, telefonu, bez kawek albo matchy, ciepłego łóżeczka, prysznica z bieżącą wodą, szczoteczki do zębów, tolaety czy chociażby mleczka do opalania? Jak oni mieli przeżyć te kilka dni? Zupełnie nie umiała sobie tego wyobrazić, a brak wszystkich udogodnień cywilizacyjnych tak ją zestresował, że przez moment istniała możliwość, że się rozpłacze. Patrzyła na niego, oczekując, że jeszcze jakoś ją pocieszy, ale zdawał się uznawać, że uświadomienie sobie tego było jedynym sposobem w jaki postanowił ją potraktować. A później się dobrał do butelki.
Peach absolutnie nie miała pojęcia o surviwalu na bezludnej wyspie. Może powinna pójść za przykładem Reece'a i się po prostu upić? Nie wydawało jej się to rozsądne, bo przecież na kacu będzie chciało im sie pić wody, a nawet jej nie znaleźli, a wody z oceanu pić nie można, więc tylko denerowała sie na niego bardziej, kiedy tak na nią sarkał jakby wiedział coś więcej.
- Na wczasach pod gruszą? - zmrużyła oczy, a jej palce aż zbielały od ściskania szklanej butelki rumu czy innego whisky, który znaleźli. - Ciężko mi będzie się na tych wczasach wyluzować, jeżeli będę na bezludnej wyspie bez jednego wygodnego łóżka i do tego skazana na jakiegoś pijanego... pijaka - prychnęła, a kiedy chłopak jej odebrał butelkę to tupnęła nóżką w piasek, natomiast ponieważ nagle zaczęło padać, to tak jakby ta afera alkoholowa przestała mieć tak na prawdę tak duże znaczenie. Schronili się pod palmami. Reece stał widocznie w jakiejś gorszej części, bo na Peach to nic nie padało i dziękowała wszystkim bogom za to, że jak ktoś wymyślał palmy to tak, że pod ich liśćmi było sucho. Wiadomo, że to nie była idealna sytuacja - wciąż z boków padały na nich kropelki wody. Była jeszcze gotowa powiedzieć coś więcej, ale uznała, że może dość tych narzekań - nie znalła Reece na tyle, żeby pokazywać mu jakie ma czasami podejście. Jedynie co jej zostało to lamentowanie sobie w głowie na temat tego, że pewnie zaraz trzaśnie jakiś piorun w te palme i spłonie, a jej trup i jego trup sie połączą i nikt się nie dowie, że tu były dwie osoby! To dopiero by było!
Jakież było jej zdziwienie, kiedy on się nagle odpalił i ją ciągnie na deszcz. Zrobił to tak zręcznie, że chociaż była w szoku, to poddała mu się i przestępuje kilka kroków, zaraz czując jak ściana deszczu zaczyna moczyć jej całe ciało, zaczynając od czubka głowy (na której wciąż znajdował się ten opatrunek) aż po stopy - Ale co ty... - powiedziała cicho, pewnie niedosłyszalnie dla chłopaka, który już stał w tropikalnej ulewie i wytrzeszcza na niego oczy. Co prawda trochę mu stawiała opór, ale nie na tyle, by nie dać się wyciągnąć zaraz całkowicie na piasek. Taniec. Coś ogromnie naturalnego, a jednak w obecnej chwili tak surrealistycznego, że ciężko się było temu oprzeć. To było jak jakaś sytuacja ze snu. I Peach zahipnotyzowana, lekko rozchyla wargi, a potem okazuje się, że się uśmiechnęła. Bo co miała innego zrobić. Cały absurd tej sytuacji - tego, że własnie tańczyli w deszczu, a Reece mówił, że to ich wyimaginowany bal w wyimaginowanym pięciogiwazdkowym hotelu, to że nic sobie nie robią z tego, że oboje są przemoczeni od stóp do głów, to że dopiero co chciała mu zabronić pić, a to wszystko polane wcześniejszym stresem i katastrofą... ten koktail emocji nagle ją oblał. A woda, która spływała z nieba, pomogła Peach się nieco rozluźnić i złapać do tego wszystkiego nieco inne podejście.
Nic nie mogli zrobić, byli zdani już chyba tylko na jakąś łaskę, więc skoro mieli przeżyć te dni w jakiś sposób, to nie chciała ich spędzić na denerwowaniu się i nabawianiu wrzodów ze stresu. Jej dłonie przesunęły się po jego barkach i objęła go za szyję. Kątem oka dostrzegła, że materiał bluzki, który nasiąknął od wody przykleił mu się do ciała, zarysowując mu mięśnie. Bardzo smakowity był to widok, ale mimo wszystko uniosła spojrzenie, żeby spojrzeć mu w oczy. Widziała go niewyraźnie przez mocno zacinający deszcz. Chociaż sam był już pijany to pewnie widział, że jej wcześniejsza złość została zmyta. Nie pomyślała o tym, ale pewnie woda również zrobiła to samo z jej ubraniem co z jego. Chociaż jej ubranie od początku było raczej obcisłe i nie pozostawiało wiele wyobraźni, ale teraz strużki wody spływały jej w dekolt.
