ODPOWIEDZ
40 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
auctoritas non veritas facit legem.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

007.
Cree Bellerose
ObrazekObrazek
Tatiana
posiadłość Howardów, kilka dni wcześniej
– Nie dostanie ani dolara! – wykrzyknęła blondynka, gwałtownie wyszarpując rękę z uścisku kobiety siedzącej obok niej. Wymachując dłonią, wskazała na mężczyznę stojącego po drugiej stronie stolika, przy którym jeszcze przed chwilą omawiano kwestie związane z majątkiem jej zmarłego męża. Świeżo pomalowane na wiśniowo paznokcie błysnęły w świetle kryształowej lampy, a jeden z nich niemal dotknął nosa doradcy. – Powiedziałam, że nie dostanie. Ani. Dolara. Czy ja mówię niewyraźnie?
– Pani Tatiano, obawiam się, że w tych kwestiach nie możemy wiele zrobić. Istnieją pewne przepisy, a sytuacja prawna majątku pana Howarda jest bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Musimy wziąć pod uwagę wcześniejsze zobowiązania, prawa pozostałych udziałowców oraz…
– Pieprzyć przepisy! – przerwała mu, zanim zdążył dokończyć. – Od tego są prawnicy, żeby je omijać, a nie recytować mi je nad głową, jakbym była na jakiejś cholernej lekcji!
Przy ostatnich słowach wyrzuciła ręce w górę, a długie, jasne loki zakołysały się wokół jej twarzy. Były to włosy blond tak intensywnego, że w odpowiednim świetle zdawały się niemal białe. Starannie wystylizowane, miękkie na końcach i ułożone w szerokie fale, miały dodawać jej elegancji, choć przy bliższym spojrzeniu trudno było nie zauważyć, że ich kolor nie miał wiele wspólnego z naturą. Przy nasadzie zaczynał już prześwitywać ciemniejszy odrost, który zdradzał, jak bardzo blondynka potrzebowała kolejnej wizyty u fryzjera. Tatiana nie należała jednak do kobiet, które godziły się na podobne niedociągnięcia. Przynajmniej nie wtedy, kiedy ktoś mógł je dostrzec.
Jej uroda miała w sobie coś uderzającego. Pełne usta, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, jasnozielone oczy i twarz, która przy odrobinie odpowiedniego światła mogłaby bez trudu przyciągnąć uwagę fotografa. Tatiana doskonale wiedziała, jak korzystać z tego, czym obdarzyła ją natura, i jeszcze lepiej wiedziała, co można w niej poprawić. Starannie dobrany makijaż, podkreślone rzęsy, rozświetlona skóra i szminka w odcieniu wiśni, który wymagał od niej nieustannego pilnowania każdego kęsa i każdego łyku, stanowiły równie ważną część jej wyglądu, co biżuteria czy markowe ubrania. Nie musiała być najinteligentniejszą osobą w pomieszczeniu, jeśli potrafiła sprawić, że pozostali najpierw patrzyli na nią.
Przez chwilę mierzyła doradcę wzrokiem, jakby samym spojrzeniem mogła zmusić go do przyznania jej racji. W końcu zacisnęła usta, po czym ciężko opadła na oparcie fotela.
– Zostaw mnie. Zostawcie mnie wszyscy! Wszyscy! – rzuciła, przyciskając palce do skroni.
Mężczyzna przez moment wyglądał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć. Zamiast tego spojrzał na kobietę siedzącą obok Tatiany, ściskającą tablet na tyle mocno, że pobielały jej knykcie, a potem ponownie przeniósł wzrok na wdowę. Ściągnął brwi, zacisnął usta i skłonił głowę w wyćwiczonym geście pożegnania. Nie było sensu wdawać się w dalszą dyskusję. Przez lata współpracy z Mitchellem Howardem zdążył przywyknąć do trudnych negocjacji, kaprysów bogaczy i ich przekonania, że pieniądze pozwalają załatwić niemal wszystko. Nie przywykł jednak do obserwowania, jak człowiek, który potrafił zbudować ogromny majątek, pozostawia po sobie chaos, a jego następcy zamiast próbować go uporządkować, dokładają do niego własne problemy.
Sam Mitchell nie był najgorszy w zarządzaniu finansami. Miewał kosztowne zachcianki, zdarzało mu się podejmować decyzje pod wpływem urażonej dumy, ale potrafił liczyć i rozumiał, kiedy należy ustąpić. A przynajmniej tak wyglądało to w czasach, kiedy u jego boku stała Rosamund Fairfax. To ona umiała dostrzec słabości w umowach, wychwycić nieścisłości w dokumentach i rozpoznać moment, w którym rozmówca próbował sprzedać jej coś, czego nie chciałby kupić za własne pieniądze. Nie musiała podnosić głosu, by inni jej słuchali. Wystarczała obecność, odpowiednio zadane pytanie i cierpliwość, z jaką czekała na odpowiedź. Jej nazwisko otwierało drzwi, do których Mitchell przez lata próbował dobijać się własnymi osiągnięciami.
Widocznie jednak z czasem rozsądek zaczął mu ciążyć. W pewnym momencie mężczyzna uznał, że ułożone życie u boku kobiety, która dorównywała mu pozycją i potrafiła postawić go do pionu, przestało być dla niego wystarczająco ekscytujące. Rosamund zastąpiła więc Tatiana. Młodsza, ładna, dużo bardziej skłonna przytakiwać mu w towarzystwie i znacznie mniej zainteresowana tym, co działo się na wyciągach bankowych, dopóki na jej koncie pojawiały się odpowiednie kwoty. Doradca Mitchella nie miał zwyczaju komentować cudzych wyborów sercowych, a przynajmniej nie na głos. Miał jednak oczy i pamięć. Trudno było nie zauważyć różnicy między kobietą, która przez całe lata potrafiła utrzymać w ryzach zarówno dom, jak i interesy męża, a tą, która po jego śmierci nie potrafiła przeprowadzić jednej rozmowy bez grożenia, obrażania się lub domagania natychmiastowych rezultatów. Zwłaszcza że od kilkunastu tygodni Mitchell Howard był równie martwy jak nadzieje jego doradcy na spokojne zamknięcie spraw związanych z majątkiem. Wyszedł, pozostawiając za sobą woń drogich perfum i ledwie skrywaną irytację. Kobieta siedząca cały czas obok również podniosła się z miejsca, ale nie zdążyła nawet zrobić kroku.
– Ty nie. Oni – oznajmiła Tatiana, machając jej przed twarzą dłonią z pomalowanymi paznokciami. Kobieta zatrzymała się, skinęła głową i ponownie usiadła. Nie należało pytać, dlaczego. W tym domu pytania zwykle prowadziły do kolejnych poleceń, a sprzeciw oznaczał konieczność wysłuchiwania tyrady o niewdzięczności, braku kompetencji lub niezrozumiałych trudnościach, jakie wszyscy zdawali się stwarzać pani Howard. Rozsądniej było przeczekać napad złości i liczyć, że następnego dnia blondynka znajdzie sobie kogoś innego, na kim będzie mogła rozładować frustrację.
– Zwariuję z nimi – wycedziła przez zęby Tatiana, masując skroń. – Raporty, podatki, prawnicy, jakieś zobowiązania, których nikt wcześniej nie raczył mi wyjaśnić. Człowiek nawet nie może spokojnie usiąść we własnym domu. A wszystko przez tę Williams. Gdyby nie ona, nie musiałabym teraz tego wszystkiego znosić.
Kira, stylistka paznokci, pochyliła się nad jej dłonią i sprawdziła, czy lakier zdążył już odpowiednio stwardnieć. Mruknęła coś pod nosem, ale nie podjęła tematu. Jej angielski wciąż pozostawał na poziomie, który pozwalał jej bez większych problemów wykonywać pracę, zamawiać kawę i prowadzić najprostsze rozmowy. Długie monologi pani Howard stanowiły jednak zupełnie inną kategorię trudności. Tatiana mówiła szybko, piskliwie i bez przerwy, raz złościąc się na prawników, innym razem na ceny, pogodę, pracowników albo kobietę, której nie chciała znać, choć najwyraźniej myślała o niej częściej, niż była skłonna przyznać. Kira nauczyła się już, że nie musi rozumieć wszystkiego. Wystarczyło wychwycić moment, w którym należało przytaknąć, i ten, w którym najlepiej było milczeć.
Nie była zresztą pierwszą osobą w tym domu, która odkryła tę prostą zasadę. Jeszcze za życia Mitchella pracownicy zdążyli poznać humor jego oraz jego nowej żony. Tatiana zwracała się do nich tak, jakby każdy z nich stanowił kolejną rzecz w wyposażeniu posiadłości, a różnica polegała wyłącznie na tym, że meble przynajmniej nie odpowiadały. Nie zapamiętywała imion, jeśli nie musiała, i potrafiła w środku dnia zmienić kilka poleceń, po czym mieć pretensje, że ktokolwiek wykonał te pierwsze. Wymagała punktualności, lecz sama notorycznie spóźniała się na umówione zabiegi. Domagała się dyskrecji, ale nie widziała niczego niewłaściwego w omawianiu prywatnych spraw pracowników przy gościach. Gdy coś jej odpowiadało, uznawała to za oczywisty standard. Kiedy coś szło nie po jej myśli, winny zawsze znajdował się po drugiej stronie.
Anna, gosposia, miała w tej kwestii własne zdanie. Przez lata służyła w posiadłości i pamiętała Rosamund, zanim jeszcze nazwisko Howard zaczęło pojawiać się w rozmowach prowadzonych na salonach. Pierwsza pani Howard potrafiła być wymagająca. Nie tolerowała niedbalstwa, pamiętała o terminach i oczekiwała, że każdy będzie wykonywał swoją pracę najlepiej, jak potrafi. Nigdy jednak nie traktowała ludzi jak przedmiotów, które można przestawić z miejsca na miejsce, gdy przestaną pasować do nowej aranżacji. Znała imiona pracowników, pytała o ich rodziny, a kiedy wydawała polecenie, nie robiła tego tonem, który miał przypominać, że wystarczy jeden telefon, by pozbawić kogoś środków do życia. Potrafiła podziękować. Potrafiła również odmówić bez upokarzania drugiej osoby. Jej uprzejmość nie wynikała z potrzeby przypodobania się komukolwiek, a już na pewno nie z przekonania, że powinna być lubiana przez podwładnych. Była po prostu świadoma własnej pozycji i nie musiała nikomu udowadniać, że ją posiada.
Rosamund nosiła się z naturalną powściągliwością kobiet, które wychowały się wśród pieniędzy, zanim jeszcze same zaczęły nimi zarządzać. Nie potrzebowała szafy pełnej krzykliwych metek, by odróżniać się od reszty towarzystwa. Jej ubrania były doskonale skrojone, biżuteria dyskretna, a maniery zdradzały wychowanie, którego nie dało się kupić razem z sukienką od projektanta. Znała ludzi, których nazwiska regularnie pojawiały się w gazetach, lecz rzadko opowiadała o nich tak, jakby samo wymienienie nazwiska miało podnieść jej wartość w oczach rozmówcy. Nawet kiedy wygrywała, nie potrzebowała, by cały pokój wiedział, kto przegrał.
Tatiana była jej przeciwieństwem niemal pod każdym względem. O ile Rosamund potrafiła zdominować pomieszczenie, nie zmieniając tonu głosu, o tyle młodsza kobieta potrzebowała nieustannie przypominać wszystkim o swojej obecności. Dźwiękiem obcasów na marmurowej posadzce, głosem niosącym się przez pół piętra, połyskiem biżuterii albo kolejną uwagą o tym, że ktoś nie wykonał polecenia wystarczająco szybko. Zamożność traktowała nie tyle jako przywilej, ile jako widowisko. Każdy zakup musiał coś komunikować, każda zmiana w wyglądzie zwracać uwagę, a każda posiadana rzecz potwierdzać, że wreszcie znalazła się tam, gdzie od dawna uważała, że jej miejsce.
Po kilkudziesięciu minutach, kiedy Kira była już na etapie nakładania utwardzacza na paznokcie, drzwi pomieszczenia otworzyły się ponownie. W progu stanęła Anna. Miała na sobie służbowy uniform, włosy upięte starannie z tyłu głowy i minę kogoś, kto przychodzi przekazać wiadomość, której nie ma najmniejszej ochoty przekazywać.
– Pani Tatiano, przyszedł do pani detektyw. Chce porozmawiać o panu Howardzie.
Tatiana uniosła głowę, jakby gosposia właśnie poinformowała ją o awarii prądu w środku najważniejszej części wieczoru.
– Teraz? – przeciągnęła z niedowierzaniem. – Anno, przecież zaraz robimy pedicure.
