Tylko wzruszył ramionami w odpowiedzi na pytanie,
jak udało mu się uciec. Prawdę pisząc, sam nie pamiętał tego zbyt dokładnie. Działał w takim szoku, że prawdopodobnie wykorzystał fakt, że oprawcy niedbale go związali, a potem po prostu rzucił się do ucieczki, pędząc przed siebie z resztką sił byle tylko przeżyć. Nie zależało mu na wywarciu jakiegoś szczególnego wrażenia na Peach. Po prostu czuł, że tamta przygoda pozostawiła w jego psychice najdotkliwsze piętno. Wszystkie pozostałe wydarzenia i kataklizmy, z którymi przyszło mu się zmierzyć, wydawały się niczym w porównaniu z tamtymi wspomnieniami.
Mimowolnie potaknął na wieść, że rodzice Peach wciąż byli razem. Czasami odnosił wrażenie, że starsze małżeństwa, a przynajmniej te, które za takie uważał Ree, miały większe szanse przetrwać wspólnie aż do końca. Jego matce nie było to dane. Nie udało jej się zbudować trwałego związku ani z jego biologicznym ojcem, ani z ojczymem.
Kiedy jednak kobieta zaczęła opowiadać o relacji łączącej jej rodziców, ponownie pokiwał głową. Chyba nawet potrafił w pewnym stopniu zrozumieć ich sytuację. W końcu poznał wystarczająco wiele kultur, w których religia odgrywała nadrzędną rolę, aby nie dziwić się jak silnie mogła wpływać na ludzkie wybory.
—
Wyznają hinduizm? — dopytał z czystej ciekawości. Z tego, co kojarzył, była to najpopularniejszza religia w Indiach.
Historia jej rodziców naprawdę go zaciekawiła. Sama wzmianka o ich ucieczce z ojczystego kraju budziła w Reece respekt, a profesja ojca Peach stanowiła interesujący szczegół. Kiedy jednak kobieta nagle urwała wypowiedź, odruchowo zmrużył oczy, przyglądając jej się z lekką podejrzliwością. Już miał dopytać, co dokładnie miała na myśli, ale rozmowa potoczyła się dalej, więc ostatecznie postanowił odpuścić.
—
Peach, ja nie jestem wierzący. Nie muszę zaglądać w głąb siebie, aby znać odpowiedź — rzucił z wyraźnym sceptycyzmem. Odkąd pamiętał, był narwanym typem, który nie potrafił zbyt długo usiedzieć w miejscu. Potrzebował mocnych wrażeń i solidnej dawki ruchu, aby poczuć ten upragniony wyrzut dopaminy. Dopiero w dalszej kolejności przychodziły relacje damsko-męskie, co zresztą nie pozostało bez wpływu na jego małżeństwo z Bronte. —
Naprawdę nie trzeba. Próbowałem kiedyś. Dziękuję — dodał, całkiem uprzejmie jak na siebie.
I znowu jej słuchał, chociaż im dłużej mówiła, tym wyżej unosiły się jego brwi. Naprawdę nie chciał niczego jej sugerować, a już tym bardziej nie przyszło mu do głowy, że mogłaby mieć do niego pretensje o samo przypuszczenie, że mogłaby być zainteresowana kobietami. Mimo wszystko ostatecznie parsknął śmiechem na jej nowomodne wzmianki o
gejradarze, który najwyraźniej działał u Reewyjątkowo kiepsko.
Wyciągnął dłoń i pogładził Peach po głowie, pragnąc tym gestem ją troszeczkę udobruchać.
—
No już, no już. Nie wysyłasz gejowskich impulsów — zapewnił, próbując zachować powagę, ale niestety bezskutecznie. Prychnął rozbawiony przebiegiem całej dyskusji, po czym, zabrał dłoń z głowy kobiety, przyłożył ją do ust i odchrząknął.
Temat rozmowy znów się zmienił, a wraz z nim złagodniały rysy twarzy Ree. Spojrzał w stronę oceanu, którego powierzchnię mącił deszcz i mimowolnie pomyślał o swoim futrzastym towarzyszu.
—
Ares — rzucił. Na moment pogrążył się we wspomnieniach. Przed oczami stanął mu obraz kota wesoło pląsającego po pokoju. Zazwyczaj te harce doprowadzały go do szału, ale teraz chyba naprawdę chciałby znów go zobaczyć.
Chyba. Sam już nie wiedział, czy ta osobliwa nostalgia nie zaczynała ciążyć mu za sprawą alkoholu. Chcąc się o tym przekonać, upił kolejny łyk z butelki.
—
Znasz Bronte? — zdziwił się, ignorując przy okazji
komplement dotyczący jego młodego wieku. Podejrzewał, że mogli być rówieśnikami, ale wolał nie poruszać tego tematu, aby przypadkiem znów nie urazić Peach. Słyszalne pretensje o ten nieszczęsny gejradar w zupełności mu wystarczyły. —
Raczej nie miała się czym chwalić, skoro szybko się rozwiedliśmy — dodał ponuro, a przy tym bardzo wymownie.
Jednego był przecież pewien. Z Bronte zaniedbali swoje uczucia. Oboje. Tyle że na rozwodzie to on wyszedł zdecydowanie gorzej, bo kobieta zabrała mu połowę majątku, w tym mieszkanie i udziały w rodzinnej firmie. Wspomnienie ich związku budziło w nim tyle samo sentymentu, co cholernie nieprzyjemnego niesmaku i gniewu.
—
Co ty pleciesz, Peach? — zapytał z pewnym rozbawieniem przyglądając się jej dziwacznym, mocno pokrętnym spekulacjom. Nie do końca zrozumiał, do czego zmierzała, ale musiał przyznać, że odkąd zeszli na temat Bronte, kobieta niespodziewanie poprawiła mu humor. Najwyraźniej miała do tego talent. Ree doszedł do wniosku, że kiedy akurat nie lamentowała i nie wpadała w panikę, była całkiem zacną, uprzejmą i pogodną towarzyszką niedoli. Być może więc dobrze się stało, że to właśnie z nią rozbił się na tej przeklętej wyspie.
—
Nie podróżujesz? — powtórzył z lekkim zdziwieniem. Skoro nie podróżowała, co właściwie robiła w samolocie? Zanim jednak zdążył rozwinąć tę myśl, Peach ochoczo podzieliła się z nim kolejną informacją na swój temat, więc tylko pokiwał głową. —
Brzmi ciekawie, chociaż może rzeczywiście trochę zbyt luksusowo jak na moje kryteria. Ale kto wie, może po tej przeklętej wyspie będę miał ochotę trochę odpocząć. Wtedy na pewno wpadnę — zapewnił, po czym puścił jej oczko i ponownie pociągnął łyk alkoholu. —
To może... jeżeli ja odwiedzę ciebie, to ty zgodzisz się na jakąś szaloną przygodę ze mną? Moglibyśmy oglądnąć erupcję wulkanu — zapytał całkiem poważnie, bo skoro i tak musiał zaprawić Peach do survivalu, to co szkodziło wybrać się z nią w prawdziwą podróż.
Peach J. Pepper