- Czy mi się wydaje, czy dziś orkiestra gra dziś tylko moje ulubione piosenki - dała się mu wkręcić w to udawanie i stawia stópki starając się nadążyć za jego rytmem z głowy. Kiedy on nią nagle zakręcił to prawie się wywróciła i tylko dlatego, że mocno ją schwycił w ostatniej chwili sprawiło, że nie wylądowali na piasku. Co właściwie też nie byłoby aż takie straszne, przecież był mięciutki i na pewno zaamortyzowałby jej upadek. Gorzej z tym, że jego upadek na nią musiałaby zamortyzować ona sama. I wisi tak nad ziemią. Chyba pierwszy raz od tej całej katastrofy pomyślała, że to nie musi być koniec świata, albo nawet jeżeli jest, to nie jest aż taki zły. I wtedy końcu się zaśmiała - No dobrze, przekonałeś mnie. Poproszę butelkę

Reece Murray
peach
niechlujnych postów
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie jestem pijakiem — zaprzeczył natychmiast. Mimowolnie ściągnął brwi w akcie chwilowego oburzenia.
Rzeczywiście lubił sobie wypić, ale nadal nie na tyle, aby nadużywać alkoholowych dobrodziejstw. Niemniej obecna sytuacja była chyba trochę w y j ą t k o w a, więc, zważywszy na sam początek tej przygody, nie zamierzał sobie żałować.
Palmy nie stanowiły świetnego schronienia przed deszczem, ale zdecydowanie były najlepszym, jakie ta cholerna wyspa miała im obecnie do zaoferowania. Przez jakiś czas stał pod ich lichą osłoną, na szczęście nieświadomy tego, jakie bzdurne myśli krążyły po głowie Peach. Pioruny? Trupy? W jego własnej panowała niemal zupełna pustka, od czasu do czasu tylko przerywana lekkim zdenerwowaniem i coraz natarczywiej powracającą myślą, że najpewniej przyjdzie im spędzić tutaj noc.
Reece nie miał jednak w zwyczaju lamentować. Tym bardziej nie zamierzał załamywać się nad sytuacją nad którą i tak nie miał większego wpływu. Z drugiej srtony już przyćmiony bursztynem umysł podsunął mu myśl, że skoro i tak utknęli na tej przeklętej wyspie, równie dobrze mogliby przestać przejmować się przeciwnościami i troseckę się zabawić.
Tak więc zatańczyli w strugach deszczu. Podczas wyimaginowanego balu; tak niebywale mokrzy i świetnie do siebie dopasowani.
Zauważył sposób, w jaki kobieta spoglądnęła na jego tors. On również nie poskąpił przesunąć wzrok po jej ciele, a ubranie, które miała na sobie, coraz ciasniej przykleiło się do jej skóry, uwydatniając wszelkie walory. Tych zdecydowanie Peach miała pod dostatkiem, więc w trakcie tańca parokrotnie ułożył dłoń w tym, czy tamtym, bardziej newralgicznym miejscu.
— Na pewno ci się nie wydaje — odparł ni to poważnzie, ni zabawnie, kiedy podłapała temat balu i rzuciła trafnym komentarzem.
Kilka kroków dalej, parę obrotów później, Peach nagle zawisła bezwładnie w jego ramionach. Przez chwilę patrzył na nią z góry, a na dźwięk kolejnych słów kobiety prychnął rozbawiony. Potem demonstracyjnie przyciągnął ją bliżej i przez moment tyklo milczał, nie spuszczając z niej wzroku, po czym w końcu puścił i się odsunął.
— Mamy do rozdysponowania całkiem sporo butelek. Którą byś chciała? — dopytał głupio, przy czym wskazał ręką miejsce pod palmą, gdzie zostawił swoją szklaną towarzyszkę. Reszta wciąż stała na brzegu w skrzyni, którą wyłowili.
Zaraz ruszył w tamtą stronę i już po krótkiej chwili ponownie znaleźli się pod liśćmi. Niewiele to jednak zmieniało. W końcu i tak byli już przemoczeni, bo deszcz wciąż bezlitośnie siekał. Reece ostatecznie rozsiadł się więc na piasku, tak że jego stopy wystawały poza prowizoryczny daszek i nadal mokły. Następnie podał Peach butelkę, ale zanim to zrobił, jeszcze upił duży łyczek.
— Myślę, że jak przestanie padać, zastanowimy się, gdzie spędzimy noc, a jutro dalej przeszukamy wyspę i zrobimy z gałęzi wielki napis S.O.S. — zaproponował i nawet w zabawnym geście określił potęgę wyżej wymienionego napisu dłońmi.
Reece być może dzisiaj nie zamierzał się tym wszystkim zamartwiać, ale następnego dnia rzeczywiście powinien zabrać się do roboty. Do tego czasu ktoś powinien już zauważyć ich nieobecność i wszcząć alarm, więc na tyle, na ile mogli, powinni ułatwić potencjalnym ratownikom ich odnalezienie.