– Nalega.
Anna spojrzała na nią przez chwilę, zastanawiając się, czy powinna przypomnieć jej, że w ostatnich tygodniach większość tych obowiązków sprowadzała się do podpisywania dokumentów, których treści Tatiana nie rozumiała, i wydawania pieniędzy, których pochodzenia nie potrafiła wyjaśnić. Powstrzymała się jednak. Nie należała do ludzi, którzy lubili niepotrzebnie komplikować sobie życie.
– Przekazałam mu, że pani jest zajęta. Powiedział, że zaczeka, ale chciałby porozmawiać jak najszybciej. – Zrobiła krótką pauzę. – Nie jestem jednak od planowania pani spotkań.
Ton jej głosu pozostał uprzejmy, choć w myślach Anna pozwoliła sobie na znacznie mniej eleganckie podsumowanie sytuacji. Praca w tej posiadłości od dawna przypominała zajęcie na tonącym statku. Dawniej istniały zasady, rytm i konkretne obowiązki, a nawet jeśli Mitchell bywał kapryśny, zwykle wiedział, czego chce. Rosamund trzymała wszystko w ryzach z taką łatwością, że człowiek mógł zapomnieć, ile pracy kosztuje utrzymanie podobnego domu w porządku. Potem pojawiła się Tatiana, a świat wywrócił się do góry nogami. Śmierć pana Howarda tylko przyspieszyła to, co i tak zaczynało się sypać.
Anna od kilku tygodni usiłowała skontaktować się z panią Fairfax, licząc, że może znajdzie się dla niej miejsce w jednym z domów należących do rodziny. Nie pogardziłaby nawet posadą w letniej posiadłości w Szkocji. Była gotowa porzucić Amerykę, przyzwyczajenia i większą część swojego dotychczasowego życia, byle uwolnić się od kobiety, która potrafiła zamienić zwyczajny poranek w kilkugodzinne pasmo pretensji. Nie była przy tym jedyną osobą, która rozglądała się za wyjściem. Ogrodnik coraz częściej mówił o emeryturze, kucharka wspominała o powrocie do siostry, a kierowca, który przez lata woził Mitchella na spotkania, od początku miesiąca miał dziwnie dużo spraw do załatwienia w innych częściach stanu.
Posiadłość pozostawała imponująca, ale jej dawna świetność coraz wyraźniej przypominała dekorację, za którą nie kryło się już nic poza bałaganem. Rozległy dom z jasnego kamienia, wysokimi oknami i klasyczną fasadą został pomyślany jako miejsce, w którym pieniądze nie musiały krzyczeć, by było wiadomo, że są obecne. W czasach Rosamund salon wypełniały antyczne meble, stonowane tkaniny, obrazy oprawione w dyskretne ramy i przedmioty, które nie trafiały tam wyłącznie dlatego, że były drogie. Nawet ogromne pomieszczenia wydawały się wtedy przytulne. Miały swój porządek, zapach świeżych kwiatów i tę szczególną harmonię, dzięki której człowiek przestawał zwracać uwagę na koszt wyposażenia, skupiając się na samym wnętrzu.
Tatiana postanowiła nadać domowi własny charakter. W jej rozumieniu oznaczało to przede wszystkim więcej złota, połysku i rzeczy, których nie dało się przeoczyć. W salonie pojawiły się lustrzane konsole, błyszczące wazony, grube zasłony w odcieniu szampana i poduszki wyszywane metaliczną nicią. Nad kominkiem zawisło lustro w masywnej, złoconej ramie, które nie tyle odbijało pomieszczenie, ile zdawało się walczyć o uwagę z kryształowym żyrandolem. Na stolikach ustawiono dekoracje w kształcie złotych koni, a obok nich świece w szklanych naczyniach z logo ekskluzywnych marek. W jadalni zmieniono obicia krzeseł, w sypialni pojawiła się toaletka o lustrzanym blacie, a łazienkę ozdobiono taką ilością marmurowych dodatków, że trudno było odróżnić funkcjonalne wyposażenie od dekoracji.
Dom nie stał się przez to nowoczesny ani bardziej luksusowy. Przypominał raczej miejsce, w którym ktoś usiłował urządzić pałac na podstawie zdjęć z katalogu, nie rozumiejąc, że sam zakup odpowiednich przedmiotów nie tworzy jeszcze dobrego wnętrza. Wszystko było za duże, zbyt błyszczące i nazbyt ostentacyjne. Co gorsza, kolejne zmiany wprowadzano bez ładu, często pod wpływem chwilowej zachcianki, a poprzednie dekoracje trafiały do pomieszczeń, w których zupełnie do siebie nie pasowały. Odkąd Mitchell zmarł, nikt już nie potrafił tego chaosu kontrolować. Pracownicy mieli coraz więcej obowiązków, a coraz mniej powodów, by starać się ponad miarę. Na biurku w gabinecie zalegały nierozpakowane przesyłki, na komodzie w korytarzu leżały dokumenty pozostawione przez kolejnych doradców, a świeże kwiaty, które wcześniej wymieniano regularnie, coraz częściej więdły w wazonach, zanim ktokolwiek zdążył je zabrać.
W tym domu nawet cisza stała się inna. Kiedyś oznaczała, że domownicy zajęli się własnymi sprawami, a pracownicy mogli przez chwilę wykonywać swoje obowiązki bez czyjejś obecności. Teraz była ciężka i nieprzyjemna, przerywana odgłosami telefonów, kłótniami o dokumenty i kolejnymi rozmowami, podczas których nazwisko Mitchella pojawiało się częściej niż za jego życia. Zmarły Howard zostawił po sobie nie tylko majątek, lecz także ludzi, których interesy należało pogodzić, zobowiązania, których nie dało się odsunąć na później, i historię, która wciąż nie chciała zamknąć się w kilku urzędowych dokumentach.
Tatiana potarła skroń, wypuściła powietrze i w końcu machnęła ręką.
– Dobrze. Niech wejdzie.
Anna skinęła głową i zniknęła za drzwiami. Tatiana tymczasem poleciła Kirze dokończyć manicure, a za stracony czas obiecała dopłacić coś ekstra. Był to jeden z tych gestów, które w jej przekonaniu dowodziły hojności, choć pracownicy wiedzieli, że dodatkowe pieniądze potrafiła później wypomnieć z dokładnością godną księgowego.
Kiedy wreszcie podniosła się z fotela, poprawiła sukienkę i ruszyła w stronę korytarza. Przed lustrem przystanęła odruchowo. Uniosła podbródek, zrobiła niewielki dziubek, sprawdzając, czy pomadka nie rozmazała się w kącikach ust, a potem małym palcem starła jej nadmiar. Obejrzała swoje odbicie z uwagą kogoś, kto potrafił dostrzec najmniejszą niedoskonałość na własnej twarzy, a jednocześnie nie zauważał bałaganu rozciągającego się za jego plecami. Blond włosy wymagały odświeżenia, to było oczywiste. Odrosty należało zamaskować, końcówki podciąć, a fryzurę ponownie ułożyć tak, by wyglądała na swobodną, choć każdy kosmyk znajdował się dokładnie tam, gdzie powinien. Poprawiła kolczyk, wygładziła materiał w talii i zerknęła na dekolt, sprawdzając, czy sukienka właściwie układa się na biuście. Implanty, które Mitchell podarował jej na początku ich związku, miały przecież służyć nie tylko jej własnej satysfakcji. Były jednym z tych prezentów, które przypominały jej, że potrafiła zdobyć coś, o czym niegdyś mogła jedynie marzyć.
Na myśl o mężu jej twarz stężała na ułamek sekundy. Nie było w tym jednak żałoby, która wymagałaby od niej dłuższego zatrzymania się przy wspomnieniu. Zamiast tego pojawiła się irytacja, szybko przykryta wyćwiczonym uśmiechem. Mitchell nie żył, a ona wciąż musiała wysłuchiwać, co zrobił źle, komu coś obiecał i dlaczego nie mogła po prostu przejąć tego, co uważała za swoje. Nawet śmierć nie zwolniła go z obowiązku komplikowania jej życia.
W końcu ruszyła korytarzem. Jej obcasy odbijały się od kamiennej posadzki, a sukienka przesuwała po udach przy każdym kroku. Kiedy weszła do salonu, gdzie czekał już detektyw, rozłożyła ramiona w powitalnym geście, jakby przyjmowała ważnego gościa na przyjęciu, a nie człowieka, który zjawił się w sprawie jej zmarłego męża.
– Witam, panie detektywie. Tatiana Howard. Pani tego domu – przedstawiła się z naciskiem, uśmiechając się tak szeroko, że na policzkach pojawiły się płytkie wgłębienia. Wskazała dłonią fotel naprzeciwko. – Proszę, proszę usiąść. Anno, przynieś naszemu gościowi coś do picia.
Sama zajęła miejsce, poprawiając materiał sukienki na kolanach. Przez moment odprowadziła gosposię wzrokiem, upewniając się, że polecenie zostało wykonane, a następnie odrzuciła włosy za ramię. Jej uśmiech nabrał jeszcze odrobiny sztucznej serdeczności.
– Odkąd nie ma Mitcha, ciężko jest mi wydawać polecenia. Wszystko spada na moje barki, a człowiek przecież nie może być w kilku miejscach naraz – zaśmiała się perliście, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo zabawnego. – Ale cóż, siła wyższa, jak to mawiają. Jak mogę panu pomóc, detektywie?

Celeste
George Restaurant, aktualnie
George Restaurant należało do tych miejsc, w których luksus nie potrzebował dodatkowych objaśnień. Nie było tu jaskrawych świateł ani dekoracji, które walczyłyby o uwagę z gośćmi. Zamiast tego wnętrze tonęło w przygaszonym blasku lamp, ciepłych odcieniach drewna i głębokich barwach tapicerowanych siedzeń. Światło rozlewało się miękko po stolikach, zatrzymywało na krawędziach kieliszków i sztućców, pozostawiając resztę sali w półmroku. Odległości między stolikami zapewniały prywatność, a rozmowy, choć prowadzone przy pełnej sali, nie mieszały się ze sobą na tyle, by ktokolwiek musiał podnosić głos. Kelnerzy poruszali się niemal bezszelestnie, pojawiając się przy gościach wtedy, gdy byli potrzebni, i znikając, zanim ich obecność zdążyła stać się uciążliwa.
Przy jednym z większych stolików, osłoniętym od reszty sali wysokim parawanem z ciemnego drewna, trwała rozmowa, która zdążyła już przejść od uprzejmych wstępów do konkretnych liczb. Celeste siedziała wyprostowana, z jedną dłonią opartą obok kieliszka wody, drugą zaś spoczywającą na krawędzi stołu. Jej blond włosy zostały ciasno zaczesane do tyłu i związane w niski kok, tak gładki, że ani jeden kosmyk nie wymknął się spod kontroli. Elegancka, bezrękawnikowa sukienka o prostym kroju kończyła się tuż przy kolanach, odsłaniając smukłe łydki, a wysoki dekolt nadawał całości surowości, którą łagodził jedynie dobrze dopasowany materiał. Białe szpilki dodawały sylwetce lekkości, choć ona sama nie sprawiała wrażenia kobiety, która ubiera się po to, by ktokolwiek zwracał uwagę na jej nogi. Każdy element stroju zdawał się podporządkowany tej samej zasadzie: nic nie powinno przeszkadzać w rozmowie ani odwracać uwagi od tego, co rzeczywiście miało znaczenie.
Naprzeciwko niej siedziało dwoje przedstawicieli francusko-kanadyjskiej spółki inwestycyjnej, z którymi od dłuższego czasu omawiała możliwy kierunek rozwoju jednego z ich portfeli. Rozmawiali, płynnie przechodząc od ogólnych założeń do szczegółów finansowych. Dla Celeste język był w tej sytuacji kolejnym narzędziem, a nie pokazem umiejętności. Nie musiała szukać właściwych słów ani spowalniać wypowiedzi, żeby upewnić się, że rozmówcy nadążają za jej tokiem myślenia.
Mężczyzna siedzący po jej prawej stronie, siwiejący już przy skroniach i ubrany w nienagannie skrojony granatowy garnitur, właśnie nabierał na widelec kawałek wołowiny. Mięso, podane z ciemną, lśniącą redukcją i niewielką porcją pieczonych warzyw, wyglądało tak, jakby kuchnia poświęciła więcej czasu na jego przygotowanie, niż większość ludzi przeznaczała na cały obiad. Na talerzu nie było niczego zbędnego, każdy element miał swoje miejsce, a zapach sosu mieszał się z aromatem rozmarynu i świeżo mielonego pieprzu. Mężczyzna zatrzymał widelec w połowie drogi do ust, marszcząc czoło.
