ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
174 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
words don't express the heart decayin', death to your voice, my faith is wavin'. it's never been this dark in ages.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

001
there's something wretched about this
something so precious about this
where to begin?
{outfit}
Rytm życia osób duchownych wyznaczają rutyny: od porannej modlitwy, przez prowadzenie nabożeństw, dyżury i inne codzienne obowiązki i praktyki. Trzymanie się tych stałych punktów dnia w opozycji do chaotyczności i nieprzewidywalności dzisiejszego świata daje pewne poczucie kontroli – coś, czego Hugh, nagle pozbawiony określonych ram, które w ostatnich latach trzymały go w ryzach, potrzebuje niemal desperacko. Nagle świata wydaje się trochę za dużo – dopiero teraz zdaje sobie sprawę z tego, że dotychczas funkcjonował w pewnym oderwaniu, bo zawsze obserwował go ze swojej bezpiecznej przestrzeni, jakby zza szyby, nie doświadczając go w sposób, w jaki doświadczali go inni ludzie. Trzymanie się codziennych rutyn (a raczej zastąpienie ich nowymi) daje mu namiastkę komfortu i poczucia sprawczości. Każdy dzień wygląda więc niemal tak samo: wstaje o szóstej rano i w zależności od poziomu rozbudzenia sięga po leżącą na nocnej szafce książce lub telefon, wychodzi na krótki spacer z Filo, podczas którego zagląda do piekarni i pobliskiego sklepu spożywczego, do śniadania czyta papierową gazetę, nie przejmując, że przyswaja wiadomości, o których inni dowiedzieli się już dwa dni wcześniej, jedzie do pracy, a gdy ją skończy, idzie na obiad jak zwykle do tej samej taniej knajpki, która nie zmieniła swojego wystroju od lat dziewięćdziesiątych, gdy wraca do mieszkania, znów zabiera Filo na spacer, tym razem dłuższy wzdłuż rzeki Humber, po powrocie ma czas na to, na co ma ochotę, co częściej niż z czytaniem czy innymi w miarę konstruktywnymi rozrywkami wiąże się bezczynnym leżeniem, wieczorem wychodzi z Filo na chwilę na zewnątrz, przygotowuje się do spania i o dwudziestej pierwszej trzydzieści kładzie się spać. I następnego dnia znów to samo.
Praca nie interesuje go w żadnym stopniu. Jest okrutnie nudna i powtarzalna, ale właśnie z tego względu wydaje się najlepszą możliwą opcją. Nie ma w niej większej odpowiedzialności ani nie wymaga od niego proaktywności, jakiejkolwiek inicjatywy czy współpracy z kimkolwiek. Może więc schować się za biurkiem, zagłuszyć uporczywe myśli i po prostu wykonać swoją pracę. To osiem godzin, w czasie których jest w końcu wolny od całego zamętu, który dzieje się w jego głowie.
Przynajmniej dopóki wszystko odbywa się tak jak zwykle.
Zanim zdąży usiąść i postawić na nim uszczerbiony kubek, słyszy po raz pierwszy dźwięk telefonu stacjonarnego położonego na jego biurku. Patrzy na niego spod ściągniętych brwi, ale nie wyrywa się szczególnie do tego, by go odebrać. Wydaje się jednak, że nie ma nikogo innego, kogo mógłby dotyczyć – teoretycznie to jego telefon (nawet jeśli do tej pory nie musiał z niego korzystać), a w pokoju nie ma nikogo poza nim. Ostatecznie więc wzdycha i sięga po słuchawkę. Z drugiej strony słyszy z początku jedynie szum ulicy i dźwięk klaksonu, a potem nieco poddenerwowany głos Harriet. Szuka Amandy, młodej dziewczyny, energicznej i rozgadanej, pracującej w obsłudze, by mogła zastąpić ją w jednej sprawie.
– Nie, nie widziałem jej – odpowiada beznamiętnie. Choć nie rozglądał się szczególnie po swoim miejscu pracy, tego jest pewien. Z niegasnącą determinacją, młodsza koleżanka, codziennie rano atakuje go nieproszonym small talkiem. Trudno na nią nie wpaść, bo zawsze biega od pokoju, zagadując każdego, nawet kogoś tak niezainteresowanego, jak Hugh. Jeśli jej nie widzi, to przynajmniej ma okazję usłyszeć jej donośny głos z innego pokoju. Wydaje się więc, że na prawdę trudno byłoby nie zauważyć jej obecności.
– A Frances? – pyta dalej.
Odwraca głowę w kierunku biurka, przy którym powinna siedzieć. Nie wydaje się jednak, by międzyczasie pojawiła się w pracy: nie ma jej torby niedbale rzuconej na szafkę ani kurtki pozostawionej na oparciu krzesła mimo obecności wieszaka w rogu pomieszczenia.
– Też nie – odpowiada, opierając się o biurko.
Po drugiej stronie słychać westchnienie, przedłużone w niemal teatralny sposób, po którym następuje dłuższa pauza. Gdy Harriet zastanawia się nad możliwym rozwiązaniem, nie pospiesza jej, choć nieco obawia się, co nieobecność współpracownic może oznaczać dla niego. W końcu opowiada mu o wydarzeniu, które ma się odbyć, o byłym sportowcu, który ma się pojawić (potrzebuje trzykrotnie powtórzyć jego imię i nazwisko, aż w końcu Hugh zapisuje je prawie poprawnie na samoprzylepnej karteczce) i zwraca się z prośbą, by zajął się nim, póki jej nie ma.
Teraz to Hugh ma ochotę westchnąć głęboko, ale ostatecznie się powstrzymuje. Kiwa głową, nim orientuje się, że ta niewerbalna zgoda mogłaby umknąć uwadze Harriet, znajdującej się kilkanaście kilometrów dalej. Przekazuje jej więc werbalnie, ale bez krzty entuzjazmu w głosie. Nie trzeba być specjalistą od mowy ciała, by odczytać, jak bardzo nie ma na to ochoty.
Kiedy niedługo później słyszy otwierające się drzwi wejściowe i czyjeś kroki, wyłania się niechętnie z pokoju. Choć nie jest zaznajomiony z aparycją osoby, której oczekuje, mężczyzna stojący przy wejściu, wydaje się wpisywać w profil. Wszystko w nim – jego wygląd, ubiór, postawa czy nawet zapach – zdaje się świadczyć o wyższym statusie i sukcesie, który osiągnął.
– Pan Moreau? – pyta jednak, by nabrać pewności. – Harriet dołączy za maksymalnie pół godziny – kłopoty drogowe. Mogę w tym czasie zaprowadzić pana do sali, w której będzie się odbywać wydarzenie i zaproponować kawę, a jeśli ma pan jakieś pytania, to może będę w stanie odpowiedzieć – wyrzuca z siebie nieco zakłopotany, choć mimo wszystko stara się tego po sobie zanadto nie okazywać. Niewiele wie, więc nie sądzi, by był specjalnie pożyteczny i ma jedynie nadzieję, że gość postanowi poczekać sam, nie angażując go w nic.
– Hugh Wooldridge – przedstawia się, zdając sobie sprawę z tego, że o tym zapomniał na początku i wyciąga w jego stronę dłoń, w końcu na dłużej zatrzymując na nim spojrzenie.