Peach J. Pepper
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
Must be the season of the witch
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Kiedy Reece poszedł w stronę skrzyni z butelkami, Peach zrobiła kilka rzeczy. Po pierwsze ściągnęła opatrunek z głowy i dotknęła uważnie miejsca skąd leciała krew. W deszczu zdawało jej się, że krew wciąż leciała, ale po chwili wycierania jej opatrunkiem, uznała, że chyba została zatamowana. Odłożyła więc nieładny rekwizyt na bok i odruchowo się wyprostowała, jakby chciała mieć pewność, że ubrania na niej dobrze leżą. Wiadomo, że w efekcie ulewy ubrania były przemoczone no i się kleiły do ciała, ale i tak przjechała rękoma po biodrach, jakby to miało im pomóc. To było wyjątkowo głupiutkie z jej strony, ale kto mógł przewidzieć, że w obliczu takiego stresu tak się będzie zachowywała?
No nikt nie mógł tego przewidzieć.
Zerknęła w jego kierunku, kiedy grzebał w tej skrzyni oddalonej od nich o kilkanaście metrów przy brzegu. Przez to, że z nieba nieprzerwanie się lało, to widziała tylko zarys jego sylwetki, ale powoli docierało do niej, że z wszystkich dziwnych zbiegów okoliczności, właściwie to dziwne, że trafił jej się taki współrozbitek. Przystojny, w jej wieku i do tego mówiący po angielsku, mimo że nie znajdywali się na terenie Ameryki. Może to zbieg okoliczności, a moze już przeznaczenie? A może oni są w jakimś programie w którym wylądowali i im zasymulowali katastrofę? Nie, no nie wierzyła w to ostatnie, ale można sobie było podumać. Odprowadziła go wzrokiem, kiedy wracał do niej, a im był bliżej tym chętniej patrzyła, bo jego koszulka już się bardzo mu opięła na brzuchu i miała pełen show. Uśmiecha się do niego, wcale nie wymuszając tego, kiedy wrócił.
-Dobrze, tak zrobimy - zgodziła się, w sumie się uspokajając, że mają plan. Wzieła od niego butelkę, a ta nieco zaciążyła jej w dłoni. Nie mogła się do końca połapać w tym, co właściwie myśli w tym momencie. Z jednej strony ogarniał ją smutek i przerażenie, a z drugiej pewność siebie, a do tego wszystkiego jeszcze zaczynała zauważać atrakcyjność swojego towarzysza niedoli, co znów budziło w niej jakąś potrzebę znalezienia fizycznej bliskości. Patrzy na niego spod rzęs, uważnie i jakby oceniała gdzie on ejst w tym momencie.
Póki co siedział obok. I w ciszy patrzyli rpzed siebie w ocean.
-Reecee - przeciągnęła jego imię, kiedy już się obok niej usadowił, a chwila ciszy zaczęła jej przeszkadzać. Butelkę, którą jej podał otworzyła, ale zanim się skupiła na zawartości, to uniosła na niego spojrzenie. - Opowiesz mi coś? Jak się znalazłeś w tym samolocie? Albo tu na Bali? Albo twoją ostatnią przygodę, która zapadła ci w pamięć - a kiedy poprosiła o te opowieści w końcu przekręciła korek, żeby otworzyć butelkę i wzięła pokaźny łyk.

Reece Murray
peach
niechlujnych postów
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie sposób było nie zauważyć, że zwróciła uwagę na jego opiętą bluzkę, jednak jak dotąd ostatnią rzeczą, o której myślał, były zaloty. Skinął więc głową, gdy Peach przystała na jego propozycję. Wszak była to jedyna rozsądna opcja, jaką obecnie dysponował. Później obserwował już tylko, jak odebrała od niego butelkę i pogrążyła się we własnych myślach. Przez jej twarz przemknęło kilka trudnych do rozszyfrowania grymasów. W mniemaniu Ree wyglądała na skupioną, ale nie potrafił odgadnąć, co tak bardzo zaprzątało jej głowę.
W końcu mimowolnie trącił ją łokciem, ponaglając, aby wreszcie skosztowała trunku, który, jak sądził, mógł choć odrobinę osłodzić im te chwile spędzone na wyspie.
Następnie przeniósł wzrok na ocean. Ten był piękny, jednak jego obraz mącił teraz siekący z nieba deszcz.
— Hmm? — mruknął i przeniósł spojrzenie znad brzegu znowu na twarz towarzyszki niedoli.
Tym razem wyglądała łagodniej, a przy tym o wiele atrakcyjniej niż jeszcze chwilę wcześniej. A przynajmniej takie odniósł wrażenie. Być może to zmęczenie i krążący w żyłach alkohol dawały o sobie znać. Reece nie był pewien. Trudno mu było ocenić to osobliwe zjawisko, przez które nagle spojrzał na kobietę w zupełnie inny sposób. W dodatku po paru sekundach dostrzegł odsłoniętą ranę, na której widok intuicyjnie wzdrygnął się, a następnie ponownie spuścił wzrok na oczy Peach i w skupieniu wysłuchał jej dalszych słów.
Jak znalazł się w samolocie? Zawdzięczał to własnej nadgorliwości i głupocie, które kazały mu jak najszybciej przedostać się na wyspę, choć reszta ekipy miała dotrzeć dopiero następnego dnia. Nie potrafił czekać, tak jak wszyscy, i w rezultacie wylądował pośrodku… ekhem... niczego, z niepewną przyszłością majaczącą gdzieś na tle bezkresnego oceanu.