– Alors, pensez-vous que nous devrions davantage investir dans les énergies renouvelables? – zapytał, odkładając sztućce.
Celeste delikatnie odłożyła kieliszek na stół. Przed nią znajdowała się porcja pieczonej ryby podanej z jasnym sosem maślanym, z dodatkiem warzyw ułożonych z niemal chirurgiczną precyzją. Danie było jeszcze ciepłe, lecz od kilku minut jadła powoli, bardziej skupiona na rozmowie niż na zawartości talerza.
– Pas tout le secteur. Vous devriez chercher une niche – odpowiedziała spokojnie.
Kobieta siedząca po drugiej stronie stołu odsunęła nieco talerz. Miała przed sobą risotto z grzybami, którego kremowa konsystencja połyskiwała w świetle świecy, i kieliszek białego wina. Przez cały wieczór notowała krótkie uwagi na tablecie, ale teraz położyła rysik obok urządzenia i skupiła się na Celeste.
– Lequel, précisément?
– Stockage d'énergie, solutions pour les réseaux de transport et technologies de réduction des pertes industrielles – wyjaśniła.
Mężczyzna przechylił głowę, przyglądając jej się z większym zainteresowaniem. Na jego talerzu pozostał już tylko niewielki kawałek wołowiny, obok którego sos zdążył zastygnąć w ciemną, błyszczącą smugę. Sięgnął po kieliszek, upił łyk wina i odstawił go na podstawkę.
– Cependant, cela comporte des risques.
– Par conséquent, il est essentiel de choisir des entreprises qui génèrent des revenus réels plutôt que de se contenter de faire des promesses – odparła Celeste bez cienia zniecierpliwienia.
Kącik ust jej rozmówczyni uniósł się nieznacznie. Nie był to jeszcze uśmiech, raczej oznaka, że wreszcie usłyszała odpowiedź, której szukała. Celeste tymczasem sięgnęła po sztućce i odcięła niewielki kawałek ryby. Jej ruchy pozostawały oszczędne, pozbawione pośpiechu, a jednocześnie na tyle precyzyjne, że trudno było uznać je za przypadkowe. Nawet podczas kolacji biznesowej nie sprawiała wrażenia osoby, która pozwala sobie całkowicie wyłączyć czujność. Słuchała, obserwowała i ważyła każde słowo, gotowa wychwycić nie tylko to, co rozmówcy mówili, lecz także to, czego woleli nie poruszać.
– Nous demandons une liste d'entreprises potentielles ainsi que trois scénarios d'investissement – odezwała się kobieta.
– Nous les préparerons avant la prochaine réunion – zapewniła Celeste.
Mężczyzna skinął głową, tym razem bez zastrzeżeń. W jego spojrzeniu pojawiła się ostrożna aprobata, a rozmowa na moment zeszła na przewidywane terminy, strukturę finansowania oraz możliwość dalszego spotkania z analitykami. Wino w kieliszkach powoli ubywało, kelnerzy zabrali puste talerze, a na stole pojawiły się niewielkie filiżanki espresso. Wokół nich restauracja żyła własnym rytmem. Przy jednym ze stolików ktoś cicho się zaśmiał, w głębi sali rozległ się delikatny brzęk szkła, a obsługa dyskretnie wymieniła sztućce przy sąsiednim nakryciu. Nic nie wskazywało na to, by ten wieczór miał odbiegać od planu.
Aż do chwili, w której przy stole pojawił się menadżer restauracji. Celeste zauważyła go kątem oka, zanim zdążył się odezwać. Mężczyzna odczekał, aż rozmówcy zrobią krótką przerwę, po czym pochylił się w jej stronę. Zachował przy tym uprzejmy wyraz twarzy, choć sposób, w jaki złożył dłonie przed sobą, zdradzał, że nie przyszedł tylko upewnić się, czy gościom niczego nie brakuje.
– Pani Williams… – zaczął cicho, pochylając się na tyle, by jego słowa nie dotarły do pozostałych. – Przepraszam, że przeszkadzam. Przy wejściu czeka nijaki detektyw Bellarose. Twierdzi, że chce porozmawiać z panią osobiście.
Na moment znieruchomiała z kieliszkiem w dłoni. Nie było to nic więcej niż krótkie zawieszenie ruchu, ledwie ułamek sekundy, który dla przypadkowego obserwatora mógł pozostać niezauważony. Jej palce zacisnęły się jednak nieco mocniej na szkle, a spojrzenie, dotąd skupione na rozmówcy, przesunęło się na menadżera. Wewnętrzne rozdrażnienie pojawiło się natychmiast, ostre i nieproszone. Nie miała w zwyczaju pozwalać, by ktokolwiek wkraczał w środek zaplanowanego spotkania tylko dlatego, że uznał własną sprawę za pilną. Tym bardziej kiedy w grę wchodziły interesy, których nie zamierzała omawiać w pośpiechu ani odkładać na później z powodu czyjejś niecierpliwości.
Odstawiła kieliszek, a potem sięgnęła po serwetkę, delikatnie przykładając ją do ust. Na białym materiale pozostał ledwie widoczny czerwony ślad szminki. Celeste złożyła serwetkę i odsunęła ją na bok, po czym uniosła wzrok na oboje inwestorów.
– Excusez-moi un instant, je reviens tout de suite – powiedziała po francusku, zachowując ten sam spokojny ton, którym przed momentem omawiała warunki finansowania.
Kobieta naprzeciwko niej skinęła głową, a jej towarzysz odsunął się nieznacznie, robiąc miejsce, choć nie wyglądał na szczególnie zachwyconego przerwaniem rozmowy. Celeste nie poświęciła temu większej uwagi. Wygładziła materiał sukienki na biodrach, po czym wstała z krzesła. Białe szpilki miękko zetknęły się z podłogą, kiedy ruszyła za menadżerem w stronę wejścia. Szła pewnym krokiem, z podniesioną głową, nie dając po sobie poznać, że nieobecność detektywa w tym miejscu byłaby dla niej znacznie bardziej pożądana.
Bellarose znała już z widzenia. Spotkali się wcześniej, dlatego jego obecność nie była dla niej zaskoczeniem sama w sobie. Nie oznaczało to jednak, że musiała być z niej zadowolona. Miała pełny wieczór spotkań, dokumenty do przejrzenia i ludzi, którzy oczekiwali od niej konkretnych decyzji. Wolała też nie prowadzić rozmów dotyczących spraw Mitchella Howarda w restauracji, gdzie przypadkowy gość mógł zapamiętać nazwisko, fragment zdania albo choćby fakt, że detektyw szukał jej właśnie tutaj.
Kiedy go dostrzegła, jej twarz na powrót przybrała wyćwiczoną neutralność. Tylko delikatne ściągnięcie brwi zdradzało, że wolałaby teraz znaleźć się przy swoim stole, a nie stać w przejściu między salą a wejściem, pośród cichych rozmów i subtelnego światła.
– Detektywie Bellarose – odezwała się, zatrzymując przed nim. – Jak mogę pomóc?
Ostatnio zmieniony śr paź 28, 2026 9:04 pm przez Celeste Williams, łącznie zmieniany 5 razy.
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#12
What a wicked game to play, to make me feel this way.
Cree x Tatiana, kilka dni wcześniej

Przez ostatnie dni Cree odtwarzał rozmowę z Celeste zdanie po zdaniu, jakby w którymś z nich krył się klucz, który przeoczył. Powinien być zły i był, choć jego gorycz miała w sobie coś upartego, niemal maratońskiego. Wyszedł z jej domu z pustymi rękami i niemiłym przekonaniem, że przegrał rundę, której zasad nie zdążył poznać. A jednak jedno nie dawało mu spokoju. Wystarczyło, że wspomniał o upadku tego mężczyzny, a Williams ucięła rozmowę z szybkością, której nie da się wyćwiczyć przed lustrem. Żadnego zawahania. Po prostu zamknęła drzwi przed jego twarzą. Taka reakcja mówiła mu więcej, niż wtedy potrzebował. Niewinni zwykle chcieli rozmawiać. Ci, którzy mieli coś do ukrycia, woleli milczeć albo się wycofać.
Wiedział, że bez czegoś solidnego nie ma po co do niej wracać. Czy mu się to podobało, czy nie, to ona miała przewagę: pieniądze, prawników na jedno skinienie i opanowanie kobiety, której nikt jeszcze nie zmusił do powiedzenia choćby słowa za dużo. On musiał się pilnować. Przestrzegać prawa, które w tej grze krępowało go, a nie ją. Mógł, jak poprzednio, uciec się do podstępu, zrzucić formalności jak zbędny płaszcz i udawać, że oficjalnie skończył już na ten dzień. Nie mógł natomiast wymyślać faktów ani oskarżać kogokolwiek bez namacalnych dowodów. Gdyby spróbował, ucierpiałby na tym wraz ze sprawą, którą prowadził.
Została Tatiana. Niewiele mógł o niej powiedzieć: kolejna żona, następczyni Rosamund Fairfax, wdowa po mężczyźnie, który zostawił po sobie więcej komplikacji niż prosty testament. Była za to jego najlepszym źródłem informacji, a prawdopodobnie jedynym. Poprzedni detektyw rozmawiał z nią wielokrotnie i właśnie w jego notatkach – a raczej w tym, co z nich zostało – Bellerose szukał jakiegokolwiek śladu zainteresowania Williams. Nie znalazł nic. Przez miejsce, w którym odnaleziono ciało, Celeste nigdy nie była podejrzana, a o kogoś, kto nie jest podejrzany, nikt za wiele nie pyta.
Spodziewał się też, z kim będzie miał do czynienia. Raz jeszcze z typem osobowości, z którym współpracuje się szczególnie ciężko: z kimś przekonanym, że stoi ponad innymi i że pieniądze załatwią wszystko, łącznie z zamknięciem komuś ust.

Podjazd był dłuższy, niż wymagałby tego jakikolwiek rozsądek. Wił się łagodnym łukiem między dwoma rzędami strzyżonych drzew, a trawnik po obu jego stronach był tak równy, że przypominał raczej sukno bilardowe niż ogród. Brama stała otwarta, co po latach w policji wzbudziło w nim raczej nieufność niż ulgę. Takie miejsca rzadko zapraszały gości z własnej woli.
Posiadłość Howardów wyłoniła się zza ostatniego zakrętu jak dobrze zaprojektowana reklama nowobogackiej rodziny: rozległy dom z jasnego kamienia, wysokie okna i klasyczna fasada, która wyglądała, jakby nigdy nie widziała deszczu. Zwolnił i mimowolnie policzył okna na piętrze, w nadziei, że któreś zdradzi, kto właśnie odsuwa zasłonę.
Zaparkował. Przez moment siedział jeszcze za kierownicą i układał w głowie kolejność pytań. Wysiadł z auta, poprawił rękawy i nacisnął dzwonek. Drzwi otworzyła kobieta w służbowym uniformie, z włosami ciasno upiętymi z tyłu głowy i miną kogoś, kto z góry wie, że odpowiedź, której zamierza udzielić, nie spodoba się gościowi.
– Dzień dobry. Detektyw Bellerose. Chciałbym zamienić kilka słów z właścicielką domu. To nie zajmie dużo czasu.
– Pani Howard nikogo dzisiaj nie przyjmuje – odparła uprzejmie, lecz stanowczo. – Jeśli zostawi pan numer, ktoś się z panem skontaktuje.
– Przepraszam, ale to pilne. Wolałbym zaczekać – odpowiedział spokojnie, bez cienia nacisku w głosie, za to z uporem, który wyczuwało się w każdej sylabie. – Nie zabiorę jej więcej czasu, niż to konieczne.
– Pani Howard ma bardzo napięty plan dnia – spróbowała jeszcze raz, tym razem nerwowo unosząc brodę.
– Rozumiem. Dlatego poczekam. Ile trzeba.
Kobieta nie wyglądała na przekonaną, ale nie próbowała go zatrzymać. Przekroczył próg. Nie czekał na zaproszenie. Usiadł na krześle stojącym pod ścianą: pięknym, prawdopodobnie kosztownym, o cienkich, wygiętych nogach i oparciu wyściełanym jasną tkaniną. Przypominało raczej eksponat niż obiekt użytkowy, na którym można było usiąść. Anna westchnęła niemal bezgłośnie i zniknęła w głębi domu.