lazare moreau
34 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Innocence died screaming, honey, ask me, I should know
I slithered here from Eden just to -


Zburzenie tych przewidywalnych rytmów, które samego Lazare skutecznie wciskały w ciasny gorset reguł i zasad rządzących jego codziennością tak długo, jak blondyn tylko sięgał pamięcią, okazywało się być prywatnym trzęsieniem ziemi; apokalipsą tragiczną przede wszystkim dlatego, że nikt oprócz niego nie potrafił zrozumieć jej skali. Rozmawiając z ludźmi, od których, może naiwnie, spodziewał się odrobiny empatii albo przynajmniej pożałowania, napotykał głównie próby pozytywnego przewartościowania. Jasne, Lazare zawalił się cały świat, ale przecież mogło być o wiele gorzej. Czy w przeszłości nie narzekał w końcu na drakońsko wysokie standardy, którym permanentnie próbował sprostać? Czy nie doskwierała mu katorga ciągłych treningów i prób by polepszyć własną kondycję i własne sportowe osiągnięcia? Czy sam nie mówił czasem, że ma już dosyć tych ciągłych podróży, życia na walizkach, w pokojach hotelowych i ciasnych klitkach ośrodków treningowych, w towarzystwie dziesięciu, trzydziestu, stu innych sportowców żyjących w dokładnie identyczny sposób? Czy nie wycieńczały go wszystkie te imprezy, bankiety i konferencje, na których należało błyszczeć (nawet gdy wewnątrz człowiek czuł się kompletnie zmatowiały) i popisywać się przed sponsorami w nadziei na jakiś ochłap ich hojności?
Prawdą więc było, że w szczytowym momencie własnej kariery, Lazare niemal bezustannie narzekał na realia własnej egzystencji. Teraz jednak okazywało się, że gdy je stracił, brakowało mu ich jak powietrza. Był w końcu przyzwyczajony do intensywności, do ciągłych zmian, do tego tańca na ruchomych piaskach, podczas którego nie można nigdy było zwolnić, rozluźnić się, albo zagapić. Był też przyzwyczajony do ogromnych amplitud w nastrojach i potrzebach Nadira, do ciągłej huśtawki między zostaw mnie i nie odchodź, chcę i nie chcę.
Teraz jednak, gdy tego wszystkiego zabrakło,