Trudne się wylosowało; pomyślał.
Jeszcze przez chwilę trwał w zawieszeniu, obserwując, jak Peach z gracją otworzyła butelkę i upija łyk alkoholu. Na ten widok sam poczuł suchość w gardle, ale jedyne, na co się zdobył, to cmoknięcie. Zaraz opadł plecami na wilgotny piasek pod ich palmą.
— Miałem trochę tych przygód — stwierdził z niecharakterystyczną dla siebie powagą. Kilka dawnych obrazów przemknęło mu przez głowę i początkowo nie był pewien, którą historię powinien wybrać. — Zajmuje się relacjonowaniem katastrof naturalnych oraz bardziej niebezpiecznych miejsc na świecie, związaych między innymi z dziką ludnością. Chyba najbardziej przeraziła mnie przygoda z tubylcami w odległej części Papui Nowej Gwinei. To dosyć powściągliwy lud, więc nie ucieszyli się na widok białoskórego człowieka, który z entuzjazmem próbował nakłonić ich do interakcji. I, no... Przywiązali mnie do pala. — Zaśmiał się. Teraz rzeczywiście było mu do śmiechu, ale doskonale pamiętał palący strach, który ogarniał go, gdy stał unieruchomiony, zdany na łaskę bądź niełaskę obcych. Na szczęście udało im się w miarę d o g a d a ć, choć nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek wcześniej tak prędko brał nogi za pas jak tamtego dnia.
— Czeka na ciebie ktoś w domu? — zaciekawił sie, przy czym znowu usiadł i odebrał od Peach butelkę. — Mąż? Dziewczyna? Masz dzieci? — dopytał, po czym wziął solidne dwa łyki.
Peach wyglądała na młodą, ale to wcale nie przeczyło temu, że mogła być z kimś związana. Na niego w Toronto czekał jedynie kot, który obecnie przesiadywał kolejny weekend u siostry.

Peach J. Pepper
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
Must be the season of the witch
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

No i bardzo dobrze, że nie w głowie Reeca były zaloty, bo jakby teraz zaraz zaczął jej tutaj odwalać jakieś pawie akcje, to Peach by w głowę się popukała a przecież ma tam ranę, więc byłoby to absolutnie niemądre!
No cóż, w każdym razie jak się okazuje, kolejne chwile spędzą siedząc z butelką alkoholu gdzieś na bezludnej wyspie. W teorii brzmiało to jak dobre wakacje! I może właśnie to pozytywne nastawienie to był klucz do sukcesu.
Aż się zdziwiła lekko, jak zaczął taki poważny i pociągnęła duży łyk z butelki. Wow, ale jej się trafił towarzysz, w życiu by nie powiedziała, tak spoglądając na niego z boku, że on ma takie zainteresowania.
- No co ty mówisz?! Przywiązali cię do pala? I co chcieli ci zrobić? - w jej głowie to wyglądało tak, że albo chcieli go zjeść albo wykorzystać seksualnie, ale czy takie plemiona wogóle są zainteresowane w tak sposób białymi ludźmi? - Wiesz, może nie chcesz mówić, ale w sumie to nie mamy nic innego do robienia tutaj - wzruszyła ramionami i oddała mu butelkę, bo już dużo się napiła - Ale skąd ta potrzeba wystawiania się na niebezpieczeństwo? Miałeś trudne dzieciństwo? - na sam koniec unosi lekko brew, co pewnie ma mu sugerować, że zażartowała z tą pseudo analizą przychologiczną. A może wcale nie i trafiła w sedno?
On za to w sedno zupełnie nie trafił, ale za to sprawił , że się Picz zaśmiała.
-Wyglądam ci na lesbijkę? - zdziwiła się Peaches szczerze i spogląda na niego wciąż rozbawiona tą sugestią. - Oczywiście nic nie mam do tego, nawet mam jedną parę koleżanek, które są lesbijkami, ale to raczej nie życie dla mnie- zaśmiała się krótko i pokręciła głową. W sumie jedyna para lesbijek jaką zna to są dwie modelki, które są ze sobą niewiadomo czy dlatego, że mają już dość takich facetów, którzy traktują je przedmiotowo, czy na prawdę coś do siebie czują, poza tym, że wygodnie im tak w dwójkę jak mają te same zainteresowania i podobny tryb pracy. Więc chyba się nie liczy, bo to akurat dość specyficzny przypadek. Dużo więcej miała przyjaciół gejków, ale o to Reece nie pytał.