Detektyw rozejrzał się dokładniej. Posadzka z kamienia, miejscami przechodząca w marmur, odbijała światło z wysokich okien. Na komodzie pod ścianą piętrzyły się broszury zostawione przez doradców, nietknięte od dawna. Wciąż liczyli na kontakt. Nad meblem wisiało lustro w pięknej ramie, a w wazonach stały bukiety kwiatów, które przytłaczały różnorodnością i kolorami. Panująca tu atmosfera nie była spokojna, lecz męcząca. Miała w sobie coś ze szpitalnej poczekalni: nikt nie wiedział, na jaką wiadomość czeka. Gdzieś w głębi dzwonił telefon, na piętrze niósł się czyjś podniesiony głos, a potem trzasnęły drzwi. Dom przypominał teatr po ostatnim przedstawieniu, w którym nikt jeszcze nie zgasił świateł, ale wszyscy już spieszyli się do wyjścia.
Czubek jego buta zaczął miarowo stukać o posadzkę. Zauważył to dopiero po kilku sekundach, ale nie przestał. Podrapał się po karku, przeczesał palcami włosy, które mimo starań ułożyły się w dokładnie ten sam nieład. W lustrze naprzeciwko mignął mu mężczyzna, który wyglądał na wyczerpanego. Wszyscy w tym domu tak się prezentowali. Właścicielka ich nie oszczędzała.
Gdy Anna wróciła, wstał, zanim zdążyła otworzyć usta.
– Pani Howard poświęci panu kilka minut – oznajmiła, a jej ton wyraźnie mówił, że nie jest to jej decyzja. Ten czas był wypożyczony.
– Dziękuję.
Poprawił płaszcz, który nieco się pogniótł od siedzenia na krześle, najwyraźniej zaprojektowanym do podziwiania, nie do używania w tak naganny sposób.
– Proszę go zostawić tutaj. Odwieszę go dla pana – dodała Anna, gdy dostrzegła nierówną walkę detektywa z wierzchnią warstwą garderoby.
Zsunął go z ramion bez protestu. Teraz był gościem, więc nie musiał już czekać w pełnym rynsztunku, aż ktoś go wyprosi. Widocznie pani domu – która początkowo nie chciała go wpuścić – postanowiła jednak zmienić zdanie. Lepiej dla niego.
W ciszy podążył za kobietą jasnym korytarzem, znowu obserwując wszystko dookoła: lustro, w którym mignęło jego odbicie, kwiaty, ciężkie ramy obrazów, ślady niedbałości ukryte pod warstwą luksusu. Anna stąpała bezszelestnie. Jego buty tego nie potrafiły.
Anna zatrzymała się przed podwójnymi drzwiami z matowego szkła, zapukała raz, krótko, i otworzyła je, nie czekając na odpowiedź. Za nimi rozciągał się salon, który zdecydowanie nie powstał po to, by w nim mieszkać. Wysokie okna wychodziły na ogród, gdzie żywopłoty przycięte co do centymetra układały się w geometryczne wzory, a w oddali połyskiwała fontanna, z której ktoś dawno spuścił wodę. Ciężkie zasłony w kolorze wina były rozsunięte tylko do połowy, a półmrok, który w ten sposób powstał, pasował do tego miejsca lepiej niż jakiekolwiek światło. Na kominku stało kilkanaście oprawionych zdjęć, ustawionych według wysokości ramek, a nie według ważności osób, które się na nich znalazły. Bellerose przesunął wzrokiem po uśmiechniętych twarzach, galowych strojach i kieliszkach szampana uniesionych do obiektywu. Mężczyzna na większości zdjęć miał uśmiech kogoś, kto nigdy nie usłyszał odmowy. Tę twarz znał z akt sprawy, choć tam nie uśmiechała się już do nikogo. Podrapał się po wierzchu dłoni, zanim zdążył sobie to uświadomić, i szybko schował rękę do kieszeni. Dopiero wtedy dostrzegł panią domu.
Zadbana kobieta, która całą swoją postacią krzyczała, że ma pieniądze – od jasnych, starannie ułożonych loków, przez wiśniową szminkę, po sukienkę, która pewnie kosztowała więcej niż jego samochód – przywitała go w nieco bardziej otwarty sposób, niż się spodziewał. Z grzeczności odwzajemnił gest. Poczekał, aż zajmie swoje miejsce, i dopiero wtedy usiadł naprzeciwko niej.
– Rozumiem, że to trudny czas, a obowiązków ma pani na pewno wiele. Tym bardziej dziękuję za poświęconą chwilę. Postaram się wykorzystać ją jak najlepiej.
Zachował swoją typową fasadę: uprzejmego, przyjemnego dla oka młodszego mężczyzny, którego uśmiech był ciepły, ale nie sięgał daleko. Pod spodem pozostawał powściągliwy i służbowy.
– Detektyw Cree Bellerose, wydział zabójstw w Toronto Police Service. Przyjechałem po kilka odpowiedzi. Wiem, że mój poprzednik był dosyć skrupulatny w zadawaniu pytań, więc z góry przepraszam, jeśli któreś z nich się powtórzy.
Wyciągnął telefon i rysik. Nie przepadał za nagrywaniem rozmów, zwłaszcza gdy nie musiał, a siedząca przed nim wdowa nie była podejrzaną. Mimo to notowanie od czasu do czasu wciąż mu się zdarzało, bo lepiej zapamiętywał to, o czym rozmawiali. Nie należał za to do tych staromodnych policjantów, którzy wszędzie chodzili z notesem i długopisem w kieszeni. Zresztą jego charakter pisma był paskudny.
– Wyjątkowo nie będę zadawał zbyt wielu pytań o zmarłego męża. Znacznie bardziej interesuje mnie pani Celeste Williams.
Czubek rysika zawisł nad ekranem, gdy ponownie spojrzał na Tatianę. Bywały tematy, które przesądzały o przebiegu całej rozmowy. To był jeden z nich.

double C, teraz

Rozmowa z panią Howard okazała się owocniejsza, niż śmiał liczyć. Nie spodziewał się wiele po kobiecie, która w aktach jawiła się jako zbyt zajęta własnymi sprawami, by przejmować się cudzymi, a jednak wdowa okazała się wyjątkowo przydatna. Kilka usłyszanych faktów wciąż układało się w jego głowie w nowy, niepokojący wzór. Nie zamierzał teraz rozdrabniać się nad nimi. Ta partia miała jeszcze kilka wymagających rund przed sobą, ale na razie wystarczyło, że dała mu powód, by nie zwlekać z kolejnym ruchem.
Dobrze wiedział, co robi. Przyjście do restauracji, w której Williams miała spotkanie, nie było przypadkowym gestem, lecz skrupulatnie wykalkulowanym ryzykiem, które działało na jego korzyść. Ona będzie próbowała uniknąć urządzania sceny w eleganckim lokalu. Co do tego nie miał wątpliwości. A już na pewno przy ludziach, z którymi dzisiaj siedziała, prawdopodobnie w sprawie ważnego biznesu. Mogliby przecież zacząć plotkować na jej temat, zanim uda im się cokolwiek podpisać. Pogłoska potrafiła zaszkodzić interesom bardziej niż niejeden proces.
Zdawał sobie sprawę z tego, że był to cios poniżej pasa. Z Williams nie mógł postępować inaczej. Musiał grać w jej własną grę i chociaż jako policjant nie mógł oszukiwać, wciąż mógł używać podstępu. Nie mógł jej zabrać na komisariat. Nie mógł jej wypytywać bez adwokata, jeśli nie wyraziła na to zgody. Nie istniał jednak żaden przepis, który zabraniałby mu odwiedzić ją w miejscu publicznym i poprosić o rozmowę. Jej status i stan konta nie miały tu znaczenia, bo prawa musiała przestrzegać tak samo, jak każdy inny. To był jego as w rękawie.

Restauracja mieściła się w jednej z tych ulic Financial District, które po godzinie siedemnastej przestawały należeć do ludzi i oddawały się wyłącznie szkłu i stali. Samochód zostawił kilka przecznic dalej, bo parkowanie pod samym wejściem graniczyło z cudem, a poza tym lubił przejść się przed rozmową, którą musiał za wszelką cenę wygrać. Wieżowce wznosiły się po obu stronach niczym góry. Odbijały ostatnie smugi zachodzącego światła, a w ich oknach paliły się lampy tych, którzy nie chcieli albo nie mogli jeszcze wracać do domu. Mijali go ludzie w drogich płaszczach, z telefonami przy uchu i jedną myślą wypisaną na twarzy: ubić interes na kolejnym spotkaniu. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Wtapiał się w tłum tak dobrze, że jedynym, co go od niego odróżniało, była odznaka w wewnętrznej kieszeni. Kilka kroków od wejścia zatrzymał się przy ciemnej witrynie sąsiedniego sklepu i przez ułamek sekundy zerknął na swoje odbicie.
Przybył ubrany niezwykle dobrze jak na gliniarza. Garnitur w kolorze ciemnego grafitu leżał na jego ramionach jak uszyty na miarę – wąski w talii, z kamizelką w tym samym odcieniu i śnieżnobiałą koszulą, której kołnierz przylegał do karku bez jednej fałdy. Do tego krawat w stonowanym burgundzie i buty wypolerowane do połysku, które zaprzeczały jego pensji. Na wierzch narzucił długi, wełniany płaszcz z lekko podniesionym kołnierzem. W takim wydaniu przypominał naprawdę przystojnego detektywa z filmów kryminalnych z czasów amerykańskiej prohibicji, takiego, który wchodzi do speakeasy z odznaką w kieszeni i spojrzeniem mówiącym, że o gościach wie więcej, niż się tego po nim spodziewają. Brakowało mu tylko fikuśnego kapelusza. Nie wyglądałby w nim zbyt dobrze.
Poprawił kołnierz i powoli wypuścił powietrze, aż napięcie w ramionach zelżało. Nie lubił czuć niepokoju, ale jeszcze mniej udawać, że nie istnieje.
Takich miejsc nie darzył sympatią. Nie dlatego, że jedzenie było złe, bo było naprawdę dobre. Nie znosił natomiast płacenia za coś, co mógł dostać w równie dobrej jakości za znacznie niższą cenę. Poza tym ludzie przychodzący do takich przybytków irytowali go na tyle, że za każdym razem, gdy postawił tu nogę, czuł, jak coś nieprzyjemnie porusza mu się pod skórą. Nie należał do tych, których łatwo było onieśmielić ani, jak wielu to określało, do tych, którzy powinni znać swoje miejsce. Potrafił zachować spokój i pozostać uciążliwie pogodnym nawet wtedy, gdy druga strona wychodziła z siebie i stawała obok.
Przed drzwiami poprawił mankiet, jak zawsze przed czymś ważnym, i wszedł do środka. Powitało go ciepłe, przyćmione światło kinkietów i punktowych reflektorów, zapach rozmarynu i świeżo mielonego pieprzu oraz ściszone rozmowy, w których nikt nie podnosił głosu, bo nie musiał. Ledwo przekroczył próg, a już podszedł do niego kierownik sali, z dłońmi splecionymi przed sobą i wystudiowaną miną. Ktoś przy najbliższym stoliku podniósł wzrok znad kieliszka, zainteresowany nietypowym gościem.
– Dobry wieczór. Czy ma pan rezerwację?
– Nie posiadam takowej – odparł ze spokojem, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni i pokazał odznakę. – Proszę przekazać pani Celeste Williams, że detektyw Cree Bellerose chciałby zamienić z nią kilka słów. To bardzo ważne.
Kierownik nie dyskutował. Restauracja nie chciała stać się obiektem niepotrzebnej sensacji. Poprosił jedynie o odrobinę cierpliwości i zniknął gdzieś w głębi sali, pomiędzy stolikami rozstawionymi w takich odstępach, by nikt nie usłyszał cudzych tajemnic. Bellerose policzył w myślach do dziesięciu. Potem raz jeszcze. Cierpliwość była jednym z niewielu luksusów, na jakie stać było policjanta.
Obserwował kelnerów, którzy poruszali się niemal jak dobrze naoliwione maszyny, a także wnętrze, w którym surowość spotykała się z elegancją: ściany z odsłoniętej, bielonej cegły, ciemne rury wentylacji biegnące pod sufitem i reflektory, które wydobywały z półmroku tylko to, co chciały pokazać. Przy ścianach stały obite pluszem kanapy w kolorze zakurzonego srebra, a nad nimi wisiała wielka czarno-biała fotografia: mężczyzna w marynarce i jasnym kapeluszu, idący samotnie przez pusty plac przed arkadami weneckiego pałacu. Zapach pieczonego mięsa mieszał się z wonią wina i płonących świec. W głębi sali ciągnął się długi stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem, zastawiony szklanymi lampionami, w których drżały płomienie, oraz wazonami z białymi tulipanami i ciemnozielonymi liśćmi monstery. Przy nim, na miękkich fotelach w kolorze mokrego piasku, dostrzegł kilka sylwetek odwróconych do niego plecami i srebrny zegarek błyszczący nad kieliszkiem.
