001
there's something wretched about this
something so precious about this
where to begin?
{outfit}
Rytm życia osób duchownych wyznaczają rutyny: od porannej modlitwy, przez prowadzenie nabożeństw, dyżury i inne codzienne obowiązki i praktyki. Trzymanie się tych stałych punktów dnia w opozycji do chaotyczności i nieprzewidywalności dzisiejszego świata daje pewne poczucie kontroli – coś, czego Hugh, nagle pozbawiony określonych ram, które w ostatnich latach trzymały go w ryzach, potrzebuje niemal desperacko. Nagle świata wydaje się trochę za dużo – dopiero teraz zdaje sobie sprawę z tego, że dotychczas funkcjonował w pewnym oderwaniu, bo zawsze obserwował go ze swojej bezpiecznej przestrzeni, jakby zza szyby, nie doświadczając go w sposób, w jaki doświadczali go inni ludzie. Trzymanie się codziennych rutyn (a raczej zastąpienie ich nowymi) daje mu namiastkę komfortu i poczucia sprawczości. Każdy dzień wygląda więc niemal tak samo: wstaje o szóstej rano i w zależności od poziomu rozbudzenia sięga po leżącą na nocnej szafce książce lub telefon, wychodzi na krótki spacer z Filo, podczas którego zagląda do piekarni i pobliskiego sklepu spożywczego, do śniadania czyta papierową gazetę, nie przejmując, że przyswaja wiadomości, o których inni dowiedzieli się już dwa dni wcześniej, jedzie do pracy, a gdy ją skończy, idzie na obiad jak zwykle do tej samej taniej knajpki, która nie zmieniła swojego wystroju od lat dziewięćdziesiątych, gdy wraca do mieszkania, znów zabiera Filo na spacer, tym razem dłuższy wzdłuż rzeki Humber, po powrocie ma czas na to, na co ma ochotę, co częściej niż z czytaniem czy innymi w miarę konstruktywnymi rozrywkami wiąże się bezczynnym leżeniem, wieczorem wychodzi z Filo na chwilę na zewnątrz, przygotowuje się do spania i o dwudziestej pierwszej trzydzieści kładzie się spać. I następnego dnia znów to samo.
Praca nie interesuje go w żadnym stopniu. Jest okrutnie nudna i powtarzalna, ale właśnie z tego względu wydaje się najlepszą możliwą opcją. Nie ma w niej większej odpowiedzialności ani nie wymaga od niego proaktywności, jakiejkolwiek inicjatywy czy współpracy z kimkolwiek. Może więc schować się za biurkiem, zagłuszyć uporczywe myśli i po prostu wykonać swoją pracę. To osiem godzin, w czasie których jest w końcu wolny od całego zamętu, który dzieje się w jego głowie.
Przynajmniej dopóki wszystko odbywa się tak jak zwykle.
Zanim zdąży usiąść i postawić na nim uszczerbiony kubek, słyszy po raz pierwszy dźwięk telefonu stacjonarnego położonego na jego biurku. Patrzy na niego spod ściągniętych brwi, ale nie wyrywa się szczególnie do tego, by go odebrać. Wydaje się jednak, że nie ma nikogo innego, kogo mógłby dotyczyć – teoretycznie to jego telefon (nawet jeśli do tej pory nie musiał z niego korzystać), a w pokoju nie ma nikogo poza nim. Ostatecznie więc wzdycha i sięga po słuchawkę. Z drugiej strony słyszy z początku jedynie szum ulicy i dźwięk klaksonu, a potem nieco poddenerwowany głos Harriet. Szuka Amandy, młodej dziewczyny, energicznej i rozgadanej, pracującej w obsłudze, by mogła zastąpić ją w jednej sprawie.
– Nie, nie widziałem jej – odpowiada beznamiętnie. Choć nie rozglądał się szczególnie po swoim miejscu pracy, tego jest pewien. Z niegasnącą determinacją, młodsza koleżanka, codziennie rano atakuje go nieproszonym
small talkiem. Trudno na nią nie wpaść, bo zawsze biega od pokoju, zagadując każdego, nawet kogoś tak niezainteresowanego, jak Hugh. Jeśli jej nie widzi, to przynajmniej ma okazję usłyszeć jej donośny głos z innego pokoju. Wydaje się więc, że na prawdę trudno byłoby nie zauważyć jej obecności.
– A Frances? – pyta dalej.
Odwraca głowę w kierunku biurka, przy którym powinna siedzieć. Nie wydaje się jednak, by międzyczasie pojawiła się w pracy: nie ma jej torby niedbale rzuconej na szafkę ani kurtki pozostawionej na oparciu krzesła mimo obecności wieszaka w rogu pomieszczenia.
– Też nie – odpowiada, opierając się o biurko.
Po drugiej stronie słychać westchnienie, przedłużone w niemal teatralny sposób, po którym następuje dłuższa pauza. Gdy Harriet zastanawia się nad możliwym rozwiązaniem, nie pospiesza jej, choć nieco obawia się, co nieobecność współpracownic może oznaczać dla niego. W końcu opowiada mu o wydarzeniu, które ma się odbyć, o byłym sportowcu, który ma się pojawić (potrzebuje trzykrotnie powtórzyć jego imię i nazwisko, aż w końcu Hugh zapisuje je prawie poprawnie na samoprzylepnej karteczce) i zwraca się z prośbą, by zajął się nim, póki jej nie ma.
Teraz to Hugh ma ochotę westchnąć głęboko, ale ostatecznie się powstrzymuje. Kiwa głową, nim orientuje się, że ta niewerbalna zgoda mogłaby umknąć uwadze Harriet, znajdującej się kilkanaście kilometrów dalej. Przekazuje jej więc werbalnie, ale bez krzty entuzjazmu w głosie. Nie trzeba być specjalistą od mowy ciała, by odczytać, jak bardzo nie ma na to ochoty.
Kiedy niedługo później słyszy otwierające się drzwi wejściowe i czyjeś kroki, wyłania się niechętnie z pokoju. Choć nie jest zaznajomiony z aparycją osoby, której oczekuje, mężczyzna stojący przy wejściu, wydaje się wpisywać w profil. Wszystko w nim – jego wygląd, ubiór, postawa czy nawet zapach – zdaje się świadczyć o wyższym statusie i sukcesie, który osiągnął.
– Pan Moreau? – pyta jednak, by nabrać pewności.
– Harriet dołączy za maksymalnie pół godziny – kłopoty drogowe. Mogę w tym czasie zaprowadzić pana do sali, w której będzie się odbywać wydarzenie i zaproponować kawę, a jeśli ma pan jakieś pytania, to może będę w stanie odpowiedzieć – wyrzuca z siebie nieco zakłopotany, choć mimo wszystko stara się tego po sobie zanadto nie okazywać. Niewiele wie, więc nie sądzi, by był specjalnie pożyteczny i ma jedynie nadzieję, że gość postanowi poczekać sam, nie angażując go w nic.
– Hugh Wooldridge – przedstawia się, zdając sobie sprawę z tego, że o tym zapomniał na początku i wyciąga w jego stronę dłoń, w końcu na dłużej zatrzymując na nim spojrzenie.
lazare moreau