nagle świata wydaje się trochę za mało -

i Moreau dopiero teraz zdaje sobie sprawę z tego, że dotychczas funkcjonował w pewnym oderwaniu od doświadczeń tych, którym nie była dana ta sama intensywność przeżywania świata. Wystarczy pomyśleć o przyziemnych zmartwieniach, którymi nigdy wcześniej nie musiał zawracać sobie głowy, wyręczany przez cały sztab osób poczuwających się do odpowiedzialności za jego sukces (oraz, z tego sukcesu, czerpiących korzyści o których nie mówiło się głośno, ale równocześnie nie dało zapomnieć). Nagle - bezrobotny i samotny - stał się odpowiedzialny za decyzje, które kiedyś podejmowano za niego. To, na przykład, której pójdzie spać i o której wstanie. Co zje na lunch - i czy w ogóle zje lunch - kiedy nikt już nie zagląda mu w talerz, myśląc o zdrowych węglowodanach i odpowiedniej zawartości białka. Teraz to jego osobistym zadaniem stawało się wypełnianie lodówki i pamiętanie by kupić pastę do zębów i papier toaletowy. I we wszystkim tym, trochę teatralnie, Lazare czuje się jak osierocone niespodziewanie dziecko. Wykorzeniony ze zwyczajowych rutyn jak drzewo zbyt naiwnie wierzące we własną stabilność, a potem obalone jednym, mocniejszym porywem wiatru.
I poza tym wszystkim, jest jeszcze jeden, nudny i boleśnie pragmatyczny aspekt jego sytuacji: Lazare Moreau kończą się pieniądze.
Tak, nadal ma swoje mieszkanie, i wciąż jeszcze czerpie regularne przychody z tych paru reklam, które zakontraktował na chwilę przed własnym upadkiem, ale coraz wyraźniej słyszy napięcie w głosie swojego księgowego, ostrożnie próbującego wyciągnąć z blondyna odpowiedź na najbardziej newralgiczne pytanie. Co dalej, Lazare?