Wreszcie ją zobaczył. Blond włosy miała zaczesane gładko do tyłu, w perfekcyjny kok, jakby najdrobniejszy detal jej fryzury został dopieszczony przez najlepszych fryzjerów. Elegancka sukienka o prostym kroju, z wysokim dekoltem, kończyła się tuż nad kolanem, a białe szpilki stukały miękko o jasne deski podłogi. Szła równym krokiem, z uniesioną głową. Jej twarz nie wyrażała żadnych negatywnych emocji. Mimo to był święcie przekonany, że jest głęboko niezadowolona z jego najścia. On tymczasem uśmiechał się szeroko. Może nawet za bardzo, jak na sytuację, w której się znaleźli.
Gdy zatrzymała się przed nim i go przywitała, odpowiedział równie szybko i równie uprzejmie.
– Miło znowu cię zobaczyć, Williams. Chciałbym zająć ci chwilę. Po owocnej rozmowie z Tatianą Howard mam kilka pytań, które nie mogą zaczekać, a jesteś, jak widać, kobietą wiecznie zapracowaną.
– Która uwielbia przekierowywać moje połączenia na automatyczną sekretarkę – dodał półgłosem.
Mówił szorstko i z odrobiną cynizmu, ale wszystko to dobrze skrywał za przystojnymi kośćmi policzkowymi i wyjątkowo sympatycznym wyrazem twarzy.
Przy sąsiednim stoliku kobieta w sznurze pereł urwała zdanie w pół słowa i dyskretnie odsunęła kieliszek, jakby sama obecność detektywa mogła zachwiać porządkiem tej sali. Kelner z tacą skręcił w bok, nie zwalniając kroku. Wszyscy byli tu zbyt dobrze wychowani, by się gapić, więc tylko uważnie słuchali.
– Mam nadzieję, że nie przerwałem niczego niecierpiącego zwłoki – ciągnął w równie podszyty jadem sposób. – I że moja prośba, by ktoś z obsługi zaznaczył, że przy wejściu czeka detektyw, nie była dla ciebie zbyt kłopotliwa.
Był to oczywiście bezpośredni atak, ale Bellerose przez ostatnie dni wyrobił się w rozmawianiu z osobami jej pokroju. Jeśli miała to być wojna na docinki, nie miał zamiaru jej przegrać.
40 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
auctoritas non veritas facit legem.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree Bellerose

Tatiana
Wiem, że mój poprzednik był dosyć skrupulatny w zadawaniu pytań, więc z góry przepraszam, jeśli któreś z nich się powtórzy.
Tatiana zaśmiała się cicho, odrzucając jasne włosy za ramię. Wykonała ten gest z wprawą kogoś, kto doskonale wiedział, jak eksponować swoje atuty, a przy okazji sprawiać wrażenie, że nie przywiązuje do nich najmniejszej wagi. Na jej ustach błąkał się uprzejmy uśmiech, starannie dobrany do okoliczności, choć trudno było nie odnieść wrażenia, że pod tą gładką powierzchnią kryje się znacznie mniej serdeczności, niż sugerowałaby jej mina.
– Bardzo pan uprzejmy – odparła z pozorną łagodnością.
Nie była szczególnie przygnębiona śmiercią Mitcha. Nie oznaczało to, że cieszyła się z jego odejścia, ale ich małżeństwo od dobrych dwóch lat dalekie było od wymarzonego układu. Jeszcze kilka lat wcześniej różnica wieku wydawała się jej możliwa do zaakceptowania. Mitch miał wtedy mniej siwych włosów, zakola nie rzucały się tak w oczy, a jego męskość nie przysparzała mu tylu problemów, ile zaczęła z czasem. Tatiana potrafiła przymknąć oko na niedoskonałości, o ile w zamian otrzymywała to, na czym rzeczywiście jej zależało.
Gorzej, że Howard najwyraźniej nie zamierzał przyjąć do wiadomości, iż czas nie oszczędzał również jego samego. Zamiast pogodzić się z własnymi ograniczeniami, coraz częściej obarczał nią odpowiedzialnością za to, co przestało funkcjonować tak, jak sobie życzył. Zaczynało się od kąśliwych uwag, a kończyło awanturami, podczas których Tatiana niejednokrotnie sięgała po najbliższy przedmiot i ciskała nim w męża. Mitch odgrażał się wówczas, że jeszcze zobaczy, jak wygląda życie bez jego hojności, ale groźby rzadko wytrzymywały próbę czasu. Następnego ranka na Tatianę czekały czerwone róże, błyszcząca biżuteria albo kolejny upominek mający zatrzeć wspomnienie poprzedniego wieczoru.
Ich małżeństwo funkcjonowało na zasadach, które dla postronnych mogły wydawać się osobliwe, ale obojgu przez długi czas najwyraźniej odpowiadały. Tatiana potrafiła odróżnić szczere przeprosiny od kosztownej próby zamknięcia niewygodnego tematu, a Mitch zdawał się rozumieć, że jego żona nie należała do kobiet, które długo rozpamiętują awantury, jeśli tylko odpowiednio wynagrodzi im się niedogodności.
Do dziś jednak nie mogła przeboleć ostatniej rzeczy, którą cisnęła w niego podczas kłótni. Piękne, czerwone pantofelki od Jimmy Choo. Jej ulubiona para. Owszem, wspomnienie zmarłego męża mogło być cenne, ale nie musiało przy tym kosztować kilku tysięcy dolarów. Sama myśl o tym niemal wywoływała u niej łezkę wzruszenia. Pantofelki, niestety, nie miały najmniejszej szansy wrócić do dawnej świetności.
Dopiero teraz, kiedy Mitch rzeczywiście odszedł, Tatiana zaczynała rozumieć, jak wiele spraw pozostawił po sobie w stanie wymagającym pilnego uporządkowania. Śmierć męża oznaczała koniec wygodnego, choć nie zawsze przyjemnego układu, a zarazem konieczność przemyślenia tego, co dalej. Nagle musiała zastanowić się nad własną przyszłością, zamiast zakładać, że kolejny poranek przyniesie rozwiązanie w postaci bukietu róż i nowej błyskotki.
Najgorsza była jednak samotność. Tatiana nie należała do kobiet, które dobrze znosiły p u s t k ę . Ani tę w domu, ani tę w garażu, ani tym bardziej tę na koncie bankowym. Potrzebowała obecności drugiego człowieka, poczucia bezpieczeństwa i świadomości, że ktoś troszczy się o nią jej potrzeby.
Przez lata spędzała życie u boku starszego, coraz bardziej kapryśnego mężczyzny, który w zamian zapewniał jej określony standard. Uważała, że miała prawo oczekiwać, iż coś z tego poświęcenia jej pozostało. Rosamund dostała Mitchella, kiedy był młodszy, mniej siwy i nie musiał jeszcze mierzyć się z upływem czasu w aż tak widoczny sposób. Tatiana otrzymała wersję nieco bardziej zużytą, za to z pokaźniejszym bagażem przyzwyczajeń i dobrodziejstw materialnych i znacznie krótszą listą rzeczy, które potrafiły go uszczęśliwić. Jeśli pierwsza żona uważała, że ma prawo do czegokolwiek, to miała prawo tak myśleć. Tyle że Tatiana nigdy nie obiecywała, że cokolwiek komukolwiek będzie oddawać.
Dlatego zamierzała współpracować z policją. Chciała sprawiać wrażenie osoby otwartej, pomocnej i gotowej odpowiedzieć na każde pytanie, które mogłoby przybliżyć funkcjonariuszy do rozwiązania sprawy. Przy okazji liczyła, że takie podejście pomoże jej zadbać o własną pozycję, kiedy przyjdzie czas na rozstrzyganie kwestii majątku Howarda. Nie znała się na prawnych niuansach i nie zamierzała udawać, że jest inaczej, ale miała swoje przekonania. A jednym z nich było to, że rzeczy podarowanych w dobrej wierze nie powinno się później odbierać osobie, która zdążyła się do nich przyzwyczaić.
Wyjątkowo nie będę zadawał zbyt wielu pytań o zmarłego męża. Znacznie bardziej interesuje mnie Celeste Williams.
Tatiana zamrugała, jakby przez moment nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Następnie przechyliła głowę na bok, upodabniając się do zaciekawionego ptaszka, i uniosła wysoko jedną z idealnie wyregulowanych brwi.
– A czemu znowu o nią? – wyrwało jej się niemal automatycznie.
Celeste Williams. Temat numer duo, zaraz po prawnikach Rosamund, którzy w ostatnich miesiącach zdawali się zajmować zdecydowanie zbyt wiele miejsca w życiu państwa Howardów. Nazwisko Williams powracało jednak przy niemal każdej dyskusji dotyczącej Mitcha, niezależnie od tego, czy rozmowa dotyczyła interesów, dawnych współpracowników, czy spraw, które teoretycznie nie powinny już interesować zmarłego.
Sama Tatiana nie darzyła Celeste szczególną sympatią. Co więcej, podejrzewała, że dawno temu łączyła ją z Mitchem nie tylko zawodowa przeszłość. Howard mówił o niej stanowczo za często, jak na człowieka, który rzekomo uważał ją za wyjątkowo irytującą kobietę. Narzekał na jej decyzje, krytykował jej zachowanie, wyliczał błędy, a mimo to zdawał się doskonale orientować w każdym kolejnym ruchu Williams.
Tatiana niejednokrotnie przyłapywała go również na tym, jak wodził za Celeste spojrzeniem. Zwykle wtedy, gdy ta nie patrzyła w jego stronę. Było w tym coś, co przypominało niezdrowe zainteresowanie, a może nawet obsesję. Co gorsza, obecność dawnej podopiecznej i późniejszej współpracownicy Howarda niejednokrotnie sprawiała, że sam Mitch stawał się wobec Tatiany wyjątkowo demonstracyjny. Jakby chciał coś udowodnić, zaznaczyć własną pozycję albo przypomnieć Celeste, że w jego życiu istniała kobieta, która zajmowała miejsce przy jego boku.
Jeśli pytać Tatianę, było to dość żałosne.
– Wie pan, detektywie, Williams nie wzbudza mojego zaufania. Zawsze czułam od niej taką d z i w n ą energię – oznajmiła, unosząc obie dłonie, jakby prezentowała rozmówcy świeżo wykonany manicure. Poruszyła nimi w powietrzu, zakreślając niewielkie okręgi. Złote pierścionki delikatnie uderzyły o siebie, wydając cichy brzęk. Dopiero po chwili Tatiana splotła palce i ułożyła dłonie na kolanach, przybierając minę kogoś, kto właśnie podzielił się niezwykle istotnym spostrzeżeniem.
– Mój Mitch ciągle o niej mówił. Non stop. Celeste zrobiła to, Celeste zrobiła tamto. I tak cały czas. – Pokręciła głową, wydymając wiśniowe usta. Nie zamierzała przyznawać, że sama chętnie dowiedziałaby się, co właściwie łączyło Howarda z kobietą, której nazwisko tak uporczywie powracało w ich życiu. Być może detektyw mógłby pomóc jej uporządkować kilka spraw. A jeśli przy okazji udałoby się skierować jego uwagę w stronę Celeste Williams, Tatiana nie widziała powodów, by stawać mu na drodze.
Celeste
Prawa brew Celeste powędrowała nieznacznie ku górze.
– Z Tatianą Howard? – powtórzyła, a jej ton balansował gdzieś pomiędzy zaskoczeniem a ledwie zawoalowaną kpiną. – Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Zawsze jest pierwsza do mówienia, niezależnie od tego, czy wie, o czym mówi.
Na jej ustach pojawił się krótki, krzywy uśmiech, ale nie zamierzała rozwijać tematu Tatiany. Nie po to zdecydowała się rozmawiać z Bellarose'em, by spędzać czas na roztrząsaniu cudzych przywar, nawet jeśli akurat w tym przypadku materiału do krytyki nie brakowało.
Celeste nie należała do osób szczególnie rozmownych. Wiedziała, kiedy lepiej zachować milczenie, i doskonale rozumiała, jak wiele można stracić przez jedno niepotrzebne zdanie wypowiedziane w niewłaściwym miejscu. Cyrus Whitmore wyraził się zresztą wystarczająco jasno – nie powinna rozmawiać z policją bez jego obecności. Nie kwestionowała kompetencji prawnika. Jego charyzma, umiejętność kontrolowania atmosfery i, przede wszystkim, odpowiednie koneksje nieraz okazywały się równie przydatne jak znajomość paragrafów.