-Ale odpowiadając na pytanie, to nie mam dzieci ani męża - i tak jakby specjalnie zataja to, że ma Clyde'a, który się zajmuje obecnie jej pieskiem. O, no właśnie! Aż jej buzia się rozpromieniła. - Ale mam Moto, to mój piesek maltańczyk. Jest strasznie słodziutki, rozpieszczony na maksa i niestety okropnie złośliwy. Niestety nie mogłam go wziąć na wyspy i został w Toronto u mojego przyjaciela.. - zastanawia się, bo właśnie jej chłopak został zdegradowany do przyjaciela. Ale bądźmy szczerzy: przecież nawet nie spała z Clydem, więc czy to jest właściwie jej chłopak? Spikneli sie kilka tygodni przed jej wyjazdem, teraz mieli taki związek na odległość, w którym ona domagała się zdjęć pieska, a on dostawał w zamian jakieś fotki z plaży. I ani jednego nudesa. Peaches napiła się dużego łyka z butelki, którą dostała od chłopaka i czuje jak jedna łezka jej spływa po policzku. - Tęsknię bardzo za nim, mam nadzieję, że jeszcze go kiedyś zobaczę- a kiedy to powiedziała to otarła łezkę z policzka i pociągnęła nosem. - No dobrze, a ty? Jak wygląda twoja sytuacja sercowa? Podejrzewam, że skoro podróżujesz tak dużo, to musisz mieć dziewczynę w każdym porcie- zażartowała, ale serio uważała, że jeżeli facet ma tyle możliwości wyjazdów, to na pewno nie ma nikogo na stałe. Która dziewczyna by na to się zgodziła!?

Reece Murray
peach
niechlujnych postów
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie jestem do końca przekonany — przyznał, przechylając głowę na bok. Wspomnienie najwyraźniej pobudziło jego pamięć, bo przez chwilę próbował odtworzyć w myślach więcej szczegółów tamtego wydarzenia. — Pewnie zabić? — strzelił, tym razem patrząc prosto w oczy Peach, po czym nonszalancko machnął ręką i po prostu się roześmiał. — Nie zrozumiałem zbyt wiele z tego, co mówili — stwierdził zgodnie z prawdą.
Wysłuchał jej dalszych słów i mimowolnie pokiwał głową. Rzeczywiście, na wyspie nie mieli zbyt wielu możliwości rozrywki. W dodatku padało, więc rozmowa mogła przynajmniej umilić im oczekiwanie zarówno na pomoc, jak i na poprawę pogody.
— Nie. Raczej nie — odpowiedział i na momencik wydął usta. — Wychowałem się na obrzeżach Toronto. Matka prowadzi stadninę. Ojciec nas zostawił, ale nie było to nic traumatycznego, bo niedługo później pojawił się mój ojczym. Fakt, oni też się rozstali, ale niespecjalnie to przeżyłem — opowiedział w dużym skrócie.
Dzieciństwo Reecea było całkiem zwyczajne. Jak na dorastającego chłopaka przystało, pakował się w kłopoty i niejednokrotnie napsuł bliskim krwi, ale poza tym nic szczególnego się nie wydarzyło. Później poszedł na studia, dostał staż w CBC Toronto, a następnie szansę na prowadzenie własnego programu poświęconego katastrofom. Od zawsze był nadpobudliwy, przez co trudno było mu usiedzieć w miejscu. Praca pozwalała mu sporo podróżować, a tym samym zaspokajać naturalną ciekawość wobec świata.
— Lubię adrenalinę. Chyba po prostu tak mam. — Sam Ree nie znał przyczyny, dla której tak chętnie pakował się w niebezpieczne sytuacje, ale znajdował w nich coś niezwykle pociągającego. Dzięki temu patrzył na przyrodę z zupełnie innej perspektywy. Nawet tutaj, na tej nieznanej i tajemniczej wyspie, czuł po prostu respekt.
Na kolejne pytanie automatycznie przeniósł wzrok na Peach i zmierzył ją od góry do dołu. Następnie cmoknął i, o zgrozo, ponownie wzruszył ramionami.
— A jak właściwie wyglądają lesbijki? — rzucił pytaniem na pytanie. Żyli przecież w czasach, w których osoby homoseksualne wcale nie musiały wyróżniać się niczym szczególnym. Po prostu były. — Rozumiem. Wydaje mi się, że wśród moich znajomych też znalazłaby się jakaś para lesbijek. Gejów też — dodał bez większego zastanowienia, po czym wrócił do słuchania opowieści Peach, popijając przy tym alkohol.
Chyba mniej więcej takiej odpowiedzi spodziewał się po Peach. Nie pasowała mu ani na żonę, ani na matkę. Na razie postrzegał ją jako wolnego ducha, dlatego nawet wzmianka o piesku specjalnie go nie zdziwiła. Pokiwał więc głową.
— Ja mam kota. Kiedy wyjeżdżam w dłuższe, kilkumiesięczne podróże, jeździ ze mną, ale na kilkudniowe wypady podrzucam go siostrze — podzielił się kolejną informacją na swój temat. Tutaj zadziwiająco łatwo przychodziło mu opowiadanie o sobie, zwłaszcza że Peach również dzieliła się z nim szczegółami ze swojego życia.
Po chwili Reece musiał wziąć głęboki wdech. Oczywiście zauważył łzę spływającą po policzku kobiety. Nie należał do szczególnie empatycznych osób, ale zrobiło mu się jej zwyczajnie żal. Zanim zdążył się zastanowić, wyciągnął rękę i objął ją ramieniem.
— Wszystko będzie dobrze — zapewnił i nawet delikatnie poklepał ją po barku. Zaraz cofnął rękę i ponownie wyprostował się na swoim miejscu.
— Jestem rozwodnikiem. Hmm... — Zastanowił sie przez chwilę. — Bronte Murray ze śniadaniówki była moją żoną — dodał, choć zwykle nie dzielił się tak osobistymi informacjami. Być może alkohol troszeczkę rozwiązał mu język, a być może po prostu nie czuł potrzeby, aby cokolwiek przed Peach ukrywać.
Małżeństwo nie należało do udanych. Peach mogła się tego domyślić, skoro od razu określił siebie mianem rozwodnika. W końcu ludzie raczej nie rozstają się, gdy są szczęśliwi w związku. Reece nie zamierzał jednak wdawać się w szczegóły ani rozwijać tego tematu.
Na jej kolejną uwagę zareagował szczerym, rozbawionym prychnięciem.
— Czasem się zdarza — przyznał ochoczo, nie widząc sensu w udawaniu, że nie zdarzyło mu się skorzystać z uroków zagranicznych kobiet. Wdawał się w przelotne romanse, co dodawało mu odrobiny rozrywki. Może nie tak ogromnej, jak te cholerne katastrofy naturalne, ale nie miał zamiaru się tego wypierać. — A ty skoro podróżujesz, również lubisz niekonwencjonalną rozrywkę?

Peach J. Pepper
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
Must be the season of the witch
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Peach aż zasłania usteczka w szoku, kiedy Reece mówi, że prawie umarł śmiercią morderczą z rąk jakiś dzikusów. Jeżeli chciał na niej wywrzeć duży efekt, to zdecydowanie mu się udało. Nawet w obliczu ich katastrofy, to co przydarzyło się Reecowi, wydawało jej się bardzo przejmujące.
- Ale to jak udało ci się uciec? - dopytuje, bardzo ciekawa, jak mu się udało uciec z pala. Zresztą zmarszczyła trochę czoło, bo wydawał się jej bardzo luźny kiedy mówił o tym całym przeżyciu. Ona gdyby coś takiego ją spotkało, to na sto procent napisałaby książkę, którą by wydała pod tytułem "Jak wygląda życie po near-death experience".
- Moi rodzice wciąż są razem - odpowiada Peaches zerkając na chwilę w bok, jakby wpadła w jakieś głębokie zamyślenie - Bardzo długo sądziłam, że ich związek jest idealny, bo prawie wszystkie moje koleżanki do czasów liceum miały już rozwiedzionych rodziców, a oni nie, wciąż razem. Dopiero dość niedawno zrozumiałam, że to bardziej kwestia religijna, niż emocjonalna a i oni mieli problemy -powróciła do niego spojrzeniem i uśmiecha się lekko. - Ich historia jest mega romantyczna, bo uciekli razem z Indii do Kanady, żeby wziąć ślub, kiedy mój ojciec był gwiazdą popu. Dlatego sądziłam, że to jest taka miłość, jaka się nigdy nikomu nie zdarza - nie dokończyła myśli, zostawiając dla siebie dlaczego jednak straciła w to wiarę.
No ale tak, wracając do chłopaka, to Peach nie kupowała za bardzo tego, że ktoś po prostu tak ma, że lubi ryzykować, że zawsze coś się musiało pierwsze zdarzyć. Może po prostu nie poznała nigdy nikogo takiego, ale wpatruje się tymi czarnymi oczętami w Reeca i on może dobrze przeczytać, że dizewczyna coś mu nie wierzy.
- Nigdy nie byłeś ciekawy dlaczego? A próbowałeś kiedyś zajrzeć wgłąb siebie? - zastanowiła się szybko. I tak nie mają tu nic innego do roboty, a ona chociaż nie jest może joga masterem to nachodziła się na nieskończoną ilość kursów, zresztą przecież założyła tu ośrodek, więc umiałaby mu przeprowadzić coś takiego??W końcu stwierdziła, że oki, zrobi co konieczne i mówi: - Mogę ci pokazać jak to się robi, to jest taki rodzaj medytajci - zaproponowała, może pod wpływem alkoholu już będąc??
Aż się Peaches wyprostowała, bo co to było za cmokanie przepraszam bardzo! Wbija w niego spojrzenie i kręci głową.
- To zależy jakie, ale przecież chyba masz jakiś gaydar? Przecież o to mi chodzi, czy ja wysyłam jakieś gay vibes?? - odpowiedziała z lekką pretensją. Ona przed chwilą przecież sobie cycki poprawiała w tej koszulce żeby lepiej wyglądały, a on jej teraz mówi, że ona jest lezbijką?? Dobrze, że się zgodzili chociaż co do tego, że znają gejów i lezbijki.
Dobrze, że już zeszli z tego tematu. Trochę była zdenerowana nim, ale faktycznie przejscie na temat zwierzątek poprawiło jej humor. Usłyszawszy, że chłopak ma kota, nagle zaczęla zupełnie inaczej na niego patrzeć. Trochę bardziej jak na człowieka? Jeszcze bardziej zachował się jak człowiek, kiedy ją objął. Jakieś ciepło rozlało się po Peaches ciele, jakby ktoś podprowadził ja do ogniska, i kiedy chłopak się odsunął, to poczuła, że to ciepełko znika, a jej jest zimno od ciągłego deszczu. Zdezorientowana poprawiła włosy przy grzywce i patrzy na Reeca, starając się zebrać myśli.
- Jak się nazywa? - dopytuje, ciekawa co to za kot, jak wygląda i czy śpi z nim? Czy ma jakieś zwyczaje albo rzeczy, których nie lubi?
Zaraz też okazuje się jaka jest sytuacja sercowa, co zainteresowało Peach. ROZWODNIK?
- Jesteś bardzo... młody - powiedziała tak mało elegancko, bo pewnie to nie jest najmolsza rzecz jaką można usłsyzeć po tym, jak się powiedziało, że twój związek nie wypalił. Szczególnie ten poważny, bo małżeństwo. Małżeństwa nie brało się przecież pochopnie (i to myśli Peach, która rok ópóźniej pójdzie do programu Love is Blind i prawie weźmie ślub z Jeffem). - CO? - zatkało ją i patrzy na niego z mieszanką podniecenia, zdziwienia i radości. - A to ci przypadek! Ja znam Bronte... razem chodziłyśmy na zajęcia z pilatesu.... nie mówiła mi, że miała takiego męża - Peach trochę może zbyt sugestywnie podkreśliła wyrażenie "takiego" męża, ale już za późno. Uznała, że może zatuszuje swoje zachowanie pojackie tym, że nie może uwierzyć w to wszystko i aż się zaśmiała: - Powiezdz... jakie było prawdopodobieństo, że w samolocie na rejsie prywatnym gdzieś na Bali będzie dwójka kanadyjczyków i to do tego takich, którzy mają jedną wspólną osobę... gdybym była lepsza z matematyki, to mogłabym ci wyliczyć, ale wiesz co, jestem lepsza w teoriach związkowych i jestem prawie pewna, że Twoja była żona myślała, że odkryła jakiś nasz romans i ten wypadek to była jej próba rozprawienia się z bólem - rozbawiona patrzy teraz już bezpośrednio w oczy Reeca - z bólem, który jej zadałeś...
Nieco zaróżowione poliki zostały schronieniem dla spojrzenia, które skryło się za nimi, kiedy chłopak przyznał, że ma wszędzie kochanki na każdej wyspie. Mózg Peaches już to przeanalizował i Peach już sobie wyobraziła, że za pare lat przyjedzie tu ktś i bedzie zdziwiony, że bardzo duzo dzieciaków jest ktore maja podobne cechy, ale sa kazdy z innej wyspy.
-To znaczy... ja nie podróżuje - spropstowała. - Wybierałam się na kurs jogi do konkurencyjnego studia, sprawdzić czy możemy coś zrobić lepiej... och, bo nie mówiłam ci. Otworzyłam ośrodek odnowy, jogi i medytacji tu na Bali. Mamy piękny hotel, małe grupy przeznaczone dla osób, które chcą się wyciszyć w luksusowym otoczeniu - zachwala swój ośrodek, ale pewnie Reece nigdy sam by do takiego miejsca nie dał się zaciągnąć. - To takie miejsce, gdzie byś się okropnie nudził. Ekstremalne czyny są tam zabronione - zażartowała sobie Peaches i o tak.

Reece Murray
peach
niechlujnych postów
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tylko wzruszył ramionami w odpowiedzi na pytanie, jak udało mu się uciec. Prawdę pisząc, sam nie pamiętał tego zbyt dokładnie. Działał w takim szoku, że prawdopodobnie wykorzystał fakt, że oprawcy niedbale go związali, a potem po prostu rzucił się do ucieczki, pędząc przed siebie z resztką sił byle tylko przeżyć. Nie zależało mu na wywarciu jakiegoś szczególnego wrażenia na Peach. Po prostu czuł, że tamta przygoda pozostawiła w jego psychice najdotkliwsze piętno. Wszystkie pozostałe wydarzenia i kataklizmy, z którymi przyszło mu się zmierzyć, wydawały się niczym w porównaniu z tamtymi wspomnieniami.
Mimowolnie potaknął na wieść, że rodzice Peach wciąż byli razem. Czasami odnosił wrażenie, że starsze małżeństwa, a przynajmniej te, które za takie uważał Ree, miały większe szanse przetrwać wspólnie aż do końca. Jego matce nie było to dane. Nie udało jej się zbudować trwałego związku ani z jego biologicznym ojcem, ani z ojczymem.
Kiedy jednak kobieta zaczęła opowiadać o relacji łączącej jej rodziców, ponownie pokiwał głową. Chyba nawet potrafił w pewnym stopniu zrozumieć ich sytuację. W końcu poznał wystarczająco wiele kultur, w których religia odgrywała nadrzędną rolę, aby nie dziwić się jak silnie mogła wpływać na ludzkie wybory.
— Wyznają hinduizm? — dopytał z czystej ciekawości. Z tego, co kojarzył, była to najpopularniejszza religia w Indiach.
Historia jej rodziców naprawdę go zaciekawiła. Sama wzmianka o ich ucieczce z ojczystego kraju budziła w Reece respekt, a profesja ojca Peach stanowiła interesujący szczegół. Kiedy jednak kobieta nagle urwała wypowiedź, odruchowo zmrużył oczy, przyglądając jej się z lekką podejrzliwością. Już miał dopytać, co dokładnie miała na myśli, ale rozmowa potoczyła się dalej, więc ostatecznie postanowił odpuścić.
— Peach, ja nie jestem wierzący. Nie muszę zaglądać w głąb siebie, aby znać odpowiedź — rzucił z wyraźnym sceptycyzmem. Odkąd pamiętał, był narwanym typem, który nie potrafił zbyt długo usiedzieć w miejscu. Potrzebował mocnych wrażeń i solidnej dawki ruchu, aby poczuć ten upragniony wyrzut dopaminy. Dopiero w dalszej kolejności przychodziły relacje damsko-męskie, co zresztą nie pozostało bez wpływu na jego małżeństwo z Bronte. — Naprawdę nie trzeba. Próbowałem kiedyś. Dziękuję — dodał, całkiem uprzejmie jak na siebie.
I znowu jej słuchał, chociaż im dłużej mówiła, tym wyżej unosiły się jego brwi. Naprawdę nie chciał niczego jej sugerować, a już tym bardziej nie przyszło mu do głowy, że mogłaby mieć do niego pretensje o samo przypuszczenie, że mogłaby być zainteresowana kobietami. Mimo wszystko ostatecznie parsknął śmiechem na jej nowomodne wzmianki o gejradarze, który najwyraźniej działał u Reewyjątkowo kiepsko.
Wyciągnął dłoń i pogładził Peach po głowie, pragnąc tym gestem ją troszeczkę udobruchać.
— No już, no już. Nie wysyłasz gejowskich impulsów — zapewnił, próbując zachować powagę, ale niestety bezskutecznie. Prychnął rozbawiony przebiegiem całej dyskusji, po czym, zabrał dłoń z głowy kobiety, przyłożył ją do ust i odchrząknął.
Temat rozmowy znów się zmienił, a wraz z nim złagodniały rysy twarzy Ree. Spojrzał w stronę oceanu, którego powierzchnię mącił deszcz i mimowolnie pomyślał o swoim futrzastym towarzyszu.
— Ares — rzucił. Na moment pogrążył się we wspomnieniach. Przed oczami stanął mu obraz kota wesoło pląsającego po pokoju. Zazwyczaj te harce doprowadzały go do szału, ale teraz chyba naprawdę chciałby znów go zobaczyć. Chyba. Sam już nie wiedział, czy ta osobliwa nostalgia nie zaczynała ciążyć mu za sprawą alkoholu. Chcąc się o tym przekonać, upił kolejny łyk z butelki.
— Znasz Bronte? — zdziwił się, ignorując przy okazji komplement dotyczący jego młodego wieku. Podejrzewał, że mogli być rówieśnikami, ale wolał nie poruszać tego tematu, aby przypadkiem znów nie urazić Peach. Słyszalne pretensje o ten nieszczęsny gejradar w zupełności mu wystarczyły. — Raczej nie miała się czym chwalić, skoro szybko się rozwiedliśmy — dodał ponuro, a przy tym bardzo wymownie.
Jednego był przecież pewien. Z Bronte zaniedbali swoje uczucia. Oboje. Tyle że na rozwodzie to on wyszedł zdecydowanie gorzej, bo kobieta zabrała mu połowę majątku, w tym mieszkanie i udziały w rodzinnej firmie. Wspomnienie ich związku budziło w nim tyle samo sentymentu, co cholernie nieprzyjemnego niesmaku i gniewu.
— Co ty pleciesz, Peach? — zapytał z pewnym rozbawieniem przyglądając się jej dziwacznym, mocno pokrętnym spekulacjom. Nie do końca zrozumiał, do czego zmierzała, ale musiał przyznać, że odkąd zeszli na temat Bronte, kobieta niespodziewanie poprawiła mu humor. Najwyraźniej miała do tego talent. Ree doszedł do wniosku, że kiedy akurat nie lamentowała i nie wpadała w panikę, była całkiem zacną, uprzejmą i pogodną towarzyszką niedoli. Być może więc dobrze się stało, że to właśnie z nią rozbił się na tej przeklętej wyspie.
— Nie podróżujesz? — powtórzył z lekkim zdziwieniem. Skoro nie podróżowała, co właściwie robiła w samolocie? Zanim jednak zdążył rozwinąć tę myśl, Peach ochoczo podzieliła się z nim kolejną informacją na swój temat, więc tylko pokiwał głową. — Brzmi ciekawie, chociaż może rzeczywiście trochę zbyt luksusowo jak na moje kryteria. Ale kto wie, może po tej przeklętej wyspie będę miał ochotę trochę odpocząć. Wtedy na pewno wpadnę — zapewnił, po czym puścił jej oczko i ponownie pociągnął łyk alkoholu. — To może... jeżeli ja odwiedzę ciebie, to ty zgodzisz się na jakąś szaloną przygodę ze mną? Moglibyśmy oglądnąć erupcję wulkanu — zapytał całkiem poważnie, bo skoro i tak musiał zaprawić Peach do survivalu, to co szkodziło wybrać się z nią w prawdziwą podróż.

Peach J. Pepper
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”