Lazare nie wie, co dalej. W gorsze dni myśli, że nic- że prędzej czy później po prostu umrze, nie tyle śmiercią samobójczą (już mu przeszło), ale raczej jak długo niepodlewana roślina, brzydko i powoli. W te lepsze, nachodzą go pomysły, że może upadek i samotność są właśnie tą rewolucją, których tak desperacko potrzebował. I to właśnie przy takich okazjach podejmuje akcję - dzwoni do dawnych doradców, agentów, sponsorów; próbuje się zainspirować, dowiedzieć jakie stoją przed nim możliwości, co musiałby zrobić nie po to nawet, by wrócić do dawnego życia, co raczej zacząć od nowa. Tak, ma na koncie niewyobrażalne upokorzenie, i utratę zaufania fanów, którzy wierzyli w jego przyzwoitość. Ale przecież jego talent nie był kompletnym fałszem. Musiała jeszcze więc ostać się w nim choć odrobina potencjału.
Jak do tej pory, efekty jego starań by odbić się od dna, są umiarkowanie spektakularne. We wrześniu dał parę pogadanek dla młodych sportowców, i podpisał umowę na jakąś kampanię zajmującą się zdrowiem psychicznym. W grudniu ma ruszyć w krótką trasę od Paryża do Japonii, wystąpić w jakimś programie, w którym opowie o wszystkich lekcjach wyciągniętych z własnego fiasko. Dzisiaj, głównie po to, by móc bez lęku zapłacić tegoroczne podatki, każe kierowcy (nie prywatnemu, to już nie te czasy; ot, zwyczajnemu taksówkarzowi znalezionemu przez aplikację w telefonie) zatrzymać się pod nieszczególnie imponującym budynkiem domu kultury. Zauważa powiewające nad wejściem flagi, w tym jedną tęczową, ale spostrzeżenie to odkłada gdzieś na później. Płaci za podwózkę, dopija przestygłą kawę (na pusty żołądek) zalegającą na dnie kartonowego kubka, i rusza do wejścia. W środku uderza go zapach papieru, kurzu i gumowych podkładek pod stoły i krzesła, mające zapobiegać powstawaniu na posadzce brzydkich, ciemnych smug. Trochę jak w szkole, na sali sportowej. Lazare zastanawia się, co on tu, do diabła, robi?
Ale zanim zdoła choćby spróbować na to pytanie odpowiedzieć, boczne drzwi otwierają się z cichym zgrzytem, i staje przed nim mężczyzna, który miał być - ale chyba raczej nie jest? - Harriet.
Moreau mierzy go wzrokiem. Rejestruje dzielącą ich różnicę wzrostu, nie na tyle dramatyczną, by wprawiać kogokolwiek w niezręczność, ale wystarczająco znaczącą by ją zauważyć. Potem: przyjemny, nieco przygaszony odcień noszonej przez bruneta koszuli, choć nie jest pewien, czy jej kolor w pełni pasuje do jego tęczówek (na pierwszy rzut oka, zwłaszcza w tym świetle, wydają mu się brązowe, ciepłe w sposób, który zwykle dobrze współgra tylko z kontrastowymi barwami; dopiero później zauważy cętki zieleni rozchodzące się promieniście wokół męskich źrenic). W końcu dostrzega ten rodzaj zmęczenia, który dodaje ludziom lat, ale nie powagi albo dystyngowania. Rozmówca musi być mniej więcej w jego wieku, ale wygląda, jakby ostatni rok dodał mu przynajmniej dekadę. Cóż, w tym położeniu jest ich zatem dwóch.
- Skąd przyszliśmy? Kim Jesteśmy? I dokąd zmierzamy...? - Odparowuje w reakcji na zapewnienie, że Wooldridge spróbuje odpowiedzieć na jego pytania, zanim jeszcze zdąży pomyśleć, że może Bogu ducha winny pracownik świetlicy nie wyłapie nawiązania do Gauguina. Chrząka, i wyciąga zaraz rękę by uścisnąć dłoń mężczyzny. Chłodną, mocną, szczupłą. - Przepraszam, trochę wyszedłem z praktyki - Wchodzenia z ludźmi w normalne interakcje, powinien dodać, ale tego nie robi - Wystarczy Lazare, nie na "pan". Poczuję się strasznie staro i nudno, a chyba byśmy tego nie chcieli? - Unosi brew. Potem myśli, że robi z siebie jeszcze większego idiotę, więc odwraca od Hugh wzrok, zawierzając go tym razem na tablicy korkowej na jednej ze ścian - Jasne, prowadź. Kawa też byłaby mile widziana. Najlepiej z ordynarną ilością cukru, nie jadłem jeszcze śniadania.