Nie oznaczało to jednak, że Celeste zamierzała całkowicie oddać mu głos we własnych sprawach. Nie lubiła bezczynności, szczególnie wtedy, gdy sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. A Bellarose, ze swoją uporczywą skłonnością do szukania poszlak, które według niego nie zostały należycie wyjaśnione, stanowił element na tyle interesujący, by nie skreślać go przy pierwszej okazji. Bywał irytujący, chwilami wręcz bezczelny, ale nie mogła odmówić mu konsekwencji. Celeste szanowała tę cechę nawet u ludzi, których nie darzyła sympatią.
Zresztą sama nie stroniła od niebezpiecznych gier. Lubiła sprawdzać, jak daleko ktoś był gotów się posunąć, zanim zrozumiał, że trafił na niewłaściwego przeciwnika. Bellarose mógł sobie szukać odpowiedzi, a ona nie zamierzała udawać, że nie dostrzega jego zamiarów. Nie widziała jednak powodu, by od razu ułatwiać mu zadanie.
Ułożyła dłonie na wąskiej talii i przeniosła ciężar ciała na jedną nogę. Jasne włosy opadały jej luźno na ramiona, a spojrzenie, którym obdarzyła detektywa, zdradzało rozbawienie znacznie chłodniejsze, niż sugerowałby sam uśmiech.
– Wcale nie była kłopotliwa. Przerwałeś mi jedynie dyskusję dotyczącą inwestycji w energię odnawialną wartą kilkadziesiąt milionów dolarów – wzruszyła ramionami. – Nic wielkiego.
Sarkazm aż ociekał z jej słów. Celeste nie musiała podnosić głosu ani demonstrować oburzenia, by podkreślić, jak niewiele miała wspólnego z zachwytem nad niezapowiedzianą wizytą. Wystarczyła odpowiednia intonacja i niemal niedbały gest dłoni. W końcu przerwano jej spotkanie, podczas którego omawiano interes wart miliony, a nie zwyczajną transakcję, którą można było załatwić przy okazji lunchu.
Restauracja stanowiła zresztą odpowiednie tło dla takich rozmów. Dyskretny wystrój, nienaganna obsługa i dania, których ceny potrafiły przyprawić o zawrót głowy, tworzyły atmosferę, w której pieniądze nie tyle stanowiły temat rozmowy, ile jej naturalny język. Steki warte kilkaset dolarów miały uzasadniać każdy wydatek finezją smaku i sposobem podania. Celeste znała ten świat wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nawet najbardziej wykwintna kolacja nie uchroni człowieka przed cudzą ciekawością.
I że moja prośba, by ktoś z obsługi zaznaczył, że przy wejściu czeka detektyw, nie była dla ciebie zbyt kłopotliwa.
Williams przygryzła na moment wewnętrzną stronę policzka, powstrzymując pierwszą odpowiedź, która przyszła jej do głowy. Nie brakowało jej riposty. Przeciwnie, mogłaby bez trudu znaleźć kilka, które skutecznie ostudziłyby zapał rozmówcy. Uznała jednak, że na razie nie warto marnować amunicji.
Nie miała wątpliwości, że wybór miejsca nie był przypadkowy. Restauracja zapewniała pozory swobody, a jednocześnie stawiała ją w sytuacji, w której odmowa spotkania mogłaby zostać odebrana jako próba unikania kontaktu z policją. Bellarose najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że Celeste nie mogła po prostu zignorować jego obecności, nie narażając się na niepotrzebne spekulacje. Zwłaszcza teraz, kiedy nazwisko Howarda wciąż przyciągało uwagę, a każda osoba z jego otoczenia mogła stać się bohaterem kolejnych domysłów.
Sama doskonale wiedziała, jak szybko plotki potrafiły rozprzestrzeniać się w środowisku, w którym interesy, pieniądze i ambicje splatały się ze sobą na tyle ciasno, że granica między informacją a sensacją stawała się wyjątkowo cienka. Nie zamierzała dokładać nikomu powodów do spekulacji, ale nie miała też ochoty dawać detektywowi satysfakcji z przekonania, że zastawił na nią pułapkę, z której nie potrafi się wydostać.
Uniósła nieznacznie podbródek. Rzęsy rzuciły długi cień na jej policzki, kiedy przymrużyła oczy i przyjrzała mu się z chłodną uwagą.
– Rozumiem celowość tego zagrania. Miejsce publiczne, zmuszenie mnie do wyjścia, bo odmowa wyglądałaby podejrzanie – wyliczyła bez pośpiechu, jakby omawiała założenia niezbyt skomplikowanej umowy. – Wszyscy tutaj wiedzą, co się wydarzyło. I wiedzą o Howardzie, więc nie róbmy taniej sensacji.
Nie brzmiała na przestraszoną. Była raczej zirytowana koniecznością uczestniczenia w sytuacji, której reguły próbował narzucić ktoś inny. Celeste nie zamierzała udawać, że śmierć Mitchella Howarda nie miała znaczenia. Miała, i to niejedno. Zmieniała układ sił, wpływała na interesy i relacje, które przez lata zdążyły obrosnąć w kolejne warstwy niedopowiedzeń. Nie oznaczało to jednak, że każdy, kto chciał z nią porozmawiać, musiał od razu traktować ją jak podejrzaną w spektaklu, którego zakończenie zostało już przez kogoś napisane.
Przeniosła wzrok na hol znajdujący się za plecami detektywa. Przestrzeń pozostawała widoczna z głównej części restauracji, nie była więc miejscem, w którym można by się zaszyć i zniknąć z pola widzenia. Jednocześnie znajdowała się na tyle na uboczu, by rozmowa nie docierała bezpośrednio do uszu pozostałych gości. Rozsądny kompromis, choć Celeste wolałaby, żeby nie musiała go rozważać z inicjatywy funkcjonariusza. Wskazała hol krótkim ruchem dłoni, po czym ponownie spojrzała na Bellarose'a.
Ostatnio zmieniony sob paź 24, 2026 12:43 am przez Celeste Williams, łącznie zmieniany 1 raz.
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree x Tatiana

Na słowa o uprzejmości Cree obdarzył ją delikatnym, wyważonym uśmiechem, takim, który nie obiecywał niczego ponad to, co wypadało. Rozumiał, że grzeczności wymieniane w tym salonie były wyłącznie maską, którą obie strony zakładały, bo tak wypadało, a nie dlatego, że ich intencje były dobre. On musiał się czegoś dowiedzieć, choć daleko mu było do kogoś, kto cieszyłby się z tego spotkania. Ona tolerowała go tylko dlatego, że był gliną i chciał rozwiązać jej upierdliwy problem. Układ prosty jak wystawiony rachunek: nikt nikogo nie musiał lubić, żeby ubić interes.
Zdawał sobie też sprawę, że ani Tatiana, ani Celeste nie szalały za zmarłym. Dostrzegł to w zeznaniach, w sposobie, w jaki o nim mówiły, i w tym, jak okrutnie cierpiały po jego stracie: z poprawną miną i zupełnie suchymi oczami. Po części im się nie dziwił. Z tego, czego zdążył się dowiedzieć o Howardzie, wyłaniał się obraz człowieka porywczego, który swój sukces zawdzięczał raczej komuś innemu niż sobie i któremu do atrakcyjności było daleko. Nie wymagało to wielkiej wyobraźni. Wystarczyło spojrzeć na zdjęcia stojące na kominku, na te wszystkie uśmiechy kogoś, kto nigdy nie usłyszał odmowy. Żadna z tych dwóch kobiet jednak nie traktowała go jak kogoś naprawdę ważnego w swoim życiu.
Gdy zapytała, czemu znowu o nią chodzi, poprawił się na krześle, wyprostował plecy i spojrzał na Tatianę z wymuszonym przejęciem. Czubek rysika znów zawisł nad ekranem.
– Mam pewne podejrzenia – zaczął spokojnie, z dystansem. – Nie mogę zdradzić zbyt wiele, ponieważ zaszkodziłoby to śledztwu, ale Celeste Williams wróciła na listę podejrzanych. Dlatego muszę wiedzieć o niej wszystko, co jest mi pani w stanie przekazać. Nawet jeśli uzna pani część z tego za nieistotną.
Błądził we mgle i dobrze o tym wiedział. Nie miał pojęcia, jak wiele Tatiana wiedziała o drugiej kobiecie albo o jej relacji z mężem. Mogło się przecież okazać, że przesadnie się tym nie interesowała, że nie zawracała sobie głowy cudzymi sprawami, skoro miała wystarczająco dużo własnych. Wtedy ta rozmowa byłaby tylko stratą czasu, a on wyjechałby stąd z kolejną stroną notatek, która nadawałaby się jedynie do kosza.
Nie chodziło o to, że miał jakiś osobisty motyw ani potrzebę wsadzenia Williams za kraty. Należał do tych detektywów, którzy wyłączali emocje, gdy tylko stawały się zbędne. Owszem, irytował go jej spokój i ten chłodny dystans, z jakim patrzyła na ludzi z wysokości swojego statusu. Nie lubił wywyższania się. Nie był jednak bojownikiem o równość i sprawiedliwość społeczną. Znał zasady tej gry i doskonale wiedział, że pieniądze potrafiły ugrać więcej niż prawo. Był zdeterminowany, by rozwiązać tę sprawę i znaleźć sprawców. Jeśli druga kobieta miała udział w śmierci Howarda, chciał poznać prawdę. Nie zakładał przy tym, że skrzywdziła go z premedytacją. Raczej dawał wiarę jej zeznaniom o agresji mężczyzny i jego niecnych planach. Mogła się po prostu bronić. Mógł to być nieszczęśliwy wypadek. Ale jeśli brała udział w zatuszowaniu tego, jej wina była ewidentna. A jeśli zdoła oczyścić się ze wszystkich zarzutów i jego podejrzenia okażą się błędne, przyzna to bez cienia wstydu. Na tym w końcu polegała jego praca.
– Muszę się z panią zgodzić. Williams jest bardzo, hm, onieśmielająca. To nie jest łatwa rozmówczyni i wydaje się, że zawsze coś ukrywa. Dlatego pani pomoc w jej sprawie będzie nieoceniona – był skłonny nawet nieco przymilić się Tatianie, byleby tylko zaczęła śpiewać. – Mogłaby się od pani wiele nauczyć.
A tak naprawdę wcale tak nie uważał. Żona zmarłego miała równie irytujący charakterek co Celeste: skrajnie odmienny w słowach, ale wyjątkowo podobny w nastawieniu. Każdy ruch, który wykonywała tuż po wypowiedzeniu kolejnej kwestii, był przesadzony. Pompatyczny. Jakby rozmawiał z królową Anglii, a nie z pozornie bogatą wdową, która prawdopodobnie nie wiedziała, jak utrzymać się na szczycie, teraz, gdy nie miała przy sobie męża. Nie miało to jednak większego znaczenia. Nie przyjechał tu, żeby ją profilować, tylko po odpowiedzi.
– Czyli mąż często rozmawiał o Williams? Były to jakieś konkretne tematy, czy raczej coś bardziej ogólnikowego? – zapytał zaciekawiony, gotów zapisać wszystko, co mogło mu się przydać później. – Czy wiedziała też pani o tym, że Mitchell pojawiał się w jej rezydencji? Oraz że był u niej w dniu, w którym tragicznie zginął?
Błagał teraz los, by Tatiana jednak coś wiedziała. Cokolwiek. Nawet drobny strzępek informacji, który mógłby poprowadzić go w sensownym kierunku, a nie w kolejny ślepy zaułek. Byle ochłap byłby dla niego wybawieniem.


Rozejrzał się po lokalu bez konkretnego celu. Nie unikał niczyjego wzroku i nie oceniał zgromadzonych gości, po prostu mapował otoczenie: wyjścia, ułożenie stolików, kamery pod sufitem, drzwi do kuchni, za którymi kelnerzy znikali jak za kulisami. Nawyk detektywa, którego nie dało się wyłączyć nawet w tak eleganckim wnętrzu, w którym nie czyhało żadne zagrożenie. No, może poza samą jego rozmówczynią.
– Trudno byłoby pominąć żonę tragicznie zmarłego Mitchella w nowych przesłuchaniach, nieprawdaż? – zadał pytanie z nutką sarkazmu w głosie, przeciągając akcent na słowie tragicznie. Było to celowe.
Prawda jednak była taka, że chwytał się brzytwy. Sprawa utknęła w martwym punkcie, a on nie dowiedział się niczego, co pozwoliłoby wskazać kogokolwiek palcem i potwierdzić to solidnymi dowodami. To nie był jeszcze moment, w którym uznałby śledztwo za beznadziejne, ale powoli tracił nadzieję. Obawiał się, że akta tego morderstwa trafiły na jego biurko tylko dlatego, że musiały znaleźć nowego właściciela, a nikt nie oczekiwał, że ten osiągnie większy sukces niż poprzednik. Został kozłem ofiarnym i choć taka była jego rola, nie przepadał za nią. Mimo to wolał wynieść z tego coś dla siebie. Nabrać doświadczenia na zupełnie nowym polu. Przeciwnicy pokroju Celeste nie stawali na jego drodze zbyt często, a rywalizacja o dominację w rozmowie była odświeżająca. Może nawet nieco intrygująca. Choć zdecydowanie wolałby coś prostszego.
– Bardzo mi przykro – choć wcale tak nie uważał, co zdradzał jego półuśmiech. – Wątpię jednak, że takie rozmowy mogłyby zostać przerwane przez twoją chwilową nieobecność przy stole. Byłoby to wyjątkowo nierozsądne. Niech w tym czasie towarzystwo skorzysta z wykwintnego posiłku i dobrego alkoholu.
Jego wizyta nie była przypadkowa. Zdawał sobie sprawę, że stawka jest wysoka, i właśnie dlatego wybrał ten moment. Williams mogła poddać się emocjom. Stracić cierpliwość. Zechcieć uniknąć spojrzeń, które szybko przerodziłyby się w plotki przy stolikach gości. On to wtedy wykorzysta. Bez litości.
– Czy musimy zaczekać na twoich prawników? – zapytał, doskonale znając odpowiedź na własne pytanie. Sprowadzenie ich do restauracji byłoby największym policzkiem dla wizerunku Williams, więc nie mogła sobie na to pozwolić. Nawet jeśli byłby to najrozsądniejszy krok w tej sytuacji.
Co prawda przełożony poprosił go, by nie nachodził kobiety w miejscach publicznych. Bo źle to będzie wyglądać. Bo mogłaby poczuć się osaczona i wnieść przeciwko niemu skargę. Nie bardzo się tym przejmował i nie podejrzewał Williams o tego rodzaju desperację. W jego oczach nie należała do osób, które nie potrafią same zawalczyć o swoje racje. Detektyw Bellerose przekroczył granice nie zabrzmiałoby dobrze w jej perfekcyjnie umalowanych ustach.
Grał odważnie. Może nawet nieco za bardzo. Z Celeste jednak nie było innego wyjścia. Była trudnym przypadkiem, wymagającym, a on nie miał dość doświadczenia, by mierzyć się z kimś tak wyważonym. Łatwiej było mu popełnić rażący błąd, za który zapłaciłby on sam i śledztwo, a niekoniecznie ona. Musiał więc być ostrożny, ale nie przejść do defensywy.
– Niezmiernie mnie cieszy, że się rozumiemy – oznajmił na jej trafną wyliczankę. Tatiana mogłaby nie przejrzeć jego planu, ale po Williams spodziewał się dokładnie tego: pełnej świadomości sytuacji, w której się znalazła. Na razie to on rozdawał karty. Ciekawe, na jak długo. – Do taniej sensacji jeszcze nam daleko. Ale mam kilka pomysłów, jak urozmaicić tę rozmowę, jeśli uznam, że za bardzo zboczyliśmy z kursu.
To nie była groźba i nawet tak nie zabrzmiało. Raczej ostrzeżenie. Może przedwczesne upomnienie, że tym razem nie da się go tak łatwo wygonić. Wtedy wygrała. Poddał się bez słowa i wyszedł z jej rezydencji z pustymi rękami. Prawie. Pod spokojnym uśmiechem czuł, jak napięcie wyostrza mu zmysły: nie strach, raczej chłodna, drapieżna ciekawość, która towarzyszyła mu zawsze tuż przed pierwszym ruchem w dobrej partii.
Wiedział przecież, że nie zdoła wywrócić świata Celeste Williams do góry nogami. Mógł jednak zamieszać w nim na tyle – i to zgodnie z prawem – by uznała go za wyjątkowo wytrwałego i trudnego do pozbycia się karalucha. Na razie nie zamierzał się nim stawać. Wciąż traktował ją jak godną przeciwniczkę, a nie kogoś, kto gra nieczysto.
Ruszył we wskazanym kierunku. Kelnerowi, który zbliżył się z uprzejmie przechyloną głową, dał znak dłonią, że nie potrzebują żadnej pomocy. Choć kieliszek czegoś mocniejszego nie byłby wcale taki zły. Nie planował jednak zagościć w restauracji dłużej, niż było to konieczne.
– Tym razem obejdzie się bez uprzejmości w formie ładnie podanego drinka – sapnął jakby z niezadowoleniem, a tak naprawdę była to jego najbardziej cyniczna wypowiedź tego dnia. – Tatiana nie ma o tobie najlepszej opinii. Zdaje się, że ma sporo pretensji do tego, jak często Mitchell wspominał cię w rozmowach. Brzmiało to niemal tak, jakby myślał o tobie więcej niż o własnej żonie.
W jego głosie dało się wyczuć nutkę krytyki. Może nawet moralizatorstwa. Nie pouczał jej, ale sugerował coś więcej niż układy biznesowe, choć nie zamierzał powiedzieć tego wprost.
Przystanął w dobrze oświetlonym fragmencie holu i oparł się o ceglany filar, krzyżując ręce na piersi. Palce jednej dłoni zacisnęły się na przedramieniu drugiej, jakby miały powstrzymać go przed odruchowym podrapaniem się po dłoni. Nie zadawał jeszcze pytań. Czekał na właściwy moment.
40 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
auctoritas non veritas facit legem.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree Bellerose

Tatiana
Anna przystanęła tuż za drzwiami, przytrzymując w dłoniach dwie szklanki. W jednej znajdowała się woda z lodem i kilkoma listkami mięty, przygotowana dla detektywa Creego Bellarose’a. Druga, przeznaczona dla pani Tatiany, skrywała zimne mojito, w którym alkohol od początku wieczoru nie należał do szczególnie oszczędnie dozowanych składników. Anna zerknęła na zawartość obu naczyń, poprawiła palce na ich chłodnych powierzchniach, a następnie nachyliła głowę w stronę drzwi, próbując wychwycić coś więcej z prowadzonej wewnątrz rozmowy.
Nazwisko Celeste Williams padało w tym domu na tyle często, że trudno było uznać je za przypadkowy temat. Sama sprawa miała w sobie coś osobliwego, zwłaszcza że nawet Rosamund Fairfax, pierwsza żona Mitchella, nie darzyła Williams szczególną sympatią. Określała ją niekiedy mianem nęcącej ważki, co Anna zawsze uważała za określenie równie pretensjonalne, co wymowne. Nie była jednak przekonana, czy Celeste rzeczywiście łączył z Mitchellem romans. Kobieta sprawiała wrażenie chłodnej, nieprzystępnej i dość aroganckiej, a jej spojrzenie potrafiło skutecznie zniechęcić do dalszej rozmowy. Najbardziej wymowne wydawało się Annie jednak to, co pojawiało się w oczach Williams, kiedy Mitchell odwracał się do niej plecami. Wówczas na jej twarzy znikała resztka zawodowej uprzejmości, a w spojrzeniu osiadała pogarda tak wyraźna, że trudno było pomylić ją ze zwykłą niechęcią.
Raz Anna była nawet świadkiem ich kłótni. Nie usłyszała wiele, nie na tyle, by móc odtworzyć jej przebieg czy zrozumieć, co właściwie doprowadziło do wybuchu, ale zapamiętała kilka słów. Kradzież. Doigrasz się. Padły z ust Celeste, a przynajmniej tak je zapamiętała. Nie potrafiła jednak rozstrzygnąć, czy rzeczywiście dotyczyły czegoś konkretnego, czy może były jedynie częścią kolejnej zawodowej sprzeczki. Nie zamierzała zresztą zgłębiać tej kwestii. Miała serdecznie dość ludzi, którzy uważali własne problemy za najważniejsze na świecie, a innych traktowali jak wygodne narzędzia, dopóki ci pozostawali użyteczni.
Byle wypaliła Szkocja – powtarzała sobie w myślach, zerkając na zegarek.
Liczyła, że wreszcie uda jej się wyjechać i zostawić za sobą cały ten teatr, wraz z jego bohaterami przekonanymi o własnej wyjątkowości. Na razie musiała jednak dokończyć swoje obowiązki. Zbyt długie stanie pod drzwiami z napojami mogłoby wzbudzić podejrzenia, a Anna nie miała ochoty tłumaczyć się z podsłuchiwania rozmowy, której przecież wcale nie powinna była słyszeć. Wyprostowała więc plecy, poprawiła ułożenie szklanek i weszła do pomieszczenia z miną osoby, która przez cały ten czas zajmowała się wyłącznie przygotowaniem zamówienia.
Zanim jednak zdążyła odstawić napoje, zauważyła, że Cree uważnie obserwuje Tatianę. Detektyw sprawiał wrażenie człowieka, który potrafił cierpliwie czekać, aż rozmówca sam dostarczy mu więcej informacji, niż zamierzał. Tatiana zaś najwyraźniej nie miała zamiaru ułatwiać mu tego zadania, choć robiła to w sposób, którego sama zapewne nie uznałaby za szczególnie pomocny. Siedziała wyprostowana w sposób tak nienaturalny, że Anna niemal czuła napięcie w jej plecach, a głowę przechylała to w jedną, to w drugą stronę, z ostentacyjną powolnością poruszając rzęsami. Co jakiś czas wydymała usta, kiedy zastanawiała się nad odpowiedzią, jakby sama czynność przypominania sobie przeszłości wymagała odpowiedniej oprawy.
Tak samo sztuczna, jak cycki – przemknęło Annie przez myśl, gdy podawała detektywowi wodę, a Tatianie stawiała przed nią mojito.
Zrobiła to bez komentarza, z uprzejmym uśmiechem, który nie zdradzał ani śladu jej rzeczywistych odczuć. Tatiana nawet nie zwróciła na nią większej uwagi. Była zbyt zajęta detektywem i własną opowieścią, którą najwyraźniej zamierzała przedstawić w odpowiednio dramatycznym świetle.
Przechyliła nieznacznie głowę, po czym pochyliła się w stronę Creego. Wcześniej poruszała szklanką po blacie, przesuwając kostki lodu z jednego końca na drugi, teraz jednak zatrzymała ją w połowie ruchu i uniosła brwi, jakby za chwilę miała wyjawić sekret, którego poznanie mogło odmienić całe śledztwo.
– Mitch nie chciał ze mną o tym rozmawiać, ale… – zaczęła, ściszając głos niemal do szeptu. – Wydaje mi się, że jego i Williams coś łączyło.
Anna odsunęła się nieco, udając, że poprawia ustawienie naczyń na niewielkim stoliku. W rzeczywistości nie uroniła ani słowa.
Tatiana pokiwała głową, jakby potwierdzała własne przypuszczenia, po czym pochyliła się jeszcze bardziej nad blatem. Jej dłoń spoczęła na szklance, a palce zacisnęły się na chłodnym szkle.
– Jeszcze za czasów, kiedy mnie nie znał. Sądzę, że to przez nią rozpadło się małżeństwo z Rosamund – dodała, wyraźnie krzywiąc się na samo brzmienie tego imienia. – Celeste przez jakiś czas była jego asystentką. Potem zaczęli się mocno kłócić. Podobno odgrażała mu się, że wszystko wyjawi, że ich sekrecik wyjdzie na jaw i wszystko runie. Mówiła też, że jeśli nie da jej awansu, to go zrujnuje. Przysięgam, tak mówiła.
Na potwierdzenie tych słów Tatiana uniosła dłoń i przyłożyła ją do piersi, jakby właśnie złożyła uroczystą przysięgę przed sądem, a nie opowiadała o wydarzeniach sprzed lat przy szklance alkoholu.
Anna odwróciła wzrok ku tacy, na której przyniosła napoje, żeby przypadkiem nie zdradzić zainteresowania. Pamiętała, że Tatiana rzeczywiście pracowała kiedyś jako sekretarka Mitchella na okresie próbnym. Nie wiedziała jednak, ile z tej opowieści było prawdą, a ile wynikało z jej skłonności do nadawania wspomnieniom bardziej dramatycznej formy. Kobieta potrafiła opowiadać o najzwyklejszym spotkaniu tak, jakby była świadkiem politycznego zamachu, i równie sprawnie łączyć ze sobą zdarzenia, które w rzeczywistości mogły nie mieć ze sobą nic wspólnego.
Tatiana tymczasem sięgnęła po drinka i upiła niewielki łyk. Na brzegu szkła pozostał wiśniowy ślad szminki, który kobieta starła kciukiem, zanim znów podjęła opowieść. Jej spojrzenie na moment odpłynęło gdzieś w bok, a brwi ściągnęły się, jakby właśnie przypominała sobie kolejny szczegół. Albo próbowała nadać mu odpowiednią wagę.
– Pamiętam też jedną dziwną rzecz… – powiedziała, przykładając chłodną szklankę do policzka.
Przymknęła oczy i przechyliła głowę, szukając w pamięci właściwego obrazu. Anna znała już ten gest. Tatiana wykonywała go zawsze wtedy, gdy chciała sprawiać wrażenie, że odtwarza zdarzenia z niezwykłą dokładnością, choć czasem trudno było stwierdzić, czy rzeczywiście przypomina sobie szczegóły, czy dopiero dopasowuje je do własnej wersji historii.
– Gdy Celeste dostała posadę dyrektorki wykonawczej, bardzo pokłóciła się z Mitchem. Chodziło o jakąś nieudaną transakcję, ale proszę mnie nie pytać o szczegóły, bo nie potrafię ich powtórzyć. Mitch miał drobny problem z szybkim denerwowaniem się, więc, och… doskonale pamiętam tamtą awanturę. Musiałam odwoływać spotkania z klientami. Byłam tak zestresowana, że później musiałam wymyślać im powody i tłumaczyć się z czegoś, na co nie miałam żadnego wpływu.
Pokręciła głową z oburzeniem, jakby po latach wciąż nie mogła pogodzić się z tym, że została zmuszona do ponoszenia konsekwencji cudzych decyzji. Przez chwilę zdawała się zapominać, że miała opowiadać o Celeste, a nie o własnych krzywdach. Dopiero po kolejnym łyku mojito wróciła do właściwego wątku.
– Celeste wparowała do gabinetu wściekła jak osa. Krzyczała, że zrobił to bez konsultacji z nią i że to jego wina. Trochę to trwało, w końcu wypadła stamtąd tak gwałtownie, że niemal wyrwała drzwi z framugi. A potem zatrzymała się przy moim biurku, przechyliła głowę i tym swoim chłodem powiedziała mi tylko: „Stać cię na więcej”. Wyobraża pan sobie? – zapytała, unosząc brwi i patrząc na Creego z niedowierzaniem. – Ta kobieta zawsze miała tupet!
Tatiana znów pokręciła głową, tym razem energiczniej. W jej głosie pobrzmiewała uraza, której nie potrafiła ukryć pod kolejnymi warstwami rozbawienia i pozornej obojętności. Najwyraźniej do dziś nie mogła przeboleć, że Celeste pozwoliła sobie ocenić ją jednym krótkim zdaniem. Nie bez powodu wracała do tej historii z taką dokładnością, choć Anna podejrzewała, że najbardziej zapamiętała nie samą uwagę, lecz sposób, w jaki została wypowiedziana.
Bo Williams zawsze miała o sobie wysokie mniemanie. Tak przynajmniej uważała Tatiana, która najwyraźniej traktowała ją jak kobietę przekonaną, że wszyscy w jej otoczeniu są jedynie gorszymi wersjami jej samej. W rzeczywistości obie różniły się niemal wszystkim: gustem, wyglądem, sposobem bycia, a przede wszystkim tym, jak próbowały zdobywać wpływy. Tatiana polegała na uroku, kokieterii i umiejętnym odczytywaniu cudzych słabości. Celeste sprawiała wrażenie, jakby wolała odkrywać je sama, bez potrzeby zabiegania o czyjąkolwiek sympatię.
Anna nie miała zamiaru rozstrzygać, która z nich była gorsza. Wystarczyło jej, że musiała pracować w otoczeniu ludzi, którzy potrafili zamienić każde nieporozumienie w osobisty dramat, a następnie oczekiwali, że ktoś inny posprząta po nich bałagan.
Nie zamierzała również pomagać detektywowi. Nie z lojalności wobec Mitchella ani z sympatii do Celeste, lecz dlatego, że miała już dość całej tej rodziny i jej tajemnic. Jeśli Cree chciał dowiedzieć się czegoś więcej, musiał zrobić to na własną rękę. Anna od początku wieczoru słuchała wystarczająco uważnie, by wiedzieć, że w tej sprawie nikt nie był tak niewinny, jak chciałby uchodzić.
Celeste
– Zależy, o co będziesz pytać, detektywie – skwitowała, ruszając w kierunku holu.
Nie miała szczególnej ochoty na dalsze rozmowy, a już zwłaszcza na takie, które wymagały powracania do spraw od dawna uznanych przez nią za zamknięte. Żebra coraz rzadziej dawały o sobie znać, przynajmniej w sposób, który uniemożliwiałby jej normalne funkcjonowanie, choć trudno było uczciwie przypisać tę poprawę samemu procesowi gojenia. Nadprogramowe dawki leków przeciwbólowych i nasennych skutecznie przytępiały część dolegliwości, ale nie oznaczało to, że jej organizm rzeczywiście odzyskał pełną sprawność. Mimo wszystko Celeste nie zamierzała pozwalać, by ktokolwiek dostrzegł w niej słabość. Zwłaszcza Bellarose, który z irytującą precyzją potrafił naciskać właśnie tam, gdzie wolałaby nie czuć niczego.
To było w nim najbardziej drażniące. Nie sama dociekliwość, do której zdążyła już przywyknąć, lecz sposób, w jaki dobierał pytania, stopniowo odbierając jej możliwość wygodnego wycofania się z rozmowy. Pojawienie się w restauracji, w której prowadziła spotkanie biznesowe, było bezczelne, ale trzeba było mu oddać, że skuteczne. Zdołał wyciągnąć ją z sali, nie wywołując przy tym sceny na oczach jej rozmówców. Znacznie gorzej oceniałaby jednak jego wcześniejszą rozmowę z Tatianą, gdyby rzeczywiście miała ochotę przejmować się tym, co kobieta mogła mu naopowiadać.
Tatiana zawsze miała skłonność do rozwlekania historii, przyozdabiania ich własnymi interpretacjami i przedstawiania siebie w roli osoby, która przypadkiem znalazła się w samym centrum cudzego dramatu. Jej relacje należało przesiewać przez sito, zanim potraktowało się je jako wiarygodne źródło informacji. Celeste nie miała zamiaru tracić czasu na dementowanie każdej kolejnej fantazji byłej sekretarki Mitchella, zwłaszcza że znaczna część tamtych wydarzeń nie zasługiwała na ponowne omawianie.
Zmierzała przez hol spokojnym, równym krokiem, pozwalając, by stukot jej obcasów na moment wybijał się ponad przytłumiony gwar restauracji. Minęli kilka ceglanych filarów, pomiędzy którymi światło układało się w nieregularne pasma, wydobywając z półmroku fragmenty ścian i krawędzie mebli. Gdy wyszli z głównej sali, oświetlenie zmieniło się nieznacznie, przesuwając po jej twarzy miękkie refleksy. Na moment rozjaśniło linię policzka, potem zsunęło się wzdłuż szyi i ramion, by zatrzymać się na białej tkaninie sukienki.
Gładki materiał odbijał światło przy każdym ruchu, podkreślając oszczędną linię sylwetki bez potrzeby dodatkowych ozdób. Celeste wybrała ją nie po to, by przyciągać uwagę, lecz dlatego, że doskonale wpisywała się w wizerunek, który zamierzała utrzymać przez cały wieczór. Jasna tkanina kontrastowała z jej chłodną urodą, a ciasno związane włosy, gładko zaczesane i upięte w staranny kok, odsłaniały twarz oraz linię szyi. Nie pozwoliła sobie na żaden luźny kosmyk, który mógłby zburzyć dopracowany efekt. Nawet teraz, zmuszona do przedłużania rozmowy, zachowywała tę samą nieprzystępną staranność, z jaką podchodziła do biznesowych spotkań.
Bellarose towarzyszył jej w drodze przez hol, a Celeste zerknęła na niego kątem oka. Nie zamierzała udawać, że nie rozumie jego intencji. Otwierał przed nią kolejne wątki, licząc, że przynajmniej jeden doprowadzi go do czegoś. Mogła go zbyć, mogła też odpowiedzieć na kilka pytań, a potem wrócić do swoich spraw. Z doświadczenia wiedziała jednak, że detektywi rzadko pojawiali się w najmniej odpowiednich momentach wyłącznie po to, by zamienić parę zdań.
W końcu przystanęła, unosząc lekko podbródek. Światło padające z boku podkreśliło ostrość jej profilu, a cień rzucany przez jeden z filarów przeciął na moment białą sukienkę, dzieląc sylwetkę na jasną i ciemniejszą połowę. Celeste pozwoliła spojrzeniu przesunąć się po twarzy detektywa, zanim kącik jej ust drgnął w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.
– Proszę, proszę, detektywie… Bo jeszcze uznam to za próbę flirtu – rzuciła, a rozbawienie w jej głosie miało w sobie dość kąśliwości, by nie pomylić go z rzeczywistą zachętą. Przez moment przyglądała mu się jeszcze, po czym sama skrzyżowała ramiona luźno przed sobą.
Tym razem obejdzie się bez uprzejmości w formie ładnie podanego drinka
– Wystarczająco nadużyłeś mojej gościnności, Bellarose – odpowiedziała spokojnie. Jej spojrzenie przesunęło się po jego sylwetce, ramionach i młodej twarzy. Ciemne włosy opadały mu na czoło, a boczne oświetlenie wydobywało z rysów ostre kontury. Gdyby tylko nie był takim wrzodem na tyłku, być może uznałaby go nawet za całkiem atrakcyjnego mężczyznę. Niestety, w okolicznościach, w których przyszło im się spotkać, uroda miała niewielką wartość użytkową. Celeste ceniła ludzi, którzy potrafili sprawnie wykonywać swoją pracę, ale nie miała zwyczaju nagradzać ich za to sympatią. Szczególnie jeśli ta praca polegała na rozgrzebywaniu jej przeszłości.
Chciała go spławić, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że po rozmowie z Tatianą nie będzie to tak proste, jak mogłaby sobie życzyć. Wystarczyło spojrzeć na Bellarose’a, by zrozumieć, że zdążył już wybrać sobie kolejny wątek, którego zamierzał się trzymać.
Tatiana nie ma o tobie najlepszej opinii. Zdaje się, że ma sporo pretensji do tego, jak często Mitchell wspominał cię w rozmowach. Brzmiało to niemal tak, jakby myślał o tobie więcej niż o własnej żonie.
Celeste nie odpowiedziała od razu. Jej palce, dotąd spoczywające luźno na przedramieniu, zacisnęły się na moment, po czym znów rozluźniły. Wystarczył jeden ruch, ledwie uchwytne napięcie dłoni, by zdradzić, że uwaga detektywa trafiła na temat, który działał jej na nerwy. Nie pozwoliła jednak, by ta reakcja dotarła do twarzy. Zamiast tego przechyliła głowę, a jej spojrzenie stało się nieco bardziej przenikliwe.
– A ty na jej miejscu nie miałbyś pretensji, gdyby twój partner bez przerwy wspominał inną kobietę? – odparła. – Tatiana nie rozumiała, że świat nie kręci się wyłącznie wokół niej. To dzięki tej pracy mogła sobie pozwolić na te wszystkie osobliwe… ś w i e c i d e ł k a – stwierdziła z wyraźnym zniecierpliwieniem.
Wypowiedziała ostatnie słowo z ledwie skrywaną pogardą. Potem opuściła ręce, poprawiła delikatnie materiał sukienki na biodrze i przesunęła ciężar ciała na drugą nogę. Ruch był niewielki, niemal odruchowy, ale pozwolił jej odzyskać swobodniejszą pozycję. Nie zamierzała stać przed detektywem jak oskarżona, której każde drgnięcie można było uznać za oznakę zdenerwowania.
– Mitchell wściekał się o wiele rzeczy, a kiedy przyjął sobie kogoś lub coś na cel, potrafił mówić o tym godzinami. Nie mieliśmy łatwej relacji, ale to przecież już wiesz – dodała, spoglądając na niego z lekkim zniecierpliwieniem.
Przez moment zatrzymała spojrzenie na jego twarzy, jakby chciała sprawdzić, czy zamierza zadowolić się tą odpowiedzią, czy też będzie próbował wyciągnąć z niej coś więcej. Nie miała wątpliwości, że Bellarose nie zjawił się tutaj bez powodu, podobnie jak nie łudziła się, że kilka starannie dobranych zdań wystarczy, by odesłać go z pustymi rękami. Mogła jedynie pilnować, by nie dostał więcej, niż zdecydowała się mu dać.
ODPOWIEDZ

Wróć do „George Restaurant”