Musiała pospiesznie upomnieć się w myślach, gdy nieomal pozwoliła sobie na to, aby na słowa Lucasa zareagować szczerze, tak, jak rzeczywiście się czuła — jakimś niezbyt przyjemnym komentarzem, coś o tym, że nie był idiotą i przecież doskonale wiedział, że nie miała wyboru, ale... znów: nie miała do tego prawa, to po pierwsze. A po drugie, ważniejsze — nie chciała przypadkiem odepchnąć go jeszcze bardziej, o ile
bardziej rzeczywiście było w ogóle możliwe. Szczęśliwie zdążyła ugryźć się w język jeszcze zanim zdążyła bąknąć cokolwiek w napastliwym tonie, ale wyraźnie skrzywiona w niezadowoleniu twarz zdradzała co tak naprawdę myślała o tych wszystkich przytykach. Ciężko powiedzieć, czy była teraz bardziej urażona, czy sfrustrowana, ale nie trzeba było doktoratu z psychologii żeby zauważyć, że cały ten czas aktywnie ważyła słowa i że... cóż, nie przychodziło jej to z łatwością, bo nikt nigdy nie dał rady nauczyć jej, jak najpierw myśleć, a potem mówić, a nie odwrotnie.
Niedziwne więc, że gdy padło pełne niedowierzania "serio", pierwszą, nieprzefiltrowaną myślą Indie było, rzecz jasna:
nie, kurwa, na niby.
Jej brwi drgnęły, ściągnięte w wyrazie dezaprobaty. Obecność Charlotte była teraz tak samo przekleństwem jak i zbawieniem, bo skutecznie powstrzymywała Indigo przed powiedzeniem czegoś, czego z pewnością miałaby żałować — zawsze miała niefortunną tendencję do eskalowania wszelkich okoliczności, w których czuła się niepewnie, bo w ten sposób najłatwiej było zwrócić sobie iluzję jakiejkolwiek kontroli nad beznadziejną sytuacją. Może to lepiej, że nie byli sami.
—
Serio, Miller — potwierdziła, momentalnie żałując, że zwróciła się do niego nazwiskiem, mając wrażenie, że w ten sposób tylko zwiększała dzielący ich dystans. Speszona tą świadomością, znów chętnie znalazła sobie wymówkę do odwrócenia wzroku, obracając się nieznacznie aby palcem wskazać na sklepowy monitoring. W Northridge Liquors pozwalano jej na naprawdę wiele — przerwy na papierosa o nieprzyzwoitej częstotliwości, granie w Candy Crush za ladą, okazjonalne spóźnienia i generalne opierdalanie się przez znaczną większość czasu, ale nie na to, aby dowody małolatów sprawdzać wybiórczo. Czy mogłaby zaryzykować? Pewnie tak. Kiedyś na oślep zgodziłaby się o tym dowodzie zapomnieć, niewzruszona perspektywą kłopotów w pracy, bo dla Lucasa przetrwałaby całą wieczność tych kłopotów i byłoby warto, ale... kiedyś. Już nie. Nie była już jego przyjaciółką, tylko
starą znajomą i tak też powinna się zachowywać. Tak? —
Na monitoringu trochę ciężko zauważyć, że doskonale wiem kiedy się urodziłeś — wyjaśniła spokojnie, nie odmawiając sobie jednak okazji na to, aby podkreślić, że o
niczym nie zapomniała. Ba, mogłaby z pamięci wyrecytować mu jego astrologiczny birth chart, z godziną urodzenia włącznie, ale nie zamierzała niczego teraz udowadniać ani kłócić się o to, że fizycznie po prostu nie potrafiłaby wyprzeć Lucasa z pamięci, nawet gdyby bardzo tego chciała. Czasem wydawało jej się, że tak byłoby najłatwiej, ale prawda była taka, że tych ciepłych wspólnych wspomnień od lat trzymała się tak kurczowo, że nigdy świadomie nie zgodziłaby się czegokolwiek zapomnieć. Nawet jeśli w obecnej chwili te wspomnienia wydawały się być bardziej bolesne aniżeli jakkolwiek kojące czy miłe. —
Jasne, dostaniesz. Jak zobaczę dowody.
Tak jak i on, Indie na moment zdążyła zapomnieć o Charlotte, zbyt pochłonięta wymianą zdań z Lucasem, więc poczuła się minimalnie zaskoczona, gdy dziewczęcy głos po raz kolejny wyrwał ją z zamyślenia. Uśmiechnęła się słabo, choć całkiem szczerze, gdy ta stanęła w jej obronie i bez wahania podała dowody, najpierw swój, a zaraz potem jego.
Indie powinna była docenić ten gest, w pewnym sensie tak też zresztą było, ale nie potrafiła posilić się na jakikolwiek wyraz wdzięczności, pochłonięta... poczuciem winy? Bo nie powiedziałaby tego wprost, ba, nawet nie przyznałaby tego porządnie przed samą sobą, ale była o tą całą Charlotte obrzydliwie zazdrosna, ogarnięta niechęcią wobec — jak się wydawało — sympatycznej, życzliwej dziewczyny. I mogłaby się tej niechęci wypierać całą wieczność i nawet jeden dzień dłużej, ale samo krzywe spojrzenie, którym skwitowała pomyłkę dziewczyny było wystarczająco dobitnym świadectwem tego, że k a ż d a głupia drobnostka byłaby dla Indie wystarczająco dobrą wymówką, aby być wobec Charlotte nieprzyjemna. Mówiąc wprost: czekała na powód, żeby jej nie lubić. Jakikolwiek, nawet błahy, a więc ten w zupełności wystarczał.
—
Dzięki — rzuciła nieco zmieszana, w pierwszej kolejności łapiąc za dowód Charlotte i oglądając go uważnie i to wcale nie dlatego, że zamierzała szukać jej potem na Instagramie po odczytanym nazwisku, a dlatego, że po prostu rzetelnie wykonywała swoją pracę. Mhm. Dowód Lucasa obejrzała natomiast wyjątkowo pospiesznie, obracając dokument w palcach przez może cztery albo pięć sekund, zanim zwróciła go nie dziewczynie, a bezpośrednio Millerowi. Wyglądała, jakby zamierzała coś powiedzieć, niemniej ostatecznie po prostu przesunęła butelkę po blacie — nie wiadomo, czy skończyła jej się odwaga, energia, czy cierpliwość, ale ostatecznie potrafiła zdobyć się tylko na jeszcze jedno słowo: —
Miłego.
Ja pierdolę. Myślami była zupełnie gdzieś indziej, więc nawet nie zarejestrowała dokładnego momentu, w którym odeszli od kasy, a kontakt z rzeczywistością zwrócił dopiero dźwięk zamykających się za nimi drzwi.
Ja pier — do — lę.
/ztx2
Lucas Miller