hugh wooldridge
31 y/o
For good luck!
174 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
words don't express the heart decayin', death to your voice, my faith is wavin'. it's never been this dark in ages.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Co dalej jest pytaniem, które boi się sobie zadać. Mógłby dojść wtedy do wniosku, że nie tyle nie wie, co po prostu nie jest zainteresowany żadnym co dalej. Nie na tyle, by targnąć się na swoje życie (nie mógłby przecież wejść w rolę Boga, łamiąc piąte przykazanie Dekalogu – tylko… czy to powinno mieć dla niego nadal znaczenie?), wystarczająco jednak, by nie tworzyć planów czy wyznaczać sobie długofalowych celów; czegokolwiek, do czego mógłby dążyć i co stanowiłoby motywację do wypełnienia życia czymś więcej. Obecnie jest ono raczej czymś, co mu się już tylko przydarza, co tylko obserwuje biernie i nie ingeruje w nie w większym stopniu. Snuje się jedynie jak cień gdzieś pomiędzy światem żywych a umarłych, nie należąc w pełni do żadnego z nich.
Niekiedy wyobraża sobie, że coś tę żałosną i nic nie znaczącą egzystencję przerywa. Nie on sam, z zakorzenionego w nim szacunku do cennego ludzkiego życia, ale jakaś siła wyższa sprawia, że wszystko znika na zawsze. Cały ból, który w sobie nosi, nieznośna ciężkość bytu, dręczące go wspomnienia – wszystko to przestaje być jego problemem. Całkiem banalnie: ulega wypadkowi samochodowemu. Nagle i na tyle skutecznie, że nikt nie niepokoi go przejazdem do szpitala na sygnale i próbą ratowania życia.
Ale póki co jest jeszcze tutaj.
Tutaj zarówno na świecie, jak i wciąż w wejściu z Lazare Moreau.
Czuje się przy nim nieswojo. Po części ze względu na brutalnie nagłe wyrwanie go z bezpiecznej powtarzalności jego pracy przez Harriet. Głównie jednak przez samego sportowca, który wydaje się tak kompletnie nie pasować do otoczenia, jak i też sytuacji, w jakiej się znajdują, że Hugh niemal czuje się zobowiązany do tego, by go za to nieporozumienie przeprosić. Za odpryski farby na ścianach, skrzypiącą podłogę czy za tę kawę, którą będzie musiał mu zaparzyć, a która najpewniej odstaje jakością od tych, które ma w zwyczaju pijać. Za to, że mimo tych żenujących warunków, nie może przynajmniej zostać przywitany i wprowadzony przez właściwą osobę. Zamiast tego ma do dyspozycji tylko jego – niezorientowanego, niechętnego do rozmów i mającego niewielkie pojęcia o wydarzeniu, do którego Lazare został zaangażowany. Być może nawet próba odpowiedzi na zadane przez niego pytania mogłaby się okazać bardziej owocna, niż wydobycie z niego bardziej praktycznych wskazówek dotyczących powodu, dla którego Moreau się tu znajduje. Mimo to w pierwszej reakcji jedynie unosi do góry brwi, nieco wytrącony z równowagi.
– Cóż, dyskusje dotyczące filozofii, sztuki lub wątpliwej moralności artystów pomogłyby nam pewnie uniknąć niezręczności – rzuca i choć jego odpowiedź jest wyrazem jakichś pozostałości humoru, nie potwierdza tego choćby delikatnym uniesieniem kącika ust do góry.
Kiwa głową, choć nie ma w nim szczególnej potrzeby sprawiać, by Lazare poczuł się lepiej – mniej staro i nudno – mimo włączenia go pod nie chcielibyśmy tego przez sportowca. Używanie grzecznościowych form wydaje się jednak niepotrzebnym zamieszaniem, więc nie zamierza się temu przeciwstawiać. – Jasne… Lazare. – Jego imię wydaje się do niego odpowiednio dopasowane – jest eleganckie, wyjątkowe i nieco pretensjonalne. Przynajmniej w samym wydźwięku. Hugh za to kojarzy się przede wszystkim z biblijnym Łazarzem – Saint Lazare de Béthanie. Wie też, że imię wywodzi się z hebrajskiego El’azar (אֶלְעָזָר), oznaczającego Bóg jest moim pomocnikiem, ale nie dzieli się informacją dotyczącą etymologii imienia z jego posiadaczem.
Ani tym, że chciałby powiedzieć z całą pewnością w głosie El’azar.
Rusza w jego towarzystwie w kierunku odpowiedniej sali. Budynek nie jest największych rozmiarów, więc cała droga zajmuje im najwyżej trzy sekundy. Otwiera przed nim drzwi do pokoju i przepuszcza go, samemu stając w wejściu, już gotów, by na chwilę się ulotnić.
– W takim razie zaraz wrócę z kawą – informuje go i chwilę później już znika za drzwiami. Zaszywa się w kuchni, wyciąga jedną z nieuszczerbionych i nienadpękniętych filiżanek, i podsuwa ją pod ekspres. W instytucjach takich jak ta, często niedofinansowanych, bywa, że brakuje podstawowych produktów. W szafce znajdują się więc dwa pojemniki z cukrem, oba podpisane przez pracowników. Wyciąga jeden z nich, zanurza w nim łyżeczkę i zanim wsypie pierwszą z nich, zaczyna się zastanawiać, ile ich mogłoby się składać na ordynarną ilość cukru. Być może powinien sprecyzować to z Moreau, ale ponieważ nie ma ochoty wracać do sali jedynie z tym pytaniem na ustach, postanawia po prostu wsypać do jego kawy pięć łyżeczek cukru i wymieszać je dokładnie w płynie. Chwilę później (choć wcale mu się nie spieszy) wraca do sali, w której pozostawił Lazare i kładzie na najbliższym mu stoliku parującą filiżankę. – Nie wiem tylko, czy to wystarczająco, za mało czy za bardzo ordynarna ilość cukru – mówi, choć prawdę powiedziawszy, nieszczególnie zależy mu na tym, by sprostać niejasnym instrukcjom mężczyzny. Nie zastanawia się też, czy może mieć w tym względzie inne podejście niż osoba zajmująca się sportem (nawet jeśli w przeszłości), a więc mająca w teorii zdrowsze nawyki żywieniowe od przeciętnej osoby.

lazare moreau
ODPOWIEDZ

Wróć do „Eastview Neighbourhood Community